Przejdź do treści

Jolanta Plewczyńska – pracownica Łódzkich Zakładów Wytwórczych Kopii Filmowych. Absolwentka Technikum Fotograficznego w Łodzi. Od 1970 roku zatrudniona w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych, gdzie przez wiele lat pracowała w Dziale Kontroli Jakości, Dziale Technicznym oraz Dziale Materiałów.

W tym czasie, w tych latach sześćdziesiątych, to tam było, bo czym się zajmowała młodzież – no prostu żeśmy zbierały zdjęcia aktorów i aktorek i te zdjęcia można było też kupić w sklepikach i właśnie takie zdjęcia też miałam, też kupowałam i miałam zeszyty, do których wklejałam sobie np. z „Ekranu”, z „Filmu”, zdjęcia aktorów i aktorek. W Łodzi takim sklepem był chyba sklep pana Olczyka na ulicy Zielonej przy Piotrkowskiej i on miał właśnie zdjęcia aktorów, aktorek i różne takie drobiazgi, a ja tam właśnie sobie chodziłam i kupowałam te zdjęcia. No, po skończeniu siódmej klasy złożyłam papiery do Technikum Fotograficznego i po egzaminach zostałam przyjęta do szkoły. Szkoła była bardzo ciekawa. W pierwszej klasie mieliśmy nawet negatywy na szkle, mieliśmy zdjęcia kopiarką robione i mieliśmy takie pierwsze, samodzielne jakby reportaże, takie pierwsze samodzielne pejzaże, zdjęcia architektury – to był taki pierwszy rok, po prostu zapoznawaliśmy się z fotografią. No i w późniejszych latach to już bardziej stawało się takie dojrzałe. Mieliśmy fajnych nauczycieli i po prostu to była dobra szkoła i bardzo ciekawa. Mieliśmy zajęcia ogólnokształcące, tzn. przedmioty ogólnokształcące i mieliśmy zajęcia z fotografii, tzw. warsztaty, ale w nauce przedmiotów tych ogólnokształcących mieliśmy też przedmioty o fotografii np. zasady fotografii, optyka, chemia była – to wszystko nawiązywało do fotografii, bo to się łączyło, wiązało z fotografią. Na warsztatach po prostu mieliśmy tak: salę zdjęć, gdzie mieliśmy portret, portret dziecka, portret grupowy. Mieliśmy zajęcia takie, jak uczyć się fotografować reprodukcje, np. fotografowaliśmy też martwą naturę, aranżowaliśmy jakieś takie układy i to były takie nasze… To nie działo się w jednym roku, w jednym np. semestrze, tylko to było rozłożone na 5 lat. W szkole mieliśmy różne zajęcia. Była sala zdjęć, na której robiliśmy portrety, portrety grupowe, jakieś inne też zdjęcia, były zdjęcia – uczyliśmy się robić zdjęcia reprodukcji, chodziliśmy robić zdjęcia architektury, robiliśmy zdjęcia dzieci, ale robiliśmy też zdjęcia osób starych. No, dla nas wtedy starych, np. 60-70-latków właśnie z uwzględnieniem ich twarzy, że one są te twarze trochę inne i trzeba, uczyliśmy się oświetlenia po prostu. Potem jeszcze uczyliśmy retuszu, retuszu negatywów, żeby dobrze wyszło zdjęcie portretowe, no to trzeba było nauczyć się dobrze retuszu. Kto pojął tą definicję i umiał – miał dar do tego, to miał po prostu dodatkowy później zarobek, bo dobry retuszer negatywu portretowego, to był skarbem dla niejednego takiego fachowca, który miał zakład fotograficzny, ale też uczyliśmy się retuszu pozytywowego, gdzie kupowaliśmy takie farbki w fotooptyce, bo sklepy były fotooptyka i one miały tam cały asortyment potrzebny właśnie do fotografii i tam pędzelkiem żeśmy… Była paleta biała i paleta czarna i trzeba było sobie w czarno białych pozytywach, trzeba było tak sobie dostosować te barwy, żeby wydobywać np. różne odcienie szarości, bo nie tylko były czarne, czy białe, prawda? No, to tego też trzeba było się nauczyć.

Takim wykładowcą od fotografii teoretycznej, to był pan profesor Zakrzewski. Imienia już nie pamiętam, ale on był człowiek-wiedza. On po prostu, po prostu było tak, że nie było książek do tego, do nauki tego zawodu. Ja np. miałam Zasady fotografii pierwszą, drugą i trzecią część, ale wiele dzieci nie miało, i po prostu przez dwa, czy trzy tygodnie on nam dyktował, dyktował, dyktował, a potem nas sprawdzał – czy my umiemy, czy żeśmy sobie przyswoili tę wiedzę, czy nie. To on nas uczył przedmiotu. Pani Malanowska to miała pozytyw u nas, pracownię pozytywową prowadziła. My mieliśmy fotografie czarno białą. Ja uczyłam się 5 lat w technikum, a kolor mieliśmy dopiero w 5 klasie i to było takie znamienne, że ten kolor to jeszcze nie był taki kolor jak dzisiaj jest, że tam była masa filtrów, różnych odczynników, osobne wywoływacze, osobne utrwalacze do tego, a w rezultacie to i tak jeżeli chodzi o kolor to nie było tego czasu, żeby po prostu się tak dobrze nauczyć. Dopiero później się uczyli Ci, co poszli do zakładów pracy różnych, czy sami pootwierali zakłady pracy. No, a potem to już technika poszła w górę. Mieliśmy praktyki. Ja miałam w trzeciej bodajże klasie praktykę w takim zakładzie państwowym, na Piotrkowskiej 85 chyba. Tam się po prostu do fotooptyki oddawało filmy, a w podwórku była pracownia, gdzie było, gdzie była mała wywoływalnia i pracownica robiła pozytywy. No, ale też był pan od koloru i on robił, wywoływał kolorowe filmy i robił kolorowe zdjęcia. No, ale to jeszcze było takie… A w czwartej klasie miałam praktyki w Oświatówce. No, tam było fajnie. Byłam w Oddziale Techniki Zdjęciowej z moją koleżanką Małgosią Zielińską, którą pozdrawiam jeśli można, i tam dopiero zobaczyłyśmy jaki to jest zawód tego operatora i jak wygląda sprzęt po zrobieniu filmu, kiedy np. operatorzy przyjeżdżali zza granicy, np. z Afryki, jaki ten sprzęt był podniszczony i jak trzeba było to oczyścić wszystko, żeby było potem sprawne dalej. W Oświatówce no po prostu przyglądałyśmy się i ten pan nam wszystko tłumaczył, taki pan Ryszard był, kierownik tego Oddziału Techniki Zdjęciowej i on nam wszystko tłumaczył i my to spisywałyśmy sobie. Miałyśmy specjalne dzienniczki do praktyk i tam opisywałyśmy każdy dzień, co dzisiaj zrobiłyśmy i potem, na końcu był egzamin. Ale było wszystko w porządku. Po ukończeniu technikum, zaczęłam szukać pracy, ale okazało się, że tej pracy tak naprawdę w tym zawodzie, to w Łodzi tak nie ma, mimo że były właśnie te Wytwórnie Filmowe i ten zakład, który jest niedaleko mojego miejsca zamieszkania, ale tak bardzo nie zwracałam na niego uwagi. I poszłam z moją mamą do szkoły, moja mama była taka trochę rozczarowana i powiedziała: „No, córka uczyła się 5 lat, nie można teraz pracy dostać”, i kierownik dał nam takie skierowanie do Działu Kadr w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych i ja tam jeszcze tego samego dnia poszłam. Tego samego dnia zostałam przyjęta, tzn. pani kadrowa powiedziała mi, że jest miejsce, jest możliwość tutaj rozwoju i żebym się zgłosiła, podała mi tam jakiś termin. No, musiałam zrobić wszystkie badania, wszystkie takie tam potrzebne rzeczy i 29 lipca 1970 roku podjęłam pracę w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych.

Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych mieściły się przy Narutowicza 86/88. To był zakład produkcyjny, to był jedyny zakład w Polsce Ludowej, który wytwarzał na szerszą skalę kopie filmowe. Drugiego takiego zakładu w naszym kraju nie było. To przedsiębiorstwo było przedsiębiorstwem może średnim, zatrudniało 500 osób wtedy, ja pamiętam. I to było takie przedsiębiorstwo, które przyjmowało do produkcji dubnegatywy, żeby z tych dubnegatywów były robione seryjnie kopie filmowe, więc były różne działy i ja zostałam od razy przyjęta do Działu Przygotowalni, i tam w tym Dziale przepracowałam ok. 2 lat. To była praca bardzo taka interesująca, praca taka, gdzie codziennie działo się coś innego. Przychodziły tematy różne i trzeba było te tematy opracowywać. Montażystki numerowały sceny poszczególne w poszczególnych aktach. Technolog, który przychodził i widział, że będzie miał ten dany temat do opracowania, to się kontaktował z montażystką, bo musiał wiedzieć też na jaką kopiarkę jest dany temat, czy to jest kolor, czy to jest czarno biały, jeżeli kolor, to jakie mają być pasy, gdzie mają być wycięcia. No, praca była ciekawa. Praca w Przygotowalni była odpowiedzialna, bo też było tak, że to była praca, która przygotowywała właśnie te dubnegatywy do dalszej produkcji. Po Przygotowalni taki opracowany już całkowicie temat, szedł do Kopiarni i tam, z tego tematu, robiono tzw. kopię roboczą. Ta kopia robocza z kolei, szła do kontroli na ekran i technolog z kontrolerem przyjmowali ją jako kopię roboczą i ustalali czy warunki, które są, to są dobre, jeżeli chodzi np. o naświetlenie, o czas wywoływania, czy pasy barwne, czy tam filtry – wszystko jest w porządku, czy nie ma asynchronu, czy wszystko jest dobrze wystartowane i po prostu czy taki temat może być już zakwalifikowany, żeby to było do dalszej produkcji. Kopiści kopiowali ten temat, ten temat szedł do Wywoływalni i potem już gotowe kopie przychodziły z powrotem do kontroli, na ekran i kontrolerzy sprawdzali takie kopie na ekranie. Jeżeli były jakieś usterki, usterki takie techniczne, czy coś się stało w czasie np. kopiowania, czy coś się stało podczas wywoływani, to robiło się poprawki. Zaznaczało się papierkiem, kinooperator był proszony, żeby włożył papierek w odpowiednie miejsce i potem kontrolerka brała cały ten temat do przewijalni i tam, każdą rolkę sprawdzała czy jest wszystko, czy są startówki pełne, bo muszą być pełne startówki. Bo to jest ważne potem w kinie, czy wszystko jest dobrze zrobione, wyznaczała poprawki, temat schodził do poprawek. Jak zrobili poprawki, to temat przychodził z powrotem i trzeba było to znowu sprawdzić. Jeżeli akceptowała to kontrola, to temat mógł być wysłany, że tak powiem, na miasto do kin.

W Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych był tzw. Dział Techniczny i on się zajmował zamówieniami, dostawał takie zlecenia i przez ten Dział jak spływały zlecenia, tzn. że przychodziły dubnegatywy zza granicy, przychodziły dubnegatywy naszych polskich też tematów. Także przychodziły dubnegatywy nie tylko, że tak powiem, fabularne, ale i inne, np. dokumenty przychodziły jakieś filmy krótkometrażowe, które były wyświetlane zaraz po Kronice, przed głównym filmem. I chcę jeszcze powiedzieć, że właśnie też Polska Kronika Filmowa też była w naszym zakładzie robiona tzn. w tym sensie, że też były robione kopie Polskiej Kroniki Filmowej. Kopie filmowe, które wychodziły od nas z Zakładu, były przeważnie w formatach po 2 katy, czyli np. jeżeli film miał 10 aktów, to było 5 dużych ról – takich, jak tutaj jest [wskazuje lewą ręką na stojące obok puszki z taśmą filmową], i tu były 2 akty. No, więc do takiej gotowej kopii, to też dawał kontroler swoją kontrolkę. Numer stempla, był numerem kontrolera. My nie podpisywaliśmy się imieniem i nazwiskiem, tylko mieliśmy stemple i jak przyszłą reklamacja, że coś tam jest nie tak, to właśnie ta pani, która była na reklamacjach, to właśnie po numerze stempla wiedziała, kto wypuścił taką kopię. Jeżeli były jakieś usterki w kopii, w takiej, która wyszła do kin, to kontroler po prostu dostawał finansową taką reprymendę – ileś tam procent miał zabierane z premii. Nie przypominam sobie, żeby jakieś wielkie awarie były czy coś takiego. Kopie były tworzone do kina na szerokość taśmy 35 mm i były na 16 mm. Mieliśmy też tzw. asortyment 32 mm, czyli były dwie taśmy jednocześnie 16-stki i te taśmy, które schodziły w Wywoływalni, to potem szły do takiego Działu, tzn. jak schodziła z maszyny wywołującej, to była już rozdzielana, ta taśma była cięta przez maszynę i nawijana właśnie na taką szpulkę, ale ona też jeszcze potem była w takiej Przewijalni patrzona, czy wszystko tam jest, czy wszystko się zgadza, w tym sensie. Bo to były 16-stki, dwie 16-stki, a taśma była 32 mm. Proporcje były takie może nierówne, ale najwięcej filmów było z krajów Demokracji Ludowej, a bardzo dużo było też ze Związku Radzieckiego, zwłaszcza w takich okresach jak różne święta np. rocznika rewolucji październikowej. Październik, listopad to były festiwale tych filmów i przychodziło bardzo dużo tych tematów. Dużo tematów było z zachodu, z Francji dużo, z Anglii dużo, były jakieś nowinki. Dostawaliśmy czasami kopie pozytywowe gotowe, ale przeznaczone tylko do tłoczenia. Np. inny kraj to robił, czy dany kraj to robił, a u nas tylko robiono napisy w tłoczeniu polskie, ale było też tak, że mieliśmy wypożyczany na krótko dubnegatyw z jakiegoś zachodniego kraju i robiliśmy go 2-3 tygodnie, bardzo szybko, łącznie z poprawkami, ze wszystkim i dopiero np. po 2-3 miesiącach były tłoczone napisy. Wtedy te kopie gotowe były magazynowane w specjalnych magazynach kopii filmowych, które mieliśmy w Łodzi, na terenie miasta.

Sprawa ilości kopii była następująca, bo jeżeli chodzi o Związek Radziecki i ten nasz obóz demokratyczny, to było dużo kopii np. 50-60. Kopii z zachodu to zależy jak się tam umawiano, bo to wszystko, chodziło też o pieniądze i na ile kopii było to wypożyczone. Jeżeli sobie zażyczyli, że będzie tylko 20 kopii, czy 30, to my nie mogliśmy więcej zrobić. I tak się robiło. Rodzaj taśmy też to było takie – no takim przykładem to był właśnie nasz Potop, że na Potop miał być przeznaczony Kodak, taśma pozytywowa Kodaka, a była inna – Gevaerta i dlatego taka wtedy afera wyszła z Potopem. Kopie Potopu odbiegały barwnie od kopii wzorcowych zrobionych – nie wiem w fabule to robili Potop, czy tam w Warszawie, w jakiejś innej wytwórni. To pamiętam, to była taka dosyć, to się szerokim echem odbiło, bo nawet w gazetach o tym pisali i to było… Ale myślę, że film dobrze szedł w kinie, że tak powiem, bo przecież czekaliśmy na ten film. Były problemy z filmami gdzie był sceny, takie tzw. sceny trochę erotyczne i wtedy przyjeżdżał cenzor i niestety trzeba było, albo wyciąć z dubnegatywu scenę, albo się kontrahent nie zgadzał na to i robiło się kopie całe, ale z wszystkich kopii pozytywowych wycinano właśnie tę scenę taką erotyczną. I te wszystkie sceny trzeba było oddać kontrahentowi. Najpierw zaczęłam pracę w Przygotowalni, a po niecałych 2 latach, dostałam propozycję do pracy, żeby pracować w Kontroli. Zgodziłam się na to i przeszłam do Kontroli. I tam w Kontroli najpierw pracowałam na ekranie jako kontroler ekranowy. Po prostu przeglądałam seryjne kopie, które schodziły. Natomiast kilka lat później, przeszłam na materiały wyjściowe. Przeszłam dlatego, że dołączyła się z moją sytuacją rodzinną, urodziłam dziecko i chciałam być, po prostu w innych godzinach pracować i poprosiłam kierowniczkę swoją, napisałam podanie i zgodziła się i poszłam na tzw. materiały, do Działu Materiałów Wyjściowych w Kontroli Jakości i tam pracowałam bardzo długo, bardzo długo tam pracowałam. 

Praca w Dziale Kontroli polegała na przeglądzie kopii na ekranie, czyli siadałam na sali, kinooperator włączał projektory i przeglądałam pod względem technicznym film. Natomiast praca w Dziale Materiałów Wyjściowych polegała na czymś zupełnie innym, bo przydzielony materiał, tzn. dubnegatyw, przeglądałam na stole tylko i wyłącznie. Przeglądałam podłoże i emulsję i opisywałam wszystko: czy materiał posiada standardowe końcówki jak był np. polski, czy materiał ma inne końcówki, dlatego że jest zagraniczny, czy ma jakieś uszkodzenia techniczne tzn. rysy, zadeszczenia. Zadeszczenia to były takie skupiska krótkich, ostrych rysek, czy perforacja jest w porządku, czy przypadkiem materiał nie jest przesuszony, gdzieś był trzymany w nieprawidłowym jakimś pomieszczeniu i przesuszony był. I potem, jak to wszystko przejrzałam, obejrzałam to, musiałam napisać raport i dostawałam metryczkę i w metryczce pokrótce opisałam takie najważniejsze punkty i odnośnik do raportu. Raport był do wglądu. Każdy kontroler, któremu coś się nie podobało, coś tam miał jakieś „ale”, to mógł przyjść na Materiały Wyjściowe, wyciągnąć sobie raport, przeczytać i skonfrontować. Zdarzało się coś takiego, że materiały były bardziej uszkodzone i wtedy kierownictwo podejmowało jakieś decyzje. Np. był w naszym zakładzie taki dział jak Regeneracja i wtedy oddawano dubnegatyw do Regeneracji, gdzie przy odpowiednich maszynach i odpowiednich płynach, można było zregenerować taśmę obustronnie lub jednostronnie jeżeli wymagało tylko podłoże regeneracji, albo jeżeli wymagała i emulsja i podłoże. Jeżeli było coś takiego, że materiał miał np. nacięcia w perforacji, czy coś, co mogło kolidować jakimś no, po prostu nawet zrzuceniem dubnegatywu z kopiarki, to trzeba było zawiadomić kierownika i też była jakaś decyzja kierownictwa co z tym robić, czy zamówić nowy akt takiego materiału, czy np. tak długo naprawiać, bo mieliśmy różne taśmy…To było wszystko w Przygotowalni, tam myśmy opisywały to i potem jeżeli były jakieś naprawy, to wszystko robiła Przygotowalnia, ale one też wpisywały, montażystki, że naprawiane było, że to jest opisane w raporcie i tak to wyglądało. Zdarzało się tak niejednokrotnie, że dubnegatywy były podniszczone no i niestety trzeba było jakieś decyzje podejmować i zdarzało się tak, że prosiliśmy zagranicznego kontrahneta, żeby po prostu można przysłać jakiś akt. Dubnegatywy, które przychodziły do naszego zakładu, to nie były dubnegatywy, że tak powiem pierwsze z negatywu, tylko one już miały swój obieg i one też były już czasami naprawiane, regenerowane w danych krajach i było tak, że po prostu tylko się opisywało i się na takim dubnegatywie, że tak powiem, ciągnęło produkcję, bo np. nie było innej możliwości, a jeżeli była możliwość, żeby jakiś akt można było, żeby kontahnet przysłał, to robiło się to, ale to było bardzo rzadko.

Bo w Dziale Technicznym była taka pani, muszę powiedzieć pani Irena Star, która wiedziała wszystko i do niej można było zadzwonić właśnie w sprawie też napisów. Czy te napisy będą wkopiowane, bo jeżeli będą wkopiowane, to musiały być zrobione szablony, specjalne szablony. Szablony pod napisy robiła też osoba do tego celu przeznaczona i potem tzw. band piloty, czyli to były takie krótkie szablony, które służyły do oznaczenia na kopii, w którym miejscu ma być zaznaczony ten dialog, to robiła też jedna montażystka. Były też napisy tłoczone, czyli można było zrobić najpierw kopii tyle, ile było zamówienie, ile kontrahent pozwolił. Odwożono materiał, czy odstawiano np. na tydzień, dwa, czy dwa miesiące, czy więcej i potem jak było trzeba, no to został przywożony i były  napisy tłoczone, do tłoczenia szły, bo był jeszcze Dział Tłoczenia. To było coś takiego, że napisy wtłaczano w emulsję. Też tam musiały być chyba jakieś specjalne parametry, jakieś specjalne maszyny były do tego i szła taśma, szedł ten band pilot i była drukarnia. Ona trawiła te napisy, wszystko i potem oni dostawali te napisy i tłoczyli. Przeważnie tam pracowali przy tym mężczyźni, bo to była ciężka, stojąca praca i taka praca, która wymagała ciągle takiej uwagi, skupienia, więc tam nie można sobie było pozwolić na żadne takie zmęczenie, czy jakąś niedyspozycję taką trwałą, bo to się później wszystko odbijało na jakości napisów. Tłoczenie i trawienie. Trawienie to było mniej więcej tak jak tłoczenie, tylko tam jakieś inne procesy zachodziły, których ja nie znam, bo ja w tym dziale nie byłam. To tak pokrótce mogę powiedzieć o tym dziale.

Wersja dubbingowana w naszym zakładzie też była, bo przychodziła ze Studia Opracowań Filmów, przychodziły już gotowe dźwięki, czyli tzw. ten dubbing i montażystka to dostawała do wystartowania i znowu trzeba było też u nas, tzn. do naszej kontroli też to przychodziło, bo trzeba było opisać wszystko. Oni tam swoją kontrole mieli, opisywali, ale my przyjmując, to mieliśmy swoją kontrolę i potem do Przygotowalni te taśmy schodziły i tam już normalnie startowała na kopiarkę, która była wyznaczona, że na tej kopiarce będzie wystartowany cały temat. No, to przygotowywała ta główna montażystka tam do kopiowania. Pamiętam w Przygotowalni bardzo dobre montażystki o bardzo dużej wiedzy, jeżeli można wymienić: pani Krysia Binka, pani Stasia Gasidło, pani Janka Lewandowska, pani Wiesia Skrobieska, pani Ula Kizińczuk, ja byłam skromną tylko taką młodą, do przyuczenia osobą, pani Danusia Sobieszek, pani Jadzia Peda, która właśnie zajmowała się tymi band pilotami. To był też taki wątek ciężki, bo tak naprawdę trudno jest teraz, po tylu latach, opowiadać – warto by zobaczyć jak to było, ale to były naprawdę bardzo dobre pracownice, bardzo solidne i to były takie pracownice, które bardzo chętnie przekazywały tą wiedzę, tylko tak, jak powiedziała jedna montażystka: „My przekazujemy wiedzę, a wy potem co – idziecie sobie do kontroli filmy oglądać”. No, ale tak było. No, ale potem to przychodziły z innych działów, z Kopiarni przechodziły do Przygotowalni. Praca w Kontroli Ekranowej polegała na tym, że sprawdzaliśmy na ekranie kopie, które schodziły z Wywoływalni. Były przywożone do Kontroli i tam braliśmy codziennie kopie. Do kabiny się zawoziło, kontrolę na salę. Sprawdzało się jeszcze oświetlenie ekranu i można było już, że tak mówiliśmy, takim językiem „można jechać”, tzn, kinooperator puszczał film i zwracało się uwagę na wszystko. Zwracało się uwagę nawet na końcówki, bo my oglądaliśmy na ekranie filmy nie tak, jak w kinie, tylko mieliśmy zdjętą tą maseczkę, że my widzieliśmy i dźwięk i obraz i czasami było tak, że w obrazie było wszystko dobrze, wszystko bardzo ładnie, ale były w dźwięku jakieś puki, jakieś szmery, jakieś porysowania, jakieś zanieczyszczenia. No, to mogły być różne przyczyny tego. Gdy coś takiego było, no to też można było poprosić, był taki pracownik międzyoperacyjny i poprosiło się wtedy takiego pana i przychodził i sprawdzał z kontrolerem. I on wtedy mówił: „Wiesz co, poczekaj ja się dowiem, zobaczę, jedź dalej i przeczytam raport, przyniosę ci raport i przeczytasz sobie czy w dźwięku coś takiego było”. Bo czasami to było coś, np. była taka wada jak niedopastowanie dźwięku. No, to jest coś takiego, że musiało być odpowiednie coś nakładane i żeby ten dźwięk nie był właśnie taki szorstki, tylko taki, jak powinien być, jak w kinie, ale no zdarzały się takie historie i wtedy to trzeba było brakować, trzeba było powiedzieć, on schodził do Wywoływalni, mówił, że są takie braki i oni tam coś przestawiali i wtedy poprawiali pracownicy taką wadę. Także każdy akt był sprawdzany, nawet było sprawdzane, czy np. końcowe sceny aktu mają takie umówione znaki dla kinooperatorów w kinie. Jak są akty połączone w takie kopie, to na końcu tej kopii są właśnie takie 3 czy 4, że tak powiem, dziurki u góry ekranu i za jakiś czas znowu się to powtarza. To jest sygnał dla kinooperatora, że on musi włączyć drugi projektor, bo ta końcówka jest taka długa jak odległość tych dziurek, że tak powiem, od siebie i to wszystko ma znaczenie. To wszystko miało znaczenie.

Codziennie sprawdzało się też akty z kopii seryjnych, takie robione akty wyrywkowe, tzn. taka kontrola wyrywkowa była, że np. po 5-10 kopiach, technolog po prostu robił akt specjalny taki, że przychodził do kontrolera i sprawdzał na ekranie czy jest rzeczywiście wszystko dobrze jeżeli chodzi pod względem barwnym, wywoływalnie czy coś nie było, ale chodziło tu przede wszystkim o takie sprawy jak: czy nie ma tu asynchronu, czy korekta barwna jest utrzymana, czy nie ma jakiś porysowań dodatkowych, jakiś innych takich zniszczeń – o, w ten sposób. To były takie w trakcie produkcji, jak się wyrywkowo sprawdza, żeby ta produkcja, bo nie może być tak, że pierwsza kopia i już jest dobrze, prawda i się nic nie sprawdza. No sprawdza się. Co ileś kopii musisz sprawdzić, żeby wszystko grało. To było jeszcze sprawdzane były jeszcze napisy z tłoczenia. Przychodził pan międzyoperacyjny i pan, który tłoczył napisy i sprawdzali to, akurat mnie wybrali, bo ja miałam wolny ekran, ja też siadałam, bo byłam ciekawa i byłam zainteresowana jak to wygląda. Czy nie ma drgań napisów, jakiś podciągnięć, czy nie chodzą napisy na boki. To wszystko miało bardzo znaczenie, no bo potem widz w kinie, właściwie nie powinno go obchodzić, czy ten napis jest taki żółty, czy biały, chodzi na bok, czy są drgania, bo on ogląda akcje, on nie ogląda, on nie przyszedł oglądać napisy, tylko on przyszedł obejrzeć akcję. No, ale czasami się tak zdarzało, że były nie za bardzo te napisy. Jeżeli te napisy były wadliwe, kopia nie mogła iść do kasacji, bo przeważnie też dubnegatywu nie było z zakładzie. Jeżeli chodzi o napisy tłoczone, tylko po prostu się dawało na gorsze, na mniejsze miejscowości: powiatowe, gdzieś do kina objazdowych, np. latem do ośrodków wczasowych, gdzie ludzie nie przywiązują takiej wagi jak np. u nas ktoś kupi bilet do Bałtyku prawda – Bałtyk piękne kino, to chce też mieć ucztę taką, żeby ten film też miał wszystkie walory, i że za to, ile on tam zapłacił za ten bilet, żeby to było adekwatne. Jeżeli chodzi o kategorie kopii, to nie było u nas wyszczególnionych jakiś, np. że z uwagi na to, czy na jakieś braki, to kopia idzie np. do Kielc, a te piękne idą do Warszawy. Każda kopia, która wychodziła, to musiała być taka, jak ta pierwsza kopia robocza, która była przyjęta. Bo ta kopia robocza, to potem też szła do kina, to nie było tak, że ona zostawała u nas na wieki, wieków, amen, czy pamiątka jakaś. Ona tak samo szła do kina, ale tak jak mówiłam, no tak podejrzewałam, że te kopie takie może trochę barwnie odbiegające czy z takimi napisami, to mogły tak kończyć, że tak powiem. Gdzieś w jakiś małych miejscowościach, czy gdzieś w okresie kanikuły letniej. Każda kopia, która wychodziła z naszego zakładu, miała stempelek i karteczkę kontrolną, to była taka kontrolka. Nie wolno było wysłać kopii – człowiek, który pakował kopie w folie, musiał w pierwszym akcie, w pierwszej roli dać kontrolkę kontrolera i to był podpis kontrolera. Numer stempelka to był podpis kontrolera. Każda kopia miała swoją kontrolkę. Nie mogło być tak, nie zdarzało się, żeby kopia wyszła od nas, nie ma kontrolera, nie kontrolki, nie ma stempelka.

Praca w naszym zakładzie była dwuzmianowa i tylko Kopiarnia chodziła na trzy zmiany i Kontrola też pracowała na dwie zmiany i była pełna obsada na rannej zmianie i poobiedniej zmianie. I na rannej zmianie to 4 sale były na 35 mm, i po obiedzie były też. Czyli można powiedzieć, że było ośmiu kontrolerów, ale trzeba odjąć może jednego kontrolera, który przyjmował kopie te robocze np. wiedział, że dzisiaj będzie jakiś nowy temat i technolog przyjdzie do niego, to on już pracował trochę inaczej. Także my nie mieliśmy przydzielanych kopii, że ja muszę obejrzeć 10 razy Potop i każdy musi obejrzeć. Nie. Brało się te kopie, które były pilne. Bo każda kopia, jak przychodziła z Wywoływalni, to miała też taki raport jakby od momentu jak była skierowana do kopiowania. Kopista się podpisywał, potem się podpisywał ten, co pilnował wywoływania, kto wykańczał tą kopię i to przychodziło do nas i np. jeżeli to była pilna kopia, to pisało grubym mazakiem „Pilne!” i te kopie brało się najwcześniej. A było czasami tak, że po prostu przychodził kierownik i mówił: „Pani Jolu, będzie musiała pani lecieć dzisiaj tylko ten temat, bo jest na cito” i tak się robiło. To nie było, my nie wybieraliśmy sobie, nie mieliśmy przypisywanych jeżeli było np. zamówione np. 50 kopii, że każdy tam po 10, czy 15 kopii. Nie, bo dzień się układał, zależy co było ważne. Filmem, który oglądałam bardzo wiele razy, to był Potop, ale nie żałowałam tego, bo uwielbiałam, uwielbiałam. Nawet do dziś jak jest w święta, czy jest powtarzany Potop, to ja oglądam, bo uważam, że to jest po prostu Oscarowy film. W tych zakładach raczej dominowały kobiety. Mężczyźni pracowali jako kinooperatorzy. Kinooperatorzy – u nas to był Adam Wolański, Marian Skotnicki, Leszek Sobolewski, Wiesio Walków, człowiek pracowity w ogóle o niespożytej energii, uczynny pan, naprawdę. Stefan Pieńkowski, a jeszcze kontrolerką fajną była, chyba już też nie żyje, pani Maria Cyganowa, gdzie wszyscy znaliśmy taki dowcip, jak u nas szło Poszukiwany Poszukiwana i pani Maria przechodzi przez korytarz, drzwi od kabiny są otwarte i Pokora mówi: „Dzień dobry pani Marysiu!”, a pani Maria się odwraca i mówi „Dzień dobry Stefek!”. No, bo to tak, ona przechodziła akurat korytarzem i tak się zadziało.

Pracowałam w Kontroli do końca, do momentu zwolnienia grupowego, ale tam były już potem inne funkcje, bo ten zakład już się, że tak powiem, kończył, już te kopie się też kończyły i pracowałam przy korekcie, jako korektorka napisów i tam z listami dialogowymi mieliśmy. Jeszcze przepraszam, chciałam powiedzieć, że pracowała pani Zosia Brodziak, no też była taką… Pani Zosia Brodziak, znaczy na materiałach pani Zosia Brodziak, Krysia Marchwicka, pani Maria Mateja, pani Zosia Garuska, pani Mirka Zalewska, bo ja potem z nimi pracowałam, jak przyszłam po macierzyńskim i poszłam na Materiały i one były takie dużo starsze, bo to było takie pokolenie jak np. moi rodzice, ale to były bardzo dobre pracownice, nie miałam z nimi żadnych… Nie było takich scysji, jakiś niedomówień, niedociągnięć… No, mogę powiedzieć, że miałam dobre koleżanki i że tam ludzie fajni pracowali, fajni byli ludzie tam. W ostatnich latach trwania tego Zakładu sytuacja była bardzo ciężka, bo kopii było bardzo mało, praktycznie ten Zakład już się zamykał i myśmy pracowały tylko przy takich listach dialogowych, i ten zakład prowadził też inne działalności. Prowadził wypożyczalnie kaset video, prowadził, nawet mieliśmy takiego dyrektora ostatniego, który zafundował nam sprzedaż, że nasz zakład sprzedawał pościel. Także to już, te ostatnie lata tego Zakładu, jak pamiętam ten zakład taki, jak przyszłam i to wszystko tętniło, naprawdę, tam było dużo młodych ludzi, tam było dużo takich ludzi fajnych z pomysłami, takich naprawdę, ciepłych takich ludzi, to te końcowe lata, to powiem tak – niechętnie tam przychodziłam.

Ludzie sami się zgłaszali, żeby ich zwolnić. Ci, którzy mieli np. wypracowane lata do emerytury, czy do takiego zasiłku przedemerytalnego, ja jeszcze się na to nie załapywałam, bo pracowałam 24 lata w Łódzkich Zakładach, a miałam 43 lata jak mnie zwolniono w zwolnieniach grupowych i chciałam gdzieś jeszcze dalej pracować, ale potem okazało się, że wszędzie już byłam za stara, ale te moje koleżanki starsze, które mogły się załapać na takie przedemerytalne świadczenie, to one właśnie odchodziły na to przedemerytalne świadczenie, bo już tam w tym Zakładzie, to było naprawdę niewiele. Tam nawet jakieś robili, jakieś robili dodatkowe różne rzeczy, które z filmem w ogóle nie miały nic wspólnego. To takie było nawet trochę upokarzające. Łódź to była w ogóle takim miastem przemysłu filmowego, bo była Fabuła, Oświatówka, jeszcze tam był ten Se-Ma-For i nasz zakład, który na samym końcu takiego ogona – Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych i oni sami walczyli o przeżycie. No to jakie my mieliśmy szanse? Naprawdę, praktycznie nie mieliśmy żadnych szans. Przyszło wideo, które kompletnie położyło kino. Był taki okres czasu na początku lat dziewięćdziesiątych kiedy wideo było tak rozpowszechnione, było tych wypożyczalni bardzo dużo prawda i do kina bardzo mało ludzi szło. Robiło się 10-15 kopii. To jest poniżej takiego pułapu opłacalności. No i tak powoli, powoli, powoli tak wszystko się zamykało. A wytwórnie to miały swoje jakieś plany. No, one nie zajmowały się sprzedażą np. pościeli, jak Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych się zajmowały, bo to takie… Było jakby poniżej kolan trochę. One miały inne tam, może dotacje od państwa, a my jako zakład po prostu powoli upadaliśmy. Jeszcze pamiętam, że było coś takiego, jak u nas była jakaś przegrywalnia właśnie wideo, coś takiego, ale nie pamiętam, kto to założył. Może założyli to pracownicy, którzy nom gdzieś tam mieli jakieś dojścia i to jeszcze jakoś trwało. Teraz tam jest Uniwersytet Geografii. Jest bardzo dużo młodych ludzi, wszystko jest bardzo piękne. W soboty i w niedziele tam, gdzie mieliśmy na dole, w piwnicy stołówkę, to widzę, że tam się odbywają jakieś szkolenia. Jest tam też fryzjer, są inne też jakieś instytucje, tłumacze tam pracują. Także ja uważam, że dobrze, że no są wykorzystane te budynki. Trochę tego żal, bo to były lata mojej młodości. No, ale wszystko idzie naprzód. Nie ma czego żałować. Dzisiaj mamy pendrive’y, jak najmniejsze nośniki, prawda, a przedtem mieliśmy takie kopie. Dzisiaj możemy zapisać na centymetrze taki film. Także to jest taka historia. Ja może powiem tak: jestem szczęśliwa, że kawał takiej historii filmu i w ogóle tej techniki, że w ogóle mogłam tego doświadczyć, że byłam takim świadkiem od szkoły – tego Technikum Fotograficznego, po Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych. Także myślę, że to ładny kawałek życia był, że ładny kawałek życia.

Pracowałam w Kontroli do końca, do momentu zwolnienia grupowego, ale tam były już potem inne funkcje, bo ten zakład już się, że tak powiem, kończył, już te kopie się też kończyły i pracowałam przy korekcie, jako korektorka napisów i tam z listami dialogowymi mieliśmy. Jeszcze przepraszam, chciałam powiedzieć, że pracowała pani Zosia Brodziak, no też była taką… Pani Zosia Brodziak, znaczy na materiałach pani Zosia Brodziak, Krysia Marchwicka, pani Maria Mateja, pani Zosia Garuska, pani Mirka Zalewska, bo ja potem z nimi pracowałam, jak przyszłam po macierzyńskim i poszłam na Materiały i one były takie dużo starsze, bo to było takie pokolenie jak np. moi rodzice, ale to były bardzo dobre pracownice, nie miałam z nimi żadnych… Nie było takich scysji, jakiś niedomówień, niedociągnięć… No, mogę powiedzieć, że miałam dobre koleżanki i że tam ludzie fajni pracowali, fajni byli ludzie tam. W ostatnich latach trwania tego Zakładu sytuacja była bardzo ciężka, bo kopii było bardzo mało, praktycznie ten Zakład już się zamykał i myśmy pracowały tylko przy takich listach dialogowych, i ten zakład prowadził też inne działalności. Prowadził wypożyczalnie kaset video, prowadził, nawet mieliśmy takiego dyrektora ostatniego, który zafundował nam sprzedaż, że nasz zakład sprzedawał pościel. Także to już, te ostatnie lata tego Zakładu, jak pamiętam ten zakład taki, jak przyszłam i to wszystko tętniło, naprawdę, tam było dużo młodych ludzi, tam było dużo takich ludzi fajnych z pomysłami, takich naprawdę, ciepłych takich ludzi, to te końcowe lata, to powiem tak – niechętnie tam przychodziłam.

Ludzie sami się zgłaszali, żeby ich zwolnić. Ci, którzy mieli np. wypracowane lata do emerytury, czy do takiego zasiłku przedemerytalnego, ja jeszcze się na to nie załapywałam, bo pracowałam 24 lata w Łódzkich Zakładach, a miałam 43 lata jak mnie zwolniono w zwolnieniach grupowych i chciałam gdzieś jeszcze dalej pracować, ale potem okazało się, że wszędzie już byłam za stara, ale te moje koleżanki starsze, które mogły się załapać na takie przedemerytalne świadczenie, to one właśnie odchodziły na to przedemerytalne świadczenie, bo już tam w tym Zakładzie, to było naprawdę niewiele. Tam nawet jakieś robili, jakieś robili dodatkowe różne rzeczy, które z filmem w ogóle nie miały nic wspólnego. To takie było nawet trochę upokarzające. Łódź to była w ogóle takim miastem przemysłu filmowego, bo była Fabuła, Oświatówka, jeszcze tam był ten Se-Ma-For i nasz zakład, który na samym końcu takiego ogona – Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych i oni sami walczyli o przeżycie. No to jakie my mieliśmy szanse? Naprawdę, praktycznie nie mieliśmy żadnych szans. Przyszło wideo, które kompletnie położyło kino. Był taki okres czasu na początku lat dziewięćdziesiątych kiedy wideo było tak rozpowszechnione, było tych wypożyczalni bardzo dużo prawda i do kina bardzo mało ludzi szło. Robiło się 10-15 kopii. To jest poniżej takiego pułapu opłacalności. No i tak powoli, powoli, powoli tak wszystko się zamykało. A wytwórnie to miały swoje jakieś plany. No, one nie zajmowały się sprzedażą np. pościeli, jak Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych się zajmowały, bo to takie… Było jakby poniżej kolan trochę. One miały inne tam, może dotacje od państwa, a my jako zakład po prostu powoli upadaliśmy. Jeszcze pamiętam, że było coś takiego, jak u nas była jakaś przegrywalnia właśnie wideo, coś takiego, ale nie pamiętam, kto to założył. Może założyli to pracownicy, którzy nom gdzieś tam mieli jakieś dojścia i to jeszcze jakoś trwało. Teraz tam jest Uniwersytet Geografii. Jest bardzo dużo młodych ludzi, wszystko jest bardzo piękne. W soboty i w niedziele tam, gdzie mieliśmy na dole, w piwnicy stołówkę, to widzę, że tam się odbywają jakieś szkolenia. Jest tam też fryzjer, są inne też jakieś instytucje, tłumacze tam pracują. Także ja uważam, że dobrze, że no są wykorzystane te budynki. Trochę tego żal, bo to były lata mojej młodości. No, ale wszystko idzie naprzód. Nie ma czego żałować. Dzisiaj mamy pendrive’y, jak najmniejsze nośniki, prawda, a przedtem mieliśmy takie kopie. Dzisiaj możemy zapisać na centymetrze taki film. Także to jest taka historia. Ja może powiem tak: jestem szczęśliwa, że kawał takiej historii filmu i w ogóle tej techniki, że w ogóle mogłam tego doświadczyć, że byłam takim świadkiem od szkoły – tego Technikum Fotograficznego, po Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych. Także myślę, że to ładny kawałek życia był, że ładny kawałek życia.