Marcin Pyda
Marcin Pyda – poeta, satyryk, kompozytor, autor książki „Pan coś kręci! Opowieści filmowe”. Syn operatora Wiesława Pydy i montażystki Marii Mostalińskiej. Napisał muzykę do dwóch filmów dokumentalnych: „Wędrówka po Krainie Jurajskiej” (1982), „Portret z natury” (1984) oraz do filmu fabularnego „Z przyjacielem jest weselej” (1986).
MP: Dzień dobry, nazywam się Marcin Pyda, choć formalnie noszę dwa nazwiska, Pyda-Żyliński. Drugie nazwisko otrzymałem w prezencie ślubnym od żony, ponieważ żona została przy swoim nazwisku i dzieci miały nosić jej nazwisko. Uznaliśmy, że to będzie dobry pomysł, żeby nie miała tylko panieńskich dzieci, żebym do swojego nazwiska dołożył jej. Także formalnie noszę dwa, ale używam jednego.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie ma pan powiązania z filmem?] Pochodzę z filmowej rodziny. Tak chyba mogę powiedzieć, skoro moja mama była montażystką, a mój tato z wykształcenia operatorem. Choć najczęściej pełnił rolę operatora kamery, czyli szwenkiera. Zastanawiałem się kiedyś nawet, dlaczego to wolał… Kiedy zorientowałem się na czym polega praca operatora, którego ja na planie widziałem jako gościa z przydymionym szkiełkiem. Zorientowałem się, że tata po prostu wolał robić kilka filmów rocznie niż jeden film na 2 lata. Mama montażystka. Mama przez pierwsze lata była montażystką związaną z Wytwórnią Filmów Fabularnych przy ulicy Łąkowej 29, z pewnym epizodem wrocławskim, związanym ze Stawką większą niż życie. Natomiast w Łodzi Przygody Pana Michała, O dwóch takich co ukradli księżyc, Upał – niezwykły film Kazimierza Kuca. Sporo tych filmów zrobiła. a potem przeniosła się do Wytwórni Filmów Oświatowych. Tak naprawdę chyba miałem okazję poznać 3 wytwórnie łódzkie. Dlatego, że w Semaforze pracowała moja matka chrzestna, ciocia Stasia, Zawadzka. Dzięki której miałem dostęp do absolutnych skarbów, jakimi były na przykład celuloidy, których miałem po prostu setki. Zawsze zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że 24 takie celuloidy wchodziły na jedną sekundę filmu. To była konieczność namalowania… Namalowania techniką malowania na szkle, czyli odwrotnego, namalowania tych sytuacji, w których jedna od drugiej różniła się poruszeniem na przykład ręki o pół milimetra. To było coś nieprawdopodobnego. W każdym razie miałem tych celuloidów naprawdę mnóstwo. Takie mnóstwo, że mogłem rozdawać kolegom, ale kiedy zorientowałem się, że oni dalej też puszczają w obieg te celuloidy, ale już nieodpłatnie. To ja również zacząłem pobierać niewielkie opłaty. Zabawy gwiazdkowe odbywały się w Tuszynie. Aczkolwiek poznałem obie siedziby Semafora, dlatego, że te na rogu Bednarskiej i Pabianickiej również, chociażby ze względu na to, że tam potem były rysunkowe filmy. Po drugie na dole był oczywiście o ile sobie dobrze przypominam, ale niemal na 100% tak to było. Na dole był duże pomieszczenie, duży pokój z dużym stołem po środku i na tym stole oraz na regałach dookoła leżały plakaty filmowe. To były plakaty dla kin, żeby mogły poinformować widzów, co się u nich będzie działo. Natomiast po pierwsze, nie wszystkie te plakaty znajdowały tego typu odbiorców, a po drugie, ja zawsze byłem czujny. W związku z tym bywałem w tym pokoju czasami kilka razy w tygodniu, wybierając sobie najprzeróżniejsze plakaty, najpierw te najładniejsze. Potem te, które mi się trochę mniej podobały, a potem już miałem kolekcję naprawdę setek, a może i więcej, może i tysięcy tych plakatów. To był po prostu, cały mój pokój był zawalony tymi plakatami. Część z nich wylądowała w piwnicy, potem oczywiście okazało się, że są do niczego niepotrzebne. Więc część służyła do pakowania różnych rzeczy, część do tego, żeby wykleić ściany, A część potem już została po prostu wyrzucona, bo nie była do niczego potrzebna. Teraz, kiedy przyglądam się różnym aukcjom internetowym i okazuje się, że pamiętam te plakaty, każdy z nich to jest przynajmniej kilka set, a czasami kilka tysięcy złotych. To naprawdę pozbyłem się gigantycznego majątku. Drugim takim majątkiem była kolekcja pierwszych wydań wszystkich komiksów, jakie się ukazywały w Polsce, czyli Kapitana Żbika, Ryzyka i Tytusa, Romka i Atomka. Wszystkie miałem. Oczywiście nie mam nic, ale te nie zostały wyrzucone. Tylko one, podobnie jak kasety z nagraniami najcudowniejszych bajek, książek dla dzieci. Ania z Zielonego Wzgórza w tej pięciokasetowej wersji jest nie do powtórzenia, coś niesamowitego. To wszystko trafiło do szpitala Korczaka, na oddział dziecięcy, tam nie pamiętam laryngologii chyba, tam dzieci miały czego posłuchać. Cała wielka kolekcja kart Piotruś na przykład, też dziesiątki wzorów. No i tak, tego wszystkiego się pozbyłem, natomiast jedyna rzecz, którą z dzieciństwa zachowałem – kiedy miałem 9 lat, uczestniczyłem, gdyż oboje mojej rodzice podjęli pracę przy realizacji filmu Znicz olimpijski, która się odbywała w Zakopanem. Stamtąd do dziś przechowałem paczkę świec dymnych, ponieważ podczas realizacji tego filmu mieliśmy codziennie do czynienia, albo prawie codziennie do czynienia z jakimiś strzałami, jakimiś dymami. Pirotechnicy byli na tyle sympatyczni, że bez najmniejszego zahamowania pozwalali mi zabierać całe paczki nabojów, świec. Kiedy próbowałem wiaderko z napalmem wziąć, to powiedzieli, że może to przesada lekka, bo nie będę miał okazji do użycia. Ale pozwolili mi chlusnąć tym napalmem na płonący szałas, który występuje w tym filmie. Miałem 9 lat. Także to warto wiedzieć. Te naboje były mi potem przydatne przez wiele lat, dlatego że one miały gilzę z mosiądzu. Ale sam nabój był z wydrążonego, cienkiego, czerwonego drewienka. Także on przy wystrzale raził tylko stojących najbliżej. Dlatego jest takie zdjęcie w Filmotece Narodowej, na którym widać jak mój tato obok pana Kalinowskiego, który tam właśnie z tym karabinem broni się przed Niemcami. Tata jest osłonięty taką dużą zaporą i to nawet nie z dykty, to wygląda na metal, żeby te drzazgi go nie poraniły. Natomiast ja spokojnie wyjmowałem te całe drewienka z tych nabojów i wysypywałem sobie proch, takie płatki w kolorze khaki. Wysypywałem sobie i urobiłem z nich różne ścieżki płonące, forty całe budowałem, które płonęły. Bardzo to było fajne. Zresztą uzupełniałem tego typu wrażenia substancjami, które bez najmniejszego problemu można było kupić przy ulicy Traugutta, naprzeciwko EUDK-u w sklepie pod tytułem Chemia. To był fantastyczny sklep, gdzie można było bez problemu kupić cyjanek, arszenik, w dowolnej ilości. Można było kupić wszystkie materiały wybuchowe. Ja na przykład najczęściej kupowałem czerwony fosfor, bo biały fosfor był żrący, dlatego go nie kupowałem, a był. Ale czerwony fosfor i chloran potasu. I one po zmieszaniu w spirytusie salicylowym, po wyschnięciu, dawały dokładnie to, co było w nabojach do korkowców, czyli taki materiał wybuchowy. I kiedyś, to już w liceum, tak dobrze zmieszałem, takie proporcje zastosowałem, że przy przesypywaniu z kartki, na której to wszystko schło do buteleczki. Nastąpił wybuch i odrzuciło mnie tak, że na dwa tygodnie wylądowałem w szpitalu pogotowia ze zdjętą skórą z dłoni, bez paznokci, ogłuszony kompletnie. Nie słyszałem przez następny tydzień. Znaczy słyszałem, ale tylko pisk. No ale dzięki temu uniknąłem klasówki z matematyki, bo właśnie na klasówkę z matematyki szykowałem tę substancję, żeby rozsypać na korytarzu gdzieś. Żeby strzelało pod nogami, że może to zwróci uwagę nauczycieli, może jakoś odwołają tę klasówkę.
Moi rodzice podobnie, znaczy może to, co ja zrobiłem z nazwiskiem jest konsekwencją tego, co się wydarzyło u moich rodziców. Moi rodzice też się oficjalnie nazywali tak samo, ale na co dzień inaczej. Tata nazywał się Wiesław Pyda i jako taki występuje we wszystkich napisach. Natomiast moja mama, aczkolwiek formalnie przyjęła nazwisko taty. We wszystkich napisach, poza jednym filmem, występuje jako Maria Mastalińska. I tylko w jednym w Komedii małżeńskiej pana Załuskiego, który to film robili oboje, ze względu na małżeński charakter filmu, może mama po prostu jako Mastalińska-Pyda wystąpiła.
Moi rodzice nie przynosili pracy do domu. Przynajmniej nie na tyle, żebym uczestniczył w tych rozmowach. Pamiętam jedną, to była rozmowa o filmie Pejzaż z bohaterem, która to realizacja odbywała się w Warszawie, a usłyszałem tę rozmowę. Dlaczego słyszałem każdą ich rozmowę? Bo mieszkanie, które zajmowaliśmy na czwartym piętrze bez windy na Karolewie, było tylko pozornie 3-pokojowym. Tak naprawdę metr na metr przedpokoik maciupeńki, pokój salon, pokój stołowy, czyli h tak naprawdę przechodni, z którego było wejście do kuchni i do innego następnego małego przedpokoiku, do którego było wejście do łazienki i dwóch małych pokoiczków, wszystko razem niecałe 50 metrów chyba. W związku z czym, gdziekolwiek by coś szepnięto, to w drugim końcu było słychać. I dlatego usłyszałem ich rozmowę o filmie Pejzaż z bohaterem i o pomyśle taty, żebym może odwiedził go w któryś weekend. Co zresztą uczyniłem, bo mama wsadziła mnie w pociąg na Dworcu Fabrycznym i wyruszyłem. Niedługo się zatrzymaliśmy gdzieś w polu i okazało się, że jest jakaś awaria na torach, a tata oczywiście miał czekać na mnie w Warszawie, gdzie miałem dotrzeć bez problemu o określonej porze. No i to się nie stało, bo po mniej więcej dwóch godzinach dopiero podstawiono autokary jakieś, tymi autokarami dojechaliśmy w inne miejsce. Ale w czasie tej rozmowy, a miałem wówczas… W książce, która niedawno się ukazała, Pan coś kręci!, opisuje to, ale tam dokładnie podaje ile miałem lat. No nie pamiętam, 12, 13, 11. Kiedy dotarłem do Warszawy, naprawdę byłem w kłopocie, ponieważ ani nie miałem pieniędzy, ani nie miałem biletu powrotnego. Nic nie miałem, poza jedną wiadomością. Dzięki temu, że usłyszałem tamtą rozmowę, usłyszałem tajemnicze słowo MDM.
Nic nie wiedziałem, co to znaczy, ale postanowiłem jakoś to wykorzystać. Pytane osoby spotykane na drodze informowały mnie, że albo MDM to jest wszystko to dookoła, albo że Hotel MDM jest tam na końcu przy Placu Konstytucji. No i po jakimś czasie po prostu dotarłem do tego hotelu. Okazało się, że tata wykonał wszystko co trzeba, żeby mnie wspomóc w tej sytuacji, to znaczy poinformował recepcjonistkę, że przyjdzie tutaj taki młody człowiek i żeby go posadziła, dała herbaty, ciastko, no i już. To jest jedno z rozważań prywatnych w tej książce, że zastanawiam się, jak dzisiaj byśmy przeżywali taką sytuację, co by wykonał rodzic. Czy to tamten świat był nienormalny, czy ten świat jest nienormalny.
W każdym razie moi rodzice za jakiś czas razem robili film, na przykład takim filmem było O dwóch takich co ukradli księżyc. Potem był Znicz olimpijski, przy czym o ile przy O dwóch takich… ja miałem 2 lata, więc prawdę powiedziawszy nie wiem, co wtedy robiłem. Nie wiem, bo równie dobrze mogli mnie mieć ze sobą, a mogłem być pod opieką którejś z cioć czy babć. Natomiast na pewno zmieniłem szkołę w związku z filmem Znicz olimpijski, ponieważ zdjęcia wówczas realizowano długo. Potwierdzam wszystko, co mówią wszyscy, którzy mówią, że zupełnie inaczej realizowało się wówczas filmy niż teraz. Rzeczywiście to jest różnica diametralna. Wówczas z Jadwigą Kędzierzawską i Dorotą Kędzierzawską jako partnerką, a ciocią Jadzią jako reżyserką, moim tatą jako operatorem. Film na zlecenie ZUS-u czy PZU w miejscowości Wiele nad jeziorem był realizowany przez całe wakacje, a trwał może 15 minut. No ale tak się filmy robiło. Potop trzy lata także, ale to przynajmniej duży film. Natomiast Znicz olimpijski był realizowany na tyle długo, że musiałem szkołę nr 164 na Karolewie porzucić i przenieść się do szkoły nr 2 w Zakopanem.
Mama, jak mówiłem, w pewnym momencie przestała współpracować ściśle z fabułą. Aczkolwiek z filmem fabularnym jako takim miała nadal do czynienia. Nawet pracując w Oświatówce zrealizowała film pt. Jej powrót. Natomiast została w niej świadomość tego, co jest istotnego w fabule. Oczywiście, jeżeli robiła filmy instruktażowe, czy takie o cyklu rozwoju wypławka, czy technika budowy chlewni, to trudno tam pokusić się o jakąś interesującą fabułę. Natomiast w momencie, kiedy miała do czynienia z filmem, który taką fabułę miał. To było jej po prostu szkoda, że ten film zostaje zakwalifikowany do kategorii zwykłych filmów oświatowych i traci okazję bycia czymś innym. Kiedyś z takim filmem przyszła do mieszkania, taka załamana, naprawdę, naprawdę, rzadko, rzadko była tak przygnębiona. Zapytałem o co chodzi, a ona mówi: ,,No bo mam taki film właśnie, krajoznawczy, no wszystko tam jest w porządku, no dokładnie tak, jak powinno być, tylko dokładnie tak, jak jest w tysiącu innych filmów o tej samej tematyce. I może byś na przykład jakąś piosenkę napisał do tego filmu, jakąś balladę’’. Skąd pomysł mamy, że mógłbym napisać piosenkę?
Mógłbym napisać piosenkę dlatego, że 2 lata wcześniej ośmieliłem się wykorzystać wiedzę, którą posiadłem w szkole podstawowej. Kiedy kolega, który w tej chwili jest cenionym stomatologiem w Łowiczu, pokazał mi dwa akordy na gitarze. Jeden do śpiewania piosenek smutnych, czyli a-moll i c-dur do wesołych. Potem już moją zasługą jest to, że przez lata ćwiczeń osiągnąłem taką biegłość, że potrafiłem te dwa akordy zmieniać jeden na drugi w trakcie piosenki, nie przerywając jej. Także mogłem już śpiewać wtedy piosenki o dwóch nastrojach. Jak mówię, wyposażony w te umiejętności, wystartowałem w eliminacjach do Studenckiego Festiwalu Piosenki, które odbywały się w Siódemkach. Dla nie-łodzian informacja, klub studencki, Akademicki Ośrodek Kultury w ogóle. Siódemki, Piotrkowska 77. Okazało się, że tak, że to ja będę reprezentował środowisko łódzkie na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Bogusław Mec, który był w jury, posłużył mi swoją wiedzą i ustawił mi kolejność moich piosenek w sposób zupełnie inny niż ja, nieświadomy tego, że będę miał do czynienia z bardzo profesjonalnym jury, bym uczynił. W związku z tym rzeczywiście, tak jak mi Boguś doradził, tak zrobiłem. W przeciwieństwie do wielu innych wykonawców, ja przez jury zostałem poproszony o 3 piosenkę po wykonaniu 2, a kiedy wykonałem tę 3, która była najlepszą z tych wszystkich 3… Tutaj naprawdę Boguś bardzo pięknie to wymyślił, otrzymałem wyróżnienie. Zostałem zaproszony do koncertu finałowego. Jednak profesjonalne jury zorientowało się, że… Niewiele wiem na temat urządzenia, które trzymam w dłoniach i dlatego nie otrzymałem żadnej wyższej nagrody. Również dzięki temu wszedłem na drogę sławy. Już po kilku miesiącach znalazłem się w Myśliborzu, na takim konkursie połączonym z warsztatami niezwykle profesjonalnymi. Tam byli wszyscy najważniejsi, najwspanialsi polscy kompozytorzy i tekściarze muzyki rozrywkowej. Ponieważ to były warsztaty organizowane przez Związek Autorów i Kompozytorów – ZAKR. Dzięki z kolei tutaj pomocy… Cudowny gest też, jednego z rywali łódzkiego poety i pieśniarza Ryśka Krauze. Dzięki jego wskazówce wykonałem utwór, którego pewnie bym nie wykonał, gdybym sam miał podjąć decyzję. Dzięki temu, że to był właśnie ten utwór, oże utwór, duże słowo – piosenka, tekst napisaliśmy wspólnie z Julianem Tuwimem. Podejrzewam niewielkiej świadomości tegoż, że bierze udział w duecie. Muzykę, czy też raczej dźwięki dodałem już od siebie. I oczywiście w porównaniu ze wszystkimi innymi wykonawcami prezentowałem żałosny poziom wykonawczy. Ale jak się okazało, jak napisał potem w recenzji z całego tego przedsięwzięcia sławny krytyk Jan Poprawa, byłem jedynym, który we wrześniu ‘80 roku skomentował wydarzenia z sierpnia ‘80 roku. Wszyscy pozostali wykonawcy byli jakby obok tego i śpiewali normalne piosenki o kwiatkach i innych takich rzeczach. A ja tylko jeden o Gdańsku. O bałwanach, o tym, że trzeba ruszyć na te bałwany, żeby je stopić. Ta piosenka powstała wiele lat wcześniej i dotyczyła wydarzeń w Gdańsku dziesięć lat wcześniejszych, poza oczywiście zwrotkami, które zaczerpnąłem z Tuwima. Wystarczyło zmienić jedno słowo, wkleić sierpień i już stawało się piosenką aktualną i to zostało docenione. W związku z tym wygrałem ten konkurs. Otrzymałem chyba nowy szczebel do kariery i zaproszenie do wstąpienia w szeregi Związku Autorów i Kompozytorów. I dzięki temu zostałem potem… Miałem przyjemność być zapraszanym na różne występy w różnych klubach, zazwyczaj studenckich, ale nie tylko. Dlatego mama wiedziała, że potrafię składać strofy. Zaproponowała mi napisanie tej ballady, a ja tę balladę oparłem na tym, co mi mama opowiedziała o legendzie dotyczącej dwóch zamków w Bobolicach i w Mirowie. Podobno były to zamki należące do dwóch braci, do Mirosława i do Boboli. Te zamki były połączone podziemnym korytarzem. Potem jeden z nich sprowadził sobie ruską brankę, która się spodobała temu drugiemu. Jak to zwykle oczywiście w takich sytuacjach doszło do rzezi. Fajny temat. W związku z tym po godzinie, może po półtorej był gotowy i tekst, i akompaniament. Mama natychmiast umówiła mnie w studiu w Oświatówce. Nagrałem to, o tym film jest. W książce są kody QR, do najróżniejszych materiałów wizualnych i do nagrań. Warto ze smartfonem do niej podejść. Ponieważ nie jest to tylko książka, ale jest to również dzieło multimedialne. I tam teraz zauważyłem, jak poszalał sobie pan akustyk, dodając pogłosy, różne echa i tak dalej. Nie do wytrzymania to jest. Ale w każdym razie film się bardzo spodobał, otrzymał celującą na kolaudacji ocenę i poszedł na różne tam przeglądy i się bardzo spodobał. Wróćmy jeszcze…
Mama. Bo tych filmów z mamą było więcej, pozwolę sobie jeszcze wspomnieć. Przez to, że zamieszkaliśmy na Karolewie, na samym początku istnienia tego osiedla. Miałem do czynienia z różnymi przypadkami. Przypadłościami tej okolicy. Ale przypadkami, które wynikały z ukształtowania terenu wówczas, ponieważ to były same hałdy, bagna, błoto, gruz. Dla każdego dziecka była to fantastyczna okolica do zabaw najróżniejszych. Śliwki pozostałe po dawnych gospodarstwach, na które można się było wspinać. Nadziewać się na kolce długie, które tam jeszcze z tych drzew wystawały. W ogóle fantastycznie tam się działo, ale kiedy chwilami tego nie robiliśmy wszystkiego, to szło się do kina. A jedynym kinem, jakie było w okolicy, było kino Polesie. Kino absolutnie niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju. Kino, które pierwotnie było salą wykładową, gdzie dokonywano indoktrynacji politycznej. Ponieważ to była łódzka baza ZMP, Związku Młodzieży Polskiej, gdzie prowadzone były instruktarze. Tam młodzież w czymś w rodzaju auli, niezwykle skonstruowanym. Półkoliste rzędy, rozkładane drewniane krzesła i rozkładane pulpity. Także wzdłuż każdego rzędu krzeseł były pulpity tworzące jedną całość. Każdy z nich miał dodatkową półeczkę rozkładaną. Cudownie się tam siedziało i nikt nikomu nie zasłaniał. Gdyby nawet żyrafa usiadła dwa rzędy niżej, to nie byłaby w stanie zasłonić nikomu, ponieważ takie było nachylenie tych rzędów. Zwłaszcza w niedzielę, chodziliśmy na bajki. Bajki kosztowały 2 złote, o ile pamiętam. Poszedłem tam kiedyś, ponieważ plakat i fotosy w gablocie przed kinem zawiadamiały, że będzie prezentowany film Kardiogram. Film Kardiogram był filmem, który mój tata zrobił z Romanem Załuskim. W związku z tym pomyślałem sobie, że zobaczę ten film. Niestety okazało się, że mam o kilka lat za mało, żeby wejść legalnie. Dopiero pokazanie szkolnej legitymacji i nawiązanie do tego, że tata był realizatorem. ,,Ja po prostu tylko chcę zobaczyć, co tata robi w pracy’’. To okazało się skuteczne i mnie tam wpuszczono. Także Kino Polesie. Oczywiście oprócz Kina Polesie były dalsze wyprawy: Bałtyk, Polonia, Przedwiośnie, Włókniarz. Nie bywałem wówczas w kinie letnim Tatry na przykład, czy w kinach studyjnych. Wtedy to się inaczej nazywało, ale takich tych małych. Jak przy Bałuckim Rynku, czy na Rzgowskiej. Natomiast wszystkie większe kina, no Iwanowo, zwłaszcza w okresie licealnym Iwanowo, bo tam rzeczywiście też było, tam z kolei Wielki Świat, to bardzo duże, nowoczesne kino.
Następnym filmem, do którego współpracę mama mnie zaprosiła, był film szczególny dosyć. Ponieważ nie chciałbym niczego niemiłego powiedzieć o nikim, więc konkretnie. Znaczy nie wymienię nazwiska reżysera, który przyniósł mamie… Prawdę powiedziawszy, nie wiem nawet jak to nazwać… Ścinki, coś trochę na eksponowanej taśmy. Po prostu nakręcił, co widać na kilku obrazach, sławnego wówczas turpisty. Nadal sławnego turpisty, czołowego polskiego turpisty Edwarda Dwurnika. Pokazał zarówno obrazy w całości, jak i potem skupił się na kilku szczegółach. Przyniósł to mamie i mówi: ,,Maria zrób coś, bo po prostu będzie źle’’. No i mama mówi: ,,No, słuchaj… Takiego czegoś jeszcze nie mieliśmy’’. I pokazała mi ten materiał. Ja zrozumiałem, że nie możemy tego po prostu skomentować opisując to… Co tam jest w takim nastroju… Jak tam jest, czyli nastroju grozy. Tylko jedynym, co nam tutaj może pomóc jest właśnie jakiś kontrast. Dlatego napisałem pioseneczkę skoczną, wesołą, sarkastyczną, pełnią zadowolenia ze wszystkiego, co nas otacza. Z tego, że tramwaj radośnie dzwoni, wioząc nas o 6 rano do pracy. Z tego, że możemy sobie wyciągnąć marchewkę ze swojego ogródka przyfabrycznego. No tak w ogóle, że fajnie jest. Taką pioseneczkę do tego zrobiłem. Pan reżyser dokręcił czołówkę i tył z udziałem Edwarda Dwurnika, który maluje napisy. Film został skierowany do kolaudacji, otrzymał celującą. Natychmiast został wysłany na festiwal filmów o sztuce, który wygrał. Potem został skierowany na festiwal filmów krótkometrażowych do Krakowa, gdzie otrzymał nagrodę specjalną. Drugą nagrodę, czyli Srebrnego Lajkonika, ale w kategorii nagroda specjalna. Okrzyknięty został największym wydarzeniem tego festiwalu. Gdzie pokazano, że można bez jednego słowa komentarza… Wyłącznie treścią ironicznej piosenki skomentować ten turpistycznie namalowany, ale koszmarny świat pokazany przez Edwarda Dwurnika.
Pan reżyser… Widziałem to potem w telewizorze. Opowiadał o tym właśnie, jak on pierwszy wpadł na to, żeby zastosować taki zabieg. Mniejsza z tym. Nigdy więcej się nie pojawił ani w naszym życiu, ani w ogóle jakoś w kulturze chyba. Jedynym filmem jaki zrobił jeszcze w swojej karierze był zmontowany materiał zebrania jakiegoś związku kombatanckiego, no coś takiego. Ale to nie zrobiło już wrażenia na widzach.
To był 2 film, a 3 film jest najcudowniejszy, bo trzeci film był o dzieciach. To był film dziecięcy. Film pod tytułem Z przyjacielem jest weselej i ten film zresztą nazwany został tytułem mojej piosenki, którą napisałem do niego. Pierwotnie się nazywał Nasza drużyna Zuchowa. Też ładnie. To była z kolei praca zaliczeniowa, praca magisterska studentki reżyserii chyba Szkoły Filmowej. Przyniosła film bardzo fajny o dzieciach z jednego podwórka, które się bawiły bardzo ładnie. I o dzieciach, zwłaszcza chłopcach, drugiego podwórka, którzy przyszli… Na to pierwsze podwórko troszkę nabroić. Tylko dzięki temu, że zapłonął śmietnik, do którego gaszenia rzucili się wszyscy. Dzięki temu nastąpiło pojednanie i potem już w takim właśnie wspólnocie bawiono się. Puszczano latawce i biegano po łące i w ogóle było bardzo fajnie. Więc bardzo pozytywnie zakończony film i trzeba było teraz do tego się jakoś odnieść. Tutaj doszedłem do wniosku, że ja nie powinienem tej piosenki śpiewać. Ponieważ film jest o dzieciach, dla dzieci i lepiej, żeby to zaśpiewało dziecko. Poprosiłem, żeby sprowadzono jakieś dziecko. Nawet dwóch chłopców się pojawiło. Jak się okazało, byli oni ze szkoły muzycznej na Sosnowej. Stanowiło to dla mnie pewien problem, bo co prawda do tych wspomnianych już dwóch akordów… Zmuszony tym, że musiałem komponować, powiedzmy. Nazwijmy to tak, układać melodię do nowych piosenek, bo nie mogłem z 3 czy 4 piosenkami jeździć przez cały czas, tylko musiałem sobie zrobić cały repertuar. Więc musiałem tych akordów poznać nieco więcej. Fantastyczny był d-moll, uwielbiałem e-moll na przykład. Ale h-mol po prostu urzekł mnie absolutnie. Jego można stosować w piosenkach wesołych, i smutnych. Parę jest takich cudownych akordów i ja te akordy wykorzystywałem. Aczkolwiek w sposób… W dalszym ciągu, powiedzmy mało profesjonalny. A uczniowie szkoły muzycznej, kiedy zaakompaniowałem im do tekstu, który im dałem do zaśpiewania… Zdaje się, że to wyczuli, ale byli bardzo wyrozumiali, więc wszystko było fajnie. Natomiast jeden, ten taki wyższy, który miał główną partię śpiewać, niestety wyrozumiały nie był. On, kiedy przeczytał tekst, gdzie było napisane:
,,Z przyjacielem jest weselej…’’. Taki refren był:
,,Z przyjacielem jest weselej,
zaraz w krąg się śmieje świat,
z przyjacielem świat ma tak niewiele wad,
nie potrzeba starań wiele,
nie wysiłku, by bez strat iść przed siebie,
z przyjacielem za Pan brat’’.
I on tak przeczytał to i mówi: ,,Tu błąd jest’’. ,,Gdzie błąd jest?’’. On mówi: ,,No, nie pisze się, nie mówi się, nie potrzeba starań wiele. Nie potrzeba starań wielu powinno być’’. Ja mówię: ,,No, ale to by się nie rymowało’’. On mówi: ,,Nie szkodzi, ale byłoby poprawnie’’. Ja mówię: ,,No tak, no ale wiesz, jest taka stara zasada, licencja poetica, czasami tam rezygnuje się z drobnych poprawności, żeby osiągnąć efekt, no to nie jest istotna sprawa. Tak to będziemy śpiewać’. ,,No jak pan chce’’. Ponieważ byłem nieugięty, w związku z tym tak to zostało zaśpiewane. Bardzo piękny filmik z tego wyszedł. Z bardzo fajną piosenką, do dzisiaj ją czasami podśpiewuję.
I potem przejdźmy do czasów współczesnych bardziej, kiedy… Gdy jeszcze byłem na scenie, a to były lata 80., 90. Zaczynali Grzegorz Halama, Artur Andrus, Grupa Mozarta, Maciej Stuhr. Wielu dzisiaj bardzo znanych wtedy debiutowało. A z grupą Mozarta poznaliśmy się lepiej, ponieważ wielokrotnie występowaliśmy wspólnie. Bardzo się polubiliśmy, zaprzyjaźniliśmy.
Teraz taka puenta, która wydaje się wręcz niemożliwa. Ponieważ zorientowałem się w pewnym momencie. Nie wiem już z jakiego źródła, pozyskałem tę informację, że jest kaseta do nabycia. Jakaś firma wysyłkowa zajmuje się sprzedażą kaset z materiałami dydaktycznymi. Wśród tych materiałów dydaktycznych dla klasy tam którejś z języka polskiego jest film Z przyjacielem jest weselej. W związku z tym natychmiast zamówiliśmy sobie ten film. Usiedliśmy z żoną, wsadziliśmy do magnetowidu, puściliśmy sobie ten film. Bardzo pięknie przeleciał, potem napisy końcowe, bardzo ładnie. Żona w pewnym momencie mówi: ,,Wróć’’. Ponieważ miałem pilota w ręce, to wróciłem. Mówię: ,, I o co chodzi?’’. Ona: ,,Zobacz’’. I tam była plansza z nazwiskami tych chłopców, którzy uczestniczyli w tym nagraniu. Ten upierdliwy gnojek, ten zarozumiały. Ten który o mało nie zerwał całego tego nagrania, gdybym był bardziej porywczy, to jeszcze może potem trzeba byłoby sprzątać. Okazało się, że to jest Michał Sikorski, czyli drugi skrzypek grupy Mozarta. Przesympatyczny człowiek, z którym bardzo się lubiliśmy i przyjaźniliśmy. Żadnemu do głowy by nie przyszło, że znamy się od tak dawna. I takie właśnie przypadki są cudowne. To jest fantastyczne.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy bywał Pan w Wytwórni Filmów Fabularnych?]
O Semaforze wspomniałem, może teraz chwilę o Wytwórni Filmów Fabularnych. To było miejsce, które odwiedzałem od dziecka. Jest fotografia, która zresztą też w książce jest. Dokumentująca, kiedy z Jankiem Kossem zdobywaliśmy jakieś kazamaty. Czterej pancerni byli między innymi realizowani właśnie w halach Wytwórni. W związku z tym Janusz Gajos zmierzał dokądś i zatrzymał się na chwilę. Wręczył mi pistolet maszynowy i zaczailiśmy się za jakimś rogiem. Ktoś to sfotografował i to zostało do dzisiaj zachowane. Więc mam i epizod właśnie taki wojenny w historii. Często bywałem w związku ze statystowaniem. Dlatego że tych kilkadziesiąt, czy tam 80 na początku, 100 złotych, nie pamiętam już dokładnie tych stawek. W każdym razie pamiętam, że przy najróżniejszych okazjach, naprawdę… Tak jak oglądam te filmy z tamtych lat, 60., 70., jak widzę na końcu: i inni, to wiem, że to jestem ja też. Naprawdę tego było sporo. Przygód związanych ze statystowaniem też mam sporo, znowu się odwołam na książki, gdzie te przygody opisuję. Szczególną przygodą była ta z serialu Życie na gorąco, kiedy znalazłem się nagle w restauracji szybkiej obsługi. Włoskiej restauracji w Nowym Jorku. Czyli w barze Aperitif na Piotrkowskiej. Gdzie Leszek Teleszyński, czyli redaktor Maj, prowadził rozmowę ze swoją współpracownicą, zajadając spaghetti bolognese. I oni to swoje spaghetti jedli w pewnym oddaleniu od siebie, a ja siedzę pomiędzy nimi z tyłu i jem swoje. Ponieważ pan Konic to realizował, więc wszystko szło sprawnie. Mieliśmy dobrego, znakomitego, sprawdzonego reżysera. Stawaliśmy przy bufecie, dostawaliśmy tę swoją porcję, wszyscy to samo, szliśmy na swoje miejsca. Proszę bardzo, kręcimy i zajadamy. W tamtych czasach dla młodego człowieka porcja spagetti bolognese, no po prostu niebo w gębie. W związku z tym wsunąłem całą tę porcję, zastanawiałem się, czy mogę tutaj wylizać ten talerz, czy wyjść do toalety, żeby to zrobić. I kiedy okazało się, że scena, którą dwoje aktorów odgrywa, trwa nieco dłużej. Po zakończeniu realizacji tej sceny, pan reżyser Koniec powiedział: ,,No to wszystko w porządku, tylko pan z tyłu poproszę, żeby jadł trochę wolniej’’. Super, nie ma problemu, będę jadł wolniej. Drugie, dubelek mamy, nakładanie, siadanie, zajadanie, no teraz już mogłem jeść wolniej, w związku z czym sobie jadłem wolniej. I po tym okazało się, że troszeczkę za daleko siedzą od siebie i muszą się przekrzykiwać, bo jest dość duży gwar tam. I w związku z tym trzeba było jeszcze jeden dubelek zrobić, ale naprawdę żaden problem. Nakładanie, siadanie, jem. No teraz to już mogłem się naprawdę delektować. Co zresztą zauważył reżyser i zwrócił mi po zakończeniu uwagę, że nie przyszedłem tutaj się rozkoszować tym jedzeniem, tylko wpadłem na chwilę na przerwę obiadową, więc muszę szybko zjeść i pójść. Ale to nie o mnie chodziło, tylko o to, że tam jakaś pani przeszła, ktoś się gdzieś potknął i tak dalej, coś było nie tak. W związku z czym dubelek i się okazało, że to jest problem, ponieważ zabrakło makaronu, ale posłano po ten makaron. Ponieważ główną rolę grał Leszek Teleszyński, z którym dopiero co widziałem się podczas całej realizacji Trędowatej, więc bardzo miło spędziliśmy sobie czas rozmawiając i kiedy przyjechał nowy makaron, nakręciliśmy sobie tę scenę, potem dubelek, dubelek. Przez wiele lat, kiedy ktoś pytał mnie, czy makaron bolognese, czy coś innego, zawsze wybierałem coś innego, cokolwiek to było, ponieważ po prostu to był ból, ból rozsadzanych powłok. Tego się nie robi statystom, naprawdę, to nie jest w porządku.
Także bywałem w wytwórni wielokrotnie, aż kiedyś przyszedłem zimą w takim długim czarnym płaszczu, postawiony kołnierz. Miałem długą brodę, też czarną, włosy, dużo miałem tych włosów. To zresztą W życiu na gorąco widać, bo ten taki facet, chłopak taki, który siedzi z tyłu i ma takie coś na głowie, to właśnie jestem ja. I to nie była czapka. I komu to przeszkadzało?
Wszedłem do działa angażowania statystów. Dlatego że w dziale angażowania statystów otrzymywało się kartki na przetrwanie, czyli na mięso, cukier, masło, potem buty, jajka i wszystko inne, co tylko sobie można wyobrazić. I tam pani od angażowania statystów zajmowała się między innymi właśnie wydawaniem tych kartek. I właśnie takiej zimy… Wszedłem do tego pokoju, do tych dwóch pokojów w zasadzie, pokoików. I zaraz na wprost z prawej strony stał stolik i przy tym stoliku siedziało dwóch mężczyzn. A ja zwróciłem się w lewo do pani, która siedziała za swoim biurkiem i angażowała statystów. Tylko z braku statystów, akurat teraz miała mi wydać kartki. I ci mężczyźni, na mój widok, poderwali się, ale równiusieńko, w tym samym momencie, i jeden z nich doskoczył do mnie i mówił: ,,Pan jest aktorem?’’. I tu, powiem szczerze, to… No nie wiedziałem, co powiedzieć, bo z jednej strony formalnie aktorem nie byłem. Z drugiej strony to, co mówiłem o tym i inni, to jednak świadczyło, że spore doświadczenie miałem. Tym bardziej, że miałem za sobą rolę w filmie Jadwigi Kędzierzawskiej o przygodzie z latawcem, o którym też wspominałem, jako dziecię. No więc myślę sobie, oho, łowcy autografów. Ale pani od angażowania statystów mówi: ,,Nie, to jest sławny reżyser pan Marek Koterski’’. I sławny reżyser pan Marek Koterski mówi: ,,Proszę pana, od pół roku szukamy aktora, który wygląda tak, jak postać, która tu jest opisana. Chyba powinien pan to przeczytać’’. No i przeczytałem rola Landru, który do głównego bohatera.
W tym filmie, czyli w Życiu wewnętrznym, Miauczyński jedyny raz ma na imię Michał. W pozostałych, jak wiemy, jest to Adaś. I Michał Miauczyński, czyli Wojtek Wysocki, buduje szafę. W tym momencie przychodzi do niego dwoje ludzi, tak zwana postać jest tak nazwana Biedka i Landru. No oczywiście są to świadkowie Jehowy. Także troszeczkę brodę, zarost, i fryzurę mi skorygowano. Ale wystąpiłem w tym swoim stroju, ponieważ Pan Koterski tak to dokładnie zapamiętał. I jak wiemy, u niego nic się absolutnie nie może nie zgadzać. Ale ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu wszystko przebiegło błyskawicznie, zresztą wówczas nie wiedziałem, że może tak nie przebiec. Oczywiście przyjąłem tę propozycję, za parę dni spotkaliśmy się.
Z kim mam do czynienia dowiedziałem się podczas postsynchronów. Ponieważ w kilka dni po nakręceniu tego materiału spotkaliśmy się z panem reżyserem Koterskim, znaczy Ewa Worytkiewicz, czyli Bietka, Wojtek Wysocki i ja. Spotkaliśmy się na nagraniu tej krótkiej scenki, gdzie my mówimy po jednym zdaniu. Wojtek nam odpowiada i potem my nie mówimy, już tylko patrzymy na niego. Także no po prostu tyle co nic. No i okej, no tak nam poszło nagranie materiału zdjęciowego, no to błyskawicznie nagramy. Wyjeżdżając z domu powiedziałem, tylko jadę nagrać postsynchrony i zaraz wracam. Nagranie postsynchronów odbywało się w budynku dźwięku, na terenie Wytwórni Filmów Fabularnych. Nie lubiłem chodzić po korytarzach tego budynku, ponieważ nie słyszałem swoich kroków. Nie słyszałem nic w ogóle. Tam wygłuszone było totalnie wszystko. I w każdym razie weszliśmy do sali nagrań i powiedzieliśmy, co mieliśmy do powiedzenia, to znaczy ja powiedziałem: ,,Jesteśmy bliźnimi Twymi, przyszliśmy pobyć z Tobą’’. Ewa Woreckiewicz: ,,Nie zaprosisz nas?’’. Wojtek Wysocki: ,,Nie mogę. Właśnie robię szafę, ale kiedyś… Proszę’’. Idealnie nam poszło. Pan Marek Kotelski: ,,Wojtku, w twoim głosie nie ma tej dojmującej samotności, jaką prezentowałeś podczas nagrania tego ujęcia. Także, jakbyśmy mogli, powtórzmy, dobrze?’’. Dobrze, przecież żaden problem. Powtórzyliśmy. ,,Panie Marcinie, tak trochę niepotrzebnie się pan mizdrzy wobec Wojtka. To w końcu jest jeden z mieszkańców tego bloku. Nie ma co tak się angażować. Bardzo bym prosił. Poprzednio idealnie pan powiedział’’. Dobrze nagraliśmy. Coś tam mucha przyleciała czy coś innego. Nie wiem, no w każdym razie wyglądało na to, że Ewa Woreckiewicz ze swoim ,,Nie zaprosisz nas?’’ będzie do bólu konsekwentnie zawsze idealna. Okazało się, że przy 50 czy którymś nagraniu coś się jej omsknęło też. Nie wiem, ile było, po iluś godzinach, kiedy nie było czym oddychać. Pan Marek powiedział: ,,Dajmy spokój już, wezmę sobie z jednego jedno, z drugiego drugie, jakoś sobie zmontuję’’. Wyszliśmy na korytarz, odetchnęliśmy i mówię: ,,Wiecie co, wróćmy jeszcze, ten jeden raz jeszcze nagrajmy’’. Weszliśmy, nagraliśmy, pan Marek wyleciał, no po prostu, radosny. Może grał niepowiedziane wcale, że to było najlepsze, podobno najlepsze, ale prawdę powiedziawszy nie jestem w stanie zweryfikować tego. No, to było przeżycie. Czarek Pazura mówi, że: ,,Po pracy z panem Koterskim ustawowo powinny się należeć dwa miesiące, przynajmniej urlopu albo i sanatorium’’.
Z Czarkiem Pazurą, Zbyszkiem Zamachowskim, Adą Biedrzyńską. Z łódzkich aktorów Markiem Cichuckim, Mariuszem Siudzińskim i jeszcze wieloma innymi… Miałem przyjemność spotkać się podczas nieprawdopodobnych wakacji połączonych z warsztatami artystycznymi dla studentów szkół artystycznych, które prowadził Zenek Laskowik w Łazach. To się odbywało przez kilka lat. My z przyszłą żoną wzięliśmy w tym udział raz, ale to zostaje na zawsze. Teraz jedziemy na Benefis Zenka. Zapewne ten materiał będzie można obejrzeć, kiedy już będziemy po tym Benefisie. No to czas leci, w związku z czym to pewnie będzie nasze ostatnie artystyczne spotkanie. W każdym razie zawdzięczam Zenkowi rzecz najważniejszą. Zawdzięczam to, że po iluś wieczorach… Bo to trwało przecież 2 miesiące codziennych rozmów, codziennych występów, cudowny program przygotowaliśmy, prezentowaliśmy go. To jeszcze był stan wojenny, końcówka stanu wojennego, w związku z czym generałowie nie dopuścili do prezentowania tego jako spektaklu. Musieliśmy to prezentować jako próbę z udziałem publiczności. Więc Zenek w trakcie po prostu brał kapelusz, hełm brał. Przechodził z tym hełmem za każdy datek, dziękując: ,,Wódz zapłać’’.
Podczas tych wielogodzinnych spotkań. Podczas rozmów, gdzie dowiadywaliśmy się wszystkiego, jak świat jest skonstruowany… O której godzinie trzeba zjeść ziarenko ryżu, żeby upadło w odpowiednią część żołądka, żeby zaspokoić wszystkie nasze potrzeby. Jak okropny jest alkohol, jak nie wolno w żadnym wypadku używać alkoholu. Zenek był już po tych wszystkich swoich oczyszczeniach, także już wiedział, że alkohol to wszelkie zło. Usłyszałem od niego jedno zdanie, które zmieniło całkowicie mój sposób myślenia o tekstach. Zenon Laskowik powiedział coś, co teraz przekazuje wszystkim innym. ,,Lepiej jest chwalić niż ganić. Żart, jadowitość żartu w formie pochwały jest często wielokrotnie większa niż w formie przygany’’. I dlatego myślę, że… Bo kilka miesięcy później powstała piosenka do filmu Portret z natury, ta z malarstwem Dwurnika. Ta piosenka na pewno by nie powstała, na pewno nie byłaby taka, na pewno nie byłaby tak jadowita, tak sarkastyczna, tak ironiczna, gdyby nie to jedno zdanie. Czasem takie jedno zdanie potrafi naprawdę wiele zmienić.
Oczywiście historii jest mnóstwo. Mógłbym wiele godzin zapełnić opowieściami o tym, co pamiętam z łódzkich filmów, w Łodzi realizowanych filmów i z tych łódzkich wytwórni.
Wytwórnia Filmów Oświatowych kojarzy mi się z montażownią oczywiście, z zapachem montażowni. Z dziesiątkami pudełek z taśmą i z trudnym do uwierzenia wrażeniem, że jest niemożliwe, żeby się te filmy nie pomyliły. Bo przecież, kiedy mama siadała… Teraz, kiedy to jest pełna elektronika, teraz kamerę, to co widzi kamera, na monitorze widzą wszyscy. Nie tylko jest tak, jak opowiada wielu, którzy wiedzą, jak kiedyś funkcjonowała kamera, że tylko operator, tylko szwenkier widział, co naprawdę się realizuje. I dopiero po przysłaniu materiału z laboratorium wszyscy mogli zobaczyć, co jest nie tak. Dlatego szwenkier był stanowiskiem ogromnego zaufania. Dlatego jeżeli wylatywał ktoś z ekipy za coś, to najczęściej szwenkier za jakieś niedopatrzenia swoje. Ale kiedyś, na samym początku, kiedy jeszcze nie było lupy tak zwanej, czyli nie było tego bocznego spojrzenia, tylko patrzyło się na wprost. Patrzyło się na wprost przez taśmę. Także nie tylko widział tylko operator, kamery, ale również on widział to, co widział przez przelatującą taśmę, także widział to znacznie gorzej, tam nie było w ogóle prawie światła. Dlatego na niektórych fotografiach, jeżeli zobaczą Państwo z lat 50., 40., 50. fotografie, jak wygląda kamera, to przy kamerze była taka czarna szmata. Pod tę szmatę wchodził operator kamery, wzrok przyzwyczajał mu się do tej ciemności, dzięki temu w ogóle cokolwiek widział, co tam jest przed tą kamerą. W związku z tym tak to było, jeśli chodzi o operatorów.
Natomiast montażyści, to z kolei była sprawa łączenia tej taśmy. Jak się pojawiała taśma druga z dźwiękiem, no to już w ogóle nic z tego nie rozumiałem. Ale sam obraz, jak się przesuwał. Maciupeńki taki był monitorek, tutaj te dwa talerze, taśma przesuwająca się przed talerzam. Nagle mama wyciągała taśmę, kładła na takiej maszynce, robiła trzask, taśma się przecinała, robiła trzask, potem taką jeszcze raz i one już były sklejone, Ale to było nowoczesne. To było nowoczesne, bo była ta maszynka do krojenia i ta maszynka do zlepiania.
A mój tato w szkole nakręcił etiudę, Klejenie taśmy filmowej, to było jego pierwsze zwrócenie wzroku ku montażystkom, Klejenie taśmy filmowej, gdzie jest pokazane jak po przecięciu nożyczkami należy zeskrobać tę emulsję po to, żeby dało się zlepić te dwie taśmy. Dokładnie ten proces tam jest pokazany.
Więc proszę państwa, to, że w ogóle jakieś filmy powstawały wtedy, to jest cud. To znaczy, że po prostu robili to ludzie, którzy naprawdę czuli, że to jest jakaś ich pasja. To nie byli tacy, którzy przychodzą na ileś godzin do pracy, spuszczają wodę i do widzenia. Naprawdę wszędzie to było widać. To, o co się mówi często, że atmosfera przy realizacji była niesamowita. Rzeczywiście, no niesamowita. Ja pamiętam jako uczestnik kilku takich planów, kilku realizacji. Ale zwłaszcza jako dziecko, kiedy pamiętam, że głównie zajmowaliśmy się zbieraniem grzybów. To po prostu było cudowne, wsiadaliśmy w nyskę, ponieważ samochodem filmowym był wówczas NRD-owski Robur. Samochód Robur polegał na tym, że miał skrzynię biegów w pionie. W związku z czym przesuwało się z biegu na bieg. Biegi się zmieniało, wyciągając taką wajchę i w odpowiednie miejsce wkładając. To jest nieprawdopodobne zupełnie, że ktoś to potrafił robić. W każdym razie my mieliśmy na planie nyskę i tą nyską jeździliśmy po okolicznych lasach. Kiedy z Dorotą Kędzierzawską… Dorota w jednym oknie, ja w drugim, i kiedy widzieliśmy tyle grzybów, że było ich więcej niż wszystkiego innego, tam się zatrzymywaliśmy, szliśmy i zbieraliśmy te grzyby. To było nieprawdopodobne zupełnie. Więc naprawdę atmosfera była cudowna. I tak samo było w Trędowatej, gdzie głównym wątkiem tutaj jest taki tytuł: ,,Jak zostałem Piotrem Fronczewskim’’. Dlatego, że… W pewnym momencie okazało się, nie chcę zdradzać puenty, ale okazało się, że potrzebne jest zastępstwo i zostałem ucharakteryzowany. Jest to zdjęcie tutaj, ponieważ tata zadbał o to, żeby zostało udokumentowane. W każdym razie bardzo ładnie wyglądam. Tam naprawdę pamiętam, że po prostu było… No było przesympatycznie. Mieszkaliśmy w Łańcucie, mieszkaliśmy w Książu, potem na pogrzeb Stefci pojechaliśmy do Rzeszowa. I tutaj mam ogromną prośbę, ponieważ z tego została mi pewna taka, może nie trauma, ale zagadka z tamtych czasów. Otóż, kiedy ordynat Michorowski płakał nad grobem Stefci, ja, przysiadłszy na jednym z grobów, rozwiązywałem krzyżówkę. Ta krzyżówka nazywała się Ludowa. i zawierała hasła, które nie były sformułowane wprost. Najpierw należało zrozumieć, o co chodzi w haśle, a dopiero potem znaleźć rozwiązanie. I pamiętam dwa z tych haseł. Pierwsze to było: co chłopu zimą stoi pod pierzyną, I tutaj po dłuższym zastanowieniu odnalazłem rozwiązanie, ponieważ okazało się, że zimą było kluczem, bo zimą chłopu, czyli rolnikowi na polu leży pierzyna ze śniegu, tak? Czyli co stoi pod pierzyną? Ozimina. I rozwiązaniem było ozimina. Natomiast nie mam pojęcia. Parę synonimów znam i próbowałem je dopasować już wówczas. Dzisiaj jest to niemożliwe, bo pozbyłem się już dawno tej krzyżówki. Ale drugie hasło brzmiało, panieńskie rzemiosło dokoła obrosło, pośrodku dziureczka, maleńka szpareczka. Może państwu przyjdzie coś do głowy.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Dlaczego nie został Pan kompozytorem muzyki filmowej?]
Na pytanie, dlaczego nie zostałem kompozytorem filmowym, po serii sukcesów związanych z ilustracjami muzycznymi do filmów wyprodukowanych przez Wytwórnię Filmów Oświatowych, odpowiedź przychodzi mi do głowy jedna. Ponieważ bycie kompozytorem muzyki filmowej oraz myślę wielu innych rodzajów muzyki wymaga znajomości nut. Natomiast ja z podziwem patrzę na moją wnuczkę. Uczennice tej samej szkoły, z której przyszło tych dwóch miłych chłopców do nagrania w moim filmie. Kiedy ona siadając, wyciągając w pierwszym roku skrzypce, teraz wiolonczelę, po prostu patrzy na te mrówki i wszystko wie, a tu tak, a tu tak. Okej, wiem, że jest taki świat, ale ja mam dokładnie to samo, tylko ze słuchu. Tylko strasznie trudno jest to przekazać komuś innemu. Mógłbym być kompozytorem muzyki wykonywanej przez siebie i tylko siebie. A to mogłoby się znudzić w końcu widzom. I mnie.
