Mariola Wiktor
Mariola Wiktor – dziennikarka filmowa. Urodzona w Łodzi w 1961 roku. Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Jej korespondencje i relacje z polskich i zagranicznych festiwali – w Cannes, Locarno, Karlowych Varach, Wenecji, Gdyni – były publikowane m.in. w „Zwierciadle”, „Magazynie Filmowego”, „Wysokich Obcasach Extra”, „Gazecie Wyborczej” czy „Kinie”. W 2004 organizowała III FFP w Londynie dla Polskiego Instytutu Kulturalnego, a w latach 2009-2015 była dyrektorką artystyczną Forum Kina Europejskiego „Cinergia” w Łodzi. Oceniała filmy na festiwalach w Chicago, Salonikach, Oslo, Reykjaviku, Karlowych Varach. Od 2001 należy do Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych, z ramienia której zasiadła w jury sekcji konkursowej FIPRESCI 75. MFF w Cannes.
Dzień dobry, nazywam się Mariola Wiktor, jestem dziennikarką filmową, kocham kino i zajmuję się, może nie całe życie, ale bardzo długi czas, bardzo intensywny, wspaniały i tak, i dobrze się z tym czuję. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak rozpoczęła się Pani przygoda z kinem?] Właśnie jak sobie tak przypominam, moje w ogóle takie chyba pierwsze przeżycie filmowe w kinie, jako małej dziewczynki, to byłam z babcią w Ciechocinku i pamiętam, jakiś deszcz, burza i babcia nie miała parasolki, szukała schronienia i zobaczyłyśmy kino. No to weszłyśmy do tego kina, nie wiedząc w ogóle co tam grają. Babcia kupiła bilet, trzeba było przeczekać. I to był film pod tytułem Godzilla kontra Hedora, japoński, z tej serii, chyba 11 serii o Godzilli. I pamiętam, że ja strasznie fizycznie odebrałam ten film, dlatego że budziłam się potem z krzykiem, wydawało mi się, że czają się potwory, ta Godzilla mnie chce rozerwać, zmiażdżyć, ja uciekam, dostałam gorączki. Więc rzeczywiście ta magia kina zadziałała. Ja jeszcze byłam za mała, żeby zrozumieć też to ekologiczne przesłanie tego kina, ale później, kiedyś, po wielu latach, obejrzałam sobie fragment tego filmu i pomyślałam: „Kurczę, te efekty specjalne całkiem są…”, mimo że to był siedemdziesiąty… nie pamiętam, już bardzo wieki temu, „to one, biorąc pod uwagę ówczesną możliwości techniczne, to był całkiem przyzwoicie zrobiony film”, tylko rzeczywiście to, że tak hipnotycznie na mnie zadziałało – chociaż mówię, nie był to mój wybór, to był czysty przypadek – to kojarzę, ale pamiętam też takie telewizyjne, oglądało się jeszcze w moich czasach dzieciństwa, nie chodziło się może tak do kina, oglądało się telewizje i np. Bonanzę pamiętam. Pamiętam też takie filmy Stanisława Jędryki, Podróż za jeden uśmiech, dla dzieci, bardzo to lubiłam – Przygody Tolka Banana, a jak mnie pytasz już o takie późniejsze, bardziej świadome oglądanie kina, to chyba największym takim wrażeniem, wstrząsem dla mnie były swego czasu, nie wszyscy pewnie z naszych słuchaczy kojarzą, nazywało się to Konfrontacje Filmów Świata. To były lata siedemdziesiąte-osiemdziesiąte. Właściwie taka furtka jedyna, pokazywano filmy, które nie były w rozpowszechnianiu, nie były w dystrybucji. Można było to oglądać na wielkich festiwalach filmowych, ale ja wtedy, gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś ja też będę jeździła i będę mogła smakować tam kino, to bym nie uwierzyła. To było w ogóle nie dla nas. Trzeba pamiętać, że żyliśmy w PRL-u, była żelazna kurtyna, to były filmy z tamtego świata, więc nowy jakiś świat wartości, style życia i pamiętam takie jedne takie konfrontacje, które otwierał Czas apokalipsy Coppoli. Było pamiętam Z życia marionetek Bergmana, później np. Istvána Szabó, Mefisto i też gdybym wtedy wiedziała, że ja zaproszę kiedyś Istvána Szabó, pokażę to Mefisto, tu w Łodzi na „Cinergii”, no to bym się stuknęła w głowę. Ale pamiętam, że to było, i pamiętam też ludzi, te kolejki. Chodziłam do Bałtyku, w Iwanowie, stało się, to było jakieś wielkie wydarzenie, ludzie naprawdę tym żyli, to było coś wspaniałego. I wtedy zaczęło mnie to jakoś fascynować, ja jeszcze byłam w liceum, więc chodziłam, były takie Akademie Filmu Polskiego i Światowego, zaczęłam chodzić na DKF-y, zaczęłam jakby śledzić tą historię kina, ale wbrew pozorom, jak mnie pytasz o tą drogę, to ja nie poszłam na filmoznawstwo, to pamiętam, że dużo czytałam, lubiłam czytać, bardzo dużo lektur. W liceum też byłam taką osobą, która zawsze tłumaczyła klasie, co poeta chciał powiedzieć. Nie wiem, skąd ja wiedziałam, co poeta chciał powiedzieć, ale wiedziałam. Więc klasa słuchała, co miałam do powiedzenia, za to chłopcy pisali mi z matematyki, z fizyki ćwiczenie. To była taka wymiana w barterze. Więc to tak się odbywało i ja poszłam na polonistykę.
Potem na tej polonistyce jakoś też fascynował mnie teatr, więc teatrologia, jeszcze ciągle nie filmoznawstwo, ale mieliśmy dużo wspólnych zajęć. Myśmy bardzo jakby się z tym filmoznawstwem zaprzyjaźnili, zakumplowali, a ja cały czas chodziłam też do kina, jakby to kino było we mnie cały czas, ale myślę, że tak naprawdę dopiero kiedy wyjechałam, dostałam takie stypendium w Stanach Zjednoczonych w Chicago, najpierw w Nowym Jorku, „summer jobs”, też w „Gazecie Polskiej”, jak to się nazywało, „Nowy Dziennik”, chyba tak. I potem przeniosłam się do Chicago, do telewizji, do Polvision i zobaczyłam nowe medium, odkryłam nowe medium – obraz. Zobaczyłam, jak bardzo obrazem, jak wiele można dopowiadać, jak wiele można zmienić. Bardzo mnie to zafascynowało. Miałam tam swój program kulturalny „Kram z muzeami”, taki na systemie producenckim i zupełnie, to mnie jakby troszkę zbliżyło też do języka kina – ile ja mogę, ile mam możliwości po tych latach pisania tutaj w gazetach, w „Głosie Porannym”, potem w „Dzienniku”. Bardzo mi się to spodobało i to był taki mój pierwszy, że właśnie obrazem, ta fascynacja możliwościami języka filmowego w porównaniu z tą ograniczonością języka pisanego, którym się do tej pory posługiwałam. No to tak w skrócie, jakby ta moja droga do kina. Ale oczywiście, to mi dało później to, że zdobyłam jakieś doświadczenia, najpierw w tych Stanach Zjednoczonych, później jeszcze, to też było takie rzucenie na głęboką wodę. Ja nie miałam w ogóle takiego celu, tak się złożyło, że wywalczyłam sobie też takie, to się nazywało, w Wolfson College takie stypendium prasowe, i przy okazji byłam w Londynie. Miałam tam koleżankę, która pracowała w Instytucie Kultury Polskiej. I akurat było takie przejście, że ktoś rezygnował z prowadzenia, ktoś zajmował się festiwalem. I oni powiedzieli: „Słuchaj, ty byś może to wzięła”. Ale to było w trakcie organizowania tego. Robiła to Monika Braid, wspaniała producentka, którą bardzo uwielbiam. Ona wprawdzie odchodziła, ale bardzo mi pomogła. Miała już ustawiony program, tam było dużo animacji, dużo dokumentów polskich i mówi: „Mariolka ty to pociągniesz”. Ja się trochę tego bałam, ale mówię: „Dobra, nowe wyzwanie, dlaczego nie?”. I to był taki mój pierwszy, rzeczywiście już poważne wejście w świat kina, tych różnych instytucji. Ja też wtedy doświadczyłam tutaj z Filmoteki Polskiej. Wielu ludzi mi naprawdę serdecznie pomagało, bo czuli, że ja dopiero w to wchodzę. To też było takie bardzo, bardzo miłe, że tak zaopiekowano w tym. Ja oczywiście też się bardzo starałam, żeby to dobrze wyszło i było cudowne uczucie, kiedy mieliśmy takie kontakty, ten program był pokazywany w Barbicanie, w Mayfair, w tych dzielnicach Soho, Le Serpentine Gallery, więc bardzo prestiżowe londyńskie miejsca i kiedy w piątek mieliśmy tą animację – Lenica, Borowczyk, Fangor, ich uczniowie, to pamiętam, szłam do tego kina Soho i mówię: „Przecież nikt nie przyjdzie, kogo to obchodzi, ten Londyn żyje, ma swoją tam młodzież w ogóle, jakieś polskie kino, polskie animacje” i że to był jeden z piękniejszych momentów w moim życiu, że podchodzę do tego kina w tym Soho, Kertson, bardzo naprawdę prestiżowe, wspaniałe kino i jest jakaś kolejka, ale mówię: „Tak, tam jest tak dużo kina, że pewnie nie do mojego” i potem patrzę – tak, to jest do naszego kina. I to byli głównie studenci z Tajwanu, Azjaci w każdym razie. No więc rzeczywiście ci wszyscy ludzie chcieli obejrzeć te filmy, już mieli jakąś wiedzę. Ja tam zrobiłam krótkie takie „introduction” i pamiętam pod koniec była kolejna kolejka z podziękowaniami i mówię: „Tak, to jest chyba to”, bo doświadczyłam tyle wdzięczności od tych ludzi wtedy, że warto to robić, że to jest komuś potrzebne. Tak, to było rzeczywiście wspaniałe i chyba też ja już tak nie chciałam wydaje mi się tylko pisać w tych gazetach, w tym „Głosie Porannym”, w „Dzienniku”. To też tak było, że te działy kultury miały coraz mniej miejsca na pisanie. Sport dostawał 8 stron czy 10. Nasze te możliwości pisania się kurczyły. Chyba też wielu kolegów moich może potwierdzić, że zależało naszym szefom, żebyśmy tam głównie takie mini recenzje robili albo oceniali w skali punktowej. A wydawało mi się, że zaczęłam jeździć na festiwale, że to jest taka wspaniała, ja bym tak bardzo chciała się dzielić z ludźmi z tym, a nie mam za bardzo możliwości, a więc robienie festiwalu daje o wiele większą sprawczość, o wiele większe możliwości. Też mnie to wszystko ośmieliło, odważyło, że mi wtedy się udało w tym Londynie. Właściwie dlaczego nie? No i wtedy jak już Sławek Fijałkowski zaproponował w 2009, to poczułam, że trzeba spróbować. To było to.
To był 2009 rok. Sławek Fiałkowski, ówczesny szef kina Charlie, zaproponował mi, znając moje podróże po festiwalach i to, że ja już oswoiłam się, nie chciałam już więcej uprawiać tego tzw. mini, właściwie nie wiadomo jak to nazwać, bo to nawet recenzjami nie było, nie dawało mi już to satysfakcji, ja byłam ambitna, chciałam coś więcej. I on mi zaproponował jakby taki dobry moment, żebym wykorzystała te wszystkie kontakty, te znajomości, tą moją pasję, mój entuzjazm i spróbowała. To była kontynuacja, ponieważ Forum Kina Europejskiego istniało już tam chyba w 1992 rok, to już miało jakąś tradycję, markę, ale była duża przerwa, to też było związane z tym, że powstał w 2005 Polski Instytut Sztuki Filmowej i też było wreszcie miejsce, było źródło, do którego można było aplikować o dotację i to dawało nowe szanse, nowe możliwości. Sławek uznał, że może warto spróbujmy, ja zgodziłam się, tylko że to pamiętam były chyba wakacje, a myśmy sobie – już nie pamiętam dlaczego, te festiwale były jakoś w listopadzie, więc miałam raptem jakieś 3 miesiące, nie było zespołu, właściwie byłam tylko sama. Ja, jedna i ktoś tam jeszcze z kina, jedna osoba, więc właściwie tak w 3 osoby, trochę było to szaleństwo, ale byłam młodsza i jakoś tak chciałam. I pamiętam, że zrobiliśmy – to była 14. edycja Forum Kina Europejskiego, „Cinergia” poświęcona kinu szwedzkiemu, bo tylko jednej kinematografii. Z konieczności, wiadomo, nie mieliśmy więcej możliwości. I dostaliśmy jakieś pieniądze chyba wtedy z urzędu miasta, bo już było za późno, żeby wypełniać te wnioski do PISF-u, ale te pieniądze wystarczały na jakieś mniej więcej… Bardzo nam pomógł Instytut Polski w Sztokholmie, Instytut Szwedzki, włączały się w to ambasady, więc zobaczyłam, że też jest możliwość takiego, albo za niewielkie pieniądze, a czasami po to promocyjnie, po prostu dawali nam np. filmy nieme szwedzkie, kto tam ogląda filmy nieme, myśmy to dostali, a ja miałam taki koncept, ale powiem o tym, bo to też daje światło, jakby na temat mojego myślenia, jak robić z takich pomysłów, bo jak jeździłam na festiwale, byłam pod wielkim wrażeniem takich młodych, szwedzkich reżyserów, jak Thomas Alfredson, pierwszy horror, Pozwól mi wejść, jak Lukas Moodysson, Lilya 4-ever, prawda, czy Jesper Ganslandt, Pożegnanie z Falkenberg. A jak pytałam tu w Polsce ludzi, z czym się kojarzy kino szwedzkie, to oczywiście Bergman, bo pamiętajmy, to był 2009, a Bergman zmarł w 2007. W związku z tym pomyślałam, że właściwie to niewiele wiedzą, a ci młodzi, których obserwowałam, oni rzeczywiście na tych festiwalach w Cannes, w Berlinie, w Wenecji budzili wielkie zainteresowanie, ale oni się trochę odcinali od tego Bergmana, bo też to były filmy opowiadające o Szwecji dzisiaj, teraz, o różnych lękach, niepokojach, może mniej metafizyki, bardziej jakieś przyziemne sprawy. Pamiętam, że o wiele bardziej ci młodzi byli zafascynowani Janem Troellem, takim drugim po Bergmanie, w Polsce mało znanym. Ja tego Jana zaprosiłam i pomógł nam ten Instytut Szwedzki. On przyjechał z żoną, pokazywaliśmy Uwiecznione sny [chwile] Marii Larssons, Emigrantów, Il capitano. Bo tam rzeczywiście był związek między nimi, tymi młodszymi. On bardzo chętnie przyjechał, dał nawet taki wykład tutaj w kinie Charlie. No i pamiętam też, że taką, miałam taką ambicję, żeby pokazać, ponieważ często motywem takim ważnym w twórczości młodych reżyserów szwedzkich był motyw przyrody, że to ma swoje odniesienia w tradycji tego kina i np. pokazałam takie filmy Viktora Sjöströma, to był przecież mentor Bergmana. Kilka filmów jego mi się udało. Potem pokazałam takie rzeczy kompletnie właściwie mało znane. Ta nowa fala, bo nam się utrwalił taki jakby „image” kina szwedzkiego jako wolnego tabu, wyzwolonego, liberalnego, obyczajowo. i właśnie takie filmy, Jestem ciekawa w kolorze żółtym, prawda, Moja siostra, moja miłość. Poza tym uznałam, że też bardzo ciekawe, żeby pokazać tą kinematografię wieloaspektowo. Bardzo tam wielu było ciekawych twórców emigrantów z krajów arabskich, którzy też stworzyli ciekawe kino. Ten styk tej Europy konsumpcyjnej, zamożnej, z tymi ideałami tych ludzi, którzy tam przyjeżdżają poszukali lepszego życia. Więc jakby to pokazuje, że miałam takie ambicje, ale też pokazałam opozycję antybergmanowską – Dzielnicę kruków, Widerberga. No i wydaje mi się, że to było chyba takie kompleksowe, na tyle ile mogłam, na tyle ile mogliśmy, mając niewielkie pieniądze, że było to chyba ciekawe i rzeczywiście to się potem przełożyło. To chyba jedyny taki raz, ja pamiętam, że jak było 15. Forum, to dostaliśmy wreszcie więcej pieniędzy, to jakoś zadziałało, to zrobiło dobre wrażenie. No i tak, tak się to zaczęło, ta cała przygoda z Cinergią. Trwało to 7 lat. Ja zrobiłam 7. edycję w 2020. Było 20. Forum Kina Europejskiego.
Pewnie bym się nie odważyła tego robić, gdyby nie festiwale filmowe. One mnie tak jakoś zbudowały, też ośmieliły, bo ja się też bałam, wstydziłam, wydawało mi się, że ja sobie nie poradzę, ale najpierw to, że będąc w Stanach, potem w Anglii, podszkoliłam angielski i też zrozumiałam, że nawet jeżeli nie wiem – ja nie badam się gramatycznie czy jakiś błąd zrobię – to jeżeli ja mam coś do powiedzenia, co tych ludzi interesuje, to nikt nie zwraca na to uwagi. I tak wszyscy działają. Musisz mieć coś do przekazania. Wtedy nie ma też lęku i ludzie są życzliwi, jeżeli też coś robisz, starasz się, to ja spotykałam się z takim odbiorem i to mnie też bardzo tak dawało poczucie pewności i siły, żeby się nie bać, żeby właśnie w to wchodzić, bo zawsze spotkasz kogoś, kto nie wszystkim musi się podobać, ale zawsze ktoś ci tam pomagał i ja tego doświadczałam, to było wspaniałe. I dlatego np. wykorzystywałam takie sytuacje, że miałam tę szansę, Sławek o tym też wiedział, i to było cudowne, że nie przez agentów, przez jakieś pisanie, po prostu bezpośrednio np. Peter Greenway. Miałam wywiad, tam raptem byłam ja i jedna dziewczyna. Ta dziewczyna w ogóle nie widziała tego filmu, także właściwie ja z Peterem rozmawiałam. I dobrze się przygotowałam, jakoś taka nawiązała się dobra atmosfera i wtedy zawsze miałam ze sobą jakby takie materiały festiwalowe po angielsku i mówię, że robię taki festiwal. Jak mówiłam, że jestem z Polski, to już była taka dobre wrażenie to robiła, a jeszcze jak mówiłam, że jestem z Łodzi i też bardzo było fajne, że Szkoła Filmowa w pewnym momencie weszła, to był taki wabik np. Greenaway przyznał się, że chciał studiować kiedyś w Łodzi, ale się bał, ale bardzo niby przyjechał i to był taki wabik, ja potem robiłam masterclass. Te osoby – wymieniałam od razu bezpośrednie maile, kontakty, co było najlepsze, ale też czułam, że jak już dostaję jakiś kontakt, jakiś mail, że on już naprawdę myśli poważnie o tym przyjeździe. Oczywiście ja nigdy nie miałam dość pieniędzy i Greenway powiedział: „Słuchaj, jakbym ci podał stawkę, to wiem, że jesteście studentami, nie masz na to pieniędzy albo musiałabyś mieć sponsorów, ale jak masz fajny pomysł, jak sprzedać moją obecność, to ja w to wchodzę”. I tam jeszcze mi się udało, widziałam, że on szuka lokacji, chciał jakiś film zrobić i chciał zobaczyć te łódzkie lokacje, chciał przyjechać do Szkoły, tam zorganizował spotkanie z Andrzejem Sewerynem, więc były takie koncepcje, trochę pokazałam różne miejsca, że on przyjechał. Innym razem np. Andriej Konczałowski. To było tak, że była jakaś taka trasa po Europie. Ja znałam agentkę jego, dziewczynę z premier PR, dzięki której też dostawałam wywiady, z którą się lubiłyśmy. No i ona mówi: „Słuchaj, może spróbować z tym Konczałowskim, porozmawiał z nim po wywiadzie. I pamiętam, że mieliśmy ten wywiad w Cannes. I jemu też zginął telefon, znaczy spadł telefon gdzieś za fotel i był przerażony. Ja znalazłam ten telefon i mówię: „Andrzej, tam znalazłam”. A on wtedy mówi: „Słuchaj, zrobię wszystko, co chcesz”. A ja mówię: „No właśnie chcę”. No i zaczęłam mówić – oczywiście Szkoła, zrobiliśmy masterclass. Nie było problemu, przyjechał i bardzo było fajne, że też Anglicy potem, ponieważ to było częścią takiej trasy europejskiej Konczałowskiego – to też nasza, nasz festiwal, Szkoła, Łódź były wymienione i to było bardzo fajne, że oni jak wzięli na siebie też tą część promocyjną, to było cudowne.
No na przykład Guya Maddina też poznałam przy okazji jakiegoś wywiadu, w Berlinie to było, bo mnie z kolei zafascynowało to, że on jest Kanadyjczykiem, ale może być bardzo europejskim autorem, przecież nawiązuje w tych filmach, jak wiesz, i tam jest ekspresjonizm niemiecki, jakieś inspiracje, surrealizm francuski, radzieckie kino propagandowe. I pamiętam, że Kuba Mikurda, którego też poznałam, w szkole miał zajęcia, on napisał książkę chyba Kino Wykolejone, on rozmawiał w Kanadzie z Maddinem, więc znów powołałem się na te kontakty. Maddine się bardzo chętnie tutaj zdecydował przyjechać, ale okazało się, że jak już czekaliśmy na niego, ja zrobiłam retrospektywę, to zadzwonił do mnie, że słuchaj jestem na lotnisku i niestety nie przyjadę, nie chcą mnie wpuścić do pokład samolotu, bo zapomniałem, nie mam paszportu, tam trzeba było mieć chyba na 6 miesięcy. No i to było straszne, ale trudno. Kuba powiedział, co miał powiedzieć, ja pokazałam te filmy. Takie też sytuacje się zdarzają, więc takich przygód miałam naprawdę, ale np. István Szabó w Karlowych Warach z kolei pokazywał, ja już nie pamiętam, czy to była chyba jego jakaś retrospektywa. I było spotkanie, do spotkania się spóźniłam. Jak ktoś mi doradził: „Słuchaj, on jeszcze będzie dwa dni, napisz do niego list. Powiedz, co byś chciała” i tak dalej. Napisałam ten list, zamiast tego hotelu i następnego dnia dostałam od razu odpowiedź, że bardzo chętnie, bo on bardzo, bo on ma dużo, chciał odwiedzić swoich przyjaciół w Polsce, więc jakoś miałam dużo szczęścia. Nie wiem, czy to jest profesjonalne załatwianie, być może te duże festiwale, to prawdopodobnie to się dba przez agentów, ale oni mają fundusze, oni im dużo płacą, my pokrywaliśmy koszty pobytu – samolot, oczywiście życie towarzyskie, spotkania, ale przeważnie to było za darmo, bo nie mieliśmy… natomiast sam fakt, robiliśmy te masterclassy w Szkole. Też pamiętam Jerry’ego Schatzberga, też mi się udało w tych Karlowych Warach zaprosić, bo on z kolei słyszał, współpracował z Adamem Holendrem przy Narkomanach, więc ci ludzie też byli ciekawi Polski. Ja to wykorzystam świadomie. Ale myślałam, że w dobrym celu i zostanie mi to wybaczone, że szukałam zawsze takich punktów, jeżeli ktoś mnie interesował, czy on coś nie miał kiedyś albo z kinem polskim, albo z Łodziom, albo z tą Szkołą i to działało. Mi się bardzo dużo naprawdę udało i nikt nie przypuszczał, potem to się oczywiście ośmieliłam i było mi już łatwiej, ale oczywiście to też czasami rozmawialiśmy z 20 osobami, jak się 3-4 dwie udało, to już było bardzo dobrze, przecież trzeba pamiętać, że to są ludzie, nawet jeżeli mają dużo sympatii do nas, do polskiego kina, czy mają tu przyjaciół, to to są ludzie też bardzo zajęci, mają swoje plany i nie będzie nikt rezygnował np. ze zdjęć dlatego, żeby przyjechać na parę dni na nasz festiwal, który jeszcze nie płaci pieniędzy, ale wiedziałam, że zawsze muszę mieć pomysł. Muszę mieć, co też było bardzo dobre, bo też jakby kreatywność – ja dużo jeździłam, interesowałam się, rozmawiałam z ludźmi, miałam dobre kontakty, poznawałam dystrybutorów, agentów, ale było np. kiedyś tak, że bardzo np. zależało mi, żeby pokazywać, że to kino europejskie nie działa w próżni, że to nie jest jakaś… np. pojechałam do Japonii, udało mi się, bo chciałam pokazać młode kino japońskie, dlatego też, że wielu twórców europejskich jest zafascynowanych Japonią. Wtedy pokazałam Tokyo-Ga Wendersa, [Hanami] Kwiat Wiśni Doris Dörrie, Isabel Coixet był taki film chyba Kształt dźwięku [Mapa dźwięków Tokio], więc jakby zderzałam właśnie te fascynacje z tym młodym kinem japońskim, to też było niesamowite, że w ogóle mi się udało tam pojechać. Już prawie zrezygnowałam, ale rzeczywiście takie pamiętam, że to było takie wtedy pierwsze.
Japończycy są bardzo trudni do negocjacji, chcą dużo pieniędzy, nie ma czegoś takiego, że pójdziemy wam na rękę, ale udało mi się na przykład [nz] ściągnąć kilka filmów i wtedy dużo ludzi z Warszawy przyjechało, bo to w Polsce też tego nie było. No więc, i potem pamiętam od tego momentu, ja już to nie minęło chyba ze 20 lat, ale ja ciągle jak jestem w Cannes dostaję zaproszenia od nich, od ich tam dystrybutorów na spotkania, takie spotkania branżowe, co jest bardzo trudne, bo ja nie jestem branża. Cannes ma bardzo wyraźne, jakby to powiedzieć, inny typ akredytacji, inny w ogóle rodzaj działań, ale ja pamiętam, że wtedy spałam po dwie godziny, szukałam filmów europejskich do konkursu, jednocześnie jednak mimo wszystko chodziłam, jak dostawałam te sloty, ale to były wielkie firmy, to było MK2 Films, Fortissimo, oni mnie zapraszali na takie spotkanie, bo już wiedzieli, że ja nie mam pieniędzy, ale mówię – jak masz fajne pomysły, to my ci za rok, za dwa, my i pomożemy, my ci damy preferencyjne ceny. Organizowali takie małe pokazy w tym Cannes, a ja nigdy nie miałam na to czasu, bo jednocześnie w tym czasie miałam prasowe. No ale jak już robiłam kombinacje, gdzieś wychodziłam wcześniej i wiedziałam, że warto tą rękę podać, pogadać, 15 minut coś im powiedzieć, pokazać te nasze plany, bo dzięki temu dostawałam potem taką szansę, za niższą cenę pokazać, tylko problem polegał na tym, że ja niestety tu w Łodzi przez wiele lat prosiłam o umowę trzyletnią, bo to mi pozwoliło wyplanować. Inne festiwale dostawały mniej i to też było w pewnym momencie, doszłam do wniosku, że to jest jednak, nie wiem, walenie głową w mur, że i tego nie rozumieją. I mimo, że już pamiętam chyba po raz ostatni to już wszystko było odpisane, ale pani prezydent Zdanowska jednak z jakichś powodów nie chciała tak podpisać. Ja w pewnym momencie już dałam sobie spokój, bo mówię to nie ma sensu, ale rzeczywiście w naszej sytuacji mieć umowę 3-letnią, marzyłam o tym, bo dawałoby mi to po prostu za inne stawki, mogłam bardzo ciekawe rzeczy, tylko nie mogę przecież iść na takie spotkanie i powiedzieć: „Ale ja nie wiem, czy ja będę np. za rok jeszcze ten festiwal robić”, zawsze to było takie męczące. Miałam te możliwości naprawdę i udowodniłam, że je mam, ale nie da się tam w nieskończoność, w pewnym momencie trochę brakowało tu w Łodzi, jeśli chodzi o te lokalne nasze instytucje takiego wsparcia, a przecież to nie było dużo, myśmy już mieli, tyle udowodniliśmy, że warto nam dać tę umowę trzyletnią, ale tak się zdarzyło – trudno. Ale mówię, to jest jeden z elementów. Mieliśmy też… coraz więcej ludzi przychodziło, przychodzili wolontariusze. Też zaczynało się to trochę na zasadzie, chyba jak już czwarty rok to robiłam, to taka kula śniegowa, że coraz więcej ludzi, to zaczynało mieć swoją markę. I ludzi takich, ja wiele na początku robiłam wszystko samo, logistyka, nawet plakaty przyklejałam, ale potem rzeczywiście jak miałam tych więcej ludzi, to można było to robić lepiej i to naprawdę poznałam wtedy i nie tylko filmoznawców, chociaż oni też, ale nawet licealistów. Wszyscy chcieli, bo to były fajne spotkania i to też pamiętam, że do tej pory chyba jedną z takich milszych rzeczy to jest, nie tamte wielkie gwiazdy, ale czasami spotykam kogoś, mówi: „Wie pani, pani Mariolo, ważne, że pani mnie ośmieliła, że można w to iść, że się pani udało, było tak ciężko i to są najcudowniejsze rzeczy, że ja wtedy pokochałem kino”, czy pokochałam. To słuchaj, to jest po prostu, nie tam gwiazda, nie, a to, że tam były problemy, mieliśmy problemy, rzeczywiście było bardzo ciężko, ale to potem wynagradzały takie spotkania i nieraz wiele lat już, ja już nawet nie pamiętam, ktoś mówi: „Pani mnie nie pamięta, ja byłem tylko wolontariuszem, ale wtedy to się zaczęło”. Kocham takie momenty i wiem, że to warto wszystko było
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Kiedy związała się Pani z festiwalami filmowymi?] To, że zaczęłam jeździć na te festiwale, to też może wróćmy do tego, ja wspomniałam o takich dwóch małych epizodach. Pierwsze to były te Stany, kiedy pracowałam w telewizji, najpierw w Nowym Dzienniku w Nowym Jorku, potem w Polvision, telewizji etnicznej w Chicago. Robiłam też w Londynie festiwal filmu polskiego, to był trzeci festiwal filmu polskiego. No i faktycznie zaczęłam, oczywiście zaczęłam na początku, tak jak większość pewnie z nas, to były Nowe Horyzonty, to było moją taką biblią. Ja zobaczyłam, wtedy odkryłam, że najpierw te konfrontacje, ale też takie kino artystyczne, niszowe, które naprawdę mnie zachwyciło, interesowało. I widziałam, poznałam wtedy tam Piotra Kobusa, jak on opowiadał o kinie latynoskim, pamiętam, że wypieków dostawałam, oglądałam Jodorowsky’ego, jeszcze w Cieszynie tam przyjeżdżałam, czy kino bollywoodzkie, były te wspaniałe, te wszystkie prelekcje, zapowiedzi, poznałam Romana Gutka, Ale oni też oczywiście przede mną, to starsi koledzy, zaczęli jeździć na te festiwale i stąd to się wszystko brało. I mówię, właściwie już się tak jakby otarłam, nie bałam się, że czułam, że sobie poradzę i nie wiem, skąd mi się to wzięło. Pracowałam już wtedy w „Dzienniku Łódzkim” i pomyślałam sobie, spróbuję pojechać, może się uda. Napisałam do tego Paryża. No i rzeczywiście dostałam akredytację. Ale oczywiście miałam tam pisać, miałam codzienne relacje do gazety i jak przyjechałam zachwycona, że to wspaniale udało mi się, mam Pana Boga za rogi, to dostałam pierwszy taki… taka lekcja pokory, bo okazało się, że nikt mnie nie zna. Tam trzeba mieć kontakty, to była wielka hierarchia, ani ja nikogo nie znam, a ponieważ byłam strasznie ambitną dziewczyną, to pamiętam, usiadłam na chodniku się popłakałam, że ja nic nie mogę, nikt mi nic nie chce dać, nie wiem nawet, gdzie to było. To było straszne, ale byłam, poznałam taką dziewczynę, Jasię Karwetę. Jeżeli mnie gdzieś słyszy, to serdecznie pozdrawiam. Ona pracowała w Katowicach też w gazecie lokalnej, ale znała świetnie francuski i już to był jej tam któryś festiwal. Jak lubiłyśmy się, mówi: „Słuchaj, ja ci pomogę, bo tu jest tak, że ktoś ci musi pomóc, ktoś ci musi wprowadzić. Mnie też ktoś wprowadził. I po kolei poznasz”, poznawałam agentów. Oczywiście to nie od razu. Ja na początku rzeczywiście pisałam tylko te korespondencje, ale codziennie chciało mi się. Tak, że jak przyjechałam do Cannes jako wysłanniczka „Dziennika Łódzkiego”, miałam realizować, codziennie pisać relacje, ale oczywiście, bo wywiadów niestety nie byłam w stanie sobie zorganizować, nie wiedziałam jak się to załatwia, nie znałam tej hierarchii, gdzie trzeba pukać, jak to sobie organizować, mnie też nikt nie znał, poza tym prawda była też taka, że polscy dystrybutorzy nie bardzo byli skłonni dawać mi też te nominacje, ponieważ gazeta, z całym szacunkiem, to dla mnie była wtedy ważna gazeta „Dziennik Łódzki”, była gazetą lokalną. A kto przyjeżdżał? Tych dziennikarzy nie było tak dużo jak teraz, ale to była „Gazeta Wyborcza”, to była „Rzeczpospolita”, to było „Kino”, „Film”. Warszawskie, ogólnopolskie, a jakiś „Dziennik Łódzki”, mimo że byliśmy częścią Polska Press i te moje artykuły były przedrukowywane w całej Polsce, w dwudziestu kilku dużych miastach. Ja potem dostałam nagrodę Polska Press, bo ludzie to naprawdę czytali, ponieważ nie tylko, oczywiście filmy, które tam pamiętam, Cyrulik syberyjski, to było na otwarcie, była Rosetta, bracia Dardenne dostali wtedy nagrodę, było Wszystko o mojej matce, Almodóvara, Prosta historia Davida Lyncha, ja to bardzo przeżywałam, bo to było pierwsze moje Cannes i oczywiście o tych filmach pisałam z całą tam pasją, entuzjazmem, ale przemycałam też, ponieważ była to gazeta codzienna, różne tam smaczki czerwono-dywanowe, więc chyba jak teraz po latach patrzę, to było dość ciekawie pisane i z taką pasją, nerwem, więc to było fajne.
Ja potem wysłałam, zrobiłam tam kopię, wysłałam do Cannes i dostałam rzeczywiście już na drugi rok różowy „badge”. Różowy „badge” jest fajną rzeczą, bo to jest taka, daje dużo możliwości, czyli doceniono tą moją pracę. Ja dzięki koleżance, która zgodziła się mi pomóc, która jakby pokazała na czym to polega, jakie są agencje, gdzie trzeba pisać, gdzie wysyłać te swoje teksty. Pokazałam, jak sobie budować stopniowo, także poznawałam też osobiście poznałam tych dystrybutorów, którzy powiedzieli: „Dobrze, jesteś co prawda w gazecie codziennej, ale spróbuj też zacząć pisać”. Ja też zaczęłam wtedy pisać do „Filmu”, do „Kina”, do tych dużych gazet warszawskich. Oczywiście trochę było ciężko, musiałam pisać, że jestem z „Dziennika Łódź”. No wiadomo, były tam sprawy, ale dobrze. Udawało mi się, oni mi jakoś też zaufali. No i rzeczywiście zaczęłam tak krok po kroku dostawać te wywiady, też poznawać. Bardzo ważne są osobiste kontakty, takie „face to face”. Trudno, żebym ja przyjechała i oczekiwałam, że wszyscy nagle mają mi dać, nie znając [mnie]. A tam byli ludzie, którzy przyjeżdżali, nie wiem, 50 razy, 50 lat już na przykład. Były „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Seidenstein” i jakiś „New Yorker” i Mariola Wiktor z „Głosu” z „Dziennika”. No to właściwie trudno oczekiwać, tak było jak było, ale mówię, to sobie każdy buduje. I naprawdę spotkałam wielu fajnych ludzi, takich pomocnych i pamiętam też, bardzo ważne były, wtedy czekało się długo w kolejkach, więc poznawało się mnóstwo kolegów też po fachu, dużo freelancerów. Takie też dzielenie się naprawdę ważnymi informacjami, gdzie pójść, gdzie są jeszcze jakieś miejsca. To była giełda. Ludzie pisali, jedli kanapki, właśnie wymieniały się doświadczeniami, więc bardzo dużo mi to dało. No i zaczęłam tam kolejne mieć te wielkie gwiazdy. Najpierw oczywiście się strasznie stresowałam, nie mogłam spać. No, ale potem zrozumiałam, że bardzo ważne jest, ja pamiętam taką książkę Larry [Lawrenca] Grobela, Sztuka wywiadu, to była też taka dla mnie biblia, że taka jedna zasada – zaskocz tego rozmówcę, bo wtedy, ale zaskocz, czyli dobrze się przygotuj, bo wtedy masz, on wyjdzie z tej swojej maski promocyjnej i powie ci coś innego, on się otworzy, żeby zwrócić uwagę, że większość wywiadów to są podobne pytania, podobne odpowiedzi, to jest nudne, bo rzadko kiedy albo mamy czas, albo nie wiem, no często działamy pod presją czasu, to jest adrenalina, nie zawsze jestem przecież ja sama, też są inni. Chociaż na początku ja dostawałam „one-to-one” wywiady i pamiętam, że jeden z pierwszych moich z Woody Allenem, to też pamiętam, nie spałam chyba 3 dni ze zdenerwowania, bo miałam, musiałam mnóstwo podpisać takich oświadczeń, że do jednej tylko gazety, że wcześniej tego, że to jest taka tajemnica, Bardzo dobrze się wtedy przygotowałam. Tak, i to były, rzeczywiście miałam poczucie, że chwyciłam Pana Boga za nogi, że ja, dziewczyna z Łodzi, mam te rzeczy, że to można, to jest możliwe, ale to też nie było od razu.
Potem jeszcze pamiętam, że już jak byłam chyba drugi, trzeci raz, poznałam też ludzi z FIPRESCI. To też było bardzo ważne, bo jakoś zaufali mi, nie wiem, jakoś dobre wrażenie chyba sprawiłam i kiedy chciałam bardzo skromnie gdzieś tam w Europie, mówię: „Może się uda”, a oni mi od razu do Stanów, do Chicago dali tą akredytację. No ale dobrze, jak już mówisz A, to trzeba powiedzieć B. I tam, mówię, to jest takie, to jest taka jakby, w pewnym momencie czujesz, że jesteś w rodzinie. Wiem, że to brzmi tak może banalnie, ale takiej rodzinie filmowej, że gdziekolwiek potem, do jakiego kraju się jedzie, jesteś znajomy. No najlepszy był moment, kiedy byłam w Japonii, bo tam próbowałam ściągnąć, udało mi się ściągnąć nowe kino japońskie, to chodzę po Roppongi Hills, robię oczywiście zdjęcia zafascynowana w jakiejś tam przerwie i nagle słyszę „Mariola”. I słuchajcie, to było, tym Roppongi Hills, „Mariola”. Oglądam się, a to taki mój kolega z Czech też widzę i wreszcie, ja mówię: „Co ty tu robisz?”. No mówi: „Przyjechałem na festiwal” – „Ja też”. Naprawdę, fajne to jest. Poza tym mamy zawsze, jest tak dużo tematów. Nie wiem, możemy się nie widzieć 10 lat, ale wszyscy oglądamy te same filmy. Mamy te same problemy, nie wiem, z pracą, z pisaniem tych materiałów, z publikowaniem, bo jedni chcą, drudzy nie chcą. Poza tym to jest też bardzo intensywne życie. Razem ferujemy wyroki, że mamy „deliberation”, czyli do spotkania, gdzie wybieramy te osoby. I pamiętam też, że moje pierwsze w Chicago, ja się bardzo tego bałam, ale pojechałam tam, mieliśmy przewodniczącą jury, Danę Linsen, to była Holenderka, i ona kiedyś powiedziała: „Słuchaj, zawsze staraj się i starajmy się, to była bardzo fajna grupa”, bo był tam, do tej pory mamy Simon Popek z Chorwacji, właśnie ta Dana Linsen, Henry [nz] z USA, że zawsze starajmy się, jakby „szukaj argumentów, a my będziemy zbijać, ale ty próbuj przekonać nas, a my będziemy próbować przekonać ciebie do naszych wyborów.” To bardzo dobrze działa i daliśmy wtedy, ja nie byłam przekonana, ale w końcu dałam się przekonać tej linii, ona miała lepsze argumenty, nagrodziliśmy nikomu nieznanego Pablo Trapero z Argentyny, to był jego debiut. Takie bardzo minimalistyczne kino i daliśmy mu ten film i potem ja w Cannes po paru latach ten Pablo Trapero – rzeczywiście poszedł wspaniale w ogóle, zbiera mnóstwo nagród i miałam z nim wywiad i podeszłam do niego i mówię: „Słuchaj Pablo, tak była chwila, nie wiem czy ty pewnie nie pamiętasz, byłam w tym jury, które przyznało ci nagrodę” i pamiętam, że on wtedy podszedł, objął mnie i mówi: „Słuchaj, nie masz pojęcia jak od tego momentu, jakby ja dostałem taki wiatr w żagle, to było dla mnie tak ważne” i to był taki moment, że czuję, że ta praca ma sens, że możesz naprawdę… Bardzo komuś, bo nagroda FIPRESCI to nie jest prestiż, znaczy jest to prestiż, ale nie są pieniądze, ale bardzo pomaga w sensie od razu są artykuły, od razu „Variety”, „Hollywood Reporter”, to idzie, bo nagroda FIPRESCI, że możesz bardzo dużo, to tak, to jest wspaniałe.
Więc mówię, tworzyło się, to jest, mogłam godzinami o tym opowiadać, ale też potem świadomie, mówię z premedytacją, wykorzystywałam to, organizując ten mój festiwal, bo wydaje mi się, że ja też chciałam, miałam takie poczucie, że jak pisałam w tych gazetach tam te recenzje, to miałam coraz mniej miejsca. Natomiast tutaj ja mogłam, to były autorskie festiwale, ja tworzyłam, ja byłam za to odpowiedzialna, ja się podpisywałam, jeżeli zrobiłam coś głupiego, to brałam to na klatę. Ale miałam tak dużo rzeczy, którymi chciałam się dzielić tutaj z ludźmi w Łodzi, w tej mojej filmowej przecież Łodzi. I chyba tak, to dawało mi takie poczucie, że bardzo dużo można. Oczywiście dużo też nie można, nie miałam pieniędzy, nie miałam możliwości, były te przeszkody, była też ta niechęć, te władze nas nie bardzo jakoś kochały. Ale, ale nieważne, były jakieś naprawdę… instytuty za granicą pisały, dystrybutorzy dawali mi też po preferencyjnych cenach, ale musiałam mieć pomysł, musiałam to umieć jakoś, pamiętam, i to, nie wiem, potem ktoś, jedna osoba polecała cię drugiej, to po prostu efekt kuli śniegowej. I tak to szło i dlatego, jak teraz byłam, bardzo miło, jak dostałam tą nagrodę, tutaj podczas festiwalu Kamera Akcja, bardzo to było dla mnie miło, nie spodziewałam się i Malwina Czajka, którą poznałam, ona pracowała razem ze mną przy „Cinergii”, ale też w kinie Charlie, powiedziała mi, że wiesz, ja wtedy oglądając ciebie, poczułam, to ona była na studiach, poczułam, że mogę też spróbować, to mnie ośmieliło i to była jedna z piękniejszych rzeczy, dlatego że ona wtedy zaczynała robić właśnie Kamerę Akcje, ale nigdzie tego nie powiedziałam, bo się też bałam, bo wszyscy się boimy, bo mamy świadomość, że to jest, bierzesz dużą odpowiedzialność na siebie i potem w razie czego nie zwalisz na kogoś innego, to ty odpowiadasz. Ale zrozumiałam, że nie trzeba, trzeba wierzyć. Trudno, będą trudności, nie wszystkim musi się spodobać, ale rób swoje. Bo zawsze, jeżeli ty w coś wierzysz, znajdziesz gdzieś po drodze ludzi, oni ci też pomogą. I tak było, i tak jest. Przyszedł taki okres, że dostaję dużo różnych nagród, nie wiem, jakoś tak… Bardzo to miłe jest oczywiście, ale ja nie liczyłam, ja nie robiłam dla nagród. Znaczy, miałam nagrody, które, jak powiedziałam, nagrodami były dla mnie te spotkania są po wielu latach, po ludziach, którzy za coś mi tam dziękują, że gdzieś komuś coś otworzyłam jakieś, bo mogłam na coś inaczej spojrzeć, to są wspaniałe rzeczy, a teraz tak się złożyło, że to zaczyna gdzieś tam procentować, ja już trochę mam lat. I tak pomału, pomału być może, no nie wiem, pisać, oczywiście robię te wywiady, bardzo bym chciała, tylko tutaj to nie dlatego, że mi się nie chce, czy nie mam dość siły, czy energii. Są takie niestety bardzo niepokojące zjawiska, które obserwowaliśmy wszyscy, ja z moimi też kolegami, ostatnio na festiwalu w Wenecji, kiedy odsłonięto nam możliwości w ogóle prowadzenia [nz], a my z tego żyjemy, my to znaczy właśnie freelancerzy, którzy sami pokrywają koszty, nie jesteśmy wysyłani przez żadne redakcje, koszty są ogromne, pobytu, podróży, akredytacji, wyżywienia, noclegów i tak dalej. Uznano, te studia, wydawało się, że po pandemii, że teraz kiedy już po strajkach w Hollywood ci ludzie są dostępni, że to będzie teraz dużo łatwiej. Okazało się, że nie, że zmieniły się systemy dystrybucji, że bardzo dużo rzeczy przeszło na online i też oczywiście dalej robię też wywiady online. Niedawno miałam też przyjemność z Almodóvarem, z LDSO, dzięki pomocy Gutek Film. W związku z tym filmem, W pokoju obok, który będzie w grudniu i też mi się udało porozmawiać, tylko że to oczywiście możemy, robiliśmy tak w pandemii, ale to nie jest jednak spotkanie z twarzą w twarz, inna chemia, inne możliwości, tutaj musimy się trzymać jednak pewnych schematów, jest moderator, trzeba każdemu dać szansę, nie ma spontanu w tym.
To nie jest jednak, wydaje mi się, że dużo lepsze, dużo ciekawsze, kiedy siedzi ktoś naprzeciwko ciebie, jesteś blisko niego, to jest, nie muszę tłumaczyć, to jest zupełnie inna sytuacja. I teraz jesteśmy tym wszyscy zaniepokojeni, bo kolejne wyjazdy, zbliża się Berlin, zbliża się Cannes, okazuje się, że dyrektorzy zauważyli problem tych festiwalów, ale twierdzą, że oni nie mają wpływu na, że tak powiem, priorytety studiów filmowych., więc oczywiście mogą o tym rozmawiać, ale jeżeli to nie wyjdzie, to jakby rzeczy, to wyjeżdżanie stanie pod znakiem zapytania dla kilkuset dziennikarzy, a to są naczynia połączone. No my jednak, wydaje mi się, że te wywiady dobrym, czasem nawet ciekawsze niż recenzje, bardzo dobrze promują kino, bo też pokazują inne aspekty. Tu jest więcej, może mniej mojej oceny, ale pokazywanie też pozaartystycznych, uwikłań, to wszystko jest takie, to też ma związek z filmem, to też otwiera nowe perspektywy i bardzo szkoda, że, nie wiem, poza tym to jest takie dziwne, bo ja bardzo dużo nominacji dostaję dzięki dystrybutorom. Nie mogę sama sobie podejść, rzadko, oczywiście czasami się też udaje, ale często, wiadomo, jesteśmy zależni od dystrybutorów, którzy owszem, nominują nas do wywiadów, ale my, naszym obowiązkiem jest ten wywiad spisać, i dać do naszych tam gazet czy mediów wtedy w okolicach premiery. Te premiery są zwykle pół roku, rok po festiwalu i festiwal mówi: „Ale to nas nie interesuje, to już nie jest festiwal, to jest wasz problem”. No więc… patowa sytuacja. Oczywiście zdarzyć się może, że ja sama sobie, ponieważ ja mam dużo kontaktów, ja też zdobywam sama poza systemem dystrybucyjnym, ale z kolei to są takie nazwiska, które no nie jest to pierwsza liga, nie jest to właśnie Woody Allen, nie wiem, Angelina Jolie i wydawcy też nie bardzo chętnie zgadzają się na publikację, chociaż to jest błędne myślenie, bo często te osoby mniej „no-name” może, oni mają wiele więcej ciekawego coś do powiedzenia niż te wielkie gwiazdy, które przeważnie się powtarzają. No ale jest, jak jest. Jeżeli to nie zostanie pozytywnie rozwiązane, to prawdopodobnie będę już tylko jurorować, bo tam rzeczywiście mamy zapewnione przynajmniej przelot i hotel, albo dostałam też zaproszenie teraz do Paryża, ja tam jeżdżę, bo lubię kino francuskie i po prostu fajne jest to, że tam oni starają się i tu nie ma takich problemów, dostaje się gwiazdę francuską „one to one” albo bardzo mało ludzi, mamy hotel, mamy samolot, to tak można jeszcze pracować. Ja też zaczęłam, podjęłam taką pracę, już to wcześniej robiłam, ale teraz na większą skalę w dwóch uczelniach, to jest Szkoła Wajdy, to robiłam już wcześniej, tam jest development kreatywny i spotykam się z studentami, głównie to jest produkcja, reżyseria. I dość dużo teraz mam AMA Film Academy w Warszawie i też w Krakowie również Zoomowe i tym razem to jest historia kina, ale także studenci proszą o taki „know how” przez te moje doświadczenia właśnie selekcjonerskie, z robieniem „Cinergii”, jak się poruszać po tych festiwalach, jak, nie wiem, sprzedać swój pomysł, znaleźć koproducentów, żeby jednocześnie nie spalić sobie drogi, oferując swój film czy projekt komuś, festiwalowi, kiedy się okaże, że np. za to pokazaniem można potem zamknąć sobie drogę do dalszej możliwości, do dalszych promocji, czy spotkań z agentami itd. Więc to się też takim cieszy uznaniem i bardzo mi było miło ostatnio, że kiedy miałam zajęcia właśnie w Warszawie i tam studenci, powiedziałam jakiś fragment, chyba tam zaczęliśmy od początku, od braci Lumière do tego kina, do Einsteina, taki fragment zrobiłam, a jeszcze surrealistów zrobiłam i pamiętam, że dostałam jakieś brawa, ale byłam zdziwiona, a podeszli do mnie i powiedzieli: „Proszę pani, to było zajebiste, że pani, łączy jakby te, to nie są, że to nie są ramoty, ale pani pokazuje nam współczesne kino przez te stare rzeczy, bo pokazuje – patrzcie, to ile to jest inspiracji”, rozmawialiśmy o surrealistach, to ja powiedziałam: „A słuchajcie, w Polsce, Hass, Sanatorium pod klepsydrą, a kiedy byłam w Wenecji, rozmawiałam z braćmi Kulaj, którzy zrobili też Sanatorium pod klepsydrą, ale to nie jest remake, to jest animacja – miks animacji poklatkowej, kino autorskie, więc właśnie taka formuła o wiele więcej daje możliwości transformacji, różne triki, prawda, takich surrealistycznych, onirycznych, jakichś zestawień przypadkowych”. I oni, tak mówię: „Bo to żyje, właśnie to pokazuje, widzicie, dlatego warto poznawać historię kina, bo otwiera wam to o wiele więcej możliwości interpretacji, widzicie różnice, kojarzycie to. Bardzo ważne też pokazuje, że właśnie warto oglądać nowe filmy przez stare, tylko często nie wiemy albo pani nam to wszystko ułożyła w głowie, bo ja wiem, że wy wiecie, ale bardzo często tę wiedzę trzeba połączyć” i strasznie mi są wdzięczni, że ja tak szukam, ale to mówię, to też mi daje to, że ja mam dużą wiedzę, oglądam na bieżąco te rzeczy, najnowsze rzeczy, które tam trafią albo nie trafią do Polski albo za pół roku albo w ogóle.
I też to próbuję, sama sobie w swojej głowie układam, i tym się dzielę po prostu. I to tak, to zaczynam odnajdować taką satysfakcję z takich właśnie spotkań z tymi młodymi ludźmi. I widzę, że jak to, że oni, nie wiem, słuchają, bardzo też fajnie pytają. Tak, i to rzeczywiście też mnie oskrzydla, też mi się bardzo chce, więc myślę, że może w tą stronę bardziej pójdę, jeżeli się okaże, że jedna z tych względów jakby, niezależnych od nas, od dziennikarzy nie będziemy mogli dalej w festiwalach uczestniczyć. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak ocenia Pani swoją drogę zawodową?] Naprawdę miałam wielkie szczęście i to, wiesz, oczywiście, że to ja wykorzystywałam różne sytuacje, które mi się przytrafiały, ale też pomagałam sobie, znaczy oczywiście pokonywałam swoje ograniczenia, lęki, ale wiedziałam, że to jest ta droga, że tak, właśnie przez takie przełamywałam się bardzo często, to nie tak, że ja od razu pojechałam sobie do Cannes i ja też się bałam i też zawsze wszystkim mówię, czy studentom, że nieprawda, to my w naszych głowach tworzymy te bariery tak naprawdę, ale trzeba się odważyć. Może być, że pierwszy raz się nie uda, drugi też nie, ale w końcu tak. To jest kwestia też cierpliwości. Dobrze mieć kogoś, nie wiem, w rodzinie, czy chłopaka, czy tam, no nie wiem, przyjaciółkę, kto cię też wspiera, bo są też momenty. Ja też miałam nieraz takie załamujące, jak ktoś powiedział: „Słuchaj, jutro też jest dzień, dostaniesz maila” i tak było. Więc, ale też myślę, że to, oczywiście to rozwijało, zaczęłam od dziennikarstwa, tego pisanego, potem było to doświadczenie, też miałam radiowe doświadczenie, potem telewizyjne, więc też uczyłam się, bo ja nie kończyłam studiów dziennikarskich, to wszystko nie było… były oczywiście w tamtych czasach jakieś strasznie ideologiczne, marksistowskie, straszne, nie było tak jak teraz, teraz rzeczywiście mają ten warsztat, ja się tego też uczyłam sama, bo chciałam, ale oprócz tego, że rozwijałam się, tak mi się wydaje, jako dziennikarz, rozwijałam się jako człowiek. To to było chyba bardzo ważne. To, że mogłam, że strasznie chciałam mieć taki zawód, żeby można było jeździć, jeździć po świecie, bo zupełnie inaczej ogląda się też filmy w tych krajach, dzięki FIPRESCI, dzięki jakiejś mojej tam, też jakby kontaktom, albo dostawałam ja zaproszenia i oglądanie we wspólnocie ludzi z danego kręgu, bo to są zupełnie inne kody kulturowe, wiele rzeczy nie rozumiemy. Rozmawianie potem o tym pokazuje, jak bardzo ja sama tkwiłam nieraz w jakimś takim jednak dość powierzchownym, stereotypowym wyobrażeniu. Uczyłam się być elastyczna i do tej pory myślę, że jestem, że też trzeba to zmienić. Mnie się wydawało wiele rzeczy, ale dzięki właśnie tym wyjazdom, jakby przekonywałam się, że mówię przy pewnym takim otwartym umyśle, że to jeszcze inaczej może wyglądać i myślę, że to rozwija jako dziennikarza, jako człowieka, też uczy jakby, i też uczy się niebania takiej otwartości, bycia elastycznym, nie ma w tym naprawdę nic złego. I oczywiście życzę sobie i każdemu, żeby jak najdłużej posiadać tę cechę, żeby ona we mnie gdzieś nie zanikła, tej otwartości i nie bania się tych zmian, co oczywiście jest czymś też naturalnym, ale nie zamykania się. I wydaje mi się, że to jakoś, nie wiem, pozwala zachować energię, to, że ciągle ci się chce. Tak, chyba mieć pasję. To było moją pasją. Nigdy nie miałam pieniędzy. Zawsze to było… Moi koledzy dorabiali się – mają domy, mają jakieś super samochody. Ja nie, ale… Boże, ja chyba jestem szczęśliwsza z tym, co mam. I chyba na tym zakończmy. I oby się jeszcze… Jeszcze bym chciała, żeby jeszcze jakby móc zrobić to, co lubię jakiś czas, a potem zobaczymy.
Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

