Przejdź do treści

Stefan Tilk – działacz Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Urodzony w Łodzi w 1939 roku. Absolwent Politechniki Łódzkiej. Wykładowca Międzyresortowego Instytutu Techniki Radiacyjnej PŁ. W latach 1956-2007 prowadził Międzyuczelniany Dyskusyjny Klub Filmowy, mieszczący się początkowo w kinie Oka, później kinie Adria i kinie Stylowy, a w ostatnim okresie w Wojewódzkiej Bibliotece im. Józefa Piłsudskiego. Działacz Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Uhonorowany tytułem „Zasłużonego Działacza Kultury Polskiej”.

Łódź Filmowa – łodzianie zawsze kochali kino. Mogę to mówić na podstawie moich pierwszych spotkań z filmem, które miały miejsce już w latach czterdziestych. Ktoś mnie kiedyś zapytał, jakim cudem ja, będąc wtedy jeszcze dzieckiem, mogę wspominać kina i filmy tamtych lat. A jednak! Bardzo dużo pamiętam, a poza tym bardzo dużo chodziłem do kina. Ulice nie były tak zatłoczone samochodami, w związku z czym, moja matka nie miała obawy, że mi się coś stanie. W związku z tym chodziłem po łódzkich kinach, i tu moja uwaga taka jest, że dzisiaj takich ludzi i takich chłopców już jak ja, to już nie ma. Czasami w kinie Charlie obserwuję widownię. Mnie już na tej widowni nie ma, to znaczy nie ma chłopców w wieku 7-10 lat, którzy chodziliby do kina i byliby z tych kina wyrzucani, ponieważ nie mieli lat 18, albo 14. Widocznie ta młodzież siedzi głównie przed komputerem, a wtedy takiej młodzieży było mnóstwo, nie tylko ja chodziłem po tych kinach. Przy czym, właściwie chodziłem do wszystkich kin, to znaczy i do tych największych: Polonia i Bałtyk. Powiedzmy ciekawostką, jest to, że ja widziałem te kina jeszcze w tym starym wystroju, to znaczy na przykład bardzo wcześnie po wojnie, w Polonii były na dole jeszcze loże, jak w teatrze. Dopiero potem je zlikwidowano. Natomiast potem były jeszcze loże na górze, jeżeli się ktoś pamięta, z tyłu na górze, to były chyba do końca, choć nie były już używane, nie były czynne, jak i boczne. Te kina miały trochę wystrój teatralny, nic w tym dziwnego, ponieważ one były kiedyś teatrami. Chodziłem również i do kin mniejszych, położonych niedaleko mojego miejsca zamieszkania i takim kinem było Kino Przedwiośnie, i było Kino Robotnik. Kino Robotnik pewnie mało kto już pamięta, ale było to kino, wiem które potem przez wiele lat istniało pod nazwą Kino 1 Maja. Dlaczego zamieniono robotnika na 1 Maja, tego do dzisiaj nie wiem. Natomiast wiem, dlaczego na przykład zamieniono nazwy Kina Hel na Młoda Gwardia, to było zrozumiałe. Więc istniały często te kina w postaci takiej jeszcze przedwojennej, i były zaludnione przez publiczność. Ja w niedzielę, bo przecież w sobotę chodziło się wtedy do pracy i do szkoły, krążyłem po kinach łódzkich, na ogół często nie dostając się do kina, ponieważ kolejki były wielogodzinne, i kończyłem wtedy w kinie Gdynia, w którym po wojnie nie było filmów fabularnych, jak kiedyś spotkałem takie określenie w gazecie, a był kinem Rozmaitości, czy aktualności, to znaczy wyświetlane tam były programy godzinne składające się z Kroniki, potem dwóch Kronik, jakiegoś filmu dokumentalnego, przyrodniczego często i na końcu była kreskówka, na którą czekali wszyscy widzowie, a była to kreskówka w tamtych czasach jeszcze z Myszką Miki, były to kreskówki amerykańskie, bo trzeba pamiętać, że w latach do 1949 roku, było na ekranach bardzo dużo filmów amerykańskich. Było równie dużo filmów amerykańskich, jak i filmów radzieckich, ale na jedne i na drugie ludzie chodzili, a ja do kina Bałtyk na film Dusze czarnych o rosyjskim uczonym Mikłucho-Makłaju badającym życie Papuasów, czekałem dwie godziny w kolejce, po czym się nie dostałem, ponieważ na 4 osoby przede mną kasę zamknięto, ale już było mi tak żal tych odstanych 4 godzin, że zostałem na następny seans. Była to godzina 19:00, i wtedy pierwszy raz wróciłem do domu o 21:40. Oczywiście czekała mnie niezła awantura.

Ludzie oglądali chętnie filmy radzieckie i przypominam sobie, że nawet obok Muzeum Kinematografii, w tym parku, kiedyś przechodziłem obok, rozpostarte było prześcieradło między drzewami, i publiczność na ławkach, oglądała radziecki film Szalony lotnik. Odbywały się pokazy filmowe w różnych zakładach pracy, ja mieszkałem obok fabryki Barlickiego, przed wojną Eiserta i tam była też sala, w której wyświetlano filmy, na które można się było dostać. Pamiętam, że oglądałem tam film radziecki Samotny, biały żagiel. Jak duże było zainteresowanie, świadczy fakt, że w tamtych czasach oglądałem największą kolejkę w swoim życiu. Była to kolejka na amerykański film Ali baba i 40 rozbójników, nie mylić z filmem wyświetlanym wiele lat później z Fernandelem, to był amerykański film Artura Rubina, i kolejka stała od Zachodniej – Próchnika, do ulicy Gdańskiej, jeszcze tam zakręcała, nie sposób było się na ten film dostać, ale pamiętam też zatłoczone ulice na filmie Noc w Casablance z braćmi Marks i na wiele, wiele innych. Trzeba oczywiście jednak pamiętać, że w tamtych czasach kino było jedyną rozrywką. Nie było oczywiście telewizji jeszcze wtedy, nie było żadnych kaset, komputerów, urządzeń wideo i tak dalej. Było tylko kino i to kino, o tym kinie, pisali recenzenci, dziennikarze, naukowcy, którzy zajmowali się tym kinem jeszcze w okresie przedwojennym. Tutaj dodam, że ludzie, którzy w latach pięćdziesiątych zaczynali swoją działalność, czy obecność w Dyskusyjnych Klubach Filmowych, to tuż po wojnie, na moim przykładzie to widać, tuż po wojnie mieli możność spotkać się z polskim kinem przedwojennym, dlatego że w kinach masowo były te filmy pokazywane, ponieważ leżały w kabinach operatorskich przez całą wojnę, zresztą w czasie wojny również były wyświetlane. To się źle tych filmów skończyło, dlatego że grano je bez opamiętania, w związku z czym, kopie zostały zniszczone, a nie było materiałów wyjściowych, które w czasie wojny gdzieś tam uległy zniszczeniu. W związku z tym czytam dzisiaj w książkach, że film Bolek i Lolek Waszyńskiego z Dymszą, jest zagubiony. Tymczasem on nie był zagubiony, bo ja ten film w 1947 roku widziałem w kinie Włókniarz, w które się nazywało w ostatnich latach swojego istnienia, kinem Capitol. Widziałem również film Robert i Bertrand. Przez wiele lat Filmoteka dysponowała tylko dwoma pudełkami z tego filmu, kiedyś pokazano go nawet w telewizji, ale ja widziałam po wojnie film cały. Niedawno, ciekawostka, okazało się, że zlikwidowano jakieś kino w Londynie, które wyświetlało niegdyś filmy polskie i tam odnalazła się pełna kopia filmu Robert i Bertrand, tak więc może i kiedyś ten Lolek i Bolek zostanie odnaleziony. Zniszczeniu uległo jednak wiele filmów bezpowrotnie i chodzą jakieś opowieści, że po wojnie w Krakowie pokazywano Żołnierza królowej Madagaskaru ze Zniczem i Eleną Żelichowska, a kopii tego filmu w ogóle nie ma i nie jest pewne, czy to była prawda. Zniszczeniu uległ też Testament profesora Wilczura i myślę, że można byłoby jeszcze tutaj szereg tytułów wymienić, nie mówiąc oczywiście już o filmie Nad Niemnem Wandy Jakubowskiej, który w 1939 roku został spalony i tego filmu już się chyba nawet nigdy nie odnajdzie, bo trudno przypuszczać, żeby ktoś, gdzieś kopię tego filmu zakopał, prawda.

Tak więc było to kino inne niż potem może sobie wielu krytyków i wiele osób wyobrażało, dlatego że filmów zachodnich było całe mnóstwo, filmy amerykańskie, również takie, które przeleżały w kabinach operatorów, ja w 1947 roku oglądałem film Królewna Śnieżka Disneya i po latach zorientowałem się, że chyba kopia pokazywana nielegalnie, dlatego że w zakupach filmów amerykańskich, ten film nie figuruje w ogóle, ale kto by wtedy kontrolował kraj zniszczony wojną. Zresztą nie wykluczam, że może były jakieś umowy na ten temat. Wyświetlano te wszystkie kopie tych filmów do zniszczenia, przy czym były one często ubytkami i tak w „Tygodniku Film” przeczytałem, że ktoś protestował, czytelnik protestował, oglądał bowiem film Mayerling z 1936 roku, z Danielle Darrieux i Charles Boyer, przy czym przed zakończeniem, wyszedł kierownik kina na scenę i powiedział: „Arcyksiążę Rudolf zastrzelił Marie Vetsere i sam popełnił samobójstwo. Dobranoc państwu”. Po prostu zakończenia tego filmu nie było, uległo kiedyś tam zniszczeniu. Zapał był, więc myślę ogromny. Ludzie chłonęli to kino, prawda,  i wtedy narodziło się moje właściwe zainteresowanie filmem i fascynacja filmem. Potem były lata pięćdziesiąte, dzisiaj pisze się o tych latach, że na ekranach były tylko film radzieckie, do kina nikt nie chodził, kina były puste, korzystali na tym zakochani. Jest to kompletna nieprawda, dlatego że na te filmy ludzie chodzili. Na filmach radzieckich kina były pełne. W tygodniach, miesiącach filmu radzieckiego kina były pełne, a ja kupowałam mały abonamencik, który upoważniał nie tyle do ulgi, bo to bilety do kin były bardzo tanie, ale do wchodzenia, do kupowania tych biletów bez kolejki. Wyglądało to jednak tak, że stała kolejka na przykład na film radziecki Promienie śmierci, skądinąd klasyka kinematografii radzieckiej z lat dwudziestych Abrama Rooma, film opowiadający o tym, jak to źli imperialiści chcieli zawładnąć wynalazkiem „promienie śmierci”. W kolejce stało 200-300 osób, a ja w małej kolejce, 15-osobowej ludzi, którzy mieli te abonamenciki i stali tam w kolejce. Myślę, że dobrze pokazał to Filip Bajon w filmie Dulskie, co do którego można mieć różne zastrzeżenia, ale jeden z bohaterów jest tam operatorem filmowym w latach 50’ i pokazuje film Czapajew. Ludzie walą drzwiami i oknami i swojej teściowej, którą gra Krystyna Janda, tą właściwie tradycyjną Dulską, musi załatwić specjalnie bilet, bo przed okienkiem kłębi się dziki tłum widzów. Tak to wyglądało, tak to było w tamtych czasach, a poza tym trzeba od razu dodać: nie było na ekranach, tylko filmów radzieckich, ale również były firmy francuskie, sporo było filmów angielskich. Przecież były takie przeboje filmowe jak Fanfan Tulipan, na który kolejka od kina Wisła stała do ulicy Piotrkowskiej i jeszcze zachęcała. Potem była Cena strachu, nawiasem mówiąc, z obydwoma tymi filmami miałam kłopot, bo znowu nie miałem jeszcze 18 lat i dopiero za trzecim podejściem, gdzieś udało mi się na te filmy dostać. Były filmy włoskie –  dlaczego miano nie pokazywać całego włoskiego neorealizmu opowiadającego o nędzy robotników w systemie kapitalistycznym. Także Złodzieje rowerówCud w Mediolanie, wszystko to oglądałem, bo akurat na te filmy mnie wpuszczono, natomiast nie wpuszczono mnie na Nie ma pokoju pod oliwkami z Lucią Boze, ale jakoś na ten film też się dostałem.

Tak minęły lata pięćdziesiąte, zresztą zawsze podkreślam, że jeden był wyjątek. W 1954 na polskich ekranach pojawił się film amerykański, hollywoodzki z Glennem Fordem, Evelyn Keyes – Dziennik marynarza oparty na powieści Londona Martin Eden. Pamiętam, że byłem na tym filmie w kinie Bałtyk. Kina były oczywiście w tym czasie już remontowane i nie miały tego wystroju powojennego, ale kin było w Łodzi zawsze dużo. W najlepszym okresie przekraczała ta liczba 30, ponad 30 kin bywało. Ale to dobudowywano nowe kina, jak kino na Stokach, jak kino które się w ostatnim okresie nazywała Adria, przedtem Iwanowo, to też było kino świeżo zbudowane gdzieś około roku 1970, muszę tu tylko dodać, że Kino Przedwiośnie, do którego bardzo dużo chodziłem, to nie było to Przedwiośnie, którego gmach można dzisiaj zobaczyć, dlatego że w 1970 roku, w wyniku katastrofy budowlanej w czasie remontu, całe kino się zawaliło i zostało zbudowane jako nowe. Jak wyglądało stare Przedwiośnie, można zobaczyć w książce o łódzkich kinach, która wyszła niedawno. Jest to książka-album, tam można zobaczyć bardzo dużo zdjęć tych kin i właśnie jest zdjęcie starego kina Przedwiośnie, tak jak ono wyglądało kiedyś i które było kinem dosyć w Łodzi, dosyć, popularnym wtedy. Potem jak nadszedł ten rok 1956, w którym zaczęły powstawać Dyskusyjne Kluby Filmowe, to nie mówię tutaj całej prawdy, na te najlepsze, największe, najgłośniejsze kluby filmowe powstały już w roku 1955, myślę tu o klubie Żak. Na przykład na jubileuszowym spotkaniu w roku 2006, kolega Lucjan Bokiniec, wspomina swoje spotkania właśnie w klubie Żak, ze Zbigniewem Cybulskim, który przecież wybrzeżem był związany. Te DKF-y, może jakiś warszawski też, te DKF-y mają swój początek pod patronatem pisma po prostu, kiedyś powstawały te kluby filmowe już w roku 1955, ale w Łodzi, to myślę że to był rok 1956 i na przykład ten Dyskusyjny Klub Filmowy, który ja przez 50 lat współprowadziłem, czy potem przez ostatnie 20-25 lat, prowadziłem, powstał z inicjatywy. Nie byłem przy tym, ponieważ zaczynam studia dopiero w roku 1956, czyli zjawiłem się w DKF-ach w końcówce 1956 roku, ale już w lutym odbyła się jakaś projekcja z inicjatywy Uniwersytetu Łódzkiego, studentów Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, Państwowej Wyższej Szkoły Plastycznej, odbyła się projekcja filmu Nietolerancja, która spotkała się z ogromnym zainteresowaniem. Wtedy zapadło postanowienie utworzenia międzyuczelnianego DKF-u. Nie obejmował on Politechniki, ponieważ Politechnika miała własny Dyskusyjny Klub Filmowy, zresztą skądinąd, bardzo dobry, który istniał jednak tylko kilka lat. Zapewne jego organizatorzy odeszli z uczelni, a to, co zawsze podkreślam – Dyskusyjne Kluby Filmowe to również są ludzie. Jeżeli tych ludzi brakuje, to Dyskusyjny Klub Filmowy upada. W moim DKF-ie była ta szczęśliwa sytuacja, że kilka osób było w tym DKF-ie przez te 50 lat i jakoś to wystarczyło. Oczywiście nie miał ten DKF takich możliwości, jak miały te wielkie molochy typu Gdański Żak, które organizowały ogólnopolskie seminaria, ale jednak istniał i myślę że w środowisku łódzkim, przede wszystkim środowisku akademickim, odegrał on sporą rolę. Pierwsza projekcja oficjalna tego DKF-u odbyła się 12 października 1956 roku. Ja  mnie więcej w tym czasie, należałem do tego klubu przy Politechnice Łódzkiej, a w tym DKF-ie pojawiłem się w kilka miesięcy później.

Tą projekcją był film Chaplina, Gorączka złota, tam potem pokazywane były również Światła wielkiego miasta i Monsieur Verdoux. Tutaj chciałam powiedzieć, że patrząc ogólnie, oczywiście były wyjątki jakieś, DKF-y zaczynały od filmów, albo od filmów Chaplina, bardzo dużo tych jego krótkich filmów z lat nastych krążyło po DKF-ach, tu dodam, że od razu, że w kinach również były wyświetlane takie zestawy starych filmów właśnie Chaplina, ale również Harolda Lloyda, Maksa Lindera, Flipa i Flapa, Stana Laurela i Oliviera Hardy’ego Publiczność była zainteresowana starym kinem i chodziła też bardzo na te filmy. Tutaj też mogę dodać, że wiele tych starych, przedwojennych filmów powiedzmy, było kupowanych na polskie ekrany. W roku 1955 pojawił się Upiór na sprzedaż René Claira z 1936 roku. W latach sześćdziesiątych pojawił się na normalnych ekranach, pojawił się film Dyliżans, pojawił się film Ożeniłem się z czarownicą tegoż René Claira. To nam się dosyć przydawało do kompletu dzieł tego reżysera, dlatego że jak powiedziałam, jedne te DKF-y zaczęły od Chaplina, a drugie od René Claira, i  ten DKF przy Politechnice Łódzkiej, zaczynał od René Claira. Także w obu tych DKF całkowicie różne programy. René Clair, czyli ten Antrakt ten krótki, awangardowy, Dwóch nieśmiałychSłomkowy kapelusz według Labiche, to wszystko filmy nieme, ale po tym oczywiście grupa tych filmów z początku lat trzydziestych: Pod dachami Paryża14 lipcaMilionNiech żyje wolność… Potem w DKF-ach pokazywaliśmy jeszcze angielski film René Claira – Fałszywe wiadomości z 1937 roku, w którym występował, nawiasem Maurice Chevalier. Potem pokazywaliśmy jeszcze Płomień Nowego Orleanu, który Clair zrobił, zrealizował w Ameryce, ale tu korzystaliśmy z kopii, ponieważ ten film po wojnie był wyświetlany w normalnie w kinach i w ten sposób w DKF-ie, ja uzupełniłem te filmy, na które mnie nie wpuszczano w latach czterdziestych, ponieważ pokazaliśmy i angielskie melodramaty, takie jak Rosanna z siedmiu księżyców, jak Cygańska miłość i puściliśmy oczywiście też western Johna Forda Miasto bezprawia –  film z 1946 roku, który był chyba jednym z ostatnich filmów amerykańskich pokazywanych w latach czterdziestych. Pamiętam, że byłem na tym filmie, usiłowałem być, na tym filmie w kinie Tatry, ogromna kolejka stała, ale film był, poczciwy western Johna Forda od lat 18. Nic dziwnego, skoro w gazetach np. „W Świecie Młodych” chyba, spotkałem się z takim zdaniem: „Nie pokazujemy, nie potrzebujemy, na naszych ekranach filmów, w których bohater mówi do synów: „Jeżeli wyjmuje spluwy, to umiejcie je użyć”. Oczywiście potem te filmy amerykańskie przestały się pojawiać na naszych ekranach, tu można dodać, że trzy ostatnie filmy amerykańskie zakupione, nie weszły w ogóle na nasze ekrany, i też pokazywaliśmy je w DKF-ie. Był to film Błękitna rapsodia o życiu George’a Gershwina. Nawet nie miał napisów, natomiast napisy miał film Na skrzydłach sławy z Fredem Astairem i Ginger Rogers z 1939 roku. Właściwie jeden z ostatnich, może nawet ostatni film, tej pary tanecznej, oczywiście występowali oni dalej, Fredem Astairem z innymi partnerkami. Jeszcze były jakieś trzeci film, ale nie pamiętam, to nie było nigdzie w oficjalnych zestawieniach podawane, to było podawane z ust, do ust.

Tak, więc DKF-y opierały się głównie na repertuarze archiwalnym wtedy, w związku z tym, mogły mieć zupełnie różny repertuar. Pokazywano polskie filmy przedwojenne, więc tam jednym z pierwszych pokazywanych DKF-ach był film Co mój mąż robi w nocy ze Zniczem i Marią Gorczyńską, na której przypadkowo pogrzebie zdarzyło mi się kiedyś w Warszawie na Powązkach być. Ale były również inne polskie filmy, a filmy w kinie studyjnym Gdynia,  kolega Janusz Bujacz, który kiedyś, w swoim czasie zorganizował ten DKF międzyuczelniany i prowadził go przez wiele lat. Zrobił przegląd filmów przedwojennych polskich, powodzenie było obłędne, mało co szyb nie wybito. Zrobił taki przegląd jeszcze w latach sześćdziesiątych, w 1967, kiedy był kierownikiem kina studyjnego Stylowy, ale wtedy zainteresowanie było już trochę mniejsze, tu można dodać, że niektóre z tych filmów polskich przedwojennych, wprowadzono na normalne ekrany w latach siedemdziesiątych, i wtedy już nie cieszyły się one powodzeniem. Tak, więc ten DKF, w ogóle praktycznie nie posługiwał się filmami premierowymi w tych czasach chyba, że nie dosłano jakieś kopii, trzeba było pokazać w kinie film, jaki był pod ręką, to był to film premierowy. Nie było to DKF-om potrzebne również z innego względu, mianowicie już w latach sześćdziesiątych pojawiła się w DKF-ach pula filmów zakupionych tylko dla Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Potem ta pula była rozszerzona również na kina studyjne, ale pula ta obejmowała również bardzo atrakcyjne filmy jak Arszenik i stare koronki, znana komedia z Cary Grantem, obejmowała ona zresztą filmy najprzeróżniejsze, bo i Cienie Cassavetesa i te filmy z grupy tych filmów amerykańskich z tamtego czasu, jak i obejmowała również filmy starsze, z którymi nie mieliśmy możności się zapoznać, przede wszystkim filmy Bunuela takie jak Rzeka i śmierćZbrodnicze życie Archibalda de la Cruz, jak przede wszystkim znakomity Nazarin, który też mogliśmy obejrzeć dzięki tej puli, tylko w Dyskusyjnych Klubach Filmowych.  Jeżeli chodzi o Dyskusyjny Klub Filmowy, to było to miejsce, w którym można było spotkać nie tylko w wielu znajomych, nie tylko ciekawe filmy, ale również wielu ludzi, którzy pracowali w tej dziedzinie. W Łodzi o to było szczególnie może łatwo, mianowicie myślę tutaj o profesorze Jerzym Toeplitzie, profesorze Bolesławie Lewickim, a profesor Władysław Jewsiewicki przez jakiś czas opiekował się naszym DKF-em, organizując w nim taki jakiś mini Klub Miłośników Filmu Polskiego. Pamiętam ożywioną dyskusję po filmie Biały niedźwiedź, po filmie zobaczymy się w niedzielę. Kiedyś profesor Jewsiewicki przyprowadził w przedwojennego producenta filmowego, więc były to bardzo interesujące i pożyteczne spotkania, ale prelekcje wygłaszali również pracownicy Szkoły Filmowej: Maria Kornatowska, Ewa Nagórska, wygłaszali dziennikarze znani, którzy przyjeżdżali do Łodzi. Przede wszystkim był to Leon Bukowiecki, który spotykał się z nami przez kilkadziesiąt lat i był wielkim przyjacielem przez wiele lat, ale również można notować wizyty Konrada Halka, Stanisława Grzeleckiego, Krzysztofa Teodora Toeplitza i wielu innych.

Stało się to również możliwe dzięki temu, że nasz Dyskusyjny Klub Filmowy ulegał pewnym przemieszczeniom. Początkowo projekcje odbywały się w późniejszym kinie Oka. Wtedy to jeszcze nie było kino, wtedy był to garnizonowy klub oficerski salą z kinową, przy której zresztą działał bardzo prężny Dyskusyjny Klub Filmowy. Byliśmy na tej sali gdzieś przez 2 lata, i trzeba przyznać, że zainteresowanie było ogromne właściwie każdym rodzajem filmu. Przypominam sobie chyba z 1957-1958 taką projekcję, taki miesiąc, w którym pokazywaliśmy 4 filmy nieme. Były to Nosferatu Murnaua, Faust Murnaua, Gabinet doktora Caligari, film francuskie, Gorączkę. Wszystkie nieme filmy. Sala była wypełniona w 100%, a ja cały miesiąc siedziałam na przyczepce. Potem przenieśliśmy się do kina Adria i tu był mały problem dlatego, że było to kino, miało nieco mniejszą salę, w związku z czym, część DKF-owiczów się nie pomieściła i były kłopoty z karnetami. W tym kinie Adria przypominam sobie na przykład taką projekcję, pokazywaliśmy film Noc grudniowa, francuski z 1942 roku z Harrym Bollem i nagle w czasie seansu –  niespodzianka – przybył radziecki reżyser Grigorij Czuchraj, twórca Ballady o żołnierzu z aktorami oraz w swoim najnowszym filmem Czyste niebo. Przerwaliśmy projekcję Nocy grudniowej, pokazaliśmy Czyste niebo, a ostatnie pudełko, czyli 20 minut, Nocy grudniowej pokazaliśmy w następnym tygodniu. Potem przenieśliśmy się do kina Gdynia, dlatego że w kinie Adria rozpoczęły się remonty długie, trwały one dosyć długo, trzeba przyznać. Graliśmy w kinie Gdynia, kinie studyjnym, którego szefem był Janusz Bujacz, twórca naszego DKF-u. Wróciliśmy jeszcze na chwilę do Adrii, ale kiedy Janusz Bujacz objął kierownictwo kina studyjnego Stylowy w 1965 roku, przenieśliśmy się do kina Stylowy, i był to chyba najlepszy okres, kiedy działaliśmy w symbiozie niejako z kinem studyjnym Gdynia, które było wtedy chyba najlepszym z kin studyjnych w Polsce. Mogliśmy wyświetlać filmy do nawet do 12 w nocy, co było ważne, kiedy trafiły się nam jakieś możliwości dodatkowe, np. kiedy pokazaliśmy Ewangelię według świętego Mateusza Pasoliniego, którego to filmu nie było u nas w kinach, ale był wyświetlany w kościołach. Nie wiem jaką drogą, ale trafił poprzez kościoły również do nas. Udało nam się również pokazać, kilka lat przed premierą, film West Side Story na taśmie 16 mm, ale panoramiczne. Także też projekcja wtedy trwała do godziny 1:00 w nocy. Także to było oczywiście dla szalenie ważne, Janusz nam na każdym kroku pomagał i myślę, że to był najlepszy okres DKF-u, wypełniliśmy wtedy widzami salę 400-osobową, a więc było to bardzo dużo osób. Jeszcze na początku lat siedemdziesiątych wyciągnęliśmy też stare filmy z Archiwum Łódzkiej Szkoły Filmowej. Były to wtedy atrakcyjne, jeszcze dla młodych szczególnie widzów, pokazaliśmy całą trylogię 08/15, z której druga seria przez szereg lat była filmem nieco zakazanym, była w kinach w latach pięćdziesiątych, ale potem wycofano. Pokazywano, wypożyczano DKF-om tylko pierwszą serię. W drugiej jest ta scena, kiedy naszego sympatycznego bohatera, miażdży radziecki czołg, więc to jakoś cenzura nie mogła strawić, a myśmy to w DKF-ie pokazali. Pokazaliśmy kiedyś animację amerykańską, głównie „disneyowską” jeszcze i szereg filmów z cyklu Tom and Jerry. Publiczność mało co szyb nie wybiła wtedy, dzisiaj to jest chyba nie do wyobrażenia sobie, tłumy szturmowały kina i również nasz DKF.

W latach siedemdziesiątych rozpoczął się jednak pewien kryzys, który objawił się tym, że w połowie lat siedemdziesiątych mieliśmy tylko 100 widzów, a nie 400, w związku z tym, znowu nieoceniony Janusz Bujacz, który był wicedyrektorem Biblioteki Waryńskiego, później w Piłsudskiego, przyjął nas pod skrzydła biblioteki, i w tej bibliotece egzystowaliśmy praktycznie do roku 2007, kiedy to zawiesiliśmy działalność właściwie w ostatniej chwili, bo po remoncie zlikwidowali tę aparaturę filmową, która była już stara, ciągle się psuła, nie pasowała do nowych kopii filmowych, tam była kwestia ścieżki dźwiękowej – zmieniała się, no, ale dzisiaj to już w ogóle jest to wszystko coś innego, więc myślę, że obecne kluby filmowe, jeżeli nie są przytulone do jakiegoś kina, to praktycznie nie mają możliwości działania, bo skąd wezmą aparaturę cyfrową, a też nie wiem, jak to zostało formalnie zorganizowane, ponieważ dystrybutorzy filmów są prywatni i jak kiedyś nam powiedzieli, na początku lat dziewięćdziesiątych: „Propagujcie dobre kino, ale nie za nasze pieniądze”. W związku z czym rozpoczęły się duże problemy finansowe Dyskusyjnych Klubów Filmowych, upadały domy kultury, przy których było bardzo dużo Dyskusyjnych Klubów Filmowych, i tak jak jeszcze w latach osiemdziesiątych DKF-ów było 460 mniej więcej, to w tych obecnie istnieje podobno ponad 100, ale zarejestrowanych, natomiast działających jest znacznie mniej. Już to widać to na przykładzie Łodzi, gdzie jeszcze w latach osiemdziesiątych było 21 DKF-ów, a w 2006 roku już tylko 2, a w tej chwili nie ma żadnego. Oczywiście można, że powiedzieć, że Dyskusyjne Kluby Filmowe zostały zastąpione przez kina studyjne, tak jak w Łodzi Kino Charlie, oczywiście wspaniale działające, pokazujące najważniejsze tytuły, ale zniknęły DKF-y jako miejsca kontaktu międzyludzkiego, a myślę, że to jest bardzo ważne. Nie tylko możliwość spotkania się, ale wspólnego obejrzenia filmu i potem podyskutowania. Ja w latach osiemdziesiątych, w swoim DKF-ie, przy wyjściu, stałem jak pastor w kościele ewangelickim, ściskałem ludziom ręce. No, tam jest tylko sala 100-120 osobowa, 122 chyba dokładnie licząc, z nimi rozmawiałem, prowadziłem jakieś dyskusje, a dzisiaj spotykam swoich dawnych DKF-owiczów na ulicach, oczywiście postarzałych, niektórych już nie ma na tym świecie, ale wszyscy, kiedy mnie widzą, uśmiechają się i pytają, czy pan czegoś nie prowadzi, bo byśmy się zapisali. Myślę zatem, że te DKF-y, a mój DKF w środowisku akademickim, no ze względu na moje miejsce pracy też, do którego chodziło wielu później rektorów wyższych uczelni, a chodziło to DKF przez dziesiątki lat, jak na przykład mój nieżyjący już kolega, Józef Mayer, dwukrotny rektor Politechniki Łódzkiej, który do DKF-u chodził od lat pięćdziesiątych, a nawet w latach sześćdziesiątych jeździł, dwa razy był na słynnych seminariach organizowanych przez Klub Dyskusyjny Żak w Gdańsku i Filmotekę Narodową, czy Polską, różnie się ona nazywała w różnych okresach życia. Chciałbym na te seminaria zwrócić uwagę, bo kolega Lucjan Bokiniec, też już nieżyjący, zorganizował w porozumieniu z dyrektorem Filmoteki, panem Banaszkiewiczem, znakomite seminaria, na których można było zobaczyć wiele tytułów i archiwalnych, nieznanych z klubów, czasami nie wypożyczanych do klubów, jak i również filmy najnowsze, które Filmoteka, jakoś tam zdobywała, a nie mogła ich rozpowszechniać, więc na tych seminariach, myśmy te filmy oglądali.

Ruch Dyskusyjnych Klubów Filmowych, był w ruchem ogólnodostępnym, więc nikt nie może powiedzieć, że były to jakieś wyjątkowe, ekskluzywne projekcje, a jeżeli były, to dlatego, że pojemność sal była ograniczona i tak na przykład na to seminarium Gdańskie, które odbyło się w sumie gdzieś mniej więcej 8 razy chyba, pierwsze w 1962, ostatnie gdzieś w 1972, poświęcone kinu czeskiemu, bardzo interesujące seminarium – kino czeskie od czasów kina niemego czeskiego, do 1944 roku, a więc bardzo ciekawe tytuły, które były w Historii filmu Jerzego Toeplitza, bo tą się głównie wtedy posługiwaliśmy, można było zobaczyć na ekranie. Otóż, te seminaria odbywały się niestety w sali o ograniczonej mocno pojemności, dlatego na nie było trudno się dostać zapewne, ale było wiele takich możliwości. Dzisiaj odbywa się również wiele tego typu imprez, nawet może więcej. Myślę tu o takich imprezach jak Łódzka Synergia organizowana przez Stowarzyszenie Łódź Filmowa i Kino Charlie, myślę tutaj o takich imprezach jak Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu, jak imprezy organizowane przez Grażynę Torbicką w Kazimierzu, jak Zwierzyniec… Ciekawostka, że wiele tych imprez organizują ludzie, którzy wyrośli z Dyskusyjnych Klubów Filmowych, jak kolega Roman Gutek, kolega Kotowski w Zwierzyńcu i tak dalej. To wszystko byli moi koledzy w radzie Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych, w radzie w Komisji Rewizyjnej, w Radzie Redakcyjnej pisma „Film na świecie”. Łącznie spędziłem 18 lat, więc dużo z tych osób poznałem. No, niektórzy bardzo znaczący w ruchu, już nie żyje niestety, nie żyją, ale myśmy zostali, myśmy przeżyli. Myślę tutaj o tych co przeżyli, myśmy przeżyli swój sen 50 lat w ciemnościach, jak pisał kiedyś Zygmunt Kałużyński, jak nosił tytuł krótki film, który o nim kiedyś zrealizowano, 50 lat w ciemnościach sali kinowej. I tutaj też chciałem zwrócić uwagę na syndrom tej sali kinowej, która tych wszystkich ludzi siedzących na tej sali jakoś jednoczyła we wspólnym przeżywaniu oglądanego filmu. Wątpię, żeby tak przeżywali film widzowie, którzy siedzą z ogromnymi torbami popcornu i Coca-Coli. Widzowie, którzy już nie mają takiego już stosunku do kina jakie myśmy kiedyś mieli, bo trzeba powiedzieć od razu, że to pokolenie, o którym ja mówię, kochało kino, kochało to kino rzeczywiście wyświetlane na salach kinowych, często w trudnych warunkach i było oddane temu kinu bez reszty. Myśmy nie oglądali filmów archiwalnych w takich warunkach, w jakich się ogląda je dzisiaj. Taper gra na pianinie, jakaś inna orkiestra, taśmy są odrestaurowane, filmy są uzupełnione. Ja po latach oglądam niektóre filmy w nieco innej postaci niż kiedyś, bo na przykład film Renoira Reguły gry z 1939 roku, oglądaliśmy wielokrotnie w Dyskusyjnych Klubach Filmowych. W nowej wersji godzinnej, obejrzałam kiedyś ten film w telewizji, uzupełnionej o pół godziny, a nie że odnalezionych jakiś tam, to były części filmu, które zostały kiedyś usunięte. Trzeba pamiętać, że ten film powstał w przeddzień drugiej wojny światowej, ktoś tam uznał, że nie nadają się pewne sceny, w związku z tym, dzisiaj ten film odżywa w swojej nowej postaci. Warto zwrócić uwagę, że telewizja kiedyś pokazywała odrestaurowany Metropolis Fritza Langa, odrestaurowany film Faust Murnaua, który ja oglądałem w DKF-ie w latach pięćdziesiątych w zupełnie innych warunkach. Film niemy, to był niemy, była cisza kompletna na sali, różnica przesuwu taśmy do dawnego kina, a obecnego – 16 i 24 mm – powodowała, że oglądaliśmy te filmy w też nienaturalnych warunkach, akcja była jakby przyśpieszona.

Kopie filmowe filmów archiwalnych pozyskiwaliśmy przede wszystkim z Filmoteki warszawskiej, powtarzam jeszcze raz, ona się czasami nazywała Narodowa czasami Polska. Ja nawet nie wiem jak ona się nazywa w tej chwili, ale w Łodzi mieliśmy to szczęście, że pozyskiwaliśmy też kopie z archiwum łódzkiej Szkoły Filmowej i właśnie te filmy z lat czterdziestych wyświetlane w Polsce, właściwe większości zdobywaliśmy to z archiwum łódzkiej Szkoły Filmowej, to mówię o filmach archiwalnych. Oczywiście filmy przechodzące przez Centralę Wynajmu Filmów, czy Okręgowe Przedsiębiorstwo Rozpowszechniania Filmów, wypożyczaliśmy od nich za ustaloną stawkę. No, tutaj od razu powiem, że stawki te dla Dyskusyjnych Klubów Filmowych były ulgowe, Sekretarz Generalny Federacji zwykle negocjował z ministrem stawki dla tych filmów, dla Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Działalność Dyskusyjnych Klubów Filmowych była popierana jako element rozpowszechniania dobrego kina. Oczywiście niektóre kopie zdobywało się inną drogą. Myślę tutaj szczególnie o latach osiemdziesiątych, kiedy wiele DKF-ów nawiązało kontakty z ambasadami, z ośrodkami kultury i stamtąd zdobywało kopie filmów niedostępnych w naszych kinach prawda. To oczywiście było też jedno źródło, dodatkowe źródło pozyskiwania filmów. No, myślę, że to były te główne źródła pozyskiwania filmów i mówię tutaj, jeżeli chodzi o Łódź, byliśmy w szczęśliwym położeniu, dlatego że urzędujący tu wiele lat w archiwum pan Czesław Kufel, nieżyjący już też dzisiaj, nam te filmy wypożyczał. Tu od razu powiem jeszcze coś innego. Mianowicie, że poprzez dziesiątki lat działalności, myśmy znali większość tych osób. No, nie da się ukryć, że dzięki osobistym znajomościom trwającym po kilkadziesiąt lat, ja niektórych pracowników PRF-u znałem od czasu skromnego urzędnika, do stanowiska kierowniczego. To na pewno ułatwiało zdobywanie filmów. No, czasami to były takie pokazy zupełnie nadzwyczajne, jak chociażby ten pokaz Czystego nieba, o którym kiedyś mówiłem, że przyjeżdżał reżyser ze swoim filmem, prawda, więc to był jeszcze jakieś extra pokazy. No, staraliśmy się pokazywać co się dało, zwłaszcza jeszcze w latach pięćdziesiątych, tu taka historyjka właśnie z tego DKF-u przy Politechnice Łódzkiej. On organizował dodatkowe pokazy w kreślarniach, na terenie uczelni, kiedyś pokazywaliśmy Krzak gorejący ze słynnym rosyjskim aktorem, to film bodajże z 1916, czy 1917 roku i nagle, tuż przed projekcją, mieliśmy niespodziewanych gości. Przyszedł Roman Polański z Basią Kwiatkowską. Oczywiście Roman Polański był nam wtedy znany głównie z filmu Dwaj ludzie z szafą, który był często w DKF-ach pokazywany, prawda, więc mieliśmy taką właśnie wizytę. Pokazywaliśmy jeszcze wtedy na taśmie chyba 8 milimetrów, nawet film przedwojenny polski Profesor Wilczur, ponieważ był to film polski, a kopia była stara, trzeszcząca, więc przypominam sobie, że oglądałem ten film, przytykając ucho do głośnika i usiłując coś zrozumieć z padających tam z ekranu dialogów, ale to, co mówię o pewnym fanatyzmie filmowym, które cechowały wiele osób z ruchu Dyskusyjnych Klubów Filmowych i o którym kiedyś świetny felieton napisał Zygmunt Kałużyński, że to są ludzie, którzy absolutnie muszą to zobaczyć.

To sytuacja, oczywiście dzisiejsza, jest niezupełnie inna. Zawsze się mówiło, że telewizja zniszczy film. Tak się nie stało. Natomiast, w jakim sensie telewizja podbiła technikę kinową, dlatego że telewizja spowodowała, że przestano produkować filmy na taśmie 70 mm, to był ogromny ekran, jakiego dzisiaj w kinie Bałtyk już nie ma, ale w kinie Bałtyk nikt nie pamięta. No, my pamiętamy z lat sześćdziesiątych głównie prawda. Także następnie kasety wideo. No, to już było gorzej dlatego, że na tych kasetach przychodziły filmy, które były niedostępne w naszych kinach, ale myślę, że decydujący cios kinu zadały komputery. Dzisiaj młodzi ludzie siedzą przed komputerami. Ci ludzie, którzy tak jak ja błądzili po Łodzi starając się dostać do tego kina, pośród tych tłumów, które tam były… Dzisiaj siedzą komputerami. Ewentualnie chodzą grzecznie na pokazy organizowane przez najrozmaitsze młodzieżowe Akademie Filmowe, w których zresztą ja też przez wiele lat wygłaszałem prelekcje. Jak ktoś, kiedyś obliczył, w sumie wygłosiłem około 2 tysięcy prelekcji w najróżniejszych zresztą miejscach, kiedyś nawet na festiwalu w Koszalinie. Powiem szczerze, że ja, jeżeli chodzi o do prelekcji, to nie miałem specjalnych kłopotów. Przez wiele lat oglądania filmów i swojego zainteresowania, ja byłem z wszystkimi historiami sztuki filmowej za pan brat. Ja tylko musiałam coś tam przypomnieć sobie, ewentualnie jakoś recenzję. Było takie pismo które się nazywało „Filmowy serwis prasowy”, pismo dla prelegentów nieocenione, z tym że niektórzy wykorzystywali to pismo w ten sposób, że brali to pismo i czytali z tego pisma co tam było potrzeba, ale do tego pisma można było zawsze zerknąć. Tam były filmy omówione, przy czym była tam ścisła czołówka, były tam recenzje zamieszczone, było krótkie streszczenie, więc była to duża, myślę że dla prelegentów, była to duża pomoc i wyręka. Myślę, ważniejszą sprawą było przez całe moje życie dostosowanie tej prelekcji do osób, do których mówię, dlatego że inaczej oczywiście mówiłem do członków mojego Dyskusyjnego Klubu Filmowego, a inaczej dla młodzieży skupionej w Młodzieżowej Akademii Filmowej, która powiedzmy sobie szczerze, niektóre szkoły zawsze wykazywały bardzo duże zainteresowanie, jak słynna „jedynka” łódzka, ale wiele szkół, naprawdę mało było tymi filmami, myślę tu o młodzieży oczywiście, było tymi filmami zainteresowanych, o czym mogłem się przekonać rozmawiając z młodzieżą w przerwach i oczywiście było to już zupełnie inne pokolenie i do nich należało mówić inaczej. To był mój zarzut w stosunku do wielu tuzów polskiej kultury filmowej i filmoznawstwa.

Kiedyś słuchałem prelekcji Aleksandra Jackiewicza do filmu Osiem i pół Felliniego w telewizji wygłaszanej. Otóż byłem zdania, że w ten sposób on mógł rozmawiać ze mną, ale nie tymi milionami telewidzów, którzy zasiedli przed telewizorami i moim zdaniem w wyniku tej prelekcji niewiele skorzystali. Myślę, że problem trafienia do widzów, to jest bardzo ważną sprawą jeżeli chodzi o prelekcje. Przyznam się, że początkowo ja nie wygłaszałem prelekcji w Klubie Filmowym, bo uważałem, że skoro mam stałą pracę, to muszę ustąpić miejsca osobom, które no, sobie tu dorabiają jakoś, ale z czasem zacząłem już te prelekcje masowo wygłaszać. No, wynikało to z tego, że Klub już nie miał możliwości opłacania prelegentów z Warszawy na przykład, żeby po prostu jakoś tym ludziom przyswajać te filmy w sposób kompletny, pasujący do ich poziomu intelektualnego, może nie intelektualnego – poziomu wiedzy, prawda. Nie można wygłaszać prelekcji w taki sposób, jakby się prowadziło rozmowę z przyjacielem, który też chodzi do kina na przykład. Co innego jest taka rozmowa, a co innego jest dyskusja z ludźmi, którzy czasem nie mają o filmie takiego dużego pojęcia. Zawsze wspominam tą prelekcję Aleksandra Jackiewicza, który zresztą wydawał takie tomy, które były swoistą historią sztuki filmowej według Aleksandra Jackiewicza, w których dawał upust jakieś takiej poetyckości, jakiemuś takiemu żonglowaniu. No, ale myślę, że dla wielu osób nie mogło to służyć jako źródło wiedzy o filmie. On pisywał również pozycje ściśle naukowe prawda, więc nie można tu mieć pretensji, a jego inne książki czytywałem z przyjemnością.

Nasz DKF był rzeczywiście typowym DKF-em, których chyba mało w Polsce było, działającym społecznie. W tym DKF-ie oczywiście Janusz Bujacz, to był zatrudniony w kinach studyjnych, ale tym DKF-em głównie zajmował się przez pierwsze 20 lat mój kolega Rysiek Rutkiewicz, obecnie emerytowany sędzia. Zajmowałem się ja – pracownik naukowo-dydaktyczny Politechniki Łódzkiej. Potem zajmowała się pani Jolanta Szymańska z ramienia biblioteki Waryńskiego, czy Piłsudskiego. Była osobą bardzo tutaj pomocną, prawda, w organizowaniu transportu filmów i tak dalej, i tak dalej, ale ponieważ działaliśmy w taki sposób, No ja muszę, ja zawsze twierdzę, że ja miałam dwa życia. Jedno to było życie filmowe, a drugie to było życie zawodowe, bo pracowałem w Instytucie Techniki Radiacyjnej Politechniki Łódzkiej. Byłem nawet jego współtwórcą pod kierunkiem profesora Jerzego Kro i prowadziłem przez dziesiątki lat zajęcia dydaktyczne z chemii fizycznej, czasami z radiochemii, czasami z chemii radiacyjnej i tak dalej, i tak dalej. Tu od razu powiem, że właśnie z tego Instytutu wywodziło się wielu moich kolegów, którzy przez wiele lat chodzili do DKF-u. Moi dwaj koledzy, którzy razem przyszli, tam wspomniany przeze mnie, przyszły rektor Maier, nieżyjący już w tej chwili, profesor Kro z małżonką również, szczególnie jego małżonka, często do tego DKF-u przychodzili, a więc w ten sposób ja byłem na tej uczelni jakimś ośrodkiem rozpowszechniania wiedzy filmowej, ponieważ wiele osób z innych Instytutów również przychodziło do mojego Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Sięgało to również poza uczelnię, myślę tutaj o Centrum Badań Molekularnych i Makromolekularnych, w którym zatrudniona była kiedyś moja żona i też z tego Centrum wiele osób przychodziło do DKF-u. No, ja myślę, że no, jakoś te życia musiałem pogodzić, zazębiały się one w ten sposób o jakim przed chwilą mówiłem, no, nawet w inny sposób.

W roku 1998 obchodziliśmy stulecie odkrycia radu i polonu przez Marię Skłodowską-Curie i odbywały się tu w Łodzi uroczystości, profesor Kro, który był chyba wtedy jeszcze wiceprezydentem Łodzi, wygłaszał wykład w Urzędzie Miasta. Natomiast ja jako DKF zorganizowałem pokaz filmowy o Marii Skłodowskiej-Curie sprowadzając znany film Marii Curie Mervyna LeRoya, z Greer Garson, z roku 1944. Dodam, że ten film był po wojnie w naszych kinach wyświetlany, ja na nim byłem jako dziecko wtedy. No i kopia oczywiście była dostępna, nie było z tym problemu, ale pokazaliśmy jeszcze film dokumentalny, taki częściowo fabularyzowany dokument takiego słynnego Francuza, do którego też była tłumaczona tam jakaś lista i zrobiliśmy pokazy tego filmu. Niestety największe zainteresowanie wykazał Uniwersytet Trzeciego Wieku tylko, który wypełnił jedną taką projekcję, natomiast dużego zainteresowania innych osób nie było, ale były też pokazy filmów dokumentalnych w czasie tych uroczystości, także tutaj jakoś moje życie zawodowe się połączyło z tym moim życiem filmowym. No, może jeszcze w roku 1987 razem z kolegą żeśmy zrealizowali taki film o Instytucie. Na Politechnice jest taki ośrodek audiowizualny i tam kolega z nami jeździł i filmował różne miejsca, w których technika radiacyjna jest w Łodzi stosowana. Tu od razu jednak powiem, nie jestem tylko jedynym przykładem takiego typu, bardzo znany profesor, również chemii fizycznej właściwie, Jacek Klinowski, również wywodził się z ruchu Dyskusyjnych Klubów Filmowych i był na przykład współautorem pierwszych tomów tego cyklu filmowego Kino – wehikuł magiczne, który potem kontynuował sam Adam Garbicz. No, ostatnio dawno się żaden kolejny tom mnie ukazał, no więc Garbiczowi pewnie trochę też już ciężko zdążyć z tym wszystkim, ale to był bardzo oryginalny pomysł, dlatego że ukazywał on historię sztuki filmowej poprzez filmy. Po prostu były omawiane kolejne filmy według oceny autorów, czyli czasami trafiały się tam pozycje nieoczekiwane doprawdy. Uważam, że to było bardzo dobre wydawnictwo, pan profesor Klinowski był autorem, jeszcze wtedy nie profesor, był współautorem chyba pierwszego i drugiego tomu tylko. Dalszych już nie, dalszych już nie, ale jak słyszałem kiedyś, on chyba mieszka w Oxfordzie w ogóle, albo Cambridge, w któryś z tych wielkich uniwersytetów pracuje jako profesor w swojej dziedzinie, ale jak słyszałem, kręci tam również filmy dokumentalne i coś tam na temat filmu pisze, więc oczywiście mógłbym go tutaj uznać za swojego znakomitszego, starszego kolegę, także wśród chemików jak widać, zainteresowanie filmem było bardzo duże, ale połączenie takie naprawdę ważkie tych dwóch dziedzin nie jest chyba w sumie możliwe, jeżeli człowiek ma tak różne zainteresowania, zawody i tak dalej. To gdzieś się odbija na jego karierze i dlatego ja doktorat zrobiłem, ale habilitacji już nie.

Publiczność początkowo, to publiczność, która przeszła z kina Stylowy do biblioteki. Jak powiedziałem, różnicy liczbowej tutaj nie było takiej, że nie mogliby się tu dostać, prawda, czyli ta publiczność jakoś tutaj przyszła, No może chyba tacy, którzy no mieszkali tak daleko, że nie mogli się do tej biblioteki dostać, ale jak to wpłynęło. Stał się ten DKF może bardziej akademicki, jak powiedziałam wielu pracowników naukowych Politechniki, Uniwersytetu, różnych innych uczelni łódzkich tu przychodziło i wypełniało tę salę, ale wypełniało tę salę bardzo licznie muszę powiedzieć i w latach osiemdziesiątych dostanie karnetu do mojego DKF-u było prawie niemożliwe. Musiał chyba ktoś umrzeć, żeby zwolnić jakiś karnet. No, była to sala na jakieś na 120-135 miejsc prawda, więc nie była to jakaś ogromna sala. Potem, w latach dziewięćdziesiątych zaczęła się ta publiczność, no przeszliśmy tam w 1977, zaczęła się ta publiczność nieco kurczyć, niestety częściowo z powodu wieku, no bo wiele osób było starszych i z żalem rezygnowało. Proszono mnie, żebym przeniósł projekcie na jakieś wcześniejsze godziny i w związku z tym, liczba widzów ulega ograniczeniu. Myśmy zawsze stosowali system karnetowy, ale w latach dziewięćdziesiątych, czy w 2000 ten koniec, to już musieliśmy się jednak również otworzyć na wejściówki tak zwane prawda, bo już po prostu 10 osób kupowało karnet, a powiedzmy 20 nie więcej, także oczywiście ta publiczność zaczęła się tutaj zmniejszać, zresztą może i z różnych względów, o których już mówiłem prawda, ale no, niestety powiem szczerze, że wiek, geriatryczność tego DKF-u spowodowała, że liczba widzów się zmniejszała. Młodzieży zbyt dużo nie było. Ja nie miałam takich możliwości, jak niektóre DKF-y łódzkie, które sprowadzały filmy z Warszawy, tam z różnych ośrodków zagranicznych i tak dalej, i tak dalej, także tutaj nie byłem może zbyt atrakcyjny. Czasami udawało się wydostać jakieś takie mniej dostępne filmy z Filmoteki jak Tryumf woli, Leni Riefenstahl, Imperium zmysłów Nagisa Oshima i tak dalej, ale to dużo tego nie było. Poza tym, dla tej starej publiczności, to może nie była aż taka atrakcja. Tak samo w ostatnim okresie DKF-u ja przestałem sprowadzać filmy z Filmoteki, dlatego że to byli ludzie tak starzy, że on wszystkie te filmy widzieli w DKF-ie i to nie jeden raz, bo to byli ludzie chodzący do tego DKF-u przez dziesiątki lat.

Profesora Jewsiewickiego znałem przez wiele lat. On w jakiś sposób związał się z naszym DKF-em. Wygłaszał w nim prelekcje, poprowadził ten Klub Miłośników Kina Polskiego, zbieraliśmy się na dyskusjach w Klubie Studenta pod „Siódemkami”, Piotrkowska 77, czy to w kawiarni na dole, czy w jakiej sali na górze. Jak wspominałem, prowadził on wiele dyskusji w tym czasie. No, mówiłem tutaj o polskich filmach, które akurat mi się przypomniały, które były związane akurat z jego osobą i z jego dyskusją.  Przychodził też do naszego DKF-u jego syn, który studiował, już nie pamiętam, chyba etnografię, coś takiego, który też bardzo interesował się filmem. Spotkałem potem wziąłem Jewsiewickiego po latach, w tym gdzie opowiadał bardzo szeroko i kwieciście, co może zawsze pasowało organizatorom tych jego spotkań z nim, czy wykładów, czy prelekcji, ludzie już nie byli tak bardzo zainteresowani. Myślę, że profesor Jewsiewicki bardzo związany był ze swoimi czasami i z tymi czasami związane były też jego książki, bo przecież, on wydał dwie książki o filmie polskim, takie stosunkowo niewielkie i Historie kina światowego, no chyba jednak trochę zbyt powierzchownie wypadła ta “Historia kina światowego”. Jeżeli ktoś ją widział to tego… Ale był to człowiek niesłychanie sympatyczny, o wielkiej kulturze, o ile wiem, to on brał udział w Powstaniu Warszawskim, czy tam pracował przy jakiś dokumentach o tych czasach i zawsze go wspominam z ogromną sympatią. Podobnie jak również innych, że tak powiem, „wielkich kina”, takich jak profesor Jerzy Toeplitz, z którym wielokrotnie rozmawiałem, bo chętnie przyjeżdżał na seminaria ogólnopolskie i wygłaszał na nich, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, prelekcje, wykłady, ale również w czasie Festiwali Filmów polskich w Gdańsku, w Gdyni, zdarzało mi się z profesorem Toeplitzem dłużej tak porozmawiać, w przerwach po prostu siedząc obok niego na krzesełku. No bardzo dobrze znałem Bolesława Lewickiego, bo był on przecież z Łodzi, w związku z tym spotykam go nie tylko w czasie jakiś wykładów, ale również na przykład na projekcjach prasowych, prawda, na które uczęszczał bardzo często. Tak, także tam z nim rozmawiałem. Profesor Bolesław wygłaszał, pamiętam, wstęp do łódzkiej premiery filmu Osiem i pół Felliniego, to chyba się odbyła ta premiera jeszcze w kinie Gdynia. Był on bardzo zaangażowany w ruch kin studyjnych i tutaj byłem w 1967 roku na Ogólnopolskim Seminarium Kin Studyjnych, na którym profesor Bolesław Lewicki brylował za stołem prezydialnym, imponując wszystkim ogromną wiedzą, ogromnym oczytaniem. Może trochę żal, że nie wydał więcej książek, bo był to człowiek naprawdę o ogromnej wiedzy. Niestety zmarł też jakoś stosunkowo wcześnie, to znaczy miał już chyba 70 lat, był po siedemdziesiątce, ale no, profesor Toeplitz żył znacznie dłużej prawda, także w związku z tym, no miałam możność spotkania z tymi, wszyscy byli naprawdę ogromnie serdeczni, sympatyczni, chętnie się dzielili jakimiś uwagami i po prostu rozmawiali.

Naprawdę, mówię spotkałem w swoim życiu właściwie niemal wszystkich tych tuzów piszących z wyjątkiem jednego. Mianowicie, zupełnie nie udzielał się w Dyskusyjnych Klubach Filmowych, przynajmniej nie w Łodzi, Zygmunt Kałużyński. Zygmunt Kałużyńskiego znam głównie z jego książek wydawanych i z jednego przypadkowego takiego spotkania. Mianowicie, w roku 1986 w Gdańsku odbyła się polska prapremiera filmu Piraci Polańskiego, na którą Polański zresztą przyjechał razem ze swoją narzeczoną Emmanuelle Seigner wtedy i Zygmunt Kałużyński prowadził z nim wtedy taki wywiad dla wszystkich, że tak powiem, wszyscy siedzieli, a Kałużyński z nim rozmawiał, ale Zygmunta Kałużyńskiego z jego książek zawsze ogromnie ceniłem za jego dowcip prawda, bo on podchwycił pewną cechę, o której może tak się nie pisze specjalnie. Mianowicie, tak jak kiedyś opisywał, był w Paryżu na wielkim balu, wszyscy piją szampana, ogólna zabawa, przy jednym stoliku siedzi kilku panów spokojnych, grzecznych, kompletnie nie pijanych, prawda. Na pytanie Kałużyńskiego, jego towarzysz powiedział: „To są panowie z Cahiers du cinéma, im poza filmem nic już nic w życiu nie potrzeba”, tak i to zresztą z Kałużyńskim mawiał przed wojną jakiś redaktor naczelny gazety, w której pracował, który nie zapraszał Kałużyńskiego na posiedzenia kolegium, bo mówił: „Kałużyńskiemu zależy tylko na biletach do kinematografu”. Z Januszem Bujaczem zaprzyjaźniłem się gdzieś no, w roku 1957-1958 i byliśmy przyjaciółmi, aż do jego przedwczesnej śmierci w roku 2003. Jeszcze dwa razy byłem w szpitalu, kiedy tam leżał i właściwie już umierał. Także Janusz towarzyszył mi przez całe moje życie filmowe. Był dobrym duchem naszego DKF-u, bo zawsze się nim opiekował. Ja tutaj mówiłem, kiedy przenosiliśmy się do kina Gdynia, kiedy byliśmy w kinie Stylowy, kiedy przenosiliśmy się do biblioteki, wszystkiemu patronował Janusz Bujacz. Jego znaczenie dla Łodzi Filmowej jest moim zdaniem ogromne, poprzez działalność nie tylko w DKF-ach, ale przede wszystkim w kinach studyjnych. Pamiętam jak w kinie studyjnym Gdynia zorganizował ogólno łódzką dyskusję na temat filmu Hiroszima moja miłość to trwało wiele godzin – ludzie wychodzili, przychodzili inni, był na nim między innymi, młody reżyser filmowy Andrzej Wajda, tak jak pamiętam. Pamiętam też premierę filmu łódzką Rocco i jego bracia, na której wykład wygłaszał profesor Jerzy Toeplitz, też Janusz Bujacz to zorganizował, tą premierę Osiem i pół, też Janusz Bujacz. Prawdziwe rozwinął swoje skrzydła w kinie studyjnym Stylowy. Dam przykład – niedziela raz w miesiącu, najpierw przez godzinę Janusz przedstawia premiery następnego miesiąca ilustrowane jakimiś tam fragmentami z tych filmów, następnie dwie godziny wszystkie Kroniki z poprzedniego miesiąca, następnie dwie godziny przegląd filmów animowanych, a to była czołówka światowa wtedy – Lenica, Giersz i tak dalej. Wstęp przynajmniej na to pierwsze, był bezpłatny.

Raz w miesiącu organizował Janusz spotkanie z jakimś reżyserem, w sensie informacji o nim. Przypominam sobie taki wieczór Akira Kurosawy, wykład wygłaszał profesor Aleksander Jackiewicz, wykład przerywany był fragmentami filmów Kurosawy, na zakończenie był cały film Tron we krwi. Taki był też wieczór Buñuelowski i tak dalej. Janusz na najróżniejsze sposoby potrafił łódzką publicznością ściągnąć do kin. To, że potem się przeniósł do Urzędu Miasta, potem był kiedy był zastępcą dyrektora biblioteki Waryńskiego, bo wtedy była ta Biblioteka Waryńskiego, obecnie Piłsudskiego, również usiłował reaktywować DKF, który przedtem istniał. No, ale usiłował go zreaktywować w inny sposób niż nasz DKF. Mianowicie nie były to 4 projekcie w miesiącu, ale przez 2 dni, każdego dnia pokazywano po dwa filmy. Ja tam najczęściej prawdę mówiąc, wygłaszałem wykład wstępny i były to najróżniejsze tematy. No, francuski film gangsterski oczywiście cieszył się znacznie większym powodzeniem, niż kino afrykańskie młode, które żeśmy wtedy też reklamowali. Wiele innych pozycji, które nam się udało zdobyć z Filmoteki, a może nie były tak powszechnie dostępne, zawdzięczamy Januszowi Bujaczowi. Z Januszem Bujaczem byłem na wielu w seminariach, właśnie tych Gdańskich, o których mówiłem prawda. Nawet mieszkałem z nim wtedy w jednym pokoju, często takie kwatery nam wynajmowano w mieście, ważne było, żeby niedaleko było do Klubu Żak, prawda. Pamiętam, kiedyś przyjechałem nieco wcześniej, zakwaterowano mnie we Wrzeszczu. No, to było oczywiście bardzo daleko, ale przyjechał Janusz i oczywiście załatwił, że mieszkaliśmy w Śródmieściu, niedaleko klubu Żak. Właściwie Janusz był z wykształcenia muzykiem pianistą i w pracy doktorskiej którą zaczynał u Bolesława Lewickiego, tylko że niestety Bolesław Lewicki wtedy umarł, wobec tego promotorką tej pracy, była Alicja Helman, zresztą to nawet był dobry wybór, bo on usiłował w swojej pracy doktorskiej połączyć muzykę z filmem. Była mowa w jego pracy doktorskiej, na której zresztą obronie byłem, o filmach Eisensteina i muzyce Prokofiewa. Jeden z trzech recenzentów, pan Bacewicz, był muzykiem także to udało mu się ładnie tutaj jakoś to połączyć. Janusz prowadził bardzo wiele DKF-ów tak dodatkowo również czasami i tu chciałem przytoczyć może na zakończenie anegdotę, ale to był fakt. Myśmy czasami, aby uatrakcyjnić nasz pokazy, biegaliśmy pomiędzy kinami niosąc pudełka pod pachą w te i we wte, w te i we wte, to się nazywało wtedy „pętlowanie”. Zresztą to była metoda stosowana powszechnie na przykład w czasie Konfrontacji, kiedy jeden film trzeba było w kilku kinach pokazać prawda, ale przez wiele lat DKF-ów myśmy często to stosowali. Ja kiedyś biegałem pomiędzy Biblioteką, a kinem Przedwiośnie przez cały wieczór, czyli prowadzenie DKF-u to była również praca fizyczna. Otóż Janusz biegał tak kiedyś, nie wiem czy on miał samochód, ale był chyba bez samochodu i biegał pomiędzy kinem Tatry, które też było w samym czasie kinem studyjnym, szczególnie pod kierownictwem Ewy Kanownik, biegał pomiędzy kinem Tatry, a kinem Oka, bo tam był taki DKF, potem remont i potem klub przy Wojskowej Akademii Medycznej, biegał przenosząc film Człowiek pogryzł psa, to był taki belgijski film kontrowersyjny, bardzo niełatwy w oglądaniu. No, Janusz chciał koniecznie pokazać w swoim DKF-ie, więc biegał, tutaj przenosił w jedną stronę, w drugą stronę… No, wreszcie na zakończenie przyniósł ostatnie pudełko, no to już nie było problemu, że z powrotem trzeba od razu przynieść prawda coś. Janusz usiadł na widowni, obejrzał sobie to ostatnie pudełko, po czym zapaliło się światło. Janusz na tej sali siedział sam. Wszyscy ludzie wcześniej i myślę, że tylko jest jakieś podsumowanie tych czasów, jakie były kiedyś i czasów dzisiejszych, kiedy na tych salach kinowych siedzimy sami. Niestety często tak jest. Taki film jest, był nawet wyświetlany, tylko też na niego nikt nie chodził, bo sam go oglądałem w kinie Cytryna, kiedy ono było na Pomorskiej potem. Film się nazywa Kocham kino i jest zmontowany z szeregu krótkich nowelek, bardzo krótkich, robionych przez znanych reżyserów, a więc tam pamiętam. Była nowelka Konczałowskiego, Polańskiego również, również Chińczyków tam jakiś. Otóż wiele tych filmików koncentruje się na problemie pustych sal już kinowych, ale to najkrótszy to był jakiś film chiński, czy japoński – zapełniona ulica, tłumy ludzi się kłębią i obok stoi kino puste.