Grażyna Szymańska
Grażyna Szymańska – drugi reżyser. Urodzona w Łodzi 1952 roku. Absolwentka studiów filmoznawczych na Uniwersytecie Łódzkim. Pracę w kinematografii zaczęła jako asystent reżysera przy takich produkcjach, jak „Znak orła” (1977) w reżyserii Huberta Drapella, czy „Wysokie loty” (1978) w reżyserii Ryszarda Filipskiego. Współpracowała przy realizacji m.in. filmów „Kawalerskie życie na obczyźnie” (1992) w reżyserii Andrzeja Barańskiego, „Przypadek Pekosińskiego” (1993) w reżyserii Grzegorza Królikiewicza oraz „Dzieje mistrza Twardowskiego” (1995) w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. Jako drugi reżyser pracowała na planie takich filmów i seriali, jak „Czerwone węże” (1988) w reżyserii Wojciecha Fiwka, „Tabu” (1987) w reżyserii Andrzeja Barańskiego, „Szamanka” (1996) w reżyserii Andrzeja Żuławskiego, „Szczęśliwy człowiek” (2000) w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej, „Listy miłosne” (2001) w reżyserii Sławomira Kryńskiego, „Tylko mnie kochaj” (2006) w reżyserii Ryszarda Zatorskiego oraz „M jak miłość” (2001-2024). Członkini Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
Grażyna Szymańska. Pracuję jako drugi reżyser, reżyser obsady w produkcjach filmowych, telewizyjnych – różnych. Często sobie to wspominam. Pierwsza fascynacja kinem to była, jak jeździłam na wakacje na wieś pod Łodzią i tam przyjeżdżało kino objazdowe. I w remizie strażackiej były filmy wyświetlane z projektora, czarno-białe. Nie pamiętam już jakie to były filmy, ale do tej pory, jak przejeżdżam przez wieś i widzę mury tej remizy strażackiej, to zawsze sobie myślę, od tego miejsca jest moja fascynacja kinem. Potem w Łodzi mieszkałam na Bałutach i było takie kino Czajka, to jest Kochanówek. Ten budynek stoi do tej pory, tam się mieszczą już inne nie wiem co, ale to też tam pamiętam Przeminęło z wiatrem na przykład oglądałam. No i później, no to już były wszystkie kina w Łodzi, głównie studyjne, ale było też Młoda Gwardia, Włókniarz, Polonia na Piotrkowskiej, tak Polonia. Potem już były czasy Bałtyku. W Bałtyku były Konfrontacje i wtedy ja praktycznie co roku oglądałam wszystkie filmy, które wtedy można było obejrzeć, a wtedy nie było ani streamingu, ani nie było takiej ilości filmów, i Konfrontacje to było wielkie wydarzenie dla wszystkich, którzy kochali film. A, to jeszcze w czasie szkoły średniej, ponieważ działałam w Dyskusyjnym Klubie Filmowym, to byłam w jury festiwalu filmów w Łagowie. Nie było wtedy jeszcze festiwalu w Gdyni, tylko w Łagowie. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych był w Łagowie, w Zielonogórskim. I tam byłam członkiem jury dziewięcioosobowego za najlepszy polski film. I wtedy dostał Kazimierz Kutz za Perłę w koronie. I ja mam też w tym swój drobniutki udział jako członek dziewięcioosobowego jury, jako członek Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Potem oczywiście wspaniałe studia na Uniwersytecie Łódzkim. Filologia polska ze specjalizacją filmoznawczą, bo wtedy jeszcze tego filmoznawstwa jako takiego osobnego kierunku nie było. I profesorem ukochanym był profesor Bolesław Lewicki. Teraz jak szłam, właściwie zawsze jak idę ulicą Piotrkowską tutaj, gdzie są nasze gwiazdy na chodnikach, to zawsze widzę, że jest też gwiazda profesora Lewickiego, który był oczywiście teoretykiem filmu, ale nie tylko, bo kochał w każdym calu film. Był przecież rektorem Szkoły Filmowej. No i w ogóle legenda nasza łódzka, wspaniały pan profesor. Po studiach zaczęłam pracować od razu w produkcjach filmowych jako asystent reżysera, bo tak to się nazywało. Potem to się nazywało drugi reżyser, ale tak naprawdę zawsze jest to funkcja asystenta, czyli osoby, która współorganizuje produkcję danego filmu. Zaczyna się zawsze od scenariusza, od grupy wtedy najczęściej. Ja zaczynałam, a, źle jeszcze mówię. Zaczęłam film Znak orła, to był serial dla dzieci i to był robiony we Wrocławiu. To był pierwszy, jedyny film, który robiłam we Wrocławiu, w Wytwórni Filmów Fabularnych, ale na wystawowej, Wrocław – Znak orła. Natomiast już potem wszystko resztę to już było w Łodzi na Łąkowej 29. Szło się długim, wielkim korytarzem na pierwszym piętrze, drzwi otwarte i w każdych drzwiach była inna produkcja, inny film. Idąc korytarzem, mijało się korytarz, na którym był bar i tam wszyscy siedzieli. To było ciekawe i nieprawdopodobnie, ponieważ mury same nie są ciekawe w żadnej instytucji. Mury to nic. Klimat tworzą ludzie, a w tym momencie aktorzy, także znani, statyści. Bardzo dużo filmów robiło się wtedy w Łodzi historycznych, więc te kostiumy, które te kobiety, te statystki, już nie mówię o aktorkach, które sunęły po korytarzach i siedziały w barze, to po prostu było urokliwe i to się pamięta po prostu wszystko. No i potem tak film za filmem, przechodząc z jednej produkcji do następnej, z jednej produkcji do drugiej. No tak minęło parę lat, patrzę na zegarek, a tu minęło 40 lat albo i więcej.
Andrzej Barański, wspaniały człowiek, życzliwy. Małomówny, ale on mówił zawsze wtedy, kiedy miał coś do powiedzenia i kiedy było trzeba. Słów na wiatr nie rzucał, niepotrzebnych. I to było właśnie fajne. Bo my teraz za dużo mówimy, bo mówimy ciągle i wypowiadamy się na każdy temat, tak jakbyśmy się znali. Jesteśmy najlepszymi, znamy się na medycynie, znamy się na piłce – na wszystkim. A tu trzeba się znać tylko na tym, co jest ważne, na czym się naprawdę człowiek zna. Pierwszy film z Andrzejem Barańskim to był Niech cię odleci mara , Bronisław Pawlik, Anna Ciepielewska, Marek Probosz. Marek Probosz, który potem naprawdę zrobił piękną karierę, bo wyjechał do Stanów, mieszkał w Santa Monica w Kalifornii i tam robi swoje projekty, swoje monodramy, swoje dokumenty i dokumentalne filmy. I Marek też uczy, uczy młodzież tam w Ameryce. Zresztą byłam przed pandemią właśnie w Kalifornii i w Hollywood, bo marzyłam o tym zawsze, że pracując tyle lat w kinematografii, no myślę sobie: „Muszę zobaczyć to wzgórze z napisem Hollywood, no muszę przejść przez to”. No to oczywiście tak pół żartem, pół serio, ale to było naprawdę spełnienie marzeń, bo byłam i w Universal Studio i tam gdzie właśnie te schody Oscarowe, które bez dywanu i bez gwiazd, bez świateł, to są zwykłym domem handlowym, zwykłym centrum po prostu. I wtedy spotkałam się, będąc tam, ja się spotkałam z Markiem Proboszem, on właśnie w Santa Monica, i spotkaliśmy się na ławeczce Forresta Gumpa, bo tam po prostu jest taka specjalna drewniana, z tą walizeczką jego, więc tam, no ale to jest oczywiście tak jakby na marginesie, pewnie jeszcze do tego wrócę, bo to moje wielkie przeżycie. Czyli Andrzej Barański, Niech cię odleci mara, Bronisław Pawlik, Anna Ciepielewska, Marek Probosz. Zdjęcia były w Łodzi, pod Łodzią, w Lutomiersku. Pamiętam, że wszystko, ten rynek to były wtedy jeszcze bardzo piękne miejsca, które nie zostały zepsute przez żadne reklamy, przez banery, przez tą nowoczesność, która nie zawsze służy tej renowacji dobrej. Wtedy to było przepiękne. Potem Niech cię odleci mara, teraz Kawalerskie życie na obczyźnie i film Tabu.
Film Tabu, którego niedawno była rekonstrukcja cyfrowa i tutaj w Ninatece na Wałbrzyskiej w Warszawie była jakby taka uroczysta premiera. Był pan Andrzej Barański, była Grażyna Szapołowska i była Bernadetta Machała-Krzemińska, to teraz już dojrzała aktorka, wtedy młoda dziewczyna, którą znalazłam ze zdjęć próbnych. Ona ze zdjęć próbnych, chodziłam wtedy po szkołach aktorskich, wyławiałam te ciekawe osoby. Przyjeżdżały, no bo to się nazywały wtedy zdjęcia próbne, teraz mówimy casting, ale wtedy to zdjęcia próbne, czyli kamera, tekst, no i po prostu trzeba się było nauczyć i zagrać scenę w danym miejscu, danego dnia, o określonej godzinie. I wtedy z tych zdjęć została wybrana Bernadetta Machała-Krzemińska, to był Tabu. Przepiękne kino, kręciliśmy też w Łodzi, w dekoracji w Wytwórni Filmów i pod Łodzią, wszystkie plenery były pod Łodzią. Pamiętam ze scen, które kręciliśmy w samej hali zdjęciowej Wytwórni na Łąkowej, grał pan Bronisław Pawlik, który był wspaniałym aktorem, ale był też takim raptusem i bardzo się szybko denerwował, ale był tak skupiony na tym, co grał. Ja pamiętam, że stałam przy kamerze, miałam tekst scenariusza i śledziłam, czy on dobrze mówi, ewentualnie coś mu tam podpowiedzieć, delikatnie, jednym słowem, i przewróciłam kartkę tego scenariusza i już mu to przeszkodziło. On przerwał ujęcie, a wtedy to była taśma, światłoczuła, to nie było tak, że można było w nieskończoność robić duble. I on przerwał i musiał wszystko zacząć od nowa. Był tak skupiony na tym, co mówił i robił, że nawet to odwrócenie kartki wytrąciło go z równowagi. Był tak nieprawdopodobnie… precyzyjnym aktorem. Oczywiście on się potem nie denerwował i w ogóle to nie o to chodziło, tylko że po prostu w danym momencie po prostu już go to wytrąciło z równowagi. Zresztą pan Andrzej Barański przecież ma za sobą wiele dokumentów, pierwszych filmów. Pochodzi z Pińczowa, Kieleckie to jest. Ja byłam kiedyś w Busko-Zdroju i pojechałam specjalnie do Pińczowa, i pojechałam do domu kultury, żeby zwiedzić jakby synagogę i okolice i tam wszyscy znali Andrzeja Barańskiego. Bo on gdzieś tam stamtąd pochodził, wszyscy go wspominali i po prostu było to niezwykle miłe, jak właściwie wspomina się kogoś, kto gdzieś jest stąd, z tej ziemi, z tego miejsca, a potem idzie w świat i robi wielką karierę. I to tak było bardzo miłe, bo po prostu nawet jak się spotkałam potem z panem Andrzejem, to mu o tym mówiłam, że w Pińczowie tak go kochają.
Z panem Grzegorzem Królikiewiczem. To był Przypadek Pekosińskiego – film, który dostał główną nagrodę chyba na festiwalu wtedy już w Gdyni, czy w Gdańsku, czy w Gdyni, już nie pamiętam, jak to było, ale w każdym bądź razie dostał główną nagrodę. Głównym aktorem to był amator przez niego znaleziony. Myśmy dobierali wszystkich innych dopiero do całej tej opowieści. I pan Grzegorz Królikiewicz, który może znany był wtedy, że na przykład krzyczał na ekipę, że był bardzo nerwowy… nigdy na mnie nie krzyknął, nigdy nie powiedział mi złego słowa. Bo miał nieprawdopodobne, myślę, wyczucie drugiego człowieka, że wiedział na kogo może ostrzej, to on powie, ale jeśliby na mnie nakrzyczał, mówiąc już o sobie najbardziej prywatnie, no to pewnie już bym tam nie była, już by mnie tam nie było. W związku z tym, a tak, no wiedział, że gdzieś tam chyba mu jestem potrzebna do prowadzenia tej produkcji i bardzo był miły. Po tym jak zdobył to Złote Grono, to zaprosił kilka osób do domu na takie przyjęcie po to, żeby nam podziękować osobno jeszcze, więc też wspominam go bardzo dobrze. Andrzej Żuławski, Szamanka – no to już były dekoracje, tak. Też były dekoracje w Łodzi wielkie, piękne mieszkania. Pan Andrzej Żuławski – no wspominam tylko takie drobiazgi, no bo nie wszystkiego przecież nie jest się w stanie opowiedzieć czy przypomnieć. Na przykład miał też umiejętność doceniania i zauważenia każdego członka ekipy. Na przykład, w Wytwórni na Łąkowej, to dekoracje były powiedzmy na parterze, wielkie hale zdjęciowe, a biura produkcyjne były na pierwszym piętrze. I on po zdjęciach, pan Andrzej Żuławski przyszedł do nas do biura i na przykład potrafił dojść do mnie i powiedzieć: „Dziękuję ci za ten epizod. Była świetna”. Czyli potrafił nawet z małej rzeczy, co naprawdę bardzo to jest wspaniała cecha, jednocześnie to buduje i chce się jeszcze bardziej pracować, chce się lepiej. I to właśnie na przykład było… Pani Halina Koman, to była aktorka Teatru Jaracza w Łodzi. Adam Koman to dyrektor Teatru Jaracza, to było małżeństwo, ale w Szamance grała pani Halina Koman. Grała w tej dekoracji taką kobietę z kotem, sąsiadkę i on mi za nią tak podziękował bardzo. To był naprawdę epizod, ale po prostu tak jakoś fajnie to ona zagrała i ja to tak wczułam, że ona do tego mi pasuje, że po prostu pamiętam ten moment, jak wszedł i mówi: „Dziękuję ci bardzo za to”. Niezwykle miłe.
Sławek Kryński, też cudny reżyser, wykładowca w Szkole Filmowej. Teraz nawet go obserwuję na Instagramie, to chyba jest w Paryżu albo w Wenecji, on gdzieś tam wyjeżdża, chyba nic w tej chwili nie kręci. To była Księga wielkich życzeń, wspaniali aktorzy tam grali, tam byli wspaniali aktorzy też, bo był Gustaw Holoubek, Henryk Machalica, czyli ojciec całej trójki aktorów wspaniałych, Danuta Szaflarska i dzieci. I te dzieci – oj, to też było bardzo dużo zdjęć próbnych. To były dziesiątki tych dziewczynek, tych dzieci. Myśmy tam po prostu zapraszali, ja chodziłam po szkołach, wybierałam takie z różnych szkół najciekawsze i potem bardzo było też dużo. I te dekoracje też były przepiękne. W ogóle w Wytwórni łódzkiej wspaniale robili dekoracje, bo to były dekoracje realistyczne, ale nie do końca, one zawsze były twórcze, zawsze były jak filmy Hasa. Ja z Panem Wojciechem Hasem nie pracowałam, ale on był szefem Zespołu „Index”, w których te filmy były robione, więc bardzo często do nas do biura przychodził. Ale pamiętam też te wszystkie dekoracje, które były do jego filmów robione. No to po prostu rewelacyjne. Oprócz realistycznej, to właśnie miały taką poezję, tak po prostu było to skonstruowane, że w tej Księdze wielkich życzeń na przykład te pokoje, ten strych, to pamiętam te pajęczyny, które były robione, ta niesamowitość, te dziewczynki, które chodziły po tym domu, one się bały, ale to było też zrobione scenografią, tą dekoracją, że to było wymyślone, to nie było tylko tak, że postawiona kamera w zwykłym domu. To było to jedno i chyba jeszcze potem, co to były? Listy miłosne. Ale chyba film, który nie miał dystrybucji, nie był chyba w kinach. Już nie pamiętam w tej chwili. W każdym bądź razie, no Sławek jeszcze robił bardzo komediowe filmy, przecież te pierwsze z Ewą Gawryluk. Fajnie byłoby, żeby jeszcze coś zrobił. To w każdej chwili. W każdej chwili byłabym gotowa mu pomóc.
Wtedy to tak się nie mówiło, to był asystent reżysera czy drugi reżyser. Do moich obowiązków należało też zaproponowanie obsady do danej roli, do danych ról. I w przypadku dzieci to zawsze trzeba szukać od nowa. Wtedy jeszcze nie było tak, przynajmniej w Łodzi, nie było agencji, bo teraz mamy agencje, które skupiają chętne dzieci. I ci, którzy chcą, to najpierw dzwonią do agencji, a potem dopiero sprawdzają dziecko. A tutaj, to ja pamiętam, że przede wszystkim chodziłam po szkołach, po domach kultury, po różnego rodzaju takich, sprawdzałam zajęcia kulturalne z udziałem dzieci. Bo to były też takie bardzo dobre źródło właśnie. I po prostu to trzeba było się mocno napracować, bo nie było agencji, trzeba było po prostu najpierw znaleźć kilka, kilkadziesiąt czy nawet więcej osób i z tego dopiero drogą eliminacji zapraszać. Oczywiście z rodzicami do Wytwórni na casting, dawać teksty i te dzieciaki normalnie przed kamerą musiały to grać. W ten sposób znalazłam też aktorkę, która potem pięknie zagrała i też poszła w karierę światową, Alicja Bachleda-Curuś. Alicja Bachleda-Curuś zagrała w Syzyfowych pracach, gdzie był i serial, i fabuła. I to było tak, że oczywiście głównie to są chłopcy, bo to wiadomo, że była szkoła i to byli głównie aktorzy, chłopcy, ale była też ta ukochana głównego bohatera, przez chwilę się pojawiała. Biruta chyba, i to właśnie zagrała Alicja Bachleda-Curuś, którą znalazłam w Krakowie. Ona już wtedy śpiewała, już wydała nawet jako tam dziesięcio czy dwunastolatka, już nie pamiętam dokładnie ile, ona już wydała taką małą kasetę, swoje piosenki. Właściwie pierwszą rolę filmową zagrała w Syzyfowych pracach. Dopiero później był Pan Tadeusz, bo tam koleżanki, które robiły obsadę, ja im podałam Alicję Bachledę-Curuś. Pamiętam, że jak dostała rolę, to mama do mnie chyba, no nie było komórek, więc normalnie zadzwoniła chyba przed północą, żeby powiedzieć, że Alicja dostała rolę u Andrzeja Wajdy. Zresztą wracając znowu do mojego ukochanego Hollywood, tak oczywiście w cudzysłowie, to ja się też spotkałam z Alicją Bachledą-Curuś jak byłam wtedy w Kalifornii. W Los Angeles, w Universal Studio spotkałyśmy się, tam ona miała wtedy wolne, przyjechała do mnie, więc było to bardzo fajne i miłe, że takie początki ona pamiętała zawsze, że początki to były ode mnie. Wszystko resztę już, oczywiście każdy aktor, każda aktorka, uważam, zawdzięcza sobie. Ale ten początek to jest dobrze, jeżeli się natrafi na życzliwych ludzi. O tak bym powiedziała, tak rozumiem ten swój zawód tego reżysera obsady, że na początku trzeba pomóc, a potem już każdy i tak odpowiada za siebie i jak już sobie poprowadzi, to już jest jego sprawa. Na początku fajnie trafić na… a w tej chwili castingi, bo tak najczęściej teraz to mówimy, chociaż zawsze wolę, że to zwykła obsada, to bardzo często robi się takie self-tape’y, czyli wysyłam do aktorów scenki, i oni mi to nagrywają. I potem przesyłają na przykład na YouTube’a i na mojego maila i ja to sobie oglądam. I to jest pierwszy etap. Później, jak do tego etapu dochodzi już, nie wiem, 3-5 czy 10 osób, to już oczywiście zapraszamy, tak żeby się poznać bezpośrednio, z partnerem zagrać przed kamerą, to już jakby jest ten etap ostateczny. Ale żeby tak sprawdzić i dać szansę jak największą, bo te self-tape’y dają szansę większej ilości osób, bo wtedy można nagrywać się w Krakowie, w Gdańsku, gdziekolwiek się jest. O właśnie teraz na przykład, mam aktorkę, która jest w Toskanii, też mi pięknego self-tape’a przesłała i to już jest początek tej obsady. Więc to jest też fajne bardzo. No i tak.
Wiadomo, że w jakiś sposób w latach koniec dziewięćdziesiątych, początek 2000 przemiany, które były w kraju, zmieniały się też w kulturze, zmieniały się w filmie, no i u nas w Wytwórni też się to zmieniało, że już tych filmów nie było tyle, że można było je wybierać, co się chciało i co pasowało. Tylko już ich tak naprawdę było niewiele. A pracowałam z kierownikiem produkcji, pan Ryszard Chutkowski, który robił wszystkie filmy z Kieślowskim, na przykład te Trzy kolory, Dekalog. I pracowałam przy filmie, który był koprodukcją belgijsko-francusko-polską, to się nazywało Dance. Zresztą zdjęcia były w Łodzi, w dawnej fabryce Marchlewskiego, czyli teraz tam, gdzie jest Manufaktura, w Zgierzu, to był taki XIX wiek, tylko w Belgii. Taki był film Dance. Zresztą był nominowany do Oscara jako najlepszy film europejski. Oscara nie dostał, ale już sama nominacja jest też zawsze przecież jakimś wyróżnieniem. Z panem Ryszardem Chutkowskim. I on zaproponował mi pracę przy filmie z Jerzym Łukaszewiczem, to się nazywało Słoneczna włócznia. To był też serial z Niemcami, dla dzieci. No i potem ten sam pan Ryszard Chutkowski zaproponował, że przygotowuje serial M jak miłość. No i właśnie tak się zaczęło. Nikt nie przypuszczał, że pójdzie nam to tak dobrze, bo był to, nie wiem, na 70 odcinków, nie wiem czy na 100, chyba nie. Emisja M jak miłość była raz w tygodniu. W ogóle nikt z nas nie przypuszczał, że się to tak rozwinie. Autorem scenariusza i myślę, że to była główna zasługa, jest pani Ilona Łepkowska, była wtedy pani Ilona Łepkowska, która tak te losy bohaterów zagmatwała, tak fajnie to pomyślała, że zrobiła taką opowieść rodzinną. O rodzinie Mostowiaków, o ich dzieciach, wnukach. Ona tak to świetnie na początku pomyślała, że po prostu chyba od tego zaczął się ten sukces. No i oczywiście od aktorów, którzy na początku, czyli pani Teresa Lipowska, która gra do tej pory, Witek Pyrkosz, który jest cudnym aktorem i wszyscy go wspominamy po prostu, nieprawdopodobnie jakim był aktorem. Pan Witek Pyrkosz na przykład nie to, że: „Nie widziałem sceny, nic mi nie powiedziałaś, nie zrobiłaś”. Nie, tylko: „Wiesz, dzwoni drugi raz, no nie mam tej sceny. No którą tą scenę mam na jutro? Chyba mi koty zjadły albo psy zjadły…”, ale nigdy nie powiedział, że ty mi nie powiedziałaś. A też mogło tak być, że ja mogłam nie powiedzieć, prawda, albo mogłam źle powiedzieć. Nie, to nie było tak. „Wiesz, chyba mi koty zjadły albo pies, albo nie wiem co. Powiedz mi, co ja jutro gram” – taki był Witek Pyrkosz. No i tak to się po prostu zaczęło. Potem coraz więcej bohaterów. Jedni odchodzili, drudzy przychodzili.
Myślę, że i ciągle jestem przekonana, teraz główną osobą piszącą jest pani Alina Puchała, która też tak gmatwa losy bohaterów, a jednocześnie ma takie wyczucie aktorów, postaci, a jednocześnie jakby charakteru aktora, że potrafi nawet wykorzystać do postaci jakby umiejętności aktora, czy to jakie on jest, żeby to można było wykorzystać do postaci. I też dlatego myślę, że też dzięki niej to tak idzie, że no po prostu minęło 24 lata. Czy jest inna praca, w fabule? I tak, i nie. I tak, i nie, bo za każdym razem są nowe scenariusze, czyli nowych odcinków. Ja mam teraz 1800-któryś tam odcinek. I teraz tak, oczywiście są postaci te, które są stałe, ale jest też dużo nowych. I to jest niespodzianka, że to trzeba po prostu znów znaleźć i znów wymyśleć dzieci, dorosłych, umiejętności takie czy inne. Więc to nie jest tak, że się odcina kupony tylko tego, co już było. Tylko to jest na dobrą sprawę naprawdę ciągle, nie waham się użyć tego słowa, że to jest ciągle praca twórcza. Mimo, że to jest seria i mało tego, tak jak mnie to bardzo jeszcze trzyma to, że ludzie to oglądają, i że ja jadąc na swoją wieś pod łodzią, mam tam całe rzesze fanów. Na przykład, kuzynka mówi: „To powiedz tej pani Grażynie, żeby ona mi więcej tych wątków kryminalnych tam nie dawała, bo ja się denerwuję jak bohaterowi, coś się stanie, żeby oni się kochali i byli szczęśliwi i zdrowi”. Czyli, że ludzie tak przeżywają. Mało tego, identyfikują, co się nam czasami wydaje tak trochę śmieszne, bo identyfikują bardzo postać z aktorem. Zresztą aktorzy też mają wtedy niełatwo, wbrew pozorom, bo, prawda: „Pani mi wypisze receptę, skoro pani gra lekarza”, na przykład. Więc to jest naprawdę śmiem twierdzić, że to jest dla wszystkich, którzy pracują przy takim serialu też praca twórcza, że ja bym tego nie lekceważyła i nigdy mi się zdaje, że nie. Przypomina mi się takie zdarzenie, 2-3 lata temu byłam w wakacje na Majorce, i spotykam się z panią rezydent, która proponuje wycieczki po Majorce i mówi takie zdanie: „No bo tutaj na tej Majorce to jest tak jak we M jak miłość u Mostowiaków”, a przecież ona nie wie, że ja siedzę naprzeciwko. No więc potem na koniec spotkania, to ja podeszłam do niej i mówię, że właśnie pracuję. Ona była przeszczęśliwa i mówi, że ona rezydent na hiszpańskiej wyspie, że trzyma ją bardzo polskie kino, M jak miłość, że właśnie los bohaterów. I to jeszcze nie koniec, bo za dzień czy dwa obsługa hotelu przynosi mi do pokoju butelkę szampana z karteczką, że za te wszystkie wrażenia i doznania w M jak miłość dziękuję. Ja to oczywiście przesyłałam i do pani scenarzystki, i do innych współpracowników. Powiedziałam, że to jest przecież podziękowanie dla nas wszystkich. Na moje ręce, ale dla nas wszystkich. Więc takie się spotkania czasami zdarzają, więc to jest a propos serialu, że warto i to jest po prostu, jeżeli się robi wszystko z pasją i robi się ciągle tak, jakbym to robiła pierwszy film, no to właściwie nie ma znaczenia, że to jest 1800-dwudziesty któryś odcinek. Tylko po prostu, jeśli się to kocha i mówię, za tym też jeszcze stoją widzowie, że ja mam przed oczami mój target, moi widzowie. Moja ciocia, siostra ojca, na wsi pyta: „No tak, ale czy ta Joasia będzie z tym Leszkiem, czy będzie z Michałem?”. Był taki wątek, gdzie Basia Kurdej-Szatan, grał Paweł Delong i Sławek Gniatowski. Ja byłam odpowiedzialna za losy ich, w sensie oczywiście znowu żartuję, no po prostu z kim ma być ta Joasia, z kim ona w końcu będzie. To może jest takie troszkę śmieszne, ale nie. Tyle.
Myślę, że bardzo dobre życie w kinie. Bo to jest bardzo dobre życie w kinie, to jest także to, że jest się potrzebnym. Ja potrzebuję aktorów, potrzebuję oglądać ich spektakle. Teraz przecież oczywiście oglądałam w Łodzi, byłam na Festiwalu Szkół Aktorskich, do której jeżdżę też od 30 czy od iluś lat. Zawsze towarzyszę wszystkim młodym od początku, zawsze ich tam wyławiam. podaję swojego maila, swojego Facebooka, żeby do mnie pisali, żeby się do mnie zgłaszali, bo od tego się zaczyna. Kończy się festiwal, kończy się festiwal szkół, kończą szkołę, ale już resztę muszą sobie sami poradzić. I nagrody są fajne i ta radość otrzymania w Teatrze Nowym na scenie, otrzymania nagrody jest wspaniała, ale schodzić z tej sceny i już jest pusto. I wtedy ja myślę, a wtedy ja wkraczam. Wtedy my wkraczamy i po prostu resztę to i tak wszystko do was należy, bo zawsze tak mówię młodym ludziom, ale na początku trzeba się trochę postarać, żeby wyjść z anonimowości. Młodzi ludzie muszą wyjść z anonimowości. I druga rzecz, o której zawsze im mówię, żeby robili też różne rzeczy, żeby nie czekali tylko na telefon, bo to jest strasznie stresujący zawód. Strasznie stresujący zawód, że po prostu się czeka na telefon i co, zadzwoni lub nie, będzie rola lub nie. Czyli wracając do tego, że oni mi są potrzebni, ale ja im też w jakiś sposób jestem potrzebna. Mam tyle miłych takich no właśnie oddźwięków, aha, nawet ostatnio spotkałam Bartka Kasprzykowskiego, myślę, że mogę to też przecież powiedzieć, w teatrze. I on do mnie mówił: „Przecież grałem pierwszy raz, pierwszą rolę u Pani grałem”, na przykład. I mam dziesiątki takich osób, które mówią: „Ale tu teraz gram duże role, pierwszy raz zaczynałam u pani Grażynki”. Tak to było. Więc dlatego to jest dobre życie. To jeśli się kocha i lubi, i robi z pasją, to nie patrzy na zegarek, że to już koniec. To myślę, że fajne. Dlatego, że mówię, to jest z ludźmi ciekawymi. Mało tego, jest to możliwość też oglądania. Ja chodzę do teatrów, chodzę na spektakle, na dyplomy. No, staram się po prostu ciągle gdzieś tam być na bieżąco z tym, co się dzieje, więc myślę, że fajne życzę. Fajne. Nie żałuję. Nie żałuję, a wręcz trudno mi się rozstać. To jest mój problem, myślę. Tak naprawdę to problem, że tak trudno się rozstać z tym, chociaż może już należałoby powiedzieć, to jest na tyle, jesteście, to już na tyle już, ale to, jak mówię, to… Bardzo szczerze, to też jest mój problem, że tak trudno się rozstać, bo tak to kocham.
