Przejdź do treści

Krystyna Kulczycka – animatorka, reżyserka filmów i seriali animowanych. Urodzona w 1938 roku. Od 1963 zawodowo związana ze Studiem Małych Form Filmowych Se-Ma-For w Łodzi. Pracowała przy realizacji takich seriali animowanych, jak „Zaczarowany ołówek” (1963-1977), „Przygody Misia Uszatka” (1975-1987), „Trzy misie” (1982-1986), „Kasztaniaki” (1990-1997). Reżyserka poszczególnych odcinków serialu „Opowiadania Muminków” (1977-1982) oraz filmów „Szczęśliwe dni Muminków” (1983) i „Zima w Dolinie Muminków” (1986), zrealizowanych na podstawie książek autorstwa Tove Jansson.

Tak prawdę mówiąc, to wszystko było takie trochę archaiczne, bo ten sprzęt był często pomysłem nawet realizatorów, operatorów. Wymyślano taką śrubę do przesuwania kamery, czy takie statywy na początku, żeby lampy, które grzały tak strasznie, że myśmy wychodzili z tego planu spoceni, a później już przeszło się na mniejsze reflektory, żarówki halogenowe już tak bardzo nie emitowały tego ciepła. No to tak jakoś troszkę chałupniczo, troszkę jakoś tak ten postęp gdzieś tam się wkradał. To już był koniec lat osiemdziesiątych, kiedy się zaczęły te wszystkie przemiany. I wtedy właśnie myśmy robili Muminki. to były chyba ostatnie odcinki w latach osiemdziesiątych. Tak 1984-1986-1988, chyba to były w tym czasie robione. Był taki moment, kiedy przyjechała do Łodzi ze swoją przyjaciółką, chyba projektantką postaci nawet, bo chyba ona była plastyczką, tak mi się wydaje. I była to przemiła starsza pani, pani Tove Jansson, siwiuteńka taka, delikatna bardzo i tak jakoś pasująca do tych postaci, które wymyśliła, tak jak gdyby wyszła sama z tych bajek. My byliśmy zaskoczeni jej opinią, bo ona była nawet bardziej zadowolona i ze scenografii i z tego, co się w ogóle przetworzyło z jej prozy niż Japończycy, którzy też próbowali wejść na rynek i próbowali właśnie ten serial zaadaptować. Jakoś jej psychicznie bardziej odpowiadała nasza koncepcja. W Muminkach czy w ogóle było dosyć duże ograniczenie, jeśli chodzi o możliwości techniczne, bo to niestety plan był niewielki i to trzeba było jakoś tak wszystko wymyślić, żeby ta kamera mogła zarejestrować. Ciekawiej było w lalkach, w filmie lalkowym, bo plan był większy i tamte metody, sposoby, to były często tak wymyślane na bieżąco właśnie, czy woda, czy falę, to każdy swoją własną koncepcję jakąś miał i próbował coś z tego wykrzesać. Wszystko było malowane na papierze, wycinane, animowane. Także to nie miało nic wspólnego z żywym ogniem, tylko to było wszystko animowane właśnie przy pomocy wycinanych elementów takich. Lalki były w gablotach, ale teraz nawet nie mam pojęcia, co się z nimi stało, bo przez jakiś czas one były i tutaj w muzeum było dużo gablot z lalkami z poszczególnych filmów. Później, kiedy stary Se-Ma-For niestety przestał istnieć, a powstał nowy, też tam były te gabloty, ale nie mam pojęcia, co się z tym stało. Gdzieś się wszystko, nie wiem, zniszczyło? Czy gdzieś to jest po kątach, czy ludziom jeszcze może gdzieś tam… Nie mam pojęcia.

W zasadzie to przychodziliśmy tak umownie o ósmej. Gdzieś do 15, do 16. No to było też w pewnym sensie związane z wykonaniem ujęcia, bo trudno było rozpoczęte ujęcie zostawić do następnego dnia. To trzeba było skończyć. Także czasami to było dłużej, czasami troszkę krócej. Praca była na tyle jakaś dla nas przyjazna. Mieliśmy po prostu pomiędzy ujęciami luki, także nie obowiązywał nas jakiś ścisły rygor, ścisłe rozliczenie się godzinowe, bo liczyło się wykonanie ujęcia, wykonanie pracy. Także we własnym zakresie wszystko jakoś tam organizowaliśmy. W każdym razie praca ta była jednocześnie dużą przyjemnością, nie tylko obowiązkiem. Każdy film miał swoją własną salę, swój własny pokój. Tam gdzie stał wieloplan i całe to stanowisko pracy, to było przeznaczone tylko dla jednego filmu. W Tuszynie realizowało się filmy lalkowe, które były… Dekoracje były poziome, postać była stojąca normalnie, lalka taka, którą można było wziąć do ręki, a Muminki to była laleczka tak zwana półpłaska, bo z jednej strony była wyrzeźbiona postać z elementów luźnych, składająca się, a z drugiej strony ona była na tyle płaska, że ją można było na szybie położyć płasko nad dekoracją, która była piętro niżej. I właściwie to była taka nowość chyba, bo tego typu animacji to się raczej nie spotykało w filmach animowanych, bo częściej to były właśnie albo rysunkowe, albo typowa lalka kukiełka taka, którą można było animować ręcznie. Gdybyśmy chcieli później zrobić plan, plener jakiś, przestrzeń, to to automatycznie musiałoby być powiększone. Wymagana była umiejętność rozplanowania przestrzennego, bo przecież na takim planie lalkowym, gdzie są lalki w różnych miejscach, jest kilka postaci. To trzeba zapamiętać, która postać, którędy się porusza, co ma do zrobienia. I trzeba było całą sytuację już przemyśleć z góry. Gdzieś tam w głowie sobie to wszystko ułożyć, żeby później to zagrać tak, jak normalnie żywy aktor gra na scenie przecież. Bo w filmie rysunkowym jest ta łatwość, że poprzednią scenę i następną możemy porównać, bo to jest na kalce czy na rysunku. A w lalkach animowanych to trzeba było mieć wszystko w głowie i trzeba było to sobie rozplanować. Przeprowadzić całą akcję.

Najpierw musi być zrobiony scenariusz. Według tego scenariusza jest scenopis opisowy, czyli po prostu opis scen tekstem, a do tego jeszcze później jest scenopis rysunkowy, gdzie są zaakcentowane wszystkie sceny, które mają być, w którym miejscu, co i jak się ma odbywać. No i według tego scenopisu to musi być wzięty pod uwagę czas trwania poszczególnych ujęć. I według scenopisu trzeba było już później zrealizować ten film właśnie tak. Każdy film musiał mieć koloryzację w Warszawie w telewizji, bo głównym producentem była Telewizja Polska. No ja przyjechałam ze swoimi dwoma Uszatkami. Były tam jeszcze na tej kolaudacji i z Krakowa były jakieś filmy, i z Bielska-Białej Bolki i Lolki. I siedzi całe grono tych kolaudantów, bardzo ważnych. I ktoś pyta: „No to, co my dzisiaj obejrzymy?” – „A z Bielska mamy to i to. Z Krakowa mamy to i to, a z Łodzi mamy dwa Misie Uszatki” – „O, znowu Uszatki”. A któraś z pań mówi: „Tak, tak Uszatki, ale jak się zaczyna melodyjka w telewizji, to moje dziecko biegnie do telewizora i telewizor całuje”. Także to były po prostu filmiki takie dla dorosłych może naiwne, może takie infantylne, ale dzieci bardzo to lubiły. Szczególnie małe dzieci. Takie właśnie w wieku 4-6 lat. No to były przeznaczone dla takiego właśnie niewielkiego widza. Byliśmy w ogóle przygotowani na to, że przynajmniej w tamtym okresie przecież te filmy powstawały już kilkadziesiąt lat temu, w latach osiemdziesiątych. To, ile to lat minęło, już 40 lat, to nie jeden dorosły człowiek już powstał. Ale wtedy to dzieci były zafascynowane tego typu dobranockami. Zresztą nawet w telewizji była dobranocka, zawsze codziennie była dobranocka, to dzieci zbiegały się przed telewizor, siadały, żeby dobranockę obejrzeć. Dydaktyka była właśnie delikatna, że dzieci uczyły się przez zabawę. No to jest chyba bardzo ważne, że to nie jest taka bardzo nakazowa jakaś, tylko po prostu bawiąc się, uczyły. Były pokazy. Były festiwale. W Poznaniu był Festiwal Filmów Animowanych. W Krakowie był Festiwal Filmów Krótkometrażowych i przy okazji też zawsze były jakieś animowane też pokazywane. Nasze filmy też brały udział w tym. Wiele z tych filmów dostało nagrodę, nawet międzynarodowe, o których dowiadywaliśmy się dopiero po czasie, bo to były takie czasy, że wyjeżdżali ludzie z Filmu Polskiego. Nawet jeśli jakaś nagroda trafiła się któremuś z naszych filmów, to trafiła do szuflady gdzieś tam w Filmie Polskim i dopiero po jakimś czasie ktoś się dowiadywał, że jego film został nagrodzony. Tak było. Staraliśmy się dotrzymywać tych rygorów, jakie ówcześnie były. Z tym, że była taka dosyć też troszkę humorystyczna dla mnie sytuacja. W jednym z Uszatków Zajączek i Uszatek, i ktoś tam jeszcze, budują huśtawkę. Zbudowali huśtawkę, przyszedł Prosiaczek: „Ooo, nowa huśtawka, zaraz ją wypróbuję”. Usiadł na tą huśtawkę, huśtawka się zawaliła. No to: „Coś ty narobił Prosiaczku, tyle pracy i wszystko poszło na nic”. „Nic nie szkodzi”, powiedział Uszatek. „Pomożemy, pomożecie?”. „Pomożemy”, powiedział Kruczek. I nagle cisza na sali. O matko, przecież tak nie wolno mówić, bo Kruczek to był pierwszy sekretarz, a „pomożemy” to wiadomo, kto mówił. Także trzeba było zmienić, przegrać tekst, dopiero film już z innym komentarzem. Także cenzura nie spała.

Jeden film to trwał 7 minut, 8 do 10. Takie były standardy, 8 minutowe były właśnie te filmy. Chodziło też o programy telewizyjne, żeby one się tam wpasowywały w programie dla dorosłych. Początkowo byłam animatorką w rysunkach, a później przeszłam właśnie do oddziału lalkowego, bo jakoś bardziej mnie to interesowało. Ciekawa byłam, jak się pracuje przy tym. No i jakoś polubiłam tą pracę. Tego typu animacja miała pewne ograniczenia. Tam nie można było wyrazić wszystkiego w tym. Jednak łatwiej się animuje lalkę normalną, całą taką postać, dlatego że ona ma większe możliwości wyrazu, przekazania swoich emocji. A tutaj laleczka płaska taka jest, no to miała oddzielne inne trudności. Jednak każde rozpracowanie ruchu, ilość klatek, które trzeba było zrobić na przykład przy kroku, czy przy jakimś geście, jest taka sama, bo postać się porusza w odpowiednim tempie. Tylko to jest inna materia, inna postać jest taka konkretna. Film rysunkowy jest w pewnym sensie łatwiejszy, bo można sobie narysować sytuację, jaką się tylko chce. I jest to prostsze, bo ma się niewielki ekran przed sobą i można tą postać animować dowolnie. Lalka ma pewne ograniczenia. Nie ma tej mimiki, nie ma możliwości wyrazu takiego, tutaj musi grać tylko samą postacią, swoim gestem takim. Ale każde z tych rodzajów z tych gatunków filmowych ma swoje jakieś takie właśnie ciekawe strony. Lalka jest po prostu przyjemniejsza w kontakcie z człowiekiem. Rysunek też jest przyjemny. Jeśli ktoś jest dobrym rysownikiem, dobrym animatorem, to jest też piękna praca.

Nie da się tak absolutnie odciąć pracy zawodowej od życia prywatnego. Gdzieś to zawsze w głowie tkwi. Jadąc tramwajem, to ja już sobie jakieś tam sceny wymyślałam. Sprzątając też już coś tam cały czas gdzieś myślami byłam przy tym, co mam zrobić i jak to mam rozwiązać. Nie da się tego tak zamknąć w szufladzie – idę do domu i zostawiam to do jutra. Nie miałam takich pomysłów, żeby zmienić pracę, bo lubiłam tą pracę. Lubiłam to, co robię i ten cały taki „entourage”. Dla mnie to było wielką przyjemnością taka praca. Jednak w innych zawodach to ta różnica była taka wyczuwalna. A u nas reżyser, reżyserka, animator, animatorka. To nie było żadnej tutaj różnicy. Jakoś ta równość była u nas wcześniej wprowadzona. Nie było ani specjalnie jakiejś różnicy, jeśli chodzi o wynagrodzenia, o czym się tak słyszało, że podobno kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni. W naszym Studio to jednak to było w miarę sprawiedliwe. Teraz przecież tego typu filmów już się nie robi chyba. Nie wiem, czy gdzieś w ogóle istnieje studio, gdzie animuje się taką normalną, że tak określę, żywą lalkę. Teraz wszystko jest komputerowe w typie Shreka, czy chociażby nawet już tych następnych – są bardzo piękne, ta animacja jest, ale to jest jednak zupełnie coś innego. To absolutnie odbiega od tego rzemiosła. Myślę, że w pracy to też jest mniej przyjemne. Jeśli się prace traktuje prawie jak hobby, jak zabawę, to nawet jeśli są jakieś trudności, to się je pokonuje bez większych stresów, bez większych problemów. Bo nic się nie robiło wbrew sobie, to wszystko było po prostu jakoś tak…. Pięknie się pracowało, piękna była atmosfera. Także wspominam to wszystko z ogromnym rozrzewnieniem. Byłam szczęśliwa, że mam pracę taką, którą lubię, bo to jest ogromne szczęście w życiu człowieka, jeśli się człowiek potrafi zająć tym, co jest jego hobby. Zespół nasz był bardzo rodzinny. Bardzo byliśmy tacy wszyscy zżyci. To była sympatyczna sytuacja, że dobrała się grupa ludzi takich wzajemnie się lubiących i szanujących.

Tak prawdę mówiąc, to wszystko było takie trochę archaiczne, bo ten sprzęt był często pomysłem nawet realizatorów, operatorów. Wymyślano taką śrubę do przesuwania kamery, czy takie statywy na początku, żeby lampy, które grzały tak strasznie, że myśmy wychodzili z tego planu spoceni, a później już przeszło się na mniejsze reflektory, żarówki halogenowe już tak bardzo nie emitowały tego ciepła. No to tak jakoś troszkę chałupniczo, troszkę jakoś tak ten postęp gdzieś tam się wkradał. To już był koniec lat osiemdziesiątych, kiedy się zaczęły te wszystkie przemiany. I wtedy właśnie myśmy robili Muminki. to były chyba ostatnie odcinki w latach osiemdziesiątych. Tak 1984-1986-1988, chyba to były w tym czasie robione. Był taki moment, kiedy przyjechała do Łodzi ze swoją przyjaciółką, chyba projektantką postaci nawet, bo chyba ona była plastyczką, tak mi się wydaje. I była to przemiła starsza pani, pani Tove Jansson, siwiuteńka taka, delikatna bardzo i tak jakoś pasująca do tych postaci, które wymyśliła, tak jak gdyby wyszła sama z tych bajek. My byliśmy zaskoczeni jej opinią, bo ona była nawet bardziej zadowolona i ze scenografii i z tego, co się w ogóle przetworzyło z jej prozy niż Japończycy, którzy też próbowali wejść na rynek i próbowali właśnie ten serial zaadaptować. Jakoś jej psychicznie bardziej odpowiadała nasza koncepcja. W Muminkach czy w ogóle było dosyć duże ograniczenie, jeśli chodzi o możliwości techniczne, bo to niestety plan był niewielki i to trzeba było jakoś tak wszystko wymyślić, żeby ta kamera mogła zarejestrować. Ciekawiej było w lalkach, w filmie lalkowym, bo plan był większy i tamte metody, sposoby, to były często tak wymyślane na bieżąco właśnie, czy woda, czy falę, to każdy swoją własną koncepcję jakąś miał i próbował coś z tego wykrzesać. Wszystko było malowane na papierze, wycinane, animowane. Także to nie miało nic wspólnego z żywym ogniem, tylko to było wszystko animowane właśnie przy pomocy wycinanych elementów takich. Lalki były w gablotach, ale teraz nawet nie mam pojęcia, co się z nimi stało, bo przez jakiś czas one były i tutaj w muzeum było dużo gablot z lalkami z poszczególnych filmów. Później, kiedy stary Se-Ma-For niestety przestał istnieć, a powstał nowy, też tam były te gabloty, ale nie mam pojęcia, co się z tym stało. Gdzieś się wszystko, nie wiem, zniszczyło? Czy gdzieś to jest po kątach, czy ludziom jeszcze może gdzieś tam… Nie mam pojęcia.