Olga Drenda
Olga Drenda – pisarka i dziennikarka. Urodzona w 1984 roku. Absolwentka Entnologii i Antropologii Kultury na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Publikowała m.in. w „Polityce”, „The Guardian”, „Digital Camera Polska”. Jest współautorką polskiego przekładu „Delikatnego mechanizmu” i „Wybuchowego biletu” Williama S. Burroughsa, a także tłumaczką scenariuszy filmowych. W 2016 opublikowała książkę „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji”. Od 2013 prowadzi profil „Duchologia” na Facebooku, gdzie publikuje archiwalne wydawnictwa, reklamy i produkty kultury popularnej.
Moje pierwsze wspomnienie związane z kasetami VHS – chronologicznie to są prawdopodobnie kasety z animacjami Hanna Barbera, które wydawano na podstawie porozumienia, zdaje się między Hanną Barberą a Poltelem, jakoś pod koniec lat osiemdziesiątych. I pamiętam, że jedna z tych kaset znalazła się u mojej cioci, która dysponowała wtedy magnetowidem nie było to jeszcze wtedy częste, więc faktycznie sama dość późno dorobiłam się własnego magnetowidu, a właściwie moi rodzice. Natomiast miałam do czynienia z VHS-em już wcześniej dlatego, że ciocia była adopterką wczesną i miała te pirackie kolekcje z giełdy i kilka rzadkich przypadków legalnie wydanych kaset – to musiał być 1989 albo 1990. No i tam właśnie były kreskówki Hanna Barbera oraz jeśli dobrze pamiętam, to też W pustyni i w puszczy. Było tak, że pod koniec lat osiemdziesiątych importowany sprzęt audio wideo można było zakupić za dewizy lub bony w Peweksie albo Baltonie, albo co też się zdarzało, jeżeli ktoś miał bliskich za granicą, to wtedy po prostu bezpośrednio oni przywozili sprzęt audio i wideo i również kasety. Także to była jedna z takich dróg, ponieważ od połowy lat osiemdziesiątych otrzymanie paszportu było już prostsze. Nie trzeba było go zdawać na milicji, dlatego, że wcześniej można było otrzymać paszport jedynie czasowo i na konkretne wyjazdy. Od połowy lat osiemdziesiątych panowała pod tym względem większa swoboda i to się wiązało z wieloma wyjazdami na handel import export taki prywatny, czasami bardziej zorganizowany, co trochę się odbija w polskim kinie. Nie jakoś bardzo, ale trochę na przykład Zmiennikach jest tak wątek albo w książce Maksa Cegielskiego Prince Polonia, ale faktycznie, jakby od połowy lat osiemdziesiątych ten dostęp do importowanych dóbr był coraz większy do tego stopnia, że pod koniec lat osiemdziesiątych właściwie to już znajdowało się prawie poza kontrolą państwową, dlatego że były próby wprowadzenia takiej reglamentacji. Mogę powiedzieć, że to były takie filmy, które prawdopodobnie ukształtowały trochę preferencje co do kina i na pewno poczucie humoru całego pokolenia takiego lat pięćdziesiątych-sześćdziesiątych – właśnie rówieśników mojej cioci i moich rodziców, czyli takie klasyczne komedie lat osiemdziesiątych z Chevym Chasem, Johnem Belushim: Blues Brothers, Akademia Policyjna, Moja macocha jest kosmitką. Przede wszystkim to był repertuar komediowy. Bardzo dużo było komedii sensacyjnych, bardzo dużo komedii kryminalnych. To myślę, że to była taka podstawa. Absolutnie wiem, że dużą popularnością się cieszyły też takie klasyczne sensacje typu Rambo i oczywiście filmy sztuk walki jako ciąg dalszy takiej fascynacji sztukami walki po Wejściu smoka, które było oczywiście rekordem polskiego box office’u kinowego. No ale z mojego doświadczenia pamiętam, że komedie i komedie kryminalne to był jakby taki środek środka – to było najbardziej lubiane. Pamiętam, że one też chętnie wypożyczane w wypożyczalniach, co pamiętam potem, że bardzo często były po prostu ze statusem wypożyczone. Ja byłam za mała na to. Pamiętam, że mieliśmy prawdopodobnie na początku szkoły podstawowej. Zdarzyły się takie przypadki, że faktycznie mieliśmy coś odtwarzane w klasie z kasety wideo i prawdopodobnie to był Kevin sam w domu. Myślę, że tam nie wiem, czy to było wypożyczone z wypożyczalni, czy to była nielegalna kopia. Trudno powiedzieć, natomiast wiem, że dość wcześnie na już na początku lat dziewięćdziesiątych. Odkryto, że wideo to jest dobra metoda spacyfikowania całej klasy, żeby po prostu siedzieli cicho przez chwilę.
Mi się to kojarzy z rodzinnymi seansami, dlatego, że ciocia mieszka w innym mieście, więc to były takie wizyty przy okazji świąt z reguły albo wakacyjnych wizyt. Dlatego to jest coś, co bardzo mi się kojarzy z czasem wolnym. Myślę, że ten wymiar polityczny zupełnie mnie ominął. Pamiętam to z kaset magnetofonowych, to znaczy taki drugi obiekt, przede wszystkim kabaretowy, że były nagrania podziemia kabaretowego i to jest coś, czy też nie wiem piosenek Kaczmarskiego, Gintrowskiego, czyli taki kanon solidarnościowy. To pamiętam, że kojarzyło mi się głównie właśnie z obiegiem kaset audio. Takie powielaczowe okładki, książeczki z tekstem na maszynie to jest coś, co zapamiętałam, choć sama tego nie słuchałam. Przyznaję, że to jest coś, co raczej kojarzę tak na oko. A jeżeli chodzi o kasety wideo, to w ogóle dla mnie wideo się kojarzy wyłącznie z radosnym konsumowaniem komercyjnego kina. To mówię teraz z perspektywy kilkulatki. Tam w ogóle nie było treści polityczne, ale też nie mieliśmy filmów prywatnych. Nie mieliśmy kamery, więc ja wideo pamiętam z perspektywy widza. Nie, nie filmowałem sama. To już dużo później to już dużo później, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wtedy faktycznie tak nagrywałam ten film z telewizji albo to już było po 1997 albo 1998, kiedy pamiętam, że dzięki dużemu poświęceniu mojego taty, który wykombinował jakoś, że ktoś z jego kolegów może pożyczyć wideo dekoder, wówczas kodowanej telewizji Canal+. No i pomogli spełnić moje marzenie, to znaczy, żeby obejrzeć i nagrać film Ghost in the Shell, którym byłam bardzo zafascynowana wtedy i to się udało właśnie dzięki pożyczonemu dekoderowi i pożyczonemu wideo, przypiętego do naszego sprzętu. Tak, to zresztą pamiętam, że potem w późnej podstawówce zostałam fanką anime, co było takim naprawdę pionierskim momentem. Kompletnie, bo tych filmów było w dystrybucji niewiele były 2 małe firmy w Polsce, które wypuszczały filmy, niekoniecznie najnowsze, ale takie raczej no już kultowe. Tyle tylko, że tych filmów było może 10-20, nie wiem. W każdym razie nie, nie za dużo, więc poza Czarodziejką z księżyca były 2 źródła albo sprowadzanie filmów za granicy drogami przez jakiś znajomych albo przysłuchiwali w wypożyczali w poszukiwaniu, i to była naprawdę wielka przygoda, klasyki anime albo jakiś zapomnianych serii, które po prostu nieopatrznie jakiś polski dystrybutor masowo skupując tytuły, wykupił i dorobił na łapu capu polskie tłumaczenie i okładkę. W ten sposób na przykład znalazły się w polskich wypożyczalniach wideo takie klasyki jak Akira – to był początek lat dziewięćdziesiątych. W ogóle bez wiedzy, co to jest za film. Chyba nawet nowa fantastyka o tym nie pisała, to po prostu była sensacyjna kreskówka. Pewnie coś jak Transformersi, coś w tym stylu. Natomiast ktoś, kto wyczaił faktycznie, właśnie z fanów mangi, anime, że mamy anime po polsku, trzeba dać nura do wypożyczalni i tam okazało się, że to było parę starszych tytułów, głównie z science fiction z lat siedemdziesiątych i trochę takich czarodziejko podobnych, no i właśnie ten nasz wielki klasyk. Także to pamiętam, że był taki moment, kiedy przeszukiwaniem wypożyczalni wideo naprawdę było poszukiwaniem skarbów.
Ale to była zupełnie inna historia, bo w Polonia 1 czy wcześniej jeszcze te stacje, które Polonia 1 wykupiła, czyli takie małe, nielegalnie nadające stacje lokalne w Katowicach to była telewizja Rondo – wiem, że inne miasta wojewódzkie miały swoje warianty, ale faktycznie miały takie pasmo kreskówek. To było głównie anime z lat siedemdziesiątych-sześćdziesiątych. Czasami było widać, że to naprawdę jest taka strasznie zjechana klisza. Ona po prostu w jaki sposób były masowe skupowane chyba telewizji włoskiej jako jakieś wycofywane nagrania i faktycznie pamiętam, że to była zupełnie inna historia niż to, co było w dystrybucji i kasetowej, bo tam, że były to były tłumaczenia z angielskiego i one były z lektorem także. No jeżeli dobrze pamiętam, że to był polski lektor nagrany na angielski dubbing. Był chyba raz na Polsacie w latach dziewięćdziesiątych – ja nie miałam Polsatu, bo nie miał zasięgu u nas, ale to było coś, co ja przeczytałam w jakimś magazynie telewizyjnym, jakimś dodatku właśnie takim z programem telewizyjnym to gazety i tak się dowiedziałam, że właśnie istniała animacja Władca pierścieni, także faktycznie, no tak było. Raczej wiedziałam, że one są to mi się kojarzy raczej z jakimiś wizytami w domach, znajomych, w domach rówieśników. Wiedziałam, że oni takie kasety mieli jakieś nagrania z wakacji z jakiejś uroczystości. Ale raczej nie. Wiem, że nie było też zwyczaju nagrania na przykład zakończenia szkoły. Pewnie dlatego, że kamery wtedy nie były jeszcze tak rozpowszechniane, dowiedziałam się później, że jakoś w zagranicznych szkołach to było częstsze, że na przykład klasa wspólnie nagrywała jakiś film na zakończenie roku. Tego u nas nie było. Raczej to były, ta produkcja VHS-owa kojarzy mi się raczej z nagraniami typu wakacje, urodziny. To właśnie spektakl teatralna grupy Nostalgic Boys. O tym opowiada trochę jest oparty o prywatne nagrania z kaset wideo, aktorów i aktorek i wchodzi to bardzo, bardzo ciekawie, no bo tam są oczywiście wakacje, ale na przykład są też urodziny w McDonaldzie – także takie ważne wydarzenia dla dziecka, które dorastało w latach dziewięćdziesiątych. Ale no, przyznam, że mnie to jakoś omijało, że też nie bardzo oglądałam film inne. Myślę, że to jest chyba trochę tak, jak z opowiadaniem snów, albo z opowiadaniem czyichś wakacji, że one są najfajniejsze dla tych, którzy w nich uczestniczyli. Ja załapałam się na moment, w którym ten design był jeszcze taki trochę toporny. To wszystko było duże i ciężkie. Miałam magnetowid Sanyo, który z jakiś przyczyn – to była marka bardziej popularna w Polsce niż inne, niż Sony czy Panasonic. I pamiętam, że miałam i walkmana – „przenośny odtwarzacz kasetowy” tej marki… I też mieliśmy odtwarzacz wideo właśnie w domu, który, jak pamiętam, był duży i ciężki. Miał chyba dość ograniczona możliwość, jeśli chodzi o obsługę. Był powolny, ale za to, jak to często bywa z powolnymi urządzeniami, był też bardzo solidny i służył nam wiele. Także faktycznie pamiętam, że to jeszcze nie był sprzęt typu kino domowe, tylko ówczesne wierze stereo. Też pamiętam, że im bliżej 2000 roku, tym bardziej wszystko stawało się cienkie i srebrne, natomiast ja jeszcze korzystałam z takich masywnych czarnych matowych urządzeń. Podłączonych do telewizorów kineskopowych. Na początku był to zresztą słynny z implodowanie radziecki telewizor Rubin.
Ja mieszkałam w domu jednorodzinnym. Myślę, że to na pewno wpływało jakoś na to, w jaki sposób aranżowano przestrzeń. No bo oczywiście tam można zaszaleć, jeżeli chodzi o urządzanie przestrzeni, bo nie trzeba ściskać wszystkiego tak, jak to jest w mieszkaniu w bloku. Oczywiście w mieszkaniach w bloku to wiem, że nawet były badania robione w latach osiemdziesiątych, w jaki sposób ludzie urządzali w miarę możliwości i tam bardzo często było tak, że meble które były dostępne, które udało się jakoś złapać w sklepie – bo wybór był niewielki i trzeba było raczej brać, co jest – ale często były zbyt nieporęczne i za duże jak na dostępną przestrzeń, więc połowę pokoju zjadała meblościanka, drugą połowę jakiś stół z krzesłami dla całej rodziny i pamiętam, że z reguły wtedy telewizor siłą rzeczy musiał stać w meblościance. Pamiętam, że właśnie u moich rówieśników, którzy mieszkali w blokach, bardzo często ten telewizor był w meblościance, tak samo, jak kiedy oni zaczynali mieć komputery – ja też bardzo późno miałam komputer – to ten komputer Amiga właśnie też stał w meblościance. Po prostu ten PRL-owski sposób urządzania mieszkań zapełniał się stopniowo coraz to nowszą technologią. W bloku często też trzeba było, żeby obejrzeć film, trzeba było te meble przesuwać w zależności od tego, ile osób chciało oglądać. No bo nie ma dużo miejsca, trzeba było wykonywać tam jakieś manewry. Ja bardzo lubiłam oglądać film siedząc na podłodze. Telewizor razem z wideo stał w tym samym miejscu, w którym stoi do tej pory. Czyli w takim rogu jest ustawiony narożnie i po prostu w dowolnym miejscu pokoju, w którym się usiądzie można coś tam sobie z tego filmu zobaczyć, więc faktycznie mogliśmy organizować takie duże seanse, kiedy przyjeżdżali goście, no to myślę, że spokojnie większa liczba osób mogła mieć do tego ekranu dostęp. Ja najbardziej pamiętam, że lubiłam oglądać z perspektywy podłogi.
Wtedy byłam bardzo częstą klientką wypożyczalni wideo, gdzie jeździłam z moim tatą, który jest wielkim miłośnikiem kina, ale też bardzo często się mu zdarza wciągać filmy jeden po drugim i przy okazji zasypiać. Na pewno miał taki nawyk, więc czasami się zdarzało, że wypożyczał jeden film kilka razy w nadziei, że nareszcie na nim nie zaśnie, tak było na przykład z filmem Głębia, że za czwartym albo piątym razem zobaczy. Ja, ale też razem z moją siostrą młodszą wybierałyśmy się często do wypożyczalni, oczywiście na kartę taty, bo byłyśmy bardzo niepełnoletnie. Ale myślę, że to też ma znaczenie, ponieważ naszym ulubionym gatunkiem oprócz animacji był horror. Obie byłyśmy wielkimi fankami kina grozy. Pamiętam, że w naszej ulubionej wypożyczalni Video Limbo – na Śląsku była taka sieć, w kilku miastach – katowicka siedziba mieściła się w dawnym kinie Bajka w dzielnicy Piotrowice, w którym teraz zdaje się, znajduje się duża siłownia, ale przez ileś lat była tam właśnie ta wypożyczalnia wideo, w której też był dodatkowy sklep muzyczny, gdzie było stoisko z napojami chłodzącymi. No to było faktycznie takie miejsce, które się mogło równać zdaje się z angielskim Blockbuster wypożyczalniami właśnie, które łączy ze sobą funkcje właśnie filmowe i ogólno rozrywkowe, czyli że można tam było też przyjść po muzykę i po przekąski. Ale pamiętam, że to była bardzo duża hala, bo oczywiście dawniej to była hala kinowa; wybranie filmu czasami tam zajmowało bardzo długo – podział był na nowości, które można było wypożyczyć na 24 godziny, one oczywiście były też droższe. Ale to, co najbardziej interesowało mnie i moją siostrę, to były filmy wypożyczane na 8 dni i do tego jeszcze z tej niższej półki cenowej, dlatego, że tam było najwięcej właśnie kina grozy, często jeszcze takiego trochę kiczowatego. My trochę nieświadomie też oglądałyśmy czasami jakieś arthouse’owe horrory albo jakieś kampowe np. film Wampiry z kosmosu, którego teraz oryginalnego tytułu nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale który jest bardzo fajną taką ala Troma parodią horroru. Oglądałyśmy też taki bardzo niesławny cykl filmów mondo Oblicza śmierci. Myślę, że po prostu obie bardzo lubiłyśmy bać w kontrolowanych warunkach. Więc faktycznie pamiętam, że głównie byłyśmy konsumentami tych filmów z dreszczykiem. Właśnie wypożyczanych na 8 dni. Ja wtedy też się starałam bardzo nadrabiać taką klasykę kina – takiego kina typu cool właśnie, młodzieżowego z jakimś elementem muzycznym. To pamiętam, że był taki moment, kiedy starałam się oglądać dużo filmów o zbuntowanej młodzieży, ponieważ wiedziałam, że za chwilę sama zostanę młodzieżą. Chciałam czerpać z tego wzorce, bo wtedy popularny film Singles o generacji X z 1993 roku, właśnie o młodzieży z Seatle – albo Reality bites, co przetłumaczono po prostu bardzo dziwnie jako Orbitowanie bez cukru. Pamiętam, że lubiłam też właśnie takie kino – oprócz horrorów to właśnie też te filmy o zagubionym młodzieży, to była moja druga zajawka.
One często miały kreskówkowe okładki więc myślę, że to jakoś przemykało pod radarem, oglądałyśmy te filmy, kiedy rodzice byli w pracy, a my byłyśmy po lekcjach, więc ta godzina 13-14. Po prostu siedzimy sobie, jemy słodycze i oglądamy te makabryczne rzeczy. Także to trochę miało efekt takiego zakazanego owocu. Co ciekawe, był jeden taki moment, kiedy moi rodzice wyrażali jakąś dezaprobatę i nie powinnam tego oglądać. To był film Od zmierzchu do świtu, który myślę, że chyba w porównaniu z Obliczami śmierci to jednak był dużo bardziej strawny, ale tak akurat wyszło, że na ten film musiałam poczekać, no ale to był jedyny przypadek, który mi przychodzi do głowy. To była duża, jasna, oświetlona hala, podłoga była wyłożona wykładziną – także wystrój był bardzo minimalistyczny, światło halogenowe. Wiem, że oni adaptowali hale takie magazynowe najczęściej. Czy potem w starym kinie, ale wcześniej też widziałam w innych miastach, że to często był jakiś dawny sklep, albo dawna hala magazynowa. W Limbo było po prostu trochę jak w supermarkecie, ale takim bez reklam, bo były takie standy tekturowe reklamujące różne filmy, ale nie pamiętam, żeby to było jakieś bardzo ostentacyjne. Właśnie pamiętam, że tamten wystrój był raczej skromny. Myślę, że raczej to jest tak, że ja reaguję, jeżeli widzę jakąś znajomą, no to ona jakoś od razu mi się wyświetla w głowie. I to raczej mam takie ogólne wrażenie, że to bardzo często było po prostu reprinty oryginalnych okładek zagranicznych z dorobionym jakimś z tyłu komentarzem po polsku. Na pewno umiałam rozpoznawać charakterystyczny styl projektowania danego dystrybutora, czyli tam Vision, Neptun, Rondo wszystkie miały jakieś swoje określone style, no i niektóre z nich były mniej lub bardziej udolne, dlatego na przykład wiedziałam, że Vision się specjalizował w takiej niezbyt mnie interesującej sensacji i thrillerach trochę drugoligowy, bo jakby patrząc to akurat wiedziałam, czego się spodziewać. Z kolei właśnie wiedziałam, że na przykład Neptun ma niezłe komedię i to też umiałam rozpoznać po okładce. Także myślę, że to to dla mnie było trochę szkołą designu. Wizyty w wypożyczalniach wideo na pewno sprawiły, że dość dużo się nauczyłam na ten temat. To jest bardzo ciekawa historia, dlatego, że musimy pamiętać, że VHS-y pojawiły się w Polsce, kiedy cenzura była bardzo poluzowana. Był tzw. drugi etap reformy, czyli kiedy PZPR starała raczej upodabniać w taki kontrolowany, reglamentowany sposób w Polsce również pod względem mediów i pod względem kultury popularnej do Zachodu. Dlatego zapotrzebowanie na to było bardzo duże i też jakoś starali się udobruchać społeczeństwo, co no jak wiemy nie wypaliło do końca, ale jakby ówczesna Polska nie mogła się równać – na przykład wiem, że często się tak mówi o Rumunii, że tam właśnie filmy na VHS to była totalna dywersja, ale Rumunia była krajem praktycznie izolowanym od świata, a Polska połowy lat osiemdziesiątych już nie była. I do tego jeszcze część filmów zatrzymanych przez cenzurę stopniowo wtedy zwalniano wariantów, więc ten margines wolności wypowiedzi się coraz bardziej poszerzał i myślę, że na pewno to było raczej tak, że to filmy VHS bardziej współgrały z takim klimatem zapotrzebowania na konsumpcję, zapotrzebowania na wszystko co nowe, kolorowe, żywsze – była też nowa klasa społeczna biznesmenów polonijnych, którzy za jakiś punkt honoru sobie ustanawiali, żeby mieć stanowisko wideo w domu i jak najwięcej kaset. Agnieszka Osiecka się bardzo z tego śmiała. Uważała, że to jest w bardzo złym guście, ale to miało kolosalne znaczenie. To właśnie byli ludzie, którzy lubili też szpanować ciuchami z komisu, właśnie czy balować w Zakopanem i do tego właśnie mieć sprzęt wideo, więc myślę, że to miało bardzo duże znaczenie jako taki element aspiracyjny, czyli właśnie biznesmeni, którzy po 1989 będą jakby idolami nowej Polski, no to oni w to wideo bardzo szybko się zaopatrzyli. Myślę, że wideo raczej było nie było takim medium dywersyjnym, bardziej bym powiedziała, że kaseta magnetofonowa, dlatego, że Solidarność z niej chętnie korzystała.
Natomiast raczej inna grupa odbiorców, czyli takich no przedsiębiorczych konformistów chyba lubowała się w wideo, że po prostu to byli klienci PEWEX-u, którzy lubi mieć nowe rzeczy i żyć na poziomie i po prostu wiedzieli, że w pewien sposób mogą sobie tutaj w biednej Polsce gospodarki poważnego niedoboru na to pozwolić, więc myślę, że jednak w Polsce kasety wideo trudno mi uznać za jakoś dywersyjne. Na pewno one kształtowały tutaj, jakie filmy do nas przebywały i jakoś tam kształtowały gust popularny, to wpłynęło bardzo na to, jakie filmy robiło się w Polsce po 1989. To, że tak dużo na wideo oglądało się filmów sensacyjnych, na przykład wpłynęło na to, że po prostu po 1989 uznano, że trzeba robić sensację, trzeba robić komedię, trzeba robić po prostu kino rozrywkowe, dlatego że było tego za mało. Myślę, że pod tym względem VHS-y były najbardziej znaczące, ale no naprawdę trudno, trudno mi powiedzieć, żeby to jednak była jakaś poważna opozycja. Faktycznie jakby pozwalało na taką rozrywkę sąsiedzką, no bo musimy pamiętać, że na przykład można było zobaczyć w Polsce dużo filmów w kinie i faktycznie kin było bardzo dużo, coś czego dzisiaj brakuje, ale no to, że w każdej dzielnicy na przykład Łodzi można było sobie pójść do innego kina – to było coś, tyle tylko, że problem polegał na tym, że repertuar się rzadko zmieniał, bo już tej gospodarce centralnie sterowanej mechanizmy dystrybucji były strasznie powolne. Na polu muzyki było bardzo podobne, żeby dostać licencję, na coś trzeba było strasznie długo czekać i dlatego filmy pojawiały się powoli, ten repertuar kinowy też powoli się zmieniał, filmów radzieckich nie bardzo chciano oglądać, dlatego jednak ta scena VHS-owa była koniecznym urozmaiceniem. Oczywiście, no tak początek lat dziewięćdziesiątych to jest kiepski czas dla kin, które bardzo, bardzo cienko przędą finansowo i kinematografia, i kina jako takie. Natomiast faktycznie to jest taki moment, w którym wypożyczalnie wideo. No to jest kura znosząca złote jajka, przynajmniej na kilka lat i sama pamiętam jako dziecko te wypożyczalnie zakładane przez sąsiadów z dzielnicy w garażach, jakiś przybudówkach to był taki moment faktycznie takiej eksplozji małej przedsiębiorczości, że kto mógł to po prostu każde wolne pomieszczenie przeznaczał na sklep, na wypożyczalnie, na jakiś małym warsztat. Tego było strasznie dużo. Oczywiście jestem w stanie zlokalizować dokładnie, gdzie one były tak samo jak pamiętam adresy sklepów muzycznych w Katowicach, do których chodziłam i których też wtedy było znacznie więcej. Tak one oferowały oryginalne produkty. Było jedne miejsca, w którym można było sobie kopiować na nielegalu i kasety wideo i kasety audio. I to był klub osiedlowy Katowice Zadole, ale piętro niżej mieściła się wypożyczalnia. Taka zupełnie normalna, która wypożyczała filmy chyba na 48 godzin i miała bardzo dużo kreskówek. Z tego co pamiętam, to właśnie tam, tam było bardzo dużo kreskówek. Teraz jak zapytałeś mnie o okładki, to przypomniał mi się taki francuski, pełnometrażowy film animowany Gandahar, który właśnie bardzo często był na dziale dla dzieci, a to w ogóle nie jest animacje dla dzieci. To jest jakby takie dystopijne science-fiction, zresztą dobre. Myślę, że warto przypomnieć, ale okładka kojarzyła mi się z nową fantastyką, którą wtedy często czytałam, więc też jakoś zlało mi się to w całość, że właśnie ten Gandahar był.
Prawdopodobnie tak, bo to był jeden budynek, więc myślę, że to raczej – ja nie wiem, czy to były jakieś ciała połączone. Zwłaszcza, że wiem, że one żyły dość krótko, bo wtedy biznesy bardzo szybko powstawały, ale też część z nich bardzo szybko znikała, że wydaje mi się, że to po prostu, chyba nawet jacyś młodzi ludzie założyli na chwilę, może potem się wprowadzili w jakieś inne miejsce, bo faktycznie te wypożyczalnie stawały się coraz lepsze i coraz bardziej profesjonalne. Ale tutaj mowa jest o jakimś chyba 1991 roku, więc to naprawdę była taka dziupla osiedlowa. U mojej cioci było faktycznie trochę takich filmów, które miały dogranego amatorsko lektora, które nie miały okładach, tylko miały naklejki z odręcznie wypisanym tytułem, rokiem produkcji jakimś krótkim opisem, że faktycznie te komedie sensacyjne, o których mówiłam wcześniej, pochodziły z takiej dystrybucji. Wydaje mi się, że to może mi się teraz mylić troszeczkę z filmami, takimi też tłumaczonymi naprędce, które nadawała telewizja regionalna, kiedy miała taką krótką licencję na nadawanie programów z różnych stacji amerykańskich, między innymi MTV i pamiętam, że wtedy nadawano Simpsonów z polskim lektorem. Teraz nie jestem w stanie tego dobrze odtworzyć niestety. Pamiętam, że na pewno to były takie tłumaczenia robione w pośpiechu – to zapamiętałam dobrze. One bardzo różniły się między sobą i od czego to zależało? Nie mam pojęcia, przyznaję, bo tak jak sobie przypominam, to ta wypożyczalnia osiedlowa była zupełnie anonimowa, chyba miała w ogóle nazwę wyklejaną takimi literkami z folii samoprzylepnej. Bardzo fajną identyfikację wizualną miała wypożyczalnia Wideo-Wojtek znajdująca się w Katowicach Ligocie, w takim podwórku, bo pamiętam, że oni używali neonowych folii samoprzylepnych i jeśli dobrze pamiętam krojów pisma New Zelek. Faktycznie to szło bardzo z duchem czasów. Wideo Limbo wyglądało jak pełna profeska, jak sieć. Nie jako taki mały biznes prywatny, ale myślę, że często ten wypożyczalnie one miały charakter właśnie takiego typu mały biznes prywatny, czyli nie różniły się za bardzo od innych sklepów o tym charakterze. Tak jak sobie przypomnę jakieś sklepy muzyczne komisy płytowe, sklepy audio wideo prywatne – to był świat taki sprzed oficjalnych dystrybucji, sprzed identyfikacji wizualnej narzucanej przez markę, więc pamiętam, że tam faktycznie panowała duża dowolność, dlatego że wszystko zależało w sumie od fantazji właścicieli. Wszystko teraz robi się coraz bardziej monotonne, bo jest wykupowane przez monopole, więc właściwie żyjemy w takim bardziej jednostajnym świecie. Natomiast ja doceniam to, że mogłam to przeżyć. Taki moment, w którym było bardzo dużo innowacji, bardzo dużo pomysłowości i myślę, że też ludzie mieli bardzo, bardzo dużo optymizmu, jakiejś wiary w to, że im się powiedzie. Oczywiście wielu z nich się nie powiodło i wielu wpadło później w problemy finansowe, bo z gospodarką po 1988 bywało różnie, więc no nie było gwarancji, że ten biznes się powiedzie, ale był taki moment, kiedy faktycznie wydawało się, że wszystko było super optymistyczne, że każdy chciał mieć chociaż swój kiosk. Więc no, to był bardzo, bardzo ciekawy i niepowtarzalny moment.
Lata 2000 kiedy stopniowo wypożyczalnie VHS zmieniały się w DVD, ale pamiętam taki moment, kiedy faktycznie oglądałam większość filmów już z komputera i to były filmy, które były zgrywane z płyty na płytę. Powiedzmy, myślę, że to był no koniec końców i Mute i PirateBay, które przyczyniły się niestety do końca epoki wypożyczalni wideo, choć pamiętam, że mój tato korzystał bardzo długo i wiem, że nadal są istniejące wypożyczalnie. I też znałam ludzi, którzy dość długo trzymali swoje VHS-owe kolekcje, czy wykupowali z wypożyczalni wycofane tytuły – były takie momenty. W Krakowie, gdzie mieszkałam przez jakiś czas, pamiętam moment zamknięcia Beverly Hills Video – ja nie miałam wtedy magnetowidu, no bo oczywiście mieszkałam w studenckim mieszkaniu, gdzie były warunki studenckie i nie było takich luksusów, więc film sobie mogłam obejrzeć właśnie ze skopiowanej płyty CDR. No ale czy to miało dla mnie wtedy bardzo duże znaczenie? No trudno powiedzieć dlatego, że ja wtedy oglądałem film już w inny sposób, to znaczy oglądałam czasem filmy z komputera, a czasami korzystałam z bardzo bogatej wtedy w Krakowie oferty kinowej i byłam bardzo częstą bywalczynią kin, więc myślę, że trochę ten świat wideo dla mnie jednak był gdzieś wycofany, może dlatego, że ja przez jakiś czas traktowałam to jako zastępstwo kina, a tak naprawdę chciałam chodzić do kina. Więc może jeżeli taka sposobność się pojawiła, no po prostu się naturalnie, przeniosłam tam. Oczywiście, jak teraz mamy streaming, to pojawia się pewien problem, bo tutaj docieramy do jakiegoś martwego punktu. Nie możemy mieć tego medium dla siebie Dystrybutor może wycofać film, kiedy mu się podoba, więc po prostu tutaj ten model się bardzo zmienia, bo nie możemy czegoś dla siebie zachować, chyba że sobie sfilmujemy z komórki. No to czasami mi się wydaje, że stoimy w obliczu jakiegoś kolejnego renesansu piractwa. W związku z tym, że na przykład seriale są wycofywane z wielkich platform i znika po nich świat. To pewnie właśnie myślę, że możemy przeżyć powtórkę z rozrywki.
Te tytuły są bardzo często po prostu „killowane” po jednym sezonie. Ludziom tego brakuje, więc myślę, że może powstać jakieś podziemie dystrybucyjne, bo chyba jest trochę tak, że film po prostu trochę lubi takie nieoficjalne obiegi, że zawsze są pasjonaci, którzy się wymieniają skarbami. Wydaje mi się, że streaming to jest trochę tak jak interfejs komputerów osobistych – opierał się na modelu znanym, powierzchni stołu czy biurka. No to trochę takim interfejsem była wypożyczalnia wideo, gdzie po prostu zamawiasz, płacisz i otrzymujesz tylko na powiedzmy 48 godzin. Więc na pewno VOD to jest cyfrowa wersja wypożyczalni wideo. Trzeba było oddawać przewinięty film, wiem to na pewno i to jest chyba jedyna rzecz, którą pamiętam. Wiem, że – ale to już to już było raczej wiedza dostępna chyba już jakimś prawdziwym fanatykom VHS-ów, którzy oglądali film wiele razy – oczywiście jakość byłą gorsza, Tam, gdzie były tzw. momenty, bo wiadomo, że ktoś chciał oglądać to uważnie i z powtórką, ale no to jest dla mnie taka wizja raczej z drugiej ręki. Ja sama pamiętam tylko ten obowiązek oddawania przewiniętej kasety. Wydaje się, że raczej trochę się pokrywało z moją wiedzą, bo akurat wydaje mi się, że zapamiętałam tamte czasy dość wiernie, że tak faktycznie było. No może byłam zdziwiona trochę tym, ponieważ przez jakiś czas miałam dość jakby, trochę żyłam między Polską a Wielką Brytanią i trochę poznałam specyfikę też tamtego rynku wideo i właściwie znałam wielu VHS-maniaków brytyjskich i wiem, że kasety wideo z Polski były dla wielu Anglików na początku lat dziewięćdziesiątych możliwością zobaczenia różnych filmów gatunkowych – różnych horrorów gatunkowych czy filmów mondo – dlatego, że ze względu na takie zasady dotyczące video nasty, czyli które mogą zawierać sceny przemocy albo jakieś sceny nadmiernej nagości, to panowała taka dość mocna cenzura dotycząca dystrybucji wideo w Wielkiej Brytanii, gdzieś chyba do połowy lat dziewięćdziesiątych. Było dużo filmów niedopuszczonych do dystrybucji i wiem, że częściowo udawało się jakoś załatać te dziury przy pomocy filmów z Polski, że na przykład takie włoskie horrory gatunkowe z lat siedemdziesiątych – to one docierały taką okrężną drogą, dlatego, że po prostu dystrybucja była niemożliwa. Także to jest taka ciekawostka, której się dowiedziałam dużo później. Tego nie byłam świadoma. Najciekawsze jest to, że na tej liście filmów cenzurowanych w Anglii było na przykład Opętanie Żuławskiego. Nie mogli sobie obejrzeć tego filmu tak od ręki. Po prostu bardzo, no wylano dziecko z kąpielą i bardzo dużo artystycznego kina kontynentu tak zostało ucięte. Przez to nadrabiają teraz, że właśnie ten polski arthouse jest bardzo w Wielkiej Brytanii ceniony.
