Jacek Bławut
Jacek Bławut – operator, reżyser i producent. Urodzony w Zagórzu Śląskim w 1950 roku. Jako dziecko wystąpił m.in. w filmach „Biały rycerz” (1958) w reżyserii Stanisław Lotha i Janusza Kubika, „Świadectwo urodzenia” (1961) i „Echo” (1964) w reżyserii Stanisława Różewicza, oraz „Agnieszka 46” (1964) w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego. Pracownik Wytwórni Filmów Oświatowych i absolwent Wydziału Operatorskiego PWSFTviT w Łodzi. Autor wielokrotnie nagradzanych filmów dokumentalnych, m.in. „Superciężki” (1984), „Ślizgiem do nieba” (1985), „Kostka cukru” (1986), „Nienormalni” (1990), „Kraj urodzenia…” (2002), „Born Dead” (2004), „Wojownik” (2007), „Wirtualna wojna” (2012) oraz fabularnych: „Jeszcze nie wieczór” (2008) i „Orzeł. Ostatni patrol” (2022). Wykładowca w szkołach filmowych w Berlinie, Hanowerze, Łodzi i Warszawie. Członek Europejskiej Akademii Filmowej (2003) i Rady Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Ojciec reżysera Jacka Piotra Bławuta i montażystki Weroniki Pliszki.
Jacek Bławut. Bez pseudonimu. Bez drugiego imienia. Wziął się Jacek Bławut z Zagórza Śląskiego, z Zamku Grodna. Ja się urodziłem w zamku średniowiecznym. Z 1324 chyba roku. Ojciec tam był kierownikiem tego zamku. No i tam się pojawili na tym zamku filmowcy z Łodzi, z tej Szkoły. Pan Janusz Kubik i Stanisław Loth. I zobaczyli takiego chłopca, który ciągnie czaszki na sznurku. Zabawek nie było, to się bawiłem w pociąg. Zresztą ten fakt opisał Stanisław Różewicz, który był na zamku. I właśnie w swojej książce, wspomnieniach – Było, minęło, chyba to taki tytuł, gdzie właśnie pisze, że jak tam nocował, to rano go obudził turkot, straszny hałas. Wyjrzał z okna i zobaczył chłopca, który ciągnie na sznurku czaszki. I, jak się potem okazało pisał, że to był Jacek Bławut. No i ta ekipa, Stanisław Loth i Janusz Kubik, wrócili na ten zamek. No i napisali taki scenariusz filmu fabularnego, pt. Biały rycerz. No i tak się zaczęło. No jeszcze największe wrażenie na mnie wywarła – pamiętam, do wioski przyjeżdżało kino objazdowe i były projekcje w WGS, tak się nazywało. Była świetlica, takie były drewniane, długie ławy. I tata mnie zabrał na King Konga, tego prawdziwego King Konga. No, ale nie chcieli mnie wpuścić i wchodziłem… Bo takie długie płaszcze wtedy były modne. I między nogami, pod tym płaszczem wszedłem z nim i przez szparę, przez ten płaszcz tam siedząc, oglądałem King Konga. No i tak, siłą rzeczy King Kong, Biały Rycerz, no cóż więcej sobie można wymarzyć. Już nie było odwrotu. No tak, bo później jak się to jakby rozniosło i zaczęło, no jakby propozycje dostawałem do próbnych zdjęć i grałem w wielu filmach. U Chęcińskiego w fabularnych dużych filmach, u Różewicza, Szeskiego. Właśnie później jeszcze u Kubika grałem w takim prewizyjnym, wojennym filmie. No i tak, siłą rzeczy, mama mówiła wszystkim, że będę aktorem. No i chciałem spełnić jej marzenia. No i zdawałem tutaj na wydział aktorski. Poległem na piosence pod tytułem Czerwone jabłuszko. To ten Biały rycerz było to takie pierwsze mocne wspomnienie. Ta ekipa, dymy, świece, była taśma celuloidowa. Zapach taśmy pamiętam do dzisiaj. Celuloid zupełnie inaczej pachniał. One dymiły, strzelały, rakiety się z nich robiło. One właśnie miały niezwykły taki pirotechniczny walor. No, świece dymne, magnezja, pamiętam, w dużych ilościach. Lampy duże. Raz mnie złapał prąd. Trzymałem, nie mogli wejść na pole, bo fruwałem w powietrzu, trzymając się tej lampy, jakieś przebicie było. I po prostu dopiero musieli odciąć gdzieś daleko ten prąd. No i myślę, że się otarłem już prawie o mocne wrażenia filmowe.
A w Łodzi bywałem często, bo pamiętam postsynchrony były do Marysi i Krasnoludków Szeskiego. Byłem grałem w filmie Echo Różewicza, gdzie na Łąkowej był budowany pociąg z Glińskim, jego syna. Także już od dziesiątego roku życia chyba byłem często w Łodzi. Kiedy przyjeżdżałem, mieszkałem, pamiętam na Piotrkowskiej, to było 170. Za Adasiem. Wiem, że to był taki budynek Adaś, w którym pralnia była. A za Adasiem były takie stare kamienice, teraz miejscu tych kamienic stoi ten nasz Manhattan. A po drugiej stronie ulicy Adasia, na Piotrkowskiej, był bar mleczny. I tam jadłem omlety, a miałem uczulenie na białko. Po każdym omlecie byłem chory. A obok, po tej samej stronie, co Adaś, był sklep z zabawkami. Tam żołnierzyki kupowałem. Proszę sobie wyobrazić, ten sklep istnieje do dzisiaj. To się chyba nazywa Babyland, coś takiego. Do dzisiaj, jak ten sklep mijam, to ciarki mam. W sześćdziesiątym roku chodziłem tam, byłem głównym kupcem żołnierzyków. No raczej nie, nikt nie przyjeżdżał. Rodzice nie przyjeżdżali. Pamiętam taką tylko bardzo dramatyczną sytuację, kiedy jak kręciliśmy nad rzeką. I ostatniego dnia gdzieś skróciliśmy zdjęcia i przyszła jakaś wiadomość, czy bym nie przyjechał do Łodzi, ponieważ mogę nagrać dubbing do takiego filmu jugosłowiańskiego, Skrawek błękitnego nieba. I zaproponowano mi za trzy dni 2400 złotych wtedy. To było 800 złotych dziennie. A moim marzeniem był rower Huragan, który kosztował 2400 złotych. I powiedziałem: „Tym razem pieniądze, zrobię sobie fuchę, pojadę do Łodzi i rodzice nie będą mieli okazji przejąć tych pieniędzy”. No i pojechałem, kupiłem rower. I tego dnia trzeciego czy czwartego, dowiedziałem się, że mama się zatruła grzybami i ojciec. I zmarł ojciec. Mamę ledwie uratowali. I teraz, gdybym nie pojechał po ten rower, pojechał do domu i jako dziecko zjadł te grzyby z nimi, to byśmy dzisiaj tutaj nie rozmawiali. Czyli jestem jakimś dłużnikiem w sumie wielkim, że kino, film jakby w bardzo ważnym momencie powiedział: „Nie, ty musisz robić filmy. Dalej”. No, że mama chciała bardzo, że to jest… To nie tak, to nie. Że jednak ten zawód operatora, ta magia, ta chemia, która… zwłaszcza wtedy była, prawda. Operator to on decydował o tym, czy będą zdjęcia, czy nie. Czy pogoda, czy nie, co będzie na taśmie. Wszyscy się go pytali, jak wyszło, jak to było, od reżysera po aktorów. Tylko operator wiedział, znał tajemnicę, co tam się w tej taśmie odcisnęło. No i to mi się spodobało bardzo. No był, tak, tak. To był Stanisław Loth, który wielokrotnie później właśnie jakby robił zdjęcia do filmu, czy tam też wysyłał mnie na castingi. Mnie zawsze, bo miałem jak w Echo. W Echu był operatorem Jerzy Wójcik. Tak, Jerzy Wójcik. I wtedy, pamiętam, brałem udział w castingu na Łąkowej. Chyba było kilkaset dzieci i to różnie bywało. Czasami mnie brali tak z racji, że w ciemno, jak to się mówi, a nieraz trzeba było przechodzić taką drogę z eliminacji.
Ja jeszcze pamiętam na zamku, jak miałem 4 lata chyba, ale mogę się mylić, co do roku, to z wieży filmowano. Ustawiono kamerę i kręcono zdjęcia, filmowano wyścig kolarski. To było, chyba się nazywało Trzy starty. Taka fabuła. Nie wiem, czy to Bohdziewicz? Nie, Bohdziewicz. I mam gdzieś w domu takie zdjęcia, jak taki bardzo mały, mniejszy od statywu stoję przy kamerze. A później robił tam Różewicz, chyba w pięćdziesiątym którymś roku. To było po tych czaszkach, jak tam był, bo chyba jeździł na dokumentacje związane z przyszłym jego filmem. Ten film, to później robili zdjęcia jakieś z Nalberczakiem, Ciepielewską. Trzy kobiety. Tam część było na zamku. Także właściwie tam ruch był strasznie filmowy. Co się mogło podobać? Na zamku Biały rycerz to była przygoda, bo to jeździłem na koniu z rycerzem jakimś. No były rzeczy, które, gdzie taki chłopiec, który wychowany jest na odludziu, zupełnie bez rodzeństwa, gdzie ma do dyspozycji tylko grobowce, jakieś kościotrupy i legendy i czasami oprowadza wycieczki, często sowieckie i opowiada im różne rzeczy śmieszne. A nauczyłem się ich, jak towarzyszyłem tacie, a ja sobie ubarwiałem, to dużo lepiej mi to wychodziło. Takie wymyślałem, że jak mama mówiła, co ja tam opowiadałem tym sowieckim żołnierzom, to skóra im cierpła. Do dzisiaj pamiętam tyle. No i to było fajnie, no a później to była ciężka praca. Charakteryzacja, rano, szósta, od rana do wieczora. A później tak się nade mną litowali, że jakoś to załatwiałem z charakteryzatorem. Śmiało, śmiało – bo to jest życie, wchodzenie i wychodzenie. Załatwiałem jakoś, dla niego to było na rękę, że nie musiał mnie rozcharakteryzować, tylko kładłem ręczniczek sobie w fotelu pod głowę i tak do rana nienaruszony startowałem. On był zadowolony, ja byłem zadowolony. To pamiętam, to w porządku było. A tak to ciężka praca. Ciężka praca, duble, takie rzeczy. Trudne warunki nieraz. Jakieś dla dziecka zwłaszcza. Czasami trzeba było płakać. Jak tu się zmusić? No to pamiętam, kiedy reżyser wyjmował pokrzywy i wtedy ganiał mnie z tym pokrzywami. Byłem przerażony. To też jakaś metoda reżyserii, prawda? Tutaj się teraz nie przydaje w tych czasach zupełnie, bo nie wolno w ogóle presji wywierać żadnej. Wszystko musi być łagodne. Jakbym powiedział studentom, że ma pokrzywą pogonić aktora, to przecież bym wyleciał ze Szkoły. Nie, to jest nieporównywalne, ale na ten temat to możemy osobny program zrobić. I tylko nie ze mną, z ekipami. To były inne czasy. To tam oświetlacze, asystenci. Wszystkie piony, te pomocnicze, twórcze, to była zupełnie taka rodzina strasznie mocna. Teraz robi się dwa, trzy miesiące, pół roku film. Teraz dwa, trzy tygodnie i człowiek się nie zdąży nawet przywitać na planie dobrze, a już idą do następnego.
No po śmierci mama została. I jakoś ten film mnie zaadoptował bardzo poważnie. I wychowywał mnie właściwie. Ale później szybko dostałem pracę, bo jednak nie było środków do życia. Jakoś strasznie marną miałem po ojcu rentę czy coś takiego, jakieś grosze. Udało się załatwić pracę w Wytwórni Filmów Oświatowych. Zaczynałem jako pomoc asystenta operatora przy filmie Siedem stron świata Wojciecha Fiwka. A później szczęśliwie dużo pracowałem z panem Kazimierzem Muchą, który robił film o sztuce. I tak mu się spodobałem, że oddał mi kamerę i właściwie byłem współrealizatorem, a przy niektórych właściwie on czysto mówił: „Rób, Jacek, przyjadę”. I kręciłem te filmy i jako operator, reżyser, jeszcze nie mając żadnego – taką właściwie tylko wiarę albo zaufanie pana Kazimierza. No i tak. Jeszcze nie zdążyłem, właściwie, zrozumieć tego wszystkiego jak zostałem operatorem. Robiłem z Markiem Koterskim, robiłem fabuły z Markiem Koterskim. Robiłem później własne filmy dokumentalne, jak robiłem z Krzysztofem Kieślowskim, jak robiłem z Falkiem Feliksem, czy Domaradzkim jako operator w fabułach. Robiłem dużo dokumentów. To było moje główne zajęcie i życie. Właściwie nie film, drugie życie. Bo film dokumentalny to jest takie drugie życie, niezwykłe – się poznaje ludzi, świat. To jest nieporównywalne z niczym. Nic sobie nie potrafię powiedzieć. To się samo dzieje. Nie ma żadnego… Albo jest człowiek ciekaw drugiego, albo… Nauczyłem się jednego w dokumencie zwłaszcza. A może nie w dokumencie, może taka moja mama była. Że jak się daje, to się dostanie. Teraz mi żona czasami mówi, jak bywały jakieś kryzysy, nie było pieniędzy, to mówi: „Słuchaj, dajemy, dajemy”. Ja mówię: „Ale tak to już za bardzo nie masz czego”. A ona mówi: „Damy, to dostaniemy”. No, ale to się sprawdza. A już, żeby zrobić film dokumentalny, to trzeba siebie dać, oddać, bo inaczej się nie zyska zaufanie. Można przyjść i powiedzieć: „Robimy film”. Ktoś musi powiedzieć, że chce ze mną pracować i mi ufa. A żeby zaufał, to muszę dać siebie. Prosty mechanizm.
Przez Oświatówkę poszedłem jak taran. Jeszcze nie byłem na etacie asystenta, operatora, a już robiłem samodzielnie jako reżyser. No, w ogóle, to było uderzenie tak zwane, no takie najbardziej brawurowe, jakie sobie można wyobrazić. No to było tak, możliwe, że w pewnym momencie można było pójść na studia zaoczne, ale trzeba było mieć zgodę. I na przykład, był taki warunek, że trzeba było należeć do partii. I mieć ileś lat przepracowanych. No ja nigdy nie należałem do partii, powiedziałem: „Po moim trupie”. Ale ponieważ jakby miałem taką już opinię takiego napalonego na to, że kamery mi nie można wyrwać z rąk, że nie wypuszczę jej. No to po jakichś tam próbach koledzy się zapisywali do partii, ja nie. Ale pamiętam też duży wpływ na to miał Kazimierz Mucha, który po rozmowie z dyrektorem Godlewskim – jakby skierowali mnie na egzamin tutaj do Szkoły. A pamiętam, że nie było łatwo, bo chyba było sześć czy osiem osób na miejsce. Ale na przedostatniej pozycji chyba się dostałem. No trzeba było naprawdę ciężko pracować, żeby się przygotować. I wtedy pomagali mi, Jacek Żukowski, taki operator. Skończył tutaj Szkołę. Też mi pomagał. Bardzo mnie tam odkrywał te tajemnice fotografii. Także, no jak się już dostałem, to już było właściwie pozamiatanie. Już droga otwarta. Nie było żadnych ograniczeń, w sensie, kryteriów. Bo kiedyś nie dość, że studia, to jeszcze trzeba było mieć kategorię. Operator musiał mieć trzecią kategorię, drugą, dokumentalną pierwszą, trzecią, drugą, pierwszą fabularną. Reżyserzy to samo. W ogóle ten awans to jest zupełnie co innego niż jest teraz, kiedy nie trzeba mieć żadnych studiów. I teraz to każdy może wziąć kamerę, zrobić film praktycznie. No ja mówię o dokumencie. O fabule… też właściwie możliwości są olbrzymie. Do zrobienia różnych… Było inaczej zupełnie. Dlatego ilość teraz festiwali, na przykład, no kiedyś było parę festiwali w Polsce, może nie wiem, dwa, trzy. Poważne. Na świecie, pamiętam, jak był Oberhausen dla nas, Mannheim, Tampere. I Film Polski decydował, czy wysłać nas na taki festiwal. Każdy chciał jechać, no bo to 2 dolary dieta, za którą można było tu… Za dietę to się kupowało eiffle, które kosztowały 7 dolarów. Było inaczej. Teraz jest w Polsce chyba kilkaset festiwali, na świecie jest kilka tysięcy, zgłoszenia są w ilości dziesięciu tysięcy. W Krakowie jest pięć, sześć tysięcy filmów. Się klika, wysyła. Trudno nie zdobyć nagrody. Też jest niby konkurencja, ale jak jest tysiące festiwali, to na jakimś tam… Dla osób praworęcznych jest festiwal, leworęcznych i na jakimś się zawsze coś złapie.
No w Oświatówcę mieliśmy kawiarnię, gdzie się spotykaliśmy. Teraz tam jest jakiś urząd. A nie no, głównie byliśmy ciągle w drodze, w tych roburach siedzieliśmy od rana do wieczora, jeździliśmy na te zdjęcia, wyjeżdżaliśmy. A tu redaktorzy decydowali o projektach. Ja pamiętam, wspominam panie redaktorów, panią Marię Pakułową, absolutnie otwartą i taką wrażliwą osobę. Podejrzewam, że gdyby nie ona, to bym też nie zrobił tych filmów, bo jako, mówię, asystent, robiłem już jako reżyser taki film Widok, który z kolei też pani redaktor Wanda Jabłońska – to był jakiś zleceniowy dla górnictwa, ale zrobiłem film o zniszczeniu kopalni Bełchatów. I była katastrofa, bo Ministerstwo Górnictwa chciało rekultywacji. A ja zrobiłem coś innego, ale film się tak spodobał i pani Jabłońska załatwiła zlecenie Ministerstwa Ochrony Środowiska i uratowałem życie. No, a w Szkole to była bardzo taka twórcza atmosfera. Dużo zawdzięczam panu Lewandowskiemu, Jahoda nas uczył, Jerzan, Świrta, Janusz Tylman już wtedy był też w szkole. Pamiętam, mieliśmy tutaj etiudy, egzaminy komisyjne. Bardzo żeśmy to traktowali poważnie, dużo poważniej jak studia dzienne. I często nam mówiono i to było jasne, że mamy poziom niebotyczny w porównaniu do dziennych studiów. Tak, bo mieliśmy taką możliwość doświadczeń i praktyki, że robiliśmy niezwykłe te etiudy.
Domalik Andrzej, przecież później dyrektor Teatru Ateneum. Nie tylko. Latało. No musiałbym się skoncentrować. Śliwa Jacek, Czerwiński. Garstka nas była, bo ile nas tam wzięli? Sześć osób. Jak przyjechałem do Łodzi, to znaczy uciekałem przed wojskiem, bo wojsko mnie ścigało, jak się nie dostałem przez to Czerwone jabłuszko. No to musiałem znowu gdzieś zdawać. Zdawałem do szkoły pracowników socjalnych, tam poznałem swoją żonę. Wcześniej zdawałem do jakiegoś tam studium górnictwa. Później do socjalnej, poznałem swoją żonę. To było gdzieś 52 lata temu. Do dzisiaj jesteśmy razem. I fajnie. No i wzięli, jakby nie ona, jej mama, teściowa, znaczy, która dokarmiała mnie, bo na początku, zanim dostałem pracę, to miałem takie jeszcze parę lat, dwa, trzy, takiego jakby młodzieńczego niepokoju. No i dokarmiali. Mieszkałem gdzieś na strychu, na Przędzalnianej. Spałem w ubraniu zimą. Nie miałem zamków, na ręcznik nawet. No było mocno.
Gdzieś to światełko bywało w sytuacjach krytycznych i się zapalało. Nie wiem skąd się to bierze, może mama mnie tak… Bo mama tak strasznie się bała o mnie: „Jak nie mówiłam o ósmej? Masz być w domu”. Jak się spóźniłem, to brała nóż i ganiała mnie wokół stołu. Byłem tak przerażony. A ona to robiła, żebym ja gdzieś właśnie nie robił rzeczy, które mogłyby – ona by sobie nie dała rady. Jeździłem pociągami sam, miałem tylko zaświadczenia, żeby mnie ktoś tam nie… Skąd jestem, po co, bo to było dziecko, prawda? Młody człowiek podróżuje. No, ekipa to była rodzina. To był dom. Naprawdę dom. Wszyscy się – ja tam nie pamiętam, jakiejś sytuacji… Była atmosfera, wspólnie się spędzało te parę miesięcy. Ja pamiętam grałem równolegle w filmie Echo i równolegle w Agnieszce 46, Chęcińskiego. I jeden film był robiony w Wytwórni we Wrocławiu, a drugi przez Łódź, ale zdjęcia były w Karwi, w Sopocie i też w Łodzi. No to ja podróżowałem parę miesięcy między Sopotem, czy tam morzem, a Wrocławiem. Ja szkoły nie pamiętam przez chyba…. Nie pamiętam już szóstej, siódmej klasy, na dobrą sprawę. Bo tyle opuściłem wtedy. Ale, no to trzeba było kombinować, żeby… Do dzisiaj mi się śni matura. No wiadomo, że ścisłe przedmioty trudno, jak się nie ma podstaw, zgubiło je, ogarnąć. No matura absolutnie była dla mnie katastrofą. Uratowała mnie jedna rzecz. Na długich przerwach w szkole, w liceum, grałem w szachy z matematykiem, panem Sarosiakiem, który jeszcze pisał książki przed wojną. Wymagający, stary profesor. I była zawsze szachownica. Ja przychodziłem na długiej przerwie, rozgrywałem z nim partię. No, ale oczywiście pisemny – trója. Jest egzamin jeden na jeden, Tablica. Podyktował mi zadanie. Spojrzałem na to. Nic. Zero. No i mówię: „Koniec. Dlaczego się tak nade mną pastwią? Bo przecież od razu powinien mnie wyrzucić”. Po dziś dnie. Ale on wyszedł. No i co z tego, że wyszedł? Przecież samo się nie napisze, nie rozwiąże. Wchodzi młoda nauczycielka z innej klasy, matematyk. Rozwiązuje zadanie. I wychodzi. Po chwili przychodzi pan Sarosiek. Patrzy. Był dumny. Nie mógł sobie mimo wszystko pozwolić na to. Zachował klasę do końca. To dzięki niemu też właściwie, nie wiem, śni mi się ta matura, przez to. Ale Pana Sarosiaka uwielbiam. Myślę o nim często. Wspaniały człowiek. No, bo wiadomo było, że jestem trochę uszkodzony przez ten film i trudno mi dorównać innym.
Pracowałem w 1974 roku do 1991. To jest dokładnie 17 lat. Później jeszcze zrobiłem jeden film, jak był Andrzej Traczykowski dyrektorem, chyba w 2000 albo w 2002 roku. Film pod tytułem Paweł. Ale faktycznie Oświatówka jest do dzisiaj też moim domem, czymś wyjątkowym. Przyjeżdżam często. To jest w ogóle – tam się wychowałem zawodowo, można powiedzieć. Zamek – zupełnie inna, co innego dostałem. W Oświatówce niezwykłe rzeczy dostałem. W Szkole, tutaj też. I w domu. I od żony, i od teściowej. To trzeba po prostu… Nie wiem, no może zasługuje na to, nie wiem. Może coś jest w tym, że jak tak powiedziałem wcześniej, jak się daje, to się dostaje. Może to ciągle na tym polega. Ja nie byłem zresztą aktorem takim dziecięcym, jak teraz widzimy – bardzo wygadane, elokwentne. A właściwie to są aktorzy. Mnie brali dlatego, że byłem nieśmiały, niepewny siebie. Dla mnie po tych dziewięciu latach mieszkania na tym zamku, gdzie miałem tylko sarnę Basię, kawkę oswojoną Kasię i psa Amora, naraz jak wylądowałem na planie, no to ja potrzebowałem tydzień, co najmniej, żeby przestać się bać. I jakby, zaufać wszystkim. I to, podejrzewam, był jedyny argument na to, że byłem trochę inny. Ale ja nie potrafiłem grać. Oni to wykorzystywali, że byłem w jakiś sposób naturalny. Granie? Nie, granie to nie potrafiłem grać. Dzieci teraz to grają, to fakt. Potrafią świetnie grać. Tak, psychologów. Co to było? My nie wiedzieliśmy, co to jest psycholog, terapia. Przecież nie znaliśmy tych pojęć w ogóle. W filmie dokumentalnym jest tak, że każdy to jest taki… jak ktoś mi mówi, który najlepszy, czy któryś z dokumentów jest ważny dla mnie, albo który… co najbardziej szanuję, cenię. Odpowiadam zawsze tak samo. A dzieci swoje, to co mam powiedzieć, które jest lepsze, mądrzejsze? One są takie wszystkie kochane. I jak ja patrzę na te pierwsze, to patrzę też na siebie. Jaki ja byłem wtedy. To byłem ja. Szczery, uczciwy. Taki prawdziwy Jacek. Jak patrzę na Perczyńskiego, czy patrzę na… Nie wiem… Tych filmów jest tyle, że… Kostkę cukru, czy Generała Wehrmachtu, czy Skalskiego, czy Nienormalnych, czy Szczura w koronie, czy Born dead. Wie pani, tego trudno wyliczyć. Ale każdy to było, to jestem ja. Taki szczery. Bez żadnych tam kombinacji i jakiegoś kombinowania. No to widać w filmie, bo to się czuje, jak ktoś mówi szczerze. Nieraz jest to może niedoskonałe, ale właśnie wtedy jest prawdziwe. Nie. Prawda nie jest najważniejsza. Proszę, przejdźcie. Prawdę można zmanipulować, prawdę można skonstruować. Prawda jaka? Co to znaczy „prawda”? Można coś przeżyć i nie przekazać tej prawdy. Ona może się nie udać. Często odtworzenie prawdy jeszcze… To, co się przeżyło, odczuło, ale odtworzenie jest bardziej wiarygodne, działa silniej na emocje niż tzw. obiektywna prawda albo prawda, która jest – często dokumentaliści posługują się tym pojęciem, że jest to obiektywne spojrzenie, obserwacyjne. Nie jest to prawda.
[Biała plansza. Po środku planszy czarny napis prostą czcionką: Co Pan myśli o nowych studentach Szkoły Filmowej?] Ja leżę na schodach. Młodzi, oni nawet nie wiedzą, kim ja jestem. Jest 500 osób. Podejrzewam, że jak na egzaminie wstępnym czasami pytam: „Czy widzieliście…” – Żeby się gdzieś skomunikować z młodymi ludźmi – to mówię: „Widzieliście taki film, na przykład, Gadające głowy? A czy znacie takiego reżysera jak Kieślowski?”. Dużo właśnie przychodzi do szkoły. Myśli, że to jest film. Każdy będzie Polańskim, Hollywood i te rzeczy. A to jest orka na ugorze. No, to wypala, daje człowiek z siebie wszystko. Często dla innych, często właśnie w ważnych sprawach. No i ja mówię, teraz może o sobie, że każdy film był pewnym takim, że wchodziłem w czyjeś życie bardzo mocno. Aż do zatracenia mnie. I dlatego się wycofałem z dokumentu, bo przekroczyłem granicę. Musiałem siebie chronić. Bo byłem manipulowany przez bohaterów, na przykład. Że wykorzystywano mnie. Bo często się mówi tak… Dokumentaliści mówią: „No my pracujemy i człowiek nam, bohater daje siebie”. A ja odbieram to zupełnie inaczej ze swoich filmów. Ja dawałem 100% siebie. Oczywiście dostawałem dużo, ale dawałem czasami za dużo. Ale, żeby nie było tak pesymistycznie w sprawie młodzieży, to trafia się też wspaniały – teraz mamy takich, na roku mamy. Mam w trzecim roku i czwartym. Poprowadzę te zajęcia na trzecim, czwartym roku reżyserii. Mam wspaniałą grupę. Miałem przez ostatnie trzy lata, nie wiem czy to wina pandemii, coś się stało przez może online zajęcia – brak takiej osobistej relacji, spojrzenia, bycia ze sobą, kontaktu. Było ciężko, bardzo. Młodzież też się zmieniła. Jest to inny świat troszeczkę, ale my musimy próbować ich zrozumieć. Film już inaczej w ich głowach wygląda, inaczej brzmi. My nie możemy im proponować naszego kina, bo: „Co to jest?”. Często bywa tak, że cofamy się do tych naszych doświadczeń, ale raczej pod kątem tych relacji ludzkich, tej jakby ciekawości drugiego człowieka. Padają często pytania. Wszyscy chcą fabuły robić. Ale padają pytania typu: „Panie Jacku, jak to się robi? Jak się to z człowiekiem? Jak się zagaduje? Jak podejść do drugiej osoby? Jak? Co zrobić, żeby ona chciała?”. To jest tak, jak stoję na przystanku, idzie osoba upośledzona albo alkoholik. Jest wiele osób. I on przyjdzie do mnie, mogę się założyć o wszystko. Nie dlatego, że… Prosta rzecz. Wszyscy starają się odwrócić uwagę, żeby on nie zauważył, bo oni mijają wzrokiem i komunikują się. A ja się nie boję, wręcz odwrotnie. Tak zawsze jestem, wydaje mi się… Tak się zastanawiam, co się mogło wydarzyć albo czy ten człowiek… Co się wydarzyło w jego życiu? Albo może trzeba jakiegoś, może się zgubił, zagubił, nie wiem. I wtedy jak patrzę, to jest taka ciekawość, po prostu, drugiego człowieka. I taka nieciekawość, taka typu, prawda, ciekawość taka ciepła, ciekawość ludzka. No to jak ma nie przyjść do mnie?
[Biała plansza. Po środku planszy czarny napis prostą czcionką: Czy w codziennych zdarzeniach widzi Pan temat na film dokumentalny?] No jest na pewno dużo, ale doszedłem do momentu, zwłaszcza po Szczurze w koronie, czyli naprawdę dużo kosztował ten film. Pomyślałem, że trochę chciałbym coś dla siebie też zrobić. Ja też mam wyobraźnię, ja też mam emocje, ja… chłopak z zamku. Chcę opowiedzieć, o swoim świecie. A nie cały czas dawać i ratować potrzebujących ludzi. Bo takie filmy to jest spotkanie paroletnie. Wojownika robiłem sześć lat, trzy lata Szczura w koronie. To są wszystko wieloletnie spotkania. To nie jest tak, że się przychodzi, robi film i się odchodzi. To lata trwają. Bywają. Jestem z kimś na jakiejś drodze, bo wspólnie wierzymy w to, że to jest ważne i coś się wydarzy takiego, co da siłę do życia. Starość jest starością. W tym środowisku jest bardzo wyrazista, ponieważ tracimy coraz te ubytki, te utraty wszystkiego, co było ważne i decydowało o naszym byciu. Jakby tracimy pamięć, wzrok, słuch. Ale wtedy wydaje mi się, jakby… Wtedy dopiero, przy tych ograniczeniach, jakby dopiero widzimy tą wielkość, jaką mamy w sobie. Kiedy musimy z tym sobie poradzić. Jeszcze był drugi – to jest ważne, ale ważne było to, że też w tym czasie moja mama już była bardzo blisko, też już było jej coraz mniej, jak więcej. Też chciałem, szczerze mówiąc, też jakoś sobie tutaj taki teren zbudować, który pozwoli mi jakby łatwiej przejść ten czas. Nie, nie było łatwiej. Nie było łatwiej. I myślałem, że to tak wszystko będzie pachnące. Nie, nie, nie. Nie było. Ale to jest ten właśnie, to jest to takie osobiste. No przecież na tym to polega. To wszystko – wypreparowanie z pauzy, z pomyłek, z tego takiego życia. Wypreparowanie jest sztuczne później, nie jest prawdziwe. Tak samo jak Orzeł. Ostatni patrol. Wie pani, dlaczego ten film teraz, po tej opowieści mojej? Po tych lochach? Po tych lękach? Po tych kościotrupach? Po tym zaduchu? W tym zamknięciu? To jest mój świat. Tam się świetnie czuję. Nie historia jakiegoś… hollywoodzkiej story, na którą wszyscy oczekują. Tylko mój bohaterem jest strach, lęk. Zamknięcie. Gdzie przedmioty martwe są żywe – zbroje były żywe, prawdziwe. Tak jak okręt, który dla mnie był żywą istotą, tak samo te zbroje były dla mnie żywymi, prawdziwymi istotami. Dlatego ten Orzeł tak wygląda. Ale wiemy o tym, że świat oczekuje tak zwanej historii, wzruszeń łatwych. My jesteśmy w Szkole, tu jest ruch. Tu jest ruch, tu się dzieje, tu się tworzy. Na tych schodach tu siedziało pełno takich… Nie wiem, czuję ich czy nie. Coś tam czuję, bo ja łatwo wyczuwam taką materię, którą gdzieś wyniosłem właśnie z tej swojej przeszłości. Gdzie ktoś mnie zapytał: „Panie Jacku, nie bał pan się tam, na tym zamku? Kogo miałem się bać?” – „No duchów”. A ja mówię: „Jak miałem się bać, jak to były jedyne istoty, z którymi mogłem spędzać czas?”. To jak się miałem bać. To miałem codziennie. Białe damy, duchy, straszenia, no w ogóle takie to. Jak nie było, to sami to robiliśmy, bo się nudziliśmy, bo nuda była.
[Biała plansza. Po środku planszy czarny napis prostą czcionką: Jakie przestrzenie Pana inspirują?] Na pewno były to miejsca hermetyczne, jakieś zamknięte, nieotwarte. No, bo Skolimów, dom starości, też zamknięty, prawda? Nienormalni, zamknięte miejsce. Wszystko gdzieś w zamknięciu. Świat zamknięty, czy alkoholicy żyjący w swoim zamkniętym, niezwykłym, niehermetycznym świecie. Piloci, Skalski w samolocie. Film nie wychodzi z samolotu. Generał Wehrmachtu, Kazimierz Leski. Film czy, właściwie, więzienie. W zamknięciu, w totalnej grozie zrobiony, strachu, lęku, w potwornych czasach. To robiłem, jeszcze pamiętam, na negatywie dźwięku, na olbrzymich kontrastach. W tym drapieżność ta, to zamknięcie, to osaczenie. Tak samo jak w Orle. Wszystko to osaczenie tematem. Człowiek sam się osacza, bo Orła stworzył człowiek i się przez to osaczył. Stworzył potwora. System komunistyczny zamknął Leskiego, skazał na karę śmierci. Osaczył go system. Wszystko polegało na osaczeniu. Tu się człowiek osacza, prawda. A ja tego nie miałem świadomości, tego osaczenia przecież na zamku, bo kto mi to mógł wytłumaczyć. Nie miałem tego poczucia. Dopiero później, jak wyjechałem no to… To nawet nie osaczenie, to jest po prostu poznanie. Poznanie, jakby oswojenie się z tymi czerniami, lękami, bo one mi towarzyszyły praktycznie całe życie.
Później gdzieś to zostało. To nie tak, że to się – zamek, rycerze, tu kościotrupy zabalsamowane, ręce. Do dziś się pamiętam, pół ręki zabalsamowane, półgoła kość, trumny miedziane, włosy, zęby. Na początku jeszcze kościotrupy miały złote zęby, ale jak przyszła sowiecka wycieczka, to po wizycie już moje kościotrupy nie miały złotych zębów. Ale to się odbija. To nie jest tak, że to się ceny nie płaci za to. Jako dziecko wchłonąłem coś i teraz cały czas wydaje mi się, że stąd się biorą te takie tematy, w których w jakiś sposób szuka się takiego światełka. Raz, że się tam dobrze czuję, bo jedno drugiemu trochę zaprzecza. A z drugiej strony się tego boję. I chciałbym to oswoić. No muszę się z tym zmierzyć. Im więcej ognia, czerni, pożaru tym bardziej to cię przyciąga. Ojciec był pilotem w czasie wojny. Zestrzelony był. I nie dość, że byliśmy sami na tym zamku, to jeszcze on miał wielkie problemy. Olbrzymie. Które w jakiś sposób… Bardziej się bałem jego, jak tych kościotrupów.
Piszę tak powoli, próbuję to ogarnąć i napisać, ale czy będę miał odwagę, żeby to później… coś z tym zrobić? Chyba nie. Ale coś za bardzo się tutaj otwieram, proszę państwa. Koniec tych zwierzeń, ponieważ wejdę na pułapy i miejsca, które ukrywam i nie chcę ich odkrywać. A tutaj zaczynam coś… Te schody, te duchy, które mnie tu otaczają, oni coś tutaj ze mną robią może. [Biała plansza. Po środku planszy czarny napis prostą czcionką: Lubi Pan pracę ze studentami?] Jak są fajni – to znaczy też, jak się ma taki kontakt i wiemy, że to – jakby to nazwać, z tym uczeniem, no to jest… Jak to nazwać? Że jak się czuje, że to wchodzi, że to trafia i też jest ten przepływ fajny i że ja się rozwijam, bo inaczej to bez sensu. Ja się potrafię od nich uczyć. To jest super. Zawsze jest nowy rok, nowe osoby, nowy czas, wszystko się zmienia wokół nas. Ja przecież nie zajmuję się tylko dydaktyką. Zresztą, ja to głównie bazuję na tym – nie potrafię powtórzyć, tak jak w szachach, tego samego ruchu. Tylko otwarcie, gambit może, ale dalej to już tajemnica. Nie wiem, co będzie. Ale jestem ciągle w boju. Łączę to. Jakbym miał porzucić to, co jest mi najbliższe, czyli ten świat, który gdzieś tam chcę poznać, własny, no to na pewno bym nie – porzucił Szkołę wtedy, że bym musiał wybierać. Ale nie muszę. Bo to, wydaje mi się, te doświadczenia tutaj, no jakby, przekazuję. To jest dla nich ważne, chyba że mogę ich na plan zaprosić swojego filmu albo opowiedzieć o rzeczach, które są takie wyjątkowe, w sensie doświadczeń reżyserskich. To jest dobre połączenie. Ale tego nie powiem. Tu zostawię. Mam swoje miejsce, ale odkryję je kiedyś. Naprawdę. Tu wszyscy wiedzą o tym. Jakby pani zapytała kogoś to by powiedzieli, gdzie mam swoje miejsce. Powiedzą: „Tu!”. A ja pani zaraz go pokaże, to swoje miejsca. Wyjdziemy stąd to pokażę. To jest terapia. Tam siedzę i to uwielbiam.
