Przejdź do treści

Krzesimir Dębski – polski kompozytor muzyki filmowej, dyrygent. Absolwent Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu na kierunku Kompozycji u Andrzeja Koszewskiego i Dyrygentury u Witolda Krzesimińskiego. Jego twórczość łączy wpływy muzyki współczesnej i jazzowej. Jest liderem zespołu jazzowego String Connection. Tworzy kompozycje muzyki orkiestrowej, solowej, wokalno-instrumentalnej, teatralnej i filmowej. Do jego kompozycji filmowych należą ścieżki dźwiękowe filmów: Kingsajz (1987), Deja vu (1989), Człowiek z… (1993), Ogniem i Mieczem (1999), W pustyni i w puszczy (2001), Magiczne drzewo (2009).

Czarna plansza. Na górze pośrodku logotyp Muzeum Kinematografii w Łodzi w postaci czarnej taśmy filmowej. Rozwija się od dołu ku górze, do dołu i znów zakręca do góry i do dołu. Tworzy literę ‘M’. Po prawej stronie, wzdłuż litery ‘M’ w trzech rzędach, jeden pod drugim, czarny napis prostą czcionką. ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’, ‘w Łodzi’. Pierwsze litery słów ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’ i ‘Łodzi’ są wielkie.

Poniżej logotypu biały napis:

prof. dr hab. Krzesimir Dębski – kompozytor

Plansza znika, na ekranie pojawia się mężczyzna w starszym wieku. Siedzący na ławie, pokazany jest od kolan w górę. Ma krótkie siwe włosy. Ubrany jest w białą koszulę i czarne spodnie. Ma na sobie półokrągłe okulary w czarnych oprawkach.

Krzesimir Dębski: Krzesimir Dębski się nazywam i imię „Krzesimir” przysparzało mi wielu, wielu, wielu kłopotów, więc czasami przedstawiam się innymi imionami. Na przykład – Marcin. Wielu ludzi kiedyś w ogóle nie mogło zrozumieć, co to za imię. „Co to…”, przepraszam, ale mówili: „Co to za gówniane imię? Jak można mieć takie imię?” Nauczycielka mówiła: „Dla mnie będziesz Krzysztof”. Ja mówię: „To ja dla pani nie będę”. No i ciągle z tym były problemy takie. I są do tej pory.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Skąd u Pana pasja do muzyki?]
W Wałbrzychu się urodziłem, ponieważ mój ojciec po wojnie był AK-owcem. Miał poważne problemy zdrowotne – gruźlicę, był ranny w czasie wojny, stracił nogę. Moja mama miała gruźlicę. No w ogóle jestem pierwszy… pierwszym zdrowym człowiekiem w rodzinie, dużej. Takie były tragiczne to losy. I ojciec mój skończył studia w Poznaniu, po wojnie, i został skierowany do pracy w Wałbrzychu, w szkole muzycznej. I tam się urodziłem. W związku z tym przypadkowo dość w Wałbrzychu. To było bardzo ciekawe miasto, bo po wojnie tam się osiedliło mnóstwo Żydów, uciekinierów ze Związku Sowieckiego, którzy… no sądzili, że się tutaj na zachód dalej przedostaną to może uciekną jeszcze gdzieś dalej. W każdym razie byli uczniowie Żydzi jeszcze wtedy i Niemcy. Plakaty koncertów szkolnych były drukowane w trzech językach – po polsku, po niemiecku i po… w jidysz, a czasami jeszcze po rosyjsku. No i w tej takiej szkole właśnie, ja tego to prawie że nie pamiętam… Się pałętałem, bo ojciec no… pracował, a jednocześnie trzymał mnie na kolanach albo jakoś tak to się odbywało. Potem się okazało, że ojciec nie należy do partii, więc został wyrzucony i pojechaliśmy do Kielc. I tak bez przerwy zmieniałem miejsca zamieszkania, więc mogę powiedzieć, że jestem ogólnopolski. I uczyłem się w Kielcach, w szkole muzycznej, zacząłem mając 7 lat, gdy zacząłem chodzić do szkoły muzycznej. No i oczywiście mi się nie bardzo podobało, w ogóle nie chciałem chodzić do szkoły muzycznej, ale w klasie, w tej samej klasie pierwszej… do tej klasy pierwszej chodziły zakonnice dorosłe, czyli kobiety – miały 18, 19, 20 lat, ale uczyły się muzyki. Oraz do tej jednej klasy chodzili również… do tej pierwszej klasy chodzili żołnierze – żołnierze z orkiestry wojskowej. I… Czyli ja miałem sześć lat, siedem, oni dorośli i zakonnice. I również żołnierze ode mnie ściągali. Bo były takie ćwiczenia… dyktanda się pisało, jakie nutki – ze słuchu poznać, co to który dźwięk. No i ci dorośli, ode mnie ściągali. Więc nie chciałem chodzić do tej szkoły, ale jak zauważyłem, że jestem taki ważny gość, to mi się to zaczęło podobać. No i tak skończyłem tą średnią szkołę, ojca wyrzucili znowu z Kielc, do partii znów nie należał. Ojciec mówił językami, więc mieliśmy jechać na Kubę. Bo miał ojciec organizować tam szkolnictwo artystyczne i muzyczne. Taki był podział RWPG [Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej]. I… Ale się okazało, że… już prawie spakowani, a ojciec mówi, że nie jedziemy, bo się nie zapisał do partii. Wykryli, że nie należy do partii. No i potem… Więc w Kielcach chodziłem do szkółki i potem w Lublinie maturę zdałem. I pojechałem do Poznania, zdałem na studia. To wtedy było bardzo ciężkie, bo tam bodajże było 21 kandydatów na jedno miejsce na tych studiach. Ale się jakoś dostałem, dość dobrze tam się przygotowywałem. Dość krótko, ale tego… No i zdałem na kompozycję i myślałem, że będę kompozytorem poważnym, bardzo współczesnym, muzykę awangardową będę pisał, ale od razu pierwszego dnia na studiach poznałem kolegów, którzy się interesowali jazzem. Muzyką lekką, no różną. I jakoś zauważyłem… Też oni… niektórzy się interesowali – jak to jest zbudowane? Te utwory – jak one są zrobione? I mi się okazało, że ja jakoś tak kapowałem, że… jak to jest zrobione – jakie to są akordy, harmonie, jaka jest struktura formalna takich utworów. No i w ten sposób z tymi ludźmi założyliśmy pierwszy zespół jazzowy, i występowaliśmy w Poznaniu. No Poznań to było wtedy miasto, gdzie [Krzysztof] Komeda mieszkał jakiś czas, Jerzy Milian. Przez krótki czas, ale był moim nauczycielem Jerzy Milian, właśnie wibrafonista jazzowy z legendarnych tych zespołów lat 50., 60. I on mnie też właśnie namawiał do aranżowania i jednocześnie poznałem Andrzeja Maleszkę. Andrzej Maleszka był… pisze teraz książki dla dzieci, bardzo poczytne, a tutaj właśnie

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca przy Medium Jacka Koprowicza? Jak wyglądała praca przy dużym filmie?]
No właśnie Jacek Koprowicz mnie zaprosił, a w zasadzie to się znaliśmy prywatnie przez koneksje jakieś rodzinne. I… no wytłumaczyłem mu, że jest orkiestra symfoniczna – w filmach może być, mogę mu zrobić. No wiadomo, że jak reżyser film kręci, to ma tyle problemów, musi wymyślać tyle spraw, że o muzyce to się często myśli dopiero na końcu. A Jacek był tak… na tyle wrażliwy, że wiedział, że muzyczkę można też… o muzyce wcześniej jeszcze przewidzieć, co ona będzie znaczyła w filmie i tak dalej. No i tutaj się… też go namówiłem, że nagramy muzykę z orkiestrą filmową. Z orkiestrą symfoniczną. A tu muszę jeszcze wrócić do pana Zdzisława Szostaka. Pan Zdzisiu kochany – tam się kręciłem, właśnie przy filmach coś robiłem, jakieś drobne jeszcze rzeczy i pan Zdzisław nagrywał mnóstwo, no setki filmów. I pisał również, był świetnym kompozytorem. I on mnie jakoś polubił, mówi: „To ty to będziesz… tu napisz, tu dyryguj”. I ja za niego dyrygowałem. I nauczyłem się dyrygować pierwszy raz, mimo że studiowałem też dyrygenturę – u dawnego szefa Orkiestry Łódzkiej Symfonicznej, pana [Witolda] Krzemińskiego, profesora Krzemińskiego. I… no jak się dowiedział, że „Aha, to ja jeszcze jestem uczniem”. Już jak skończyłem dyrygenturę to dał mi dyrygować. No i mnóstwo filmów nagrywałem. I sam się uczyłem, jak to się komponuje, co się pisze, prawda? Wiadomo, że najważniejsze było to, co się od dziecka nasłuchałem w kinach. Gdzie na przykład w Kielcach jeszcze jak byłem wtedy, to w sali plenarnej Komitetu Wojewódzkiego w niedzielę były bajki. W sali plenarnej Lenin, Bierut – już chyba nie było Bieruta – ale tam wszyscy sekretarze, zdjęcia… a tutaj na… za jakieś śmieszne pieniądze bilety były i się… wchodziliśmy do sali plenarnej, dzieci… Siadaliśmy na tych pomnikach, na tych ważnych… na stole prezydencjalnym, czy jak to się mówi – „prezydium”. I tam była w tym komitecie partii była niesamowita dywersja… miała miejsce dywersja ideologiczna, bo leciały bajki polskie, Bolek i Lolek, tam coś ten tego, Pies i wilk, te ruskie, a na końcu Disney. I te… to wszystko, ten piękny świat, no ruchomy, niesamowity, przecież tam były jakieś samochody… jak te dzieci, te zwierzątka, prawda? To… no całą Amerykę się widziało – narysowaną, ale to był niesamowicie pociągający świat. Że jak leciały te bajki ruskie, to wszystko, polskie, to nic, a tutaj, ale potem amerykańska – wow! I cała sala – ze 100, może 200 dzieci – wrzeszczy, bo tu mamy amerykański film. No więc to była taka baza, która potem no… sprawiła, że pisałam te aranżacje amerykańskie, za które mi jeszcze bardzo dobrze płacono. I oczywiście to było straszne piractwo. Ale to już była baza, która mi pozwoliła potem właśnie pisać muzykę. Jeden film to następny. Jeden się dowiedział, że ten potrafi w trzy dni napisać, a ten… To szybko! No bo to tak często bywa – na końcu się dopiero myśli o muzyce. Tak bywało. No i tak… Oczywiście, mnie pociągnęło dalej, bo graliśmy jazz, no we wszystkich krajach, gdzie był prąd, to już chyba mówiłem. Graliśmy na świecie, na festiwalach. No ale też niestety mnie kusiły kompozycje symfoniczne, poważne, nowoczesne. No i tak wszedłem do dużych produkcji filmowych – polskich, zagranicznych. No ponieważ no… na przykład serial dla dzieci, Gwiezdny pirat, produkcja WDR [Westdeutscher Rundfunk] z Niemcami, koprodukcja… I tam była… tam były… Oczywiście, jak to w filmach dla dzieci, tanie, tanimi środkami robione, ale były na przykład bitwy – cztery konie i dwóch rycerzy. A do tego pisałem muzykę taką, że to już wyglądało jakby nie wiadomo jaka to była wielka bitwa i niesamowita sprawa. No i zauważyli chyba działający w filmie ludzie różni, że ja potrafię rozmnożyć ten budżet, pokazać bogactwo jakieś… bez pieniędzy tych filmów. No i wchodziłem w coraz większe filmy, z większym rozmachem no… aż doszło do tego, że mnie zaproszono do filmów Jerzego Hoffmana, które odniosły niesamowity sukces, bo miały i 16 milionów widzów. To już się liczyło nawet i na świecie, że takie… takie są budżety. No i tak… tak to się w skrócie stało no. Przy okazji pisałem jeszcze piosenki do filmów, żeby promowały filmy. To też miało duże znaczenie, żeby… że w pewnym momencie produkcje filmowe kapnęły się, że i muzyka może promować film, pomagać w promocji. I dzięki temu też pisałem – jak już mówiłem – piosenki, muzykę teatralną. Mnóstwo tego – muzyka teatralna z największymi reżyserami, z Jerzym Jarockim i z Waldemarem Śmigasiewiczem – podkreślam, bo bardzo to ciekawy reżyser, z którym się bardzo przyjaźniliśmy.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca w Wytwórni filmów fabularnych?]
Muszę powiedzieć, że… no działałem w wielu miejscach w Łodzi. Ale w tamtych czasach… no to początki lat 80., jak wrócimy do moich wspomnień… to najgorszym miejscem na świecie była Wytwórnia Filmowa w Łodzi. Szczególnie w zimie. Śnieg po pas, niesprzątane w ogóle ulice, to już… Maluchem jechałem na przykład, nie mogłem się przedrzeć przez śniegi i wreszcie jest Wytwórnia. Wisiały takie kotary zasłonowe, żeby nie uciekało ciepło, ale wszyscy wchodzili do… no ośnieżeni i potem tupali. I śnieg powodował kałuże potworne, po takim się chodziło, taki… taki szlam jakiś w ogóle. I papierosiska. Wszyscy kopcili papierosy straszne i piwsko ohydne jakieś było. No i gorzałę lali. Wszyscy byli napici, skacowani, ble… I potem był taki „Tramwaj”, gdzie w każdym pokoju była inna wytwórnia. Niektórzy już kończyli, inni zaczynali film. No i byli strasznie zazdrośni. Jak ja tam wchodziłem, to na kolanach szedłem tak nisko, żeby znad biurka nie zauważyli, kto tam przechodzi. Bo wszyscy… wszyscy w jednym miejscu, wszystkie produkcje, wszyscy plotkowali sobie i jeszcze podkładali sobie kłody pod nogi, prawda. I ja tak na czworaka przechodziłem, tam do jakiejś wytwórni, a ta mówi: Co? Ty tam pracujesz z tym… tym cymbałem? Tym niezdolnym takim? Z kim ty? Z tym?” A tam ci mówi: „A ty z tamtym przemądrzalcem? A ty z tym?” A ja tak lawirowałem od tego do tego, no i kilka filmów naraz robiłem, i tak dalej. To były bardzo dziwne czasy. Był na przykład serial Janka – jeden z pierwszych filmów, które robiłem. Janusz Łęski, reżyser. I to był taki kulturalny Pan. I przyjeżdżali Niemcy z WDR-u – na jakieś rozmowy, na współpracę – to on czuł taki wstyd, jak to jest ta Wytwórnia, i specjalnie załatwił ślusarza, który boczne wejście… taką bramę dla ciężarówek, jakichś dostawczych samochodów… odplombowali tam. Ona była zaspawana, więc to odkuli – żeby ci Niemcy nie widzieli tego wejścia oficjalnego wytwórni, coś strasznego. No i po śniegu sobie wchodzili, od razu na „dźwięk”. A tam w „dźwięku” było dość przyzwoicie jeszcze, w miarę lepiej wyglądało to wszystko wtedy. No i… więc to były naprawdę przeżycia niesamowite, bo ja też byłem tym „odkuwaczem” i pomagałem reżyserowi w tych, tych… ukrywaniu tego wstydu. Były takie sytuacje, że… Aha, do filmu jak się dostałem? No to bywa tak, zupełnie jakiś przypadek. Okazało się, że na przykład już zaczęli kręcić Kingsajz… Ja przy innych filmach pracowałem, ale już słyszałem, że tam jest jakiś atrakcyjny film. Bo tak się… te olbrzymie elementy budowane już stały gdzieś na boku hal albo gdzieś coś było widać, że to będzie jakieś coś, bardzo duże dziwadło. No i się okazało, że już zdjęcia trwały i były… jechała ekipa taksówką i w radio usłyszeli piosenkę. I ta piosenka była już wtedy dość znana, Zmysły precz! się nazywała ta piosenka. I reżyser powiedział: „O, taką piosenkę chcę. Dajcie, kto to?”.

I jechała ekipa, o której mówiono, że to jest… coś niebywałego będzie, jakieś wielkie wydarzenie… że jedzie ta ekipa, że wysiedli z taksówki, tego… I się okazało, że słyszeli już tę piosenkę Zmysły precz!, no która pasowała do filmu jak ulał. No oczywiście nie… napisałem ją nie z myślą o filmie, ale się jakoś przebiła do radia…. I traf chciał, że asystent, który się nazywał Leszek Rybarczyk. Leszku, bardzo dziękuję. On wiedział kto to, że ja to napisałem, czyli okazał się wrażliwym człowiekiem – nie tylko malującym scenograficznie, ale też artystycznie całkowicie. A to jest rzadkość w filmie, żeby być wszechstronnym takim. Muszę powiedzieć, że wielu reżyserów nie rozumiało w ogóle, po co muzyka jest i dlaczego. Mogę powiedzieć, że byłem też edukatorem muzycznym wielu, wielu ludzi z filmu. W każdym razie ta piosenka… Machulski mówi: „Ja chcę to w filmie”. No… dostali piosenkę i ona zrobiła… no bardzo ważną sprawę. No bo tam, jak wiadomo, Kasia Figura leżała, a po niej chodził krasnoludek i ona mówi: „Ja już nie mogę się doczekać, kiedy będziesz duży”. No. I… To ten film potem no następne wywołał i… No potem się zaczęło niestety niedobrze, bo zaczęły się seriale. My nie wiem, czy będziemy tu mówić, jak tu jest program filmowy, że seriale też można wspominać. No bo się… jeszcze nikt wtedy się nie spodziewał. Właśnie Janusz Łęski – on robił 12 odcinków. To już w ogóle była jakaś niewyobrażalna sprawa. Jak to taki serial będzie i gdzie, kiedy? Jak… to Stawka większa niż życie, 16 odcinków, prawda, to było już straszne bezobrazie [безобразие], jak się mówi po rosyjsku. No to niebywała historia. No tam moi rodzice na przykład nie oglądali. Mówili, że to – ojciec szczególnie – że to komunistyczne. Stawka większa niż życie. To nieprawda, Czterej pancerni[właśc. Czterej pancerni i pies] to nieprawda. Byli ludzie po wojnie no doświadczeni, więc tak jakoś odbierali różnie. No a tutaj Janka była takim pogodnym serialem dla dzieci, neutralnym. No i bardzo dużo mi pomogła w życiu, bo też właśnie tematy z tego filmu mogłem potem prezentować jako moje demo do następnych filmów. No, i… Ale potem się zaczęła era niestety filmów… no już telenowel. I telenowel to… proszę państwa, ja was wszystkich przepraszam, że do domów państwa codziennie właziły te seriale i deprawowały państwa życie prywatne, niszczyły. No i tego było już tysiąc, dwa tysiące, trzy. Już nawet nie wiem, ile jest tych odcinków, które są powtarzane jeszcze z tymi wszystkimi… Przepraszam, że tak właziłem z butami do państwa domów.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca nad Ogniem i mieczem?]

Ogniem i mieczem to była przygoda niesamowita i bardzo to było nerwowe życie w tym filmie. No wiadomo, że to były poważne problemy finansowe, że zbieranie pieniędzy. Tam walka trwała niesamowicie, bo to telewizja chciała wspomóc, nie chciała. Ci tam… Były działania anty – po co takie ramole, po co taki film. Były głosy i tak dalej. No tutaj ja cóż… dostałem… dostałem angaż do tego filmu Ogniem i mieczem, myślę na podstawie tych seriali, na przykład z WDR-u. Tam był taki serial Geheimnis des Sagala [właśc. Das Geheimnis des Sagala] niemiecki, taka polska koprodukcja. Ale gdzie właśnie były takie przenoszenia się w czasie, że był współcześnie, a potem byli np. Celtowie w V wieku. Na koniach też jeździli, walczyli. No podobne były sytuacje… czy łucznicy strzelali, jakieś bitwy były. Oczywiście, tam było 6-8 koni może. Było to skromnie, ale zrobione było tak, że to wyglądało… no, interesująco. Jeszcze był taki film Szwadron Julka Machulskiego, gdzie też był szwadron na koniach… że były bitwy, armaty, strzelania, kosynierzy i tak dalej. To też no… sprawiło, chyba zbudowało opinię, że ja umiem robić jakieś wojny… muzycznie. No i właśnie te …Sagala – myślę to mi najbardziej pomagały, bo tam byli… I Gwiezdny Pirat, więc fantazja była tą… To musieli oglądać… dzieci oglądały i dorośli też widzieli – bo musieli też kontrolować niektórzy, co tam się dzieje za filmy, prawda, co tam się dzieją za bezeceństwa. No i to jakoś też myślę, że tą moją opinię – że potrafię to i to, i jeszcze bitwy, i batalistyczne sceny mogę zrobić. I nie wiem, jak to się stało, no bo mnie po prostu zaproszono, że mają propozycję do napisania takiej muzyki.
Była taka rozmowa, jak to ma wyglądać i tak dalej. No, wspomniałem, co tam zrobiłem, jakie robiłem rzeczy. Potem się dowiedziałem, że to było tak, że ja byłem tani. A ja bym zrobił za darmo w ogóle. Więc się dali oszukać po prostu. Ja bym za darmo zrobił taki film – wiadomo, że to jest niesamowita przygoda. Się pieniądze w ogóle nie liczą w takich sytuacjach. No i… i tak sobie jakoś zbudowałem markę., także potem… no po Ogniem i mieczem… no była piosenka, co było też przebojem… przełomem, bo jeszcze tak… w polskich filmach nie było czegoś takiego, że była piosenka promująca film, która promuje film, a… No i zarabia pieniądze jeszcze, tak. No to to było… dla wielu reżyserów, którym to proponowałem wcześniej to nie chcieli, nie rozumieli tego. Mogę powiedzieć, że miałem… że podobne przygody mieli np. z filmu Titanic. Tam była piosenka… Céline Dion ją śpiewała i był kompozytorem… James Horner, tak. No i tak było, że promująca piosenka, to jest… to był… udało im się wytłumaczyć, że to jest fajna rzecz, czego nie rozumiał np. właśnie reżyser [James] Cameron, który reżyserował Titanica. Nie chciał piosenki. Była już gotowa piosenka, wcześniej już puszczona była, Céline Dion ją śpiewała. Przebój przecież niesamowity to był. I byłem na kolacji przypadkowo u Carrie Fisher, tej z Gwiezdnych Wojen. Bo tak… znajomi dziecko mieli z jej dzieckiem w przedszkolu i tak dalej. Więc tak się w tym Hollywoodu czasami dzieje, że… że poznałem takich ludzi. I właśnie przyszedł ten James Horner. No i… James Cameron przyszedł odebrać dziecko, bo tam wspólnie się bawiły dzieci i Carrie Fisher… W sumie ja jej podpowiedziałem, że przecież to jest… Czemu nie ma piosenki? I był… rozgorzała dyskusja – no że to jest tak poważnie, że to najgorzej, że zamarzają, prawda, tragiczna sprawa i w ciszy śmierć. I ja pomagałem. Poddawałem temat, że to jest… przede wszystkim się zarabia pieniądze. Piosenka w filmie – to ona potem będzie popularna, to reżyser ma procent i to się przyda. I wreszcie, po paru miesiącach patrzę i jest… są już wersje z piosenką na końcu. No więc tak, taki miałem udział w takim biznesie światowym. No, a tutaj na… w polskiej skali no wyszło, że… że piosenkę się dało już tak wytłumaczyć, że będzie fajnie. No i… kto ma śpiewać to decydował w zasadzie wydawca – Pomaton. Bo wtedy już była właśnie taka sytuacja, że z… już w polskim kinie też zrozumiano, że piosenka na końcu będzie promować film. Jak już będzie w radiach też popularne, we wszystkim. Ale jak wiadomo, w filmie Jerzego Hoffmana nie ma piosenki. Bo jest… „Hej sokoły, omijajcie…”, mojej aranżacji i tego… Ale nie ma, bo jeszcze właśnie nie udało mi się wytłumaczyć, że to powinno być fajnie. No, ale… no i piosenka została, się przebiła, no i… jakoś tam ludzie śpiewają.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak to się stało, że zaczął Pan tworzyć muzykę na skalę międzynarodową?]

Znaczy… z piosenkami to jest problem, że no… w języku, w jakim jest nagrane, że trzeba by nagrywać po angielsku. No, ale Ogniem i mieczem… i raptem po angielsku piosenka, no trochę… no musimy mieć swoją godność. Żartuję, ale… no było to do przewidzenia… znaczy no trudne, ale muzyka… za to motywy się przedzierały. Przedzierał się. No tak, więc parę razy nagrody dostałem i… właśnie za muzykę. Film był na festiwalu, a nagrodzona była muzyka. Co też nie jest dobre, bo reżyser może się denerwować – czuć pominięty, że coś mu robię koło pióra. A tak było na festiwalu w Pyrgos, w Grecji, że właśnie z muzyką też… była to muzyka… Stara baśń [właśc. Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem]. Ze Starej baśni. Stara baśń. No niekiedy… no bywały różne problemy, a muzyka sama sobie poza filmem dawała radę. I bywały, że… no dość duże nakłady, że w latach właśnie 90. to i 100 tysięcy płyt się sprzedawało z niektórych tytułów filmów. I była muzyka znana i gra na zachodzie. Ja sam, jak dyrygowałem gdzieś to… wystawiałem muzykę i w Korei… I w Korei strasznie się podobało. I w ogóle… żywcem wszystko skopiowali miejscowi kompozytorzy i grali… grały orkiestry. Więc była bardzo… odzew był duży. I takie też były niespodzianki, np. pisałem muzykę do filmu polsko-węgiersko-czesko-słowacki… i chyba jeszcze był tam jakiś francuski udział. To był Król sokołów. Taki dla dzieci filmik, ale… Václav Vorlíček, legendarny reżyser czeski, tej czeskiej fali. I on właśnie… on Arabela, taki serial robił. I on mnie poprosił o muzykę, bardzo duża niespodzianka. I napisałem no taki… takiego… muzykę w idiomie czesko-słowackim. Bardzo to… takie inspiracje są… bardzo lubię inspiracje, że trzeba się zmieścić w jakimś stylu czy podobne źródła inspiracji sobie dobrać.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądały Pana kontakty z Zachodem?]
Mnóstwo właśnie ilustracji robiłem – i do reklam, i aranżacji pisałem za innych kompozytorów. Shadow composer’em byłem takim, tak zwanym. I… Tylko, że właśnie… taka… moja natura jest taka, że ja jednak lubię ciągle inne rzeczy. I, jak już mówiłem, zajmowałem się muzyką poważną, współczesną i teatralną, i tymi innymi rzeczami. I to były bardzo atrakcyjne, fajne rzeczy. A amerykańskie filmy, to… no widziałem, że to jest takie strasznie schematyczne rzemiosło promowane. Że tam w ogóle to nie ma miejsca na takie zabawy, jakieś żarty czy to… To wszystko musi być co do sekundy – tam producent, tam wszyscy naokoło. Może być i wielu pomagierów, shadow composer pisze… Ja pisałem za innych… do innych filmów. Tam jeden Islandczyk napisał, tu ktoś fragment, ktoś tego no… Jest teraz tak wielu, nawet Hans Zimmer korzysta z bardzo wielu… Tak, ma cały sztab, ma taki budynek, taki Auchan blaszany – i są tam boksy, i tam siedzą kompozytorzy. I podsyłają – to jest fajne, może to się przyda, może to chcecie, może to… I tak… taka to jest już praca zbiorcza, a my w Europie jakoś jesteśmy bardziej indywidualistami. Jak coś robię no to ja. No to to… jak to będzie potem na koncercie w filharmonii, że gram koncert, no i co? „Teraz ten fragment to napisał ten, a ten to ten, a ja to to zrobiłem to”. No nie, nie da się. I mamy tradycję, że jednak tam ma być, no jak tak w sali koncertowej na koncercie poważnym.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca nad pisaniem partytury do niemych filmów?]
To była niesamowita rzecz, ponieważ gdy dostałem te filmiki… które to były celuluidowe, czyli bardzo się paliły, niszczyły… a one we fragmentach istniały potem. Można było się domyślać, co tam było. Ale się okazało, że to takie były czasy… 1914 rok, ’16 – powstawały te shorts… i które dopiero 20 lat temu odtworzono. Bo były tylko fragmenciki, tam dorabiałem zresztą… No i muzyka te dziury zapełniała i robiła… Ale dzięki tym filmom zobaczyłem, jak w ogóle Charlie Parker [Charlie Chaplin] reżyserował, filmował i jak w ogóle grał. Bo tam było tak, że kamerę nastawiali…

Charlie Chaplin, film. I okazało się, że z boku, bo czasami kamera taka była pośpiechu ustawiana, że tak bzzz pojechała ten… i widać było zaplecze – że kostiumy wiszą, że tam krawcowe coś szyją, że tam coś ćwiczą, prawda? A tu bzzz potem wróciło. Ale jak to… ta kamera przechodziła, to się okazało, że tam z boku siedział zespół, 16 muzyków. I oni na żywo tam grali. Czyli ta Chaplina muzyka to była muzyka baletowa, że to wszystko było tańczone, zsynchronizowane… Drr dan, dzbanek upadał, bum w głowę, fą pim pszta, wszystko leciało razem. Cyk cym cyk cyk… I ja taką muzykę do filmu pisałem właśnie, jaką by… myślę, że by chciał Charlie Chaplin. Bo on… on sam komponował. Przecież i pisał muzykę filmową, i na orkiestrę symfoniczną. Sam. Nie tam, że mu ktoś pisał. Był naprawdę wykształconym, świetnym, genialnym człowiekiem w różnych dziedzinach. I on… właśnie, to były balety. I stąd jest taka niesamowita akcja, tempo wszystkich zdarzeń, i co się dzieje – bo wszyscy byli tancerze i byli bardzo rytmicznie, świetnie utalentowani rytmicznie. I on z nim mógł wszystko robić.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy cały czas jest Pan przy filmie?]
Ja siedzę w filmie, ale… ostatnie lata to ja stoję przy filmie, ponieważ bardzo dużo mam koncertów. Z orkiestrami filharmonicznymi – większymi, mniejszymi składami, czasami dwie orkiestry naraz połączone albo jeszcze do tego dęta orkiestra wojskowa. I koncerty mam w filharmoniach, i w parkach dużych, i plenery z… właśnie z muzyką filmową. I gram muzykę… no, i Ogniem i mieczem, i Bitwa Warszawska [właśc. 1920 Bitwa Warszawska], i te starsze filmy, i z seriali. To się bardzo podoba, bo ludzie lubią to, co znają, co słyszeli. Niestety i tak bywa, że filharmonie – w ogóle teraz taki czas jest – że wyznaczają, co chcą słyszeć. No… ja mówię: „Proszę bardzo. Z tego filmu? Z tamtego? Co wam się podoba? To, tamto? Pamiętacie? Dobrze, proszę bardzo” Czasami dyryguję muzyką innych kompozytorów. Kiedyś też to robiłem, nagrywałem jako dyrygent dla innych, innym. To teraz… więc teraz to jeszcze się pomieszało bardziej i… nie narzekam na brak pracy. I z jazzem też gram. Gram troszkę rzadziej, ale… Bo więcej mam tych koncertów tzw. klasycznych – z orkiestrą symfoniczną, z chórami i tak dalej. Więc to jest jakoś… najbardziej atrakcyjne, bo to jest ta najpełniejsza forma muzyczna, jaką sobie można wymarzyć. Więc tego jest dużo i bardzo się cieszę. A jeszcze piszę muzykę – właśnie w tej chwili, dzisiaj już trochę nagrywałem – muzykę do filmu dokumentalnego. Do dokumentalnych filmów też sporo pisałem i piszę. I to jest film o Józefie Wilkoniu. Fantastycznym naszym rysowniku, ilustratorze, rzeźbiarzu, malarzu. I fantastyczne rzeczy… Który triumfy święci na całym świecie – i ma muzea w Japonii, i w… no wszędzie, w Chinach i w Korei. Więc bardzo to ciekawe rzeczy są. Taki powrót trochę do dzieciństwa, do ilustrowania tych takich… Kiedyś były takie konturki i się tam malowało w środku, no więc mniej więcej to robię muzyką teraz.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Interesuje Pana muzyka współczesna?]

Piszę taką muzykę, że nigdy… – tą współczesną – że nigdy nie zaproszę żadnego reżysera, bo już by mnie nigdy nie zatrudnili, gdyby usłyszeli, że co to ja piszę. No tak, sporo jest tych utworów – napisałem – więc w filharmoniach grane są moje koncerty. Sam dyryguję, albo ktoś inny dyryguje… i z chórami… I często mieszam te… repertuar takich koncertów z muzyką filmową, żeby ta muzyka… Bo to jest tak – jak muzyka jest współczesna ja dyryguję tyłem, prawda? Ale jak się odwrócę trochę, to widzę takie sine, szare, zmęczone życiem twarze, którzy cierpią. Ale jak jest zmiana – płodozmian, film, muzyka filmowa. O, już jacyś rumiani ludzie, jacyś trochę zadowoleni. A potem im znowu przyłożę dźwięk i znowu tam słucham: „Co on robi? Zwariował, co to za facet jakiś kurde”. No i taka jest zabawa.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Co o Pana drodze twórczej myślał Pana ojciec?]
Studiowałem w Poznaniu, ojciec w Lublinie, więc za często nie przyjeżdżał. Był na jednym koncercie moim kompozytorskim początkowym na… po pierwszym roku, który się odbył. No i… widział w telewizji filmy, niektóre. Wiem, że był w kinie na filmie Kingsajz, niespecjalnie mu się spodobało. Chyba raczej bardzo nawet. Jeszcze lepiej było z moją mamą, która była na koncertach – już po śmierci ojca – na koncertach z moją muzyką współczesną. No to myślę, że to były dla niej katusze straszne, że… Bardzo przepraszam mamusię, mamusia była na prawykonaniu mojej symfonii na przykład. Nihil homine mirabilius est. I to była symfonia z dwunastoma chórami, olbrzymią orkiestrą symfoniczną, bardzo nowoczesna… Nowoczesna rzecz, która… no była bardzo skomplikowana. No i moja mama widziałem, że się bardzo męczy. I jeszcze na bis robiłem wygłupy – bo ja robię wygłupy, rapuję, takie różne rzeczy. No podobno mnie nazywają, że jestem ojcem polskiego rapu. No bo tak robiłem na bis różne wygłupy… no i mama wiem, że cierpiała na pewno. No trudno. Posłali mnie na studia, to tak mają.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy Pan lubi chodzić do kina?]
Nie, oczywiście. Ja bardzo od zawsze lubiłem kina, dobre filmy. I… Tylko, że teraz troszkę jest gorzej, bo jest taka komercja, że jak się wchodzi do kina tak głośno jest, że ja no… nie za bardzo znoszę takie rzeczy. Może racja wieku, ale… ale oglądam często na kanałach filmowych takich, artystycznych bardziej. Bardzo ciekawe są rzeczy na świecie, fajne są filmy, fajna muzyka. Można się nauczyć dużo, nasłuchać, zobaczyć. I bardzo, bardzo lubię kino. Tak jak byłem kinomanem kiedyś strasznym, to tak dalej w sumie jestem. Chociaż rzadziej chodzącym do kina.