Przejdź do treści

Jerzy Zelnik – aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Urodzony w Krakowie w 1945 roku.

Podczas studiów w PWST w Warszawie wystąpił w filmie „Faraon” (1965) Jerzego Kawalerowicza. Rola Ramzesa XIII przyniosła mu międzynarodową popularność. Zagrał w krótkometrażowym debiucie Andrzeja Żuławskiego „Pavoncello” (1967), Andrzej Wajda zaangażował go do telewizyjnej adaptacji opowiadania Stanisława Lema pod tytułem „Przekładaniec” (1968) i filmów fabularnych „Krajobraz po bitwie” (1970), „Piłat i inni” „Ziemia obiecana” (1974) oraz „Smuga cienia” (1976). Wielu widzów zapamiętało Zelnika z serialu „Doktor Murek” (1979) w reżyserii Witolda Lesiewicza. Za swoje największe osiągnięcie on sam uważa postać Zygmunta Augusta w serialu „Królowa Bona” (1980) w reżyserii Janusza Majewskiego. Scenarzysta małych form teatralnych (monodramów, etiud), reżyser teatralny, dyrektor artystyczny Teatru Nowego w Łodzi w latach 2005–2008.

Jerzy Zelnik. Bardzo mi miło. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak zaczęła się Pana przygoda z filmem?] Na placyku koło świeżo zbudowanego, może nie świeżo. Kilkanaście lat wcześniej zbudowanego Pałacu Kultury uczyliśmy się jazdy na motocyklach. No i przyszedł jakiś pan, drugi reżyser pana Buczkowskiego i spytał: „Chłopaki, chcecie zarobić 80 zł? No to do filmu Smarkula zapraszam”. No i tak zacząłem właśnie swoją przygodę z filmem, nie przypuszczając w ogóle, że ta przygoda będzie przedłużona na całe życie. A potem no cóż, no w ostatniej chwili zdecydowałem się na to, żeby zdawać do szkoły teatralnej. Śmieję się, że niczego konkretnego nie umiałem, w związku z czym uznałem, że może uda mi się dostać do szkoły teatralnej. Bo my wszyscy od najmłodszych lat jesteśmy aktorami, prawda? Jak mamy dwa, trzy latka, to misio tam do lalki coś tam nadaje, bawimy się w różne teatrzyki i właściwie każdy człowiek zaczyna od teatru. No i ledwie się do tej szkoły teatralnej dostałem, razem z Danielem Olbrychskim i Basią Brylską, moją pierwszą miłością. No to zgłosili się. Basia powiedziała chyba, bo ona pisała w książce, że: „Jest taki czarniawy na jej roku, wysportowany, może byście go spróbowali”. Bo ona już wiedziała, że będzie grała Kamę. No i spróbowali, no i jakoś tak zdegustowali tego Zelnika. Kawalerowicz śmiał się, że dlatego wziął mnie do filmu, bo ja jak byłem rozebrany, to tak samo wypowiadałem się, jak w ubraniu. Nie było żadnej różnicy. I to go bardzo ujęło, że nie byłem skrępowany tym, że do pasa byłem nagi. Czy to było jedyne kryterium? Mam nadzieję, że nie. Chociaż ja niczego nie umiałem. No byłem kompletnym amatorem. Miesiąc wcześniej skończyłem 18 lat, we wrześniu. Więc no cóż… To była taka przygoda chłopca rzuconego na głęboką wodę. Ja kompletnie nie miałem żadnego przygotowania do szkoły teatralnej. Za złe zachowanie nigdy nie mówiłem publicznie wierszyków w szkole. Byłem łobuziaczkiem i do dziś jestem. I proszę szanownych Państwa, dostałem się do tej szkoły teatralnej podobno na trzecim miejscu, więc to jakieś, jakieś, nie wiem… intuicja. Pewien rodzaj nieuświadomionego powołania może do tego zawodu. Ale mój ojciec się zdziwił jak mnie wysłuchał. Mówi: „Ty do szkoły teatralnej”? Kompletnie był zaskoczony, że ja wybrałem sobie taki los. No ale jak posłuchał, jak mówiłem wierszyk, to nawet się zdziwił, że nieźle mi to idzie. No. A ja zdawałem do szkoły teatralnej… No oczywiście tam przygotowałem dwa wiersze, dwie prozy, jakąś muzyczkę. Chyba to było… „Było to nocą w porze żniw, gdy śliczny jest łan pszenny”. I tak dalej, tam takie… Z Piwnicy pod Baranami coś tam śpiewałem. Także było wesoło, wesoło było. Czar wspomnień. Proszę Państwa, 60 lat i pół roku mija od mojego pierwszego kontaktu zawodowego z tym… z tym losem aktorskim.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak pamięta Pan pracę przy filmie „Faraon” i Wytwórnię Filmów Fabularnych w Łodzi?] Jan Kreczmar, który był opiekunem naszego roku, powiedział mnie i Danielowi Olbrychskiemu, że jesteśmy pierwsi po wojnie, których zwalnia do filmu po pierwszym roku studiów. A dlaczego to zrobił? Dlatego, że po prostu propozycje były no takie, powiedziałbym, niebywałe zupełnie. Bo Daniel poszedł do „Popiołów” Wajdy, a ja do „Faraona” Kawalerowicza. No i właściwie taka propozycja zdarza się raz w życiu podobno. Chociaż ja uważam, że to była i przygoda, i przekleństwo dla mnie, że ja tak zacząłem. Dlatego, że trzeba było… z tego wysokiego konia trzeba było spadać do szkoły teatralnej. Później wróciłem po dwóch latach, po półtora roku, na rok Andrzeja Seweryna i Piotra Fronczewskiego i Maćka Englerta, Krzysia Gordona i innych. I proszę szanownych Państwa, z radością wróciłem do szkoły. Daniel i Baśka Brylska nie wrócili, bo oni mieli już jakieś nowe propozycje. A ja wróciłem dlatego, że chciałem więcej książek przeczytać po prostu. Bo uważałem, że jestem kompletny głąb, niedouczony i mnie by się… mnie się przyda szkoła teatralna. No i z tej pokory i może ze strachu przed życiem dorosłego człowieka, wróciłem do szkoły teatralnej i nie żałuję, bo to były przepiękne lata. Jedne z najpiękniejszych. Właśnie najpiękniejsze lata mojego uczenia się. Bo ani szkoła podstawowa, ani liceum w Rejtanie skończone nie budzą moich takich sentymentów i cudownych wspomnień jak właśnie szkoła teatralna. Ja tam naprawdę zacząłem się uczyć. Myśmy po powrocie z pustyni, gdzie były warunki, no, nader ciężkie, resztę filmu robili praktycznie w Łodzi, w atelier łódzkim. Z Łąkową wiąże mnie ogromna ilość przygód. Ja kilkanaście filmów telewizyjnych i ekranowych, fabularnych właśnie tam realizowałem. No Łąkowa z jej potężnym parkiem, później już jakoś tam oddzielonym jakimiś szosami, prawda, w późniejszych latach. Ale przedtem z Łąkowej wychodziło się po prostu prawie, że do takiego Central Parku łódzkiego. No cudowne wspomnienia, cudowne. I ci ludzie, wielu z nich… No większość nie żyje już. To byli ludzie, którzy właściwie no decydowali o kinematografii nie tylko polskiej, ale i światowej. Jurek Wójcik, Sobociński, no oczywiście Wajda i Kawalerowicz i… Janusz Majewski, Kuba Morgenstern, etc etc… No nie wszystkich wymienię, ale wszystkich się tam spotykało, gadało się, śmiało się w bufeciku malutkim, gdzie można było nawet zjeść serdelka, nie na kartki jeszcze. Także no, biednie, ale wesoło było.

Buchara. Miasto Buchara, a myśmy pod Bucharą w willi, byłej willi Chruszczowa, mieszkali. Niestety ta willa już była bardzo podupadła, tam woda była co drugi dzień ciepła. A na cieplej… Na ciepłej wodzie nam zależało, bo żeby zmyć ten tłusty, tłustą charakteryzację, to trzeba było ciepłej wody. Więc… no ta willa już taka była, powiedzmy, willa przez małe w. No nasz dzień… Nikomu nie życzę… tej męki, którą przeżywaliśmy. Mianowicie 4 rano wstawanko, o 11 kładliśmy się, więc 5 godzin snu. Dosypialiśmy w autobusach, które pamiętały chyba wielką wojnę narodową rosyjską. Bez resorów, gdzieś tam przez dwie godziny się po wertepach jechało na pustynię. Głupie 35 kilometrów trzeba było 2 godziny zaliczyć. No i w kurzu, w tym piachu, z gazą mokrą, później już wyschniętą na czaszce, dosypiało się uderzając łbem o szybę. Bo tam szyby jeszcze się jakoś zachowały w tym autobusie. No i przyjeżdżało się na plan, dwie godziny charakteryzacji, do ósmej. Później bułka z masłem, odrobiną czegoś tam jeszcze, sera i odrobiną piasku. No i się spożywało to no. A później pracowaliśmy. Tubylcy buntowali się o 12, bo chcieli spać i uciekać w cień, a Polak niezmordowany pracował. Także… No, 50 stopni w słoneczku, 50 parę nawet. Nie daj Boże, stanąć bosą stopą na piasku to bąble się pojawiały. Także, no warunki były nader ciężkie, ale wspominam to jako niezwykłą zupełnie przygodę. Jurek Skrzepiński budował tam, świętej pamięci, dekoracje, które podobno stały tam jeszcze po zakończeniu „Faraona” kilkanaście lat, bo takie piękne były. W tej pustyni nagle te dekoracje wyrastały. Wylali tam też taką ścieżkę betonową, żebyśmy pędzili na rydwanach. 60 na godzinę. Groziło śmiercią lub kalectwem, bo te rydwany były dosyć takie, powiedziałbym, no nie z solidnych materiałów zrobione. Także czasem koła odpadały, trzeba było szybko skręcać w głęboki piasek, w pustynię. Żeby nie doznać uszczerbku na zdrowiu albo życiu. No… Parę miesięcy tam zaliczyliśmy. To jeden z trudniejszych okresów. Ja bym porównał, dwa miałem takie największe wysiłki zawodowe – to w „Faraonie” i kiedy grałem „Sztukmistrza z Lublina” w Romie. Świętej pamięci Szurmiej reżyserował.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak układała się współpraca z Andrzejem Wajdą?] Sześć razy u Wajdy występowałem, w mniejszych lub większych rolach. W „Przekładańcu”, jak Pani… jak Państwo może pamiętają. To taka według Lema historia, gdzie graliśmy z Kobielą i Ryśkiem Filipskim. Taka wesoła historia o przeszczepach. Wajda mi tylko taką jedną uwagę dał: „Jurek, musisz się uśmiechać, cały czas być uśmiechniętym”. Więc ja: „Proszę bardzo, co przeszczepić? Może kręgosłupik, może nereczkę, może tam kawałek mózgu?” I tak dalej, prawda? Więc to takie science fiction było, o które się już zaczynamy ocierać. Natomiast… Poza tym, no oczywiście bardzo duża rola Steina w „Ziemi obiecanej”. Gdzie miałem grać to, co Pszoniak. Już właściwie szyto kostiumy dla mnie, ale w pewnym momencie Andrzej Łapicki powiedział podobno Wajdzie: „słuchaj, Pszoniak ci to zagra w sposób bardziej szalony; tę rolę”. No Wajda go posłuchał i miał rację. Rzeczywiście Wojtuś zagrał fantastycznie właśnie tego… Welta, tak? Moryca Welta. A ja już byłem gotowy grać Moryca Welta. Więc moje losy by się zupełnie inaczej potoczyły, może w ogóle w życiu. Bo później on zabrał ich do Francji, później z nimi tam pracował. Być może byśmy dzisiaj swobodnie mówili po francusku z Andrzejem Sewerynem. Może obaj bylibyśmy w Comédie Française. Jak zobaczyłem „Ziemię obiecaną”, taką troszeczkę siermiężną… W kinie Wars była premiera. Tego kina, nie wiem, czy już chyba nie ma, a może jest. To byłem zachwycony. Uważałem, że to jest jeden z najlepszych polskich filmów. Dziś mam większy dystans do tego kina z różnych powodów. Jeśli chodzi o rolę Steina… No niemała rola, zwłaszcza w serialu ona tam zaistniała bardziej, Tak, to było co tam zagrać, prawda? No, ale co tu można opowiadać o tej roli? No cóż, ja jestem długodystansowiec. Ja zawsze lubiłem grać główne role. Ale to nie z pychy jakiejś, zrozumiałości czy gwiazdorstwa, tylko ja się wolno rozkręcam w roli. I małe epizody lub nawet większe dają mi niedosyt. Ja zagrałem około siedemdziesięciu paru głównych ról w życiu. Co nieraz aktorzy marzą o jednej roli w życiu głównej. A ja tyle zagrałem ról głównych – w teatrze, filmie, telewizji. Czy tam jeszcze w… na małym, na estradzie, prawda? Bo wiele monodramów sobie napisałem i wyreżyserowałem. To też są role główne. No, przez godzinę z hakiem trzymać uwagę widza… Proszę spróbować. Także kochani Państwo, cóż można o tej roli powiedzieć. Nie za dużo pamiętam. Pamiętam jak… już zapomniałem aktora… Igar. Do Igara przychodziłem, świetnego aktora. I tam się tłumaczyłem, że herbatkę tam daję ludziom. A to herbatka coś tam kosztuje i Igar mnie ochrzaniał, mój pryncypał. Że ja herbatkę rozdaję za darmo. Tak, takie ciekawe scenki.

„Krajobraz po bitwie”. Dobrze, że przypomnieliśmy sobie. Fajna rola… takiego młodego oficera amerykańskiego, który wyzwala obóz oficerów. Oflag chyba jakiś, prawda? I, proszę państwa, ja tam popełniłem jeden błąd, do dziś żałuję. Mianowicie… No oczywiście mówiłem po angielsku. Nie wiem, czy… Mówiłem tak dobrze chyba po angielsku, że nie wiem, czy potrzebny był dubbing. Ale chyba był zrobiony dubbing, bo jednak pewno, mimo mojej znajomości angielszczyzny niezłej, Wajda wolał mieć oryginalny angielski. Także nie jestem pewien, czyj głos tam jest. No ciekaw jestem właśnie do dziś. Natomiast zrobiłem jeden błąd aktorski tam. Mianowicie, ja miałem tam troszkę kataru. Jak to zwykle u Zelnika bywa, że raz w roku trzeba te… osuszyć te zatoki. I zamiast sobie tam posmarkać i pokaszleć, że ten z Kalifornii oficer przyjechał tutaj do polskiej czy niemieckiej zimy, do Środkowej Europy – i od razu się zaziębił. To byłoby zabawne dosyć, że on taki srogi, zdecydowany, ale pokasłuje i nos wyciera. No ja nie poszedłem w to, jeszcze nie miałem tyle odwagi, co dziś. Także tego żałuję. Ja wspominam role, w których… No na przykład „Deborah” Brylskiego. Kto to pamięta o filmie „Deborah”? A to był naprawdę bardzo dobry film. Przecież to, co grał Olek Łukaszewicz z tą Dancewicz… Te sceny miłosne, gwałtowne, seksualne, kipiące seksem sceny… To przecież to jest… To po prostu rewelacyjne było. Jak on przechowywał tę Żydówkę, w której się zakochał w czasie wojny. I moja rola, bardzo duża… Tego aktora żydowskiego, przedwojennego, który później oczywiście musi gdzieś tam przebierać się, żeby Niemcy go gdzieś tam nie wysłali… w ciepłe miejsce do komina. Także, proszę Państwa, „Deborah” Brylskiego. Bardzo ciekawy film. Ja nie pamiętam, gdzie myśmy to kręcili. Zabijcie mnie, nie pamiętam – czy to była Łódź, czy Warszawa. Ale bardzo polecam film „Deborah”. Są takie zapomniane filmy, które warto przypomnieć sobie.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Grał Pan także w „Dziejach grzechu” Waleriana Borowczyka?] Walerian Borowczyk. O… sławny skandalista francusko-polski. Polsko-francuski. Nawet we Francji uważali, że on przesadza z tymi scenami, z kipiącym seksem. O, to był człowiek, który uwielbiał sceny te takie pikantne. Pamiętam, jak myśmy z Długołęcką taką scenę miłosną mieli, kiedy ja jej pokazuję obrazki zachęcające ją do pewnych… do pewnej współpracy seksualnej, mówiąc… No i on uwielbiał tę scenę, tak… To był niezły film. Myśmy zostali wybrani do Cannes, zresztą drugi raz byłem w Cannes. Mieliśmy też mieć… Wspomnę, że za „Faraona” mieliśmy mieć Oscara. W kieszeni mieliśmy Oscara, w kieszeni. Ale Gomułka pożałował 100 tysięcy dolarów na wynajęcie kina w Los Angeles. A jak miała komisja Oscarowa obejrzeć „Faraona”, jak nie mogła pójść do kina w Los Angeles? Także… tak, no wygrał Lelouch, „Kobietę i mężczyznę”. Ładny film. Ale „Faraon” był pewniakiem. Na własne życzenie nie dostaliśmy Oscara. A tutaj drugi raz byłem, bo pierwszy raz byłem w ’67 chyba roku w Cannes z „Faraonem”, albo w szóstym. A drugi raz z „Dziejami grzechu” z Walerianem. No tam… Ten film był miło przyjęty, ale bez jakiejś… jakiegoś wielkiego aplauzu. Chociaż uważam, że film wielce artystyczny. Tam świetne role zagrali Romek Polański… Boże, Wilhelmi i Marek Walczewski. No i my, młodzi jeszcze ciągle, czyli Olek Łukaszewicz, wielki przyjaciel, i Jerzy Zelnik, i Grażynka Długołęcka, ho, ho, ho. Piękna przygoda. Natomiast, jeśli chodzi o współpracę z Walerianem, na planie mieliśmy duży niedosyt, zarówno Olek jak i ja, bo Walerian nie umiał… Zresztą tak samo jak Wajda. Ktoś mi będzie miał za złe, jak ja mogę tutaj podważać wielkość Wajdy. Ale Wajda nie był reżyserem aktorskim. W przeciwieństwie do Kawalerowicza na przykład. Wajda umiał wymyślić… fantastyczne miał pomysły na sceny, na inscenizację. Natomiast, jeśli chodzi o uwagi czysto aktorskie, z tym miał pewien kłopot. I to samo Walerian Borowczyk. Też on nie umiał za bardzo aktorowi podpowiedzieć, motywować go. Bo oni czasem potrafili zrobić błąd, że przepuszczali pewne błędy aktorskie, z których aktor sobie w tym nawale emocji może nie zdawać sprawy do końca. Gdzie reżyser… trzeba powiedzieć: „Stop! Nieprawdę mi mówisz. Zagraj to jeszcze raz, bo powinieneś mieć taki, a nie inny motyw tutaj. Intencje, mój drogi”. Więc tutaj reżyser aktorski powinien zatrzymać aktora i powiedzieć: „Pięknie mi grasz, pięknie, ale troszkę nieprawdziwie”, jak mówi Wajda. Tak. Tak to jest.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy ma Pan swoją ulubioną rolę?] Najukochańsza rola filmowa, kostiumowa moja, to jest Zygmunt August. Zdecydowanie. I tutaj nie żadne „Faraony”, te inne. Bo to mówię, w „Faraonie” to ja byłem amatorem, no, uczyłem się zawodu. Ale… „Faraon” no to taki był… uwerturka do życia. Bardzo czcigodna, ważny film. Natomiast, jeśli chodzi o Jerzego Zelnika, moim zdaniem, jak ja patrzę na to… Ja już dawno nie patrzę, bo już po… 20 lat temu przestałem na to patrzeć. Ale tam dużo też było pewnych przeoczeń i naiwności z mojej strony. To… Co mógł umieć taki chłopiec tuż po maturze, prawda? No niektórzy umieją. Natomiast… Natomiast tak, Zygmunt August. Tu jest taka anegdota, proszę kochanych Państwo. Mianowicie, ciekawa historia. W 1978 chyba roku, bo myśmy w dziewiątym zaczęli kręcić, a w ósmym na jesieni. Ja miałem w rękach książkę Kuchowicza, „Barbara Radziwiłłówna”. Po czym zacząłem czytać też książkę jego „Zygmunt August”. I sobie myślę: „Boże, jak ja bym sobie zagrał tego Zygmunta Augusta”. To jak… brzmi jak bajka, no naprawdę. Ja do dziś nie wierzę. W czerwcu dzwoni do mnie Janusz Majewski i mówi: „Czy pan by nie zagrał Zygmunta Augusta?” No po prostu… nieprawdziwe no. No nieprawdziwe no. Kto by uwierzył w taki zbieg okoliczności. A jednak tak się wydarzyło. Czasem właśnie takie bajki w życiu się zdarzają. Mnie się trafiła kolejna bajka w życiu. Ja dosyć jestem szczęściarz życiowy, rzeczywiście. Mimo, że dużo też cierpień zaliczyłem. I fizycznych, i psychicznych. O, sporo. Ale któż nie zaliczył, prawda? Jak się długo żyje, to nieraz człowiek i popłacze, i potknie, i pocierpi. I potknie się. Ale trzeba wstać, otrzepać się i iść dalej. No, ale to na marginesie. Natomiast… Tak. No i zagrałem tego Zygmunta Augusta. No kochana rola. Kochałem tę rolę i kochałem panią Aleksandrę Śląską i cała Warszawa w tym filmie grała. I nie tylko Warszawa, i Łódź – Sochnacki. I Kraków. No… Ania Dymna, w której się podkochiwałem… grzesznie, bo byłem już małżonkiem, proszę Państwa. No i Jurek Trela, kochany mój. Boże. Tak… Stary Teatr mnie wychował, no ale to tak na marginesie. I teraz, proszę Państwa, zagrałem w tym filmie z Olą Śląską. Nie byłem z nią nigdy na „ty”, ale jak ma się prawie 80 prawie lat, to już ze wszystkimi człowiek jest na „ty”. Z tymi zmarłymi też. I mieliśmy… Czasem zostawiał nas Janusz i mówi: „A wy sobie popróbujcie”. I myśmy z panią Olą Śląską, mogłaby być moją mamą, próbowaliśmy sobie… scenę na następny dzień. Niezapomniane próby. Ona miała ogromną, ogromną dla mnie jakąś cierpliwość i traktowała mnie jako równego jej partnera. Tego… naprawdę jestem jej wdzięczny. W ogóle nie miałem poczucia tego, że ona, wielka aktorka, traktuje mnie jako tego, który jeszcze musi się troszkę wspiąć do jej poziomu. Zresztą, mówiąc nieskromnie, radziliśmy sobie oboje nieźle w tym filmie. Tak.

Pięknie, piękna przygoda, piękna przygoda. Te kostiumy Baśki Ptak. Proszę państwa, to były jedne z najlepszych kostiumów w historii kinematografii światowej. Nie polskiej tylko. Wypożyczali te kostiumy podobno nie tylko w Polsce. Tak, jak my też te angielskie kostiumy nieraz wypożyczaliśmy… do innych filmów. Tak sobie wypożyczamy, prawda? Nie wiem, czy państwo wiecie, że w Poznaniu na przykład szyją najlepsze kostiumy… militarne świata. Nie tylko oficerskie. Kostiumy wojskowe świata. Że Poznań robi dla Hollywood, dla różnych tych tak, prawda? Także… cudze chwalicie, swego nie znacie. Także to wielka, wielka przygoda. Kochana rola. I byłem wściekły na Jerzego Radziwiłłowicza, Bogu Ducha winnego zresztą, że zagrał umierającego później Zygmunta Augusta. Bo mnie dane było tylko zagrać tę rolę do momentu śmierci Bony. A właściwie wyjazdu Bony z Polski. Gdzie nam nakradła sporo złota… Bo cały swój posag po cichu wywiozła z Polski, jeszcze ją później otruli i tyle miała swego. A później robiliśmy taki film, „Epitafium dla Barbary Radziwiłłównej”. To niesamowity pomysł Janusza – świętej pamięci niedawno zmarłego, kochanego – że on opisał takie wydarzenie, zupełnie niebywałe, gdzie tak kochał Zygmunt August swoją żonę, z którą niestety niedługo było dane mu i bezdzietnie niestety dzielić życie… Barbara Radziwiłłówna, że jak ona umarła na raka… Co jest stwierdzone, że to prawdopodobnie był rak szyjki macicy… To proszę państwa, on później te 1500 kilometrów – z Krakowa do Wilna – jechał konno i schodził w każdej mieścinie z konia i szedł pieszo za tą trumną. I te 1500 kilometrów pokonał demonstrując też troszeczkę może, nie wiem… Ktoś może powie, że to jakiś może kabotynizm czy coś, ale nie no… On tak kochał, że chciał całemu światu obwieścić wielkość tej miłości. I szedł, prawda, za tą trumną w każdym mieście, w każdym mieścinie. A później siadał na konia i jechał dalej. Tam też wprowadzony był taki… oczywiście to jest… wymyślone było przez Janusza, że Krzysio Kolberger grał jakby takiego Jana Kochanowskiego, który się podkochiwał jakoby w Barbarze Radziwiłłównej. To było troszkę naciągane oczywiście, nawet bardzo naciągane. Tak. Ale to ładna historia. No Janusz to wymyślił fantastycznie, jak zresztą wiele swoich filmów. To wielki reżyser.

Pamiętam inny film, Adka Drabińskiego. O, to wielkie dzieło było. Dostaliśmy za to nagrodę na festiwalu w Gdyni, za debiut Adka. Ja zresztą w Ameryce też, jak bywałem często, to do Adka zaglądałem tam na pięćdziesiątą którąś ulicę i on pokazywał mi jak pisze ten scenariusz. Później nie wszystkie sceny udało się nagrać. To się nazywało „Cheat”. Nie mylić z „Wielkim Szulerem” („Wielki Szu”), z Jankiem Nowickim. Ale też właśnie „cheat”, czyli oszust, nie? Ja grałem tam główną rolę, między innymi z Hoffmanem młodym. Świętej, niestety, pamięci. Wielkim aktorem amerykańskim. Wtedy miał 20 lat i mówił mi Adek: „O, kochany zobaczysz, to niedługo będzie jednym z największych aktorów amerykańskich”. To była wielka przygoda, ten „Cheat”. 1992 rok, o ile pamiętam. Trójka aktorów amerykańskich, których nazwisk nie do końca pamiętam, poza Hoffmanem. Jurek Kryszczak grał tam też z… od nas. No, to był film ciekawy. I taki film genderowy, można powiedzieć. Wyprzedzający epokę. Tak. Amanctwo mnie nie interesowało nigdy w życiu. Mnie interesował oczywiście człowiek wplątany w pewne zależności miłosno-seksualne, ale człowiek z… taki ostry, taki mający pewien taki… taką w sobie sprzeczność tajemniczą, gdzie dobro za złem walczy. To to są role ciekawe. A taki amant, jakiś taki typowy… Nigdy mnie nie interesował, nigdy. Jakiś wzdychacz, jakiś amant, prawda, co to tam, tylko… do łóżka, żeby się popieścić i tyle. Nie. Żeby jakiś był konflikt wewnętrzny tego człowieka. On może mieć swoje jakieś miłości, ale on jednocześnie musi się ze sobą samym borykać. Z tym, co w nim jest złe? Czy dobre? I co przeważa w nim? To jest… To jest ciekawe. Także te wszystkie te nazwy – „amant” czy

Jeśli chodzi o zawód, no to wiadomo, że grało się też nie same jakieś wybitne role, ale w sumie nie ma czego żałować. Fajne życie. Bardzo dużo czasu spędziłem na estradzie. Można powiedzieć, że 80% swojego życia spędziłem na estradzie. Grając monodramy, mówiąc piękną poezję polską, Stowarzyszenie fantastycznej muzyki, jazzu, muzyki poważnej. Zawsze z muzyką się żenię. Także ja jestem estradowiec. Estrada bardzo dużo uczy. Estrada potrafi nauczyć aktorstwa. Pod warunkiem, że jeżeli się ma jeden wiersz powiedzieć… Jeden wiersz, młodzieży moja kochana aktorska, to przygotuj się do tego występu z tym głupim jednym wierszem, mądrym czy głupim, tak, jakbyś miał dużą rolę zagrać. A więc najlepiej czule potraktuj ten wiersz, żeby go czule przekazać ludziom, podzielić się tą poezją z ludźmi. Wtedy nawet Norwid będzie zrozumiały, który jest trudny. Tak. No wiele bym mógł nauczyć jeszcze młodzieży w szkole teatralnej. Uczyłem w szkole teatralnej, ale chętnie bym wrócił, bo jeszcze mam dużo do przekazania młodym ludziom.

Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

Logotypy i tekst: "Krajowy Plan Odbudowy" z czerwonym geometrycznym logo, flaga Polski z napisem "Rzeczpospolita Polska" oraz flaga UE z napisem: "Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU".