Praca w naszym zakładzie była dwuzmianowa i tylko Kopiarnia chodziła na trzy zmiany i Kontrola też pracowała na dwie zmiany i była pełna obsada na rannej zmianie i poobiedniej zmianie. I na rannej zmianie to 4 sale były na 35 mm, i po obiedzie były też. Czyli można powiedzieć, że było ośmiu kontrolerów, ale trzeba odjąć może jednego kontrolera, który przyjmował kopie te robocze np. wiedział, że dzisiaj będzie jakiś nowy temat i technolog przyjdzie do niego, to on już pracował trochę inaczej. Także my nie mieliśmy przydzielanych kopii, że ja muszę obejrzeć 10 razy Potop i każdy musi obejrzeć. Nie. Brało się te kopie, które były pilne. Bo każda kopia, jak przychodziła z Wywoływalni, to miała też taki raport jakby od momentu jak była skierowana do kopiowania. Kopista się podpisywał, potem się podpisywał ten, co pilnował wywoływania, kto wykańczał tą kopię i to przychodziło do nas i np. jeżeli to była pilna kopia, to pisało grubym mazakiem „Pilne!” i te kopie brało się najwcześniej. A było czasami tak, że po prostu przychodził kierownik i mówił: „Pani Jolu, będzie musiała pani lecieć dzisiaj tylko ten temat, bo jest na cito” i tak się robiło. To nie było, my nie wybieraliśmy sobie, nie mieliśmy przypisywanych jeżeli było np. zamówione np. 50 kopii, że każdy tam po 10, czy 15 kopii. Nie, bo dzień się układał, zależy co było ważne. Filmem, który oglądałam bardzo wiele razy, to był Potop, ale nie żałowałam tego, bo uwielbiałam, uwielbiałam. Nawet do dziś jak jest w święta, czy jest powtarzany Potop, to ja oglądam, bo uważam, że to jest po prostu Oscarowy film. W tych zakładach raczej dominowały kobiety. Mężczyźni pracowali jako kinooperatorzy. Kinooperatorzy – u nas to był Adam Wolański, Marian Skotnicki, Leszek Sobolewski, Wiesio Walków, człowiek pracowity w ogóle o niespożytej energii, uczynny pan, naprawdę. Stefan Pieńkowski, a jeszcze kontrolerką fajną była, chyba już też nie żyje, pani Maria Cyganowa, gdzie wszyscy znaliśmy taki dowcip, jak u nas szło Poszukiwany Poszukiwana i pani Maria przechodzi przez korytarz, drzwi od kabiny są otwarte i Pokora mówi: „Dzień dobry pani Marysiu!”, a pani Maria się odwraca i mówi „Dzień dobry Stefek!”. No, bo to tak, ona przechodziła akurat korytarzem i tak się zadziało.
Pracowałam w Kontroli do końca, do momentu zwolnienia grupowego, ale tam były już potem inne funkcje, bo ten zakład już się, że tak powiem, kończył, już te kopie się też kończyły i pracowałam przy korekcie, jako korektorka napisów i tam z listami dialogowymi mieliśmy. Jeszcze przepraszam, chciałam powiedzieć, że pracowała pani Zosia Brodziak, no też była taką… Pani Zosia Brodziak, znaczy na materiałach pani Zosia Brodziak, Krysia Marchwicka, pani Maria Mateja, pani Zosia Garuska, pani Mirka Zalewska, bo ja potem z nimi pracowałam, jak przyszłam po macierzyńskim i poszłam na Materiały i one były takie dużo starsze, bo to było takie pokolenie jak np. moi rodzice, ale to były bardzo dobre pracownice, nie miałam z nimi żadnych… Nie było takich scysji, jakiś niedomówień, niedociągnięć… No, mogę powiedzieć, że miałam dobre koleżanki i że tam ludzie fajni pracowali, fajni byli ludzie tam. W ostatnich latach trwania tego Zakładu sytuacja była bardzo ciężka, bo kopii było bardzo mało, praktycznie ten Zakład już się zamykał i myśmy pracowały tylko przy takich listach dialogowych, i ten zakład prowadził też inne działalności. Prowadził wypożyczalnie kaset video, prowadził, nawet mieliśmy takiego dyrektora ostatniego, który zafundował nam sprzedaż, że nasz zakład sprzedawał pościel. Także to już, te ostatnie lata tego Zakładu, jak pamiętam ten zakład taki, jak przyszłam i to wszystko tętniło, naprawdę, tam było dużo młodych ludzi, tam było dużo takich ludzi fajnych z pomysłami, takich naprawdę, ciepłych takich ludzi, to te końcowe lata, to powiem tak – niechętnie tam przychodziłam.
Ludzie sami się zgłaszali, żeby ich zwolnić. Ci, którzy mieli np. wypracowane lata do emerytury, czy do takiego zasiłku przedemerytalnego, ja jeszcze się na to nie załapywałam, bo pracowałam 24 lata w Łódzkich Zakładach, a miałam 43 lata jak mnie zwolniono w zwolnieniach grupowych i chciałam gdzieś jeszcze dalej pracować, ale potem okazało się, że wszędzie już byłam za stara, ale te moje koleżanki starsze, które mogły się załapać na takie przedemerytalne świadczenie, to one właśnie odchodziły na to przedemerytalne świadczenie, bo już tam w tym Zakładzie, to było naprawdę niewiele. Tam nawet jakieś robili, jakieś robili dodatkowe różne rzeczy, które z filmem w ogóle nie miały nic wspólnego. To takie było nawet trochę upokarzające. Łódź to była w ogóle takim miastem przemysłu filmowego, bo była Fabuła, Oświatówka, jeszcze tam był ten Se-Ma-For i nasz zakład, który na samym końcu takiego ogona – Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych i oni sami walczyli o przeżycie. No to jakie my mieliśmy szanse? Naprawdę, praktycznie nie mieliśmy żadnych szans. Przyszło wideo, które kompletnie położyło kino. Był taki okres czasu na początku lat dziewięćdziesiątych kiedy wideo było tak rozpowszechnione, było tych wypożyczalni bardzo dużo prawda i do kina bardzo mało ludzi szło. Robiło się 10-15 kopii. To jest poniżej takiego pułapu opłacalności. No i tak powoli, powoli, powoli tak wszystko się zamykało. A wytwórnie to miały swoje jakieś plany. No, one nie zajmowały się sprzedażą np. pościeli, jak Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych się zajmowały, bo to takie… Było jakby poniżej kolan trochę. One miały inne tam, może dotacje od państwa, a my jako zakład po prostu powoli upadaliśmy. Jeszcze pamiętam, że było coś takiego, jak u nas była jakaś przegrywalnia właśnie wideo, coś takiego, ale nie pamiętam, kto to założył. Może założyli to pracownicy, którzy nom gdzieś tam mieli jakieś dojścia i to jeszcze jakoś trwało. Teraz tam jest Uniwersytet Geografii. Jest bardzo dużo młodych ludzi, wszystko jest bardzo piękne. W soboty i w niedziele tam, gdzie mieliśmy na dole, w piwnicy stołówkę, to widzę, że tam się odbywają jakieś szkolenia. Jest tam też fryzjer, są inne też jakieś instytucje, tłumacze tam pracują. Także ja uważam, że dobrze, że no są wykorzystane te budynki. Trochę tego żal, bo to były lata mojej młodości. No, ale wszystko idzie naprzód. Nie ma czego żałować. Dzisiaj mamy pendrive’y, jak najmniejsze nośniki, prawda, a przedtem mieliśmy takie kopie. Dzisiaj możemy zapisać na centymetrze taki film. Także to jest taka historia. Ja może powiem tak: jestem szczęśliwa, że kawał takiej historii filmu i w ogóle tej techniki, że w ogóle mogłam tego doświadczyć, że byłam takim świadkiem od szkoły – tego Technikum Fotograficznego, po Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych. Także myślę, że to ładny kawałek życia był, że ładny kawałek życia.
