Ryszard Jankowski
Ryszard Jankowski – operator dźwięku, współzałożyciel firmy Kinekspert. Urodzony w Łodzi. Syn operatorów Leona Jankowskiego i Czesławy Jankowskiej. Absolwent Politechniki Warszawskiej (1979). Po ukończeniu studiów zaczął pracę w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi jako asystent operatora dźwięku. Współpracował przy realizacji takich filmów, jak „Seksmisja” (1983) i „Kingsajz” (1987) w reżyserii Juliusza Machulskiego, „Nad Niemnem” (1986) w reżyserii Zbigniewa Kuźmińskiego oraz „Przyjaciel wesołego diabła” (1986) w reżyserii Jerzego Łukaszewicza. Współzałożyciel i członek zarządu firmy Kinekspert, specjalizującej się w instalowaniu sprzętu projekcyjno-dźwiękowego
Ryszard Jankowski, łodzianin, z rodziny filmowców. Miałem to szczęście, że rodzice również pracowali w Wytwórni łódzkiej, w związku z czym zetknąłem się z tą kuchnią filmową od najmłodszych lat. Mama nawet w latach pięćdziesiątych pracowała krótko, to był okres kiedy hasło „kobiety na traktory” było aktualne i ważne i trafiła do Wytwórni, właśnie do wydziału techniki oświetlenia. Tam pracował mój ojciec, jako oświetlacz po szkole elektrycznej. To były czasy, kiedy oświetlenie było bardzo ważne dla filmu, ponieważ taśma była dużo niższej czułości i plan filmowy należało uzbroić przez kilka godzin w potężną baterię reflektorów. Mama pracowała dosyć krótko, potem ja przyszedłem na świat i całe dzieciństwo było związane z filmem można powiedzieć. Ojciec wyjeżdżał dużo w plenery filmowe, często mnie zabierał. Pamiętam doskonale takie wakacje przy filmie Lenin w Polsce, kiedy pod Tatrami jako mały chłopiec odwiedzałem bardzo często ten plan filmowy. W związku z czym tak mnie to ukształtowało, że już kończąc szkołę średnią w Łodzi byłem zdecydowany poszukać tej drogi filmowej. Był nawet okres taki, że myślałem krótko o reżyserii. Ale ojciec mnie wtedy mocno tłumaczył, to były czasy, kiedy na reżyserię łódzką można było dostać się dopiero po studiach wyższych. W związku z czym najpierw Politechnika, ponieważ interesował mnie dźwięk filmowy. W Łodzi nie było takiej możliwości, zdawałem na Politechnikę w Warszawie, ukończyłem wydział elektroniki, specjalność elektroakustyka. Dyplom robiłem pod okiem profesora Witolda Straszewicza, bardzo wybitnej osobowości. No i zaraz po studiach, po ukończeniu w 1979 roku wróciłem do Łodzi. Zostałem zatrudniony w wydziale dźwięku i montażu Wytwórni łódzkiej. Był to okres, kiedy tuż przede mną, właściwie kilka miesięcy wcześniej, zatrudniono trzy małżeństwa. Dokonano naboru właśnie młodych inżynierów po elektronice z Gdańska. W związku z czym zaczęliśmy tworzyć taką młodocianą rodzinę filmową można powiedzieć. Małżeństwo Domaradzkich, Dobków i jeszcze Piotrek Knop. Generalnie można powiedzieć, że czasy były wtedy przełomowe, bo sprzęt w wydziale dźwięku był wysokiej klasy, wysokiej jakości, ale z lat tych pięćdziesiątych-sześćdziesiątych, kiedy wybudowano Pałac Dźwięku pod okiem Jerzego Blaszyńskiego. Sprzęt, który zastaliśmy jednak już troszkę się zestarzał i generalnie chcieliśmy wprowadzić pewne nowości, jakąś nową technologię. Świat już szedł mocno do przodu. Jednocześnie tamto wszystko, budowa Pałacu Dźwięku i wyposażenie w wysokiej klasy sprzęt profesjonalny firmy Siemens. To był bardzo znaczący zakup dla polskiej kinematografii trzeba przyznać, ale pamiętajmy, że to wszystko powstało w latach, kiedy kino było najważniejszą ze sztuk. Były na to środki, była dosyć potężna pozycja polskich filmów, polskiej kinematografii w całej Europie, zwłaszcza we wschodniej. W tej łódzkiej Wytwórni powstały największe dzieła, jeśli chodzi o dźwięk, właśnie w formacie 70 milimetrów, sześciokanałowe, nagrywane wtedy w tej technice analogowej na taśmie 35 milimetrów, magnetycznej. No ale czas biegł do przodu i chcieliśmy coś nowego wprowadzić, ponieważ technologia zapisu magnetycznego 70 milimetrów była bardzo kosztowna. Właściwie do dzisiaj przetrwało niewiele kin i niewiele wytwórni, które jeszcze się w to bawią i zajmują tym. Technika cyfrowa zaczynała wchodzić powoli, ale jednak nieubłaganie… rozglądaliśmy się wtedy za unowocześnieniem aparatury w naszym wydziale.
Czasy jednak były trudne. Pozycja w ogóle filmu i kinematografii zaczęła się troszeczkę chwiać. Wiadomo, to były czasy, kiedy zachłyśnięcie się telewizją kablową, telewizją osiedlową, kasetami VHS. Taki pierwszy kryzys technologiczny, ale nie tylko, dotknął również produkcję polską filmową. Nie było też dużych środków na zakup pewnych urządzeń i tak paradoksalnie chcieliśmy wprowadzić zapis stereofoniczny do polskich kin, wtedy na taśmie filmowej, zapis optyczny, na trzydziestce piątce. Po długich staraniach Centrala Handlu Zagranicznego zakupiła nową maszynę do nagrywania dźwięku optycznego, ale niestety w wersji monofonicznej. Tego typu paradoksy się zdarzały. Długo też walczyliśmy na przykład o to, żeby zdobyć wieloślad do nagrań muzyki. Cały czas używaliśmy jeszcze wtedy zapisu wielośladowego, ale na taśmach magnetycznych 35 milimetrów. W związku z czym do takiego poważnego zgrania dźwięku filmowego używaliśmy kilkunastu do dwudziestu kilku maszyn po prostu, pracujących synchronicznie. Wreszcie jak tam po kilku latach odkładania tego zakupu udało się zakupić ten magnetofon wielośladowy, to świat już był w technice cyfrowej. W latach osiemdziesiątych oczywiście nastąpił dodatkowy kryzys, można powiedzieć w związku z całymi przemianami politycznymi. I my jako młodzi inżynierowie długo nie popracowaliśmy, przyszedł stan wojenny. Kolejny, że tak powiem cios w plecy. Trudno było wtedy rozwijać w ogóle też nasze zapały, pomysły i tę technologię. Koledzy, którzy przyszli z Gdańska w zasadzie w większości zajęli się pracą operatorów dźwięku. Ja miałem praktycznie zawsze rozdwojenie jaźni. Bardzo mnie ciągnęła technologia również, ponieważ ta cała magia… według mnie kino jest taką sztuką, która się wyraża przez technikę, to oczywiste. W związku z czym ta cała magia, która działa się pomiędzy techniką, a tym co już nazywamy sztuką, po drugiej stronie.
Pracowałem jako asystent operatora dźwięku przy kilku filmach, chociażby Seksmisja. Jeszcze zapomniałem dodać, że ja się zetknąłem również w szkole podstawowej, miałem okazję przez kilka lat chodzić do jednej szkoły z Julkiem Machulskim, zanim Machulscy się wynieśli do Warszawy. W średniej szkole jeszcze doszedł Janusz Gauer, operator obrazu. W związku z czym bliskie te tematy były, ale powiadam, zdecydowałem się najpierw ukończyć Politechnikę i właściwie już tak to zostało. Czasy były trudne, żeby rozpoczynać wtedy też następne studia. Zresztą było dużo do zrobienia tutaj, w tej technologii dźwiękowej i dlatego mogę powiedzieć, że satysfakcjonującą miałem tę karierę zawodową. Wtedy zająłem się wprowadzaniem technologii stereofonicznej do naszych kin. Sytuacja była taka, że kina praktycznie były w bardzo opłakanym stanie. Wszystko z lat sześćdziesiątych, pięćdziesiątych nawet. Stare projektory, stare nagłośnienie, monofoniczne. Nie bardzo był sens w ogóle rozwijać tę technikę stereofoniczną od strony studyjnej, ponieważ nie było gdzie tego wyświetlać. Pierwsze kino uzbrojone w system Dolby Stereo w Warszawie, kino Skarpa – też miałem okazję w tym uczestniczyć, jeszcze pracując w Wytwórni. Przyszły lata dziewięćdziesiąte, praktycznie załamanie całkowicie produkcji filmowej, to był dosyć potężny cios dla całej Łodzi filmowej. My troszkę zawsze byliśmy blisko stolicy, za blisko i tak jakoś wysysała te siły witalne. Właściwie cała HollyŁódź stanęła w takim stanie zwinięcia bojowego, można powiedzieć. Wszystko chcieliśmy przenieść do Warszawy, może niepotrzebnie. Zresztą koncepcja miast binarnych z lat sześćdziesiątych, Łódź-Warszawa z lotniskiem pośrodku, ciągle jeszcze niezrealizowana. Wszystko przed nami. W przypadku załamania tej produkcji filmowej w łódzkiej Wytwórni, zdecydowaliśmy się wykorzystać nasze doświadczenie i wraz z dwoma kolegami z wydziału techniki zdjęciowej i z wydziału dźwięku i montażu założyliśmy firmę prywatną Kinekspert, która zajęła się wyposażaniem kin w nowy system stereofoniczny, żeby otworzyć przynajmniej tę drogę dla widzów, aby filmy, które już od dawna w tej wersji Dolby Stereo z zachodu przypływały do nas, można było dosyć powszechnie odtwarzać.
Paweł Kostrzewa, inżynier elektronik z mojego wydziału techniki dźwięku i inżynier Wojciech Bojakowski, specjalista optyk z wydziału techniki zdjęciowej. Znakomity specjalista od kamer Arriflex. Wykorzystując nasze doświadczenie stanęliśmy po drugiej stronie kamery. Rozpoczęliśmy praktycznie od instalowania systemów Dolby Stereo w polskich kinach. Pomału to uległo rozszerzeniu. Kina zwracały się do nas o doposażenie w technikę projekcyjną, w ekrany i praktycznie cała kinotechnika stała się specjalizacją naszej firmy Kinekspert. Czasy były trudne, ale zawsze wierzyłem, że kino przetrwa, dlatego że jest takim zjawiskiem socjologicznym. Mimo właśnie zalewu kaset VHS, telewizji kablowej, potem satelitarnej, człowiek ciągle jednak chce wyjść, chce przeżyć coś wspólnie, w związku z czym ta magia seansu kinowego cały czas jest jakąś nadzieją na przyszłość kina. Najnowsze tendencje na przykład firm technologicznych w kierunku rezygnacji z ekranów klasycznych, na korzyść ekranów aktywnych, czyli wielkoformatowych telewizorów, spełzają na niczym. Po pierwsze technika jest ciągle niedoskonała, jest bardzo droga, a zaleta jaką oni lansują, że można po prostu wyświetlać przy wysokim poziomie jasności w sali kinowej, czyli stoliki, kawa, winko, generalnie jest akurat argumentem przeciw, ponieważ każdy raczej woli tę sferę intymności. Już nie mówię o tym, że się chodzi z dziewczyną do kina, ale nawet sami w takim jakby pewnym zaciemnieniu, incognito, oglądamy filmy, przeżywamy, pojawia się łezka, pojawia się jakaś radość. Jest jakieś zjawisko magiczne w tym seansie kinowym i tak jak widz w tym uczestniczy. W związku z czym klasyczne kino cały czas trwa i przetrwa na pewno.
Jako dziecko rodziców filmowców, mama Czesława Jankowska, ojciec Leon Jankowski, chodziłem bardzo często do kina, ponieważ mieliśmy ten przywilej, że pracownicy Wytwórni również mieli tak zwane bilety pracownicze. W związku z czym można było bez kolejki dostać się na kasowe filmy. Nie zawsze udawało się z racji wieku. Pamiętam do dziś jak na Fanfan Tulipana nie zostałem wpuszczony, ponieważ bileterka wykryła, że jestem za młody po prostu. Film był chyba od 16 lat. Podobnie Angelika wśród piratów i tego typu. Kino Wolność, Zachęta, Młoda Gwardia, Pionier. To właściwie klasyka kin, do których najczęściej chodziłem. W związku z czym człowiek jakby rósł, przesiąknięty tym obrazem filmowym i przeżyciami. W zasadzie cały czas towarzyszyły mi jakieś tam działania w Dyskusyjnych Klubach Filmowych, zwłaszcza na studiach, tak jak w Kwancie, w Rivierze też się udzielałem. Generalnie można powiedzieć, że film to taka druga rzeczywistość. Żyjemy jakby w dwóch światach dzięki temu, bo my również w tej branży kinotechnicznej i wszyscy kiniarze tak naprawdę to sprzedajemy marzenia. Widzowie przychodzą do kina, żeby coś przeżyć, chcą kupić tę godzinę intymności i odcięcia się od tej realności świata. Na tym polega cała magia kina. Zapomniałem o chyba najważniejszym kinie, to oczywiście kino Bałtyk. Uzbrojony w aparaturę siedemdziesiąt milimetrów i tam właśnie miałem okazję oglądać te pierwsze epopeje, radzieckie oczywiście, Wojna i pokój. Kino, które swoim ogromem tej sali widowiskowej, stwarzało dodatkowo niesamowitą atmosferę, bo przeżywanie wypełnionej po brzegi sali filmowej, takiej premiery filmowej, jest jak gdyby bardzo zbieżne z czymś co się odczuwa na koncertach. Mówimy, że fotele trzeszczą, przeszkadzają, widzowie inni szeleszczą. Generalnie nie to jest ważne. Zmysły nasze potrafią się skupić na tym, co tak naprawdę kochamy. Dzisiaj już też jako audiofil generalnie skupiam się na muzyce. Oczywiście człowieka tam cały czas ta technika swędzi, ciągle coś się chce poprawić, zmienić i się w tym kierunku dąży. Ale generalnie najważniejsze jest to, czego się słucha. Jak lubimy Czajkowskiego, to nawet na jakimś małym radyjku tranzystorowym koncert fortepianowy da się wysłuchać. To nie o to chodzi.
Jeśli chodzi o kina w Łodzi, to już potem jak zostały zainstalowane pierwsze systemy, największe wrażenie na mnie zrobiła projekcja oczywiście Gwiezdnych wojen. Pierwszy taki film widowiskowy, gdzie system Dolby Surround, przestrzenny został wykorzystany w bardzo ciekawy sposób. Obejrzałem to w kinie Wisła w Łodzi. I to było jak gdyby takim dopełnieniem tego dążenia, stwierdzeniem, że ta jest droga jak najbardziej oczywista. Dzisiaj, kiedy technika cyfrowa jest już powszechna, właściwie to Amerykanie wymusili, że musieliśmy zrezygnować z taśmy 35 milimetrów. Można powiedzieć, że bardzo wiele rzeczy jest opanowanych poza nami. Bo w czasach, kiedy ja jeszcze pracowałem w tym zapisie optycznym na taśmie 35 milimetrów, borykaliśmy się z bardzo dużym poziomem zniekształceń, z tym żeby w ogóle zrozumiały był dialog, żeby dotarł do widza. Dzisiaj te rzeczy są, można powiedzieć, już opanowane generalnie, ale z drugiej strony bardzo wiele rzemiosło utraciło takiego rękodzieła, takiego powiedzmy precyzyjnego podejścia do tematu. To podobnie tak jak w filmie przedwojennym, kiedy aktorzy musieli nagrywać dźwięk wyłącznie na planie, na setki, nie dało się tego potem poprawić, powtórzyć. Zwróćmy uwagę, jak wielką wagę przywiązywano do dykcji, jak zostały te wszystkie dialogi ładnie wypowiedziane. W czasach, kiedy mieliśmy już potem to duże ułatwienie: „A to nagrajmy tam na brudno na planie, potem się to wszystko poprawi w postsynchronach”. No oczywiście coś za coś, generalnie można powiedzieć, że już nie było dokładnie to samo. Nie zawsze ten dźwięk miał taką samą duszę, taki sam środek wyrazu. Oczywiście byli też fachowcy, którzy robili to znakomicie, tacy jak Leon Niemczyk. Wielokrotnie u nas też nagrywał i pamiętam, znakomity człowiek oczywiście, wspaniałe serce, ale również fachowiec. Kiedy nagrywał na przykład postsynchrony z młodszymi aktorami, on nagrał swoją kwestię, a przy osiemdziesiątym obróceniu pętli do nagrania mówił: „Wie Pani, ja Panią bardzo przepraszam, ja nagrałem swoją kwestię, pójdę do baru tutaj do Pani Czesi na herbatę, a wy tutaj nagrywajcie, zawołajcie mnie jak już będziecie gotowi”. Z racji pracy w tym wydziale dźwięku, z bardzo oczywiście wieloma osobami zetknąłem się, poznałem artystów. W poniedziałki były teatry w Warszawie nieczynne, przyjeżdżali przede wszystkim na postsynchrony do Łodzi. Całe pociągi wtedy były wypełnione aktorami i filmowcami, bo często twórcy, reżyser również uczestniczył w tym. To był też proces twórczy. Z takich ciekawostek mogę powiedzieć, że tak jak mówiłem niewieloma filmami się zajmowałem, ale w Seksmisji wykorzystując swoje smykałki, zdolności elektroniczne, pracowałem mocno przy tych efektach specjalnych, dźwiękowych. Nie mieliśmy syntezatorów, trzeba było wszystko na piechotę skombinować, tam jakieś generatorki, przekształcacze, zniekształcenia. Julek nagrywał sam swoim głosem na przykład dźwięk odkurzacza, a myśmy go potem przetwarzali. Przez kilka filmów to się udawało. W Kingsajzie również brałem udział, aż po Nad Niemnem. Generalnie trzeba powiedzieć, że z racji pewnych ograniczeń, jak zwykle potrzeba jest matką wynalazku. Przy Kingsajzie budowane były te dekoracje, modele w wielkiej skali. Hollywood, który mógł sobie już to pozwolić metodą maskowania, metodą jakichś tam tricków specjalnych, cyfrowych, u nas trzeba było wykonać odpowiedniej skali telefon, but, szpilkę. Bohaterki i krasnoludki wtedy rzeczywiście mogły zagrać w tym bardzo wiarygodnie. I trzeba przyznać, że fachowcy byli znakomici od tych wszystkich efektów specjalnych, w miarę swoich możliwości oczywiście. Ale na przykład Japończycy byli zachwyceni efektami z Kingsajza, dlatego że są rzeczywiście niepowtarzalne. Tak się tego nie da zrealizować w żadnej technice cyfrowej, żadnymi innymi trikami.
Wytwórnia na Łąkowej w czasach dzieciństwa to było rzeczywiście miejsce magiczne dla mnie. Bardzo duże hale zdjęciowe, olbrzymie magazyny reflektorów, całej techniki, w której pracował ojciec, ale również Gwiazdka, choinka, imprezy coroczne, gdzie przychodziły dzieciaki wszystkich pracowników i główny dysponent przebrany za Mikołaja. Wszyscy jak wielka jedna rodzina współpracowali w tym, przygotowując jakieś tam skromne prezenty dla dzieciaków. Zakład sztukaterii wykonywał zabawki z drewnianych klocków. To były bardzo piękne czasy. Potem przyszedł już okres późniejszego dzieciństwa, zacząłem wyjeżdżać na kolonie wytwórniane. W Inowłodzu był ośrodek. W ogóle w tych czasach właśnie socjalizmu można powiedzieć, że zupełnie inaczej płynął czas. W Wytwórni były inne środki na realizację filmu. Plan filmowy pracował przez kilka miesięcy. To było wielkie wydarzenie. Ekipa filmowa to była jedna wielka rodzina, ponieważ tak długie wyjazdy, ludzie po prostu musieli ze sobą się zżyć. Musieli współpracować. Atmosfera była zupełnie inna. W czasach dzisiejszych, kiedy przyszła nieubłagana ekonomika, liczy się każdą godzinę zdjęciową. Ten plan zdjęciowy jest bardzo ograniczony. Wtedy była zupełnie inna dowolność. Anegdotyczne historie, kiedy rzeczywiście wszyscy przygotowani, cały plan. Ojciec tam z kolegami ustawił oświetlenie, włączyli reflektory: „Uwaga będzie nagranie”, po czym przychodzi chmura, przerwa na lunch, wszyscy idą w cień odpocząć, ponieważ niestety zmieniły się warunki oświetleniowe, nie pasuje do poprzedniego dubla. Dzisiaj nie do pomyślenia tego typu podejście. Technika się zmieniła, możliwości kamer, czułość się zmieniła, ale znowu jak mówię – coś za coś. Dzisiaj kiedy możliwość realizacji robienia zdjęć i filmików w technice 4K mamy w każdym telefonie. Wszyscy dzisiaj nagrywają filmy, a nie ma kto oglądać generalnie, prawda? W związku z czym, tak jak właściwie w wielu dziedzinach sztuki, w dawnych czasach mieliśmy czas, cierpliwość, większe skupienie na tym, co robimy. Dzisiaj to tempo życia, no również wymusza pewną bylejakość niestety.
Jeśli chodzi o rodzinę filmową, tak się zdarzyło, że żonę poznałem na studiach, również na wydziale elektroniki i po ukończeniu jej studiów, wciągnąłem ją również do Wytwórni. Rozpoczęła pracę w zupełnie innej dziedzinie, w naszym Zakładzie Techniki Dźwięku, ale jako asystentka montażu i montażystka. Pracowało się wtedy zupełnie inaczej, bo na taśmach 35 milimetrów, na kopiach obrazowych i magnetycznych. Ona specjalizowała się właśnie w przygotowywaniu efektów na taśmach magnetycznych. W ich montażu to była praca żmudna, precyzyjna, jak mówiłem, to tam dwadzieścia kilka nieraz tych taśm trzeba było przygotować. I podczas grania filmu właściwie wracały ciągle do montażowni różne poprawki, przesunięcia, żeby coś dosynchronizować, bo akurat dźwięk jeden maskował drugi. Nie pasowało wszystko, w związku z czym robota była bardzo żmudna. Operator dźwięku również musiał w tym momencie wykazać się dużą koncentracją, umiejętnością, ponieważ cały akt filmowy, te 10-12 minut nagrywało się jednym ciągiem. Przy jakiejkolwiek pomyłce trzeba było wrócić na początek, wszystkie taśmy startowe i zrobić to jeszcze raz od początku. W czasie, kiedy myśmy już wtedy poprawiali, jak gdyby udoskonalali technikę nagraniową w tym wydziale, udało się pomału wprowadzić również technikę wgrań, czyli można było robić poprawki od pewnego momentu aktu, nie wracać do początku. Także to było dosyć duże ułatwienie. Żona pracowała w tej technice, jak mówię, manualnej, analogowej i przyszły wreszcie czasy montażu elektronicznego. Tu się wreszcie okazało, że przydało jej się to wykształcenie elektronika również, bo montaż elektroniczny to również oczywiście doświadczenie jak najbardziej artystyczne, ale zupełnie inna praca, już właściwie z manipulatorami i praca na plikach elektronicznych. W tej chwili już jesteśmy na emeryturze, cieszymy się wnukami, wracamy tylko wspomnieniami do czasów pracy w Wytwórni, które były rzeczywiście wspaniałe, bo człowiek realizował się w tym, co naprawdę kochał.
