Przejdź do treści

Reżyserka filmowa, scenarzystka, montażystka. Urodzona w Łodzi w 1957 roku. Córka reżyserki Jadwigi Kędzierzawskiej. W latach 1976–1978 studiowała na Wydziale Kulturoznawstwa Uniwersytetu Łódzkiego, potem w moskiewskim Instytucie Kinematografii WGIK na Wydziale Reżyserii Filmu Fabularnego (1978–1980) i w latach 1980–1985 w PWSFTviT w Łodzi na Wydziale Reżyserii. Jej etiuda studencka „Jajko” (1982) dostała nominację do studenckiego Oscara. Jej filmy są z założenia niekomercyjne, traktują o trudnych, bolesnych sprawach. Dorota Kędzierzawska od realizacji filmu „Wrony” tworzy tandem artystyczny z Arthurem Reinhartem, operatorem, a także montażystą i producentem. Wybrana filmografia: „Diabły, diabły” (1991), „Wrony” (1994, nagrody w Cannes, Gdyni, Poznaniu), „Nic” (1998, nagrody w Gdyni, Paszport „Polityki”, Orzeł za reżyserię), „Jestem” (2005), „Pora umierać” (2007) – uniwersalna opowieść o odchodzeniu, z genialną rolą Danuty Szaflarskiej (Orzeł, Złota Kaczka, nagrody w Gdyni i we Wrześni), „Jutro będzie lepiej” (2010), „Żużel” (2020) i „Sny pełne dymu” (2023).

Mama przed wojną, będąc małą dziewczynką, była premiera w Łodzi, chyba w kinie „Gdynia” Królewny Śnieżki, ponieważ mama miała chorobę lokomocyjną, w związku z tym dziadek, który był wtedy burmistrzem Brzezin, wypożyczył od kogoś karetę i moja mama małą karetą podjechała pod kino i to był pierwszy jej w życiu film i po prostu się zakochała w kinie. Potem jako młoda dziewczyna, robiła bardzo dużo zdjęć. Miała taki aparat fotograficzny Praktike, który mam do tej pory. Po wojnie dziadkowie zamieszkali w Łodzi. Myślę, że ta fotografia i fascynacja kinem, moja babcia też była, czego dowiedziałam się z książki przyjaciółki mamy, że moja babcia przed wojną była absolutną pasjonatką kina, i chodziła na wszystkie premiery z sąsiadkami, koleżankami. Więc myślę, że to mamie oddała. Przedziwne, bo babcia nigdy się tym nie chwaliła, dowiedziałam się dopiero rok temu o tym. Ponieważ szkoła była pieszo od nas z Radwańskiej 15 minut, mama się dostała. Wtedy było inaczej, bo był tzw. rok unitarny pierwszy, więc wszyscy tam byli pomieszani – reżyserzy, operatorzy. Być może jest to słuszne, że można było sobie wybrać po roku ogólnej wiedzy i zbliżania się do filmu zawód filmowy. To były naprawdę inne czasy i szczerze mówiąc, jak ja byłam w szkole i szkołę bardzo dobrze wspominam, to mamie bardzo zazdrościłam, ponieważ akademiki były na terenie szkoły, w baraczkach i pan w sali projekcyjnej, nawet jak pan szedł do domu, to studenci sami sobie puszczali filmy w nocy. Montażownie były czynne całą dobę, tzn. nie były po prostu zamykane. Myślę, że twórczy duch był tam bardzo prawdziwy. To, co mnie zawsze też bolało, że coś tam do 16, potem projekcja wieczorna, w międzyczasie niczego nie można było obejrzeć. A to było tak, że myślę, że oni po prostu stale rozmawiali o filmie, że to było bardzo twórcze, fascynujące. Przy tym się świetnie bawili, bo Duduś Matuszkiewicz, Sobociński, orkiestry, jakieś potańcówki, wieczory – to wszystko było bardzo fantastyczne. Jednocześnie okres stalinowski, więc zgroza i za dowcip opowiedziany o Stalinie w tym akademiku koleżanka mamy wylądowała na dwa lata w więzieniu, bez możliwości powrotu potem do zawodu. Zofia Dwornik, ona potem została montażystką, a była na reżyserii z mamą. Więc to były skrajne doświadczenia, klimaty i przeżycia, ale myślę, że ja bym tęskniła bardzo do takich czasów. Mama też miała ogromne szczęście, bo Toeplitz był rektorem, Bohdziewicz był opiekunem roku. Pamiętam taką historię – na pewno było to narzucone z góry. Trzeba było napisać na zajęciach z reżyserii w ciągu godziny scenariusz o wojnie nuklearnej. Rozumiem, że z Warszawy przychodziły z KC takie tematy. Mama oddała pustą kartkę, Bohdziewicz postawił jej piątkę. Jak był średnim reżyserem, tak był fantastycznym pedagogiem, i dokładnie wiedział co ma mówić. Zresztą do tej pory stoi w mamy pokoju zdjęcie Bohdziewicza. Taki przepiękny pan, też bym chciała, żeby mnie uczył.

Może źle to oceniam, ale myślę, że nie było takiego szpanerstwa, które czasem, jak się ludzie dostają do Szkoły Filmowej, to wydaje im się, że są lepsi od innych i że mogą z góry patrzeć na ludzi. Myślę, że wtedy to była naprawdę fascynacja tym zawodem, tym, że z niczego można skleić coś. Też wielka pokora i bardzo dużo kolegów mamy – Kaziu Kutz, Laskowski, Polański był dużo niżej – jak mama kończyła, to on przyszedł do szkoły. Właśnie o Kutzu opowiadała, że zawsze strasznie przeklinał, ale że to było fajne przeklinanie, zwłaszcza że jemu to pasowało. Przeróżne osobowości. Też było troszkę inaczej, bo ci ludzie przychodzili z bardzo różnych środowisk, bardzo różnych rejonów Polski, bez studiów, po studiach. To wszystko niedługo po wojnie się działo, więc absolutny, bardzo kolorowy kocioł ludzki. Zazdroszczę mamie. Myślę, że ponieważ chciała robić krótkie formy, krótkie filmy dla dzieci o dzieciach i że Se-ma-for powstał i że oprócz lalkowych filmów była sekcja filmu aktorskiego. Tam też bardzo dużo bardzo fajnych, bardzo ciekawych osób się przez Semafor przewinęło. Właściwie mało kto w Se-ma-forze czegoś nie robił po szkole, więc myślę, że jedni się tam zatrzymywali na dłużej, inni przechodzili tylko i szli dalej w swoją stronę, na przykład fabularzyści, którzy dłuższe filmy robili. Dla mnie Se-ma-for to był właściwie drugi dom, dlatego że jeździłam – mama bardzo często jeździła do tzw. biura w Se-ma-forze, gdzie to było na Kościuszki w kamienicy, chyba drugie piętro, całe piętro było semaforowe. Znałam absolutnie wszystkich – od pana dyrektora po panie sprzątaczki. To, co było piękne – tam była jedna wielka sala, w której siedziały panie przy biurkach i jak była projekcja, biurka się rozsuwało, ktoś przynosił fotele, czy każdy sobie. I to, co było piękne – na kolaudacji właściwie każdy z pracowników Se-ma-fora mógł siedzieć i oglądać film, który był kolaudowany. Rozsuwała się kurtynka, był śliczny ekran, 35 z tyłu. Ja też bardzo często brałam udział w kolaudacjach. Siedziałam cicho jak myszka gdzieś tam z boku. Ale myślę, że w tej chwili nie do przewalczenia byłoby coś takiego, że po pierwsze wszyscy, ale pan dyrektor Budzyński, przemiły, pamiętam go do dziś, jak wyglądał, z wąsami. Myślę, że to było coś fantastycznego, że ponieważ każdy z pracowników dotykał tego filmu, miał z nim pośrednio coś wspólnego. To było święto tego kina, reżysera i wszystkich twórców. Oczywiście czasem się dostawało – ja tego nie pamiętam, to mi opowiadała mama, że na kolaudacji Szczechury Maszyny, ktoś z ministerstwa powiedział, że to jest film niezrozumiały. Podobno mnie przepytano i bardzo opowiedziałam, o czym to jest film, więc nie było argumentów, żeby film poszedł do poprawki, czy dostał złą ocenę, bo wtedy były jeszcze oceny.

Te oceny były naprawdę bardzo ważne, bo w filmie zarabiało się bardzo mało, natomiast jak się dostawało ocenę, to ewentualnie była jakaś gratyfikacja dla całej ekipy. Wszystkim zależało, żeby dostać ministerialną dobrą ocenę. Poznałam kolejnych panów dyrektorów. Pamiętam takie momenty, kiedy stoję przy bramie na mamę czeka samochód, mama wychodzi, a ja siedzę i ryczę, bo nie chciała mnie zabrać. Parę razy się tak zdarzało. Potem, jak trochę podrosłam, to naprawdę wymuszałam na mamie, uwielbiałam i to były też trochę inne ekipy, niż teraz, bo było bardzo rodzinnie, wszyscy się znali, kumplowali, bywali u siebie w domach, na kolacjach, obiadach, znali rodziny swoje nie tylko z ekipy twórczej, ale też z technicznej. Nie było czegoś takiego, że musimy po staremu zacząć zdjęcia, tylko operator wychodził rano, patrzył w niebo, mówił: „Wiecie co, to za godzinkę będzie dobrze”. Rzeczywiście praca była niesamowitą frajdą i przyjemnością. Oprócz tego, że zawsze było mało taśmy – bo była 35 i to był główny ból wszystkich twórców – to był kompletnie inny klimat na planie. Samo to też, że właściwie jedyną osobą, która widziała to, co się dzieje przed kamerą, tak naprawdę, był operator czy szwenkier. Wtedy jeszcze zawód szwenkiera nie był popularny, w związku z tym zazwyczaj operator, który ustawiał światło, też był szwenkierem. Później ten moment, kiedy projekcja po tygodniu, czy po paru dniach, jak wyjazdowe zdjęcia, to trzeba było podjechać do miasteczka obok, iść na salę projekcyjną do kina i oglądać – niesamowite przeżycie. Teraz tego dreszczu emocji w ogóle nie ma, wszystko jest na monitorach i jest inaczej. Oczywiście ma to swoje zalety też, ale jest inaczej. Bardzo tęsknię do tego, co było.

Byłam strasznie zazdrosna o dzieci, które grały w mamy filmach, potwornie zazdrosna i bardzo cierpiałam. Pamiętam, że napisałam list do mamy z prośbą o to, żebym mogła wystąpić i potem tego potwornie żałowałam, bo wiedziałam, że jestem bardzo niedobra, naprawdę. Wiem, że z jednego ujęcia, gdzie taki pasaż był, wiedziałam, że idę naturalnie, prawdziwie, a tak to była masakra. Bardzo cierpiałam, bardzo mi było wstyd za to, że mamę w takie tarapaty wciągnęłam.

Castingi właściwie się nie różniły, oprócz tego, że nie były rejestrowane. Ale to były spędy dzieci, przy tym też bardzo wtedy była łatwość chodzenia po szkołach. Mama chodziła z asystentem do szkół na zajęcia plastyczne. To, co mnie zostało do tej pory, a co jest teraz bardzo trudne, oczywiście żeby wejść do szkoły, trzeba mieć zgodę wszystkich rodziców, ale próbuję omijać takie castingi prawdziwe, ale prawdziwe też się odbywały. Było też coś takiego, że była grupa dzieci, która grywała w filmach i sobie z tym świetnie radziła. Chyba raz w Ucieczce – wycieczce pamiętam, że ten najmniejszy chłopiec grał wcześniej w jakimś filmie, ale mama starała się też znajdować swoje dzieciaki. Castingi się nie różniły oprócz możliwości swobodnego szukania dzieci, telefony też do znajomych, kto zna. Wiadomo, że dzieci rosną szybko, w związku z tym nawet jak dziecko u kogoś zagrało, było świetne, albo znajomy mógł polecić, mijało pół roku i się okazywało, że to już jest nie to i trzeba szukać dalej. Mama miała niezwykłe podejście do dzieci. Była w stanie otwierać bardzo szybko i myślę, że dzieci były jej naprawdę bardzo bliskie i nie było w tym wyrachowania, że gdzieś tam ucieknie. Też myślę, że ta krótka forma, bardzo to lubiła. Pamiętam Małe smutki, mój ulubiony film. Dziewczynka się nazywała Marzenka naprawdę, a wszyscy nazywali ją Kukusia, góralska mała dziewczynka. Były potworne problemy z Marzenką, żeby miała 2,5-3 latka i żeby ją do jakichś działań z lalką nakłonić, to mama stawała na głowie i naprawdę zdjęcia trwały bardzo długo. Właśnie był ten bufor – nie trzeba było się spieszyć. Dzień zdjęciowy nie był drogi. W tej chwili każde wynajęcie kamery, człowieka, przelicza się na pieniądze. Wtedy nie było takiego bagażu z tyłu, w związku z tym można było właśnie z dziećmi dłużej popracować i wyciągnąć to, o co chodziło. Okazało się, że świetnym sposobem – bo wtedy guma do żucia była produktem niedostępnym i ktoś tam kiedyś przywiózł gumę do żucia na plan. Okazało się, że Kukusia uwielbia gumę, więc dostawała przed ujęciem. Potem miała uszyty przez mamę – mama właściwie większość kostiumów albo szyła, albo to były nasze stroje oddawane dzieciom – fartuszko-sukienkę z wielką kieszonką i Kukusia ją otwierała, spluwała gumę do kieszonki i coś tam robiła.

Też sporo zwierząt było u mamy. Czasem tak, jak w Murzynku, czyli pierwszym mamy filmie, który też uwielbiam, zagrał mój wujek strażaka, który całe życie marzył o tym, żeby być aktorem, nasz znajomy Pawełek, który wtedy miał 9 lat, piesek sąsiadów Pawełka. Mama też szukała wśród bliskich i znajomych osób ewentualnych aktorów. Także nasze koleżanki ze szkoły podstawowej też grały w filmach mamy i koledzy, po prostu się jej spodobali. Plan filmowy był dla mnie miejscem magicznym absolutnie. Byłam w stanie tam stać, bo warunkiem mamy i mojego bycia na planie było to, że mam siedzieć cicho i nie przeszkadzać, ale jak trzeba zamieść końską kupę na rynku w Kazimierzu Dolnym, to mam to zrobić bez proszenia i szybko. Ale ja to uwielbiałam – patrzenie na to, co się dzieje przed kamerą, za kamerą, jak to jest powiązane, jakie cuda się wydarzają czasem przed kamerą, jakie zbiegi okoliczności w zachowaniu aktorów, właściwie naturszczyków. Prawie wyłącznie naturszczycy grali. To było dla mnie absolutnie fascynujące. Myślę, że ponieważ tak mnie ciągnęło do filmu, a wiedziałam, że aktorsko absolutnie się nie nadaję do tego, to zaczęłam myśleć, miałam może 13 lat. Dla mnie to było naturalne, że po szkole zdawałam. Wiem, że bardzo wielu znajomych się ze mnie bardzo śmiało, bo byłam bardzo nieśmiałą osobą i rzeczywiście myślę, że jak ktoś patrzył z boku, to mogło się wydawać, że kompletnie się nie nadaję do tego zawodu. A jednak dałam radę. Przeszłam u mamy to, co też było. Dźwiękowcy tak zaczynali, że niektórzy zaczynali od gońca w wytwórni, potem się przypatrywali, potem asystowali, pomagali. Ja rzeczywiście opieką nad dziećmi zajęłam się trochę później, po skończeniu 18 lat, bo wcześniej nie mogłam, ale od bycia taką pomocą dyżurnego, czyli jak trzeba coś wytrzeć, przesunąć, nawet jak byłam mała, czy zabawić dziecko przed kamerą, to mama mnie wykorzystywała, ja byłam przeszczęśliwa. Potem, jak już dorastałam, to zaczęłam czytać scenariusze, zaczęłam mamie doradzać co zmienić, co dołożyć i też siedziałam w montażowni. Starałam się to robić bardzo delikatnie, natomiast jak wiedziałam, że coś mi się nie podoba, to mówiłam. Potem to się zaczęło tak rzeczywiście, ponieważ byłam pełnoletnia, to mogłam zacząć pracę oczywiście nie na umowę, tylko na zasadach wolontariackich. Ale i przy scenariuszu i potem na planie jako asystentka, człowiek do wszystkiego trochę. Wtedy to były rzeczywiście niekończące się rozmowy. Operator przychodził do nas do domu co wieczór, i rozmawiało się o filmie, potem w Se-ma-forze też ze wszystkimi. To było tak, że kierownik planu byli niesamowicie zaangażowani. To nie było tak, że oni liczą słupki i załatwiają hotel, tylko wszyscy emocjonalnie wkręceni w to, co robiliśmy, co powstawało, świetne przeżycia. Więc ja przeszłam prawdziwą drogę od tego, co czyści buty, do swoich rzeczy.

Zdawałam pierwszy raz do szkoły od razu po maturze, i się nie dostałam, bo to przeżycie okropne dla mnie – egzaminy same. Nienawidzę się bać, a tam się bałam. Bałam się profesorów. Wydawało mi się, że szkoła jest bardzo szpanerska. Jedyne dobre wspomnienie miałam, ponieważ dostawaliśmy temat sceny, i trzeba było aktorsko to wykonać przed komisją. Kompletnie nie pamiętam, co to było, ale wiem, że wpadłam na jakiś bardzo prosty, zabawny pomysł i że Has się śmiał. To mi umiliło wszystkie udręki na pewno. Za pierwszym razem jak zdawałam, to dostałam ze scenopisu – trzeba było napisać scenopis jakiegoś fragmentu tekstu – dwóję i właściwie odpadłam niby i pisałam odwołanie. Buntowałam się, że napisałam dobrze, więc zostałam przywrócona. Miałam wtedy rzeczywiście kłopoty z komunikacją z ludźmi, z rozmową. Nie byłam Małgośką Szumowską, która siada i zagaduje wszystkich, tylko naprawdę byłam szarą myszką, przestraszoną bardzo. W związku z tym się cieszyłam, bo doszłam do trzeciego etapu, ale właściwie się cieszyłam, że się nie dostałam do szkoły, bo myślałam, że mnie tam zjedzą. Więc jak zdawałam za drugim razem, ponieważ byłam wtedy kinem radzieckim, Michałkowem, Chucyjewem od Kaliny Czerwonej zachwycona, to postanowiłam – a też ciągnęło mnie przez babcię i jej znajomość przedrewolucyjną języka rosyjskiego, bo pozwiedzała Rosję, to mnie ciągnęło na Wschód jakoś, do paszczy lwa. Wszyscy się pukali w głowę, że to chcę robić, natomiast u nas wtedy panowało kino moralnego niepokoju, którego ja nie lubiłam, szczerze mówiąc za bardzo. Także postanowiłam zdawać do szkoły z taką notatką, że zdaję nie do łódzkiej, tylko można było albo do Pragi, do FAM-u, albo do WGiK-u, więc wybrałam WGiK, dostałam się, pojechałam, tam spędziłam półtora roku. Po półtora roku, kiedy usłyszałam od mojego ukochanego zresztą pana profesora mistrza, który prowadził szkołę, od Chucyjewa, że on mnie teraz nauczy robić filmy po radziecku, to stwierdziłam, że gdybym nie była tak zakochana w jego osobowości i jego starych filmach, to bym może została. A ponieważ byłam pod urokiem osoby, to stwierdziłam, że w białych rękawiczkach ukręci mi głowę, nawet nie będę wiedziała, kiedy się zmieniam i kiedy zaczynam robić nie swoje rzeczy. Więc zwinęłam manatki, i już właściwie wiedziałam, że zdawać nie będę miała siły, więc jeśli mnie przyjmą do szkoły bez egzaminów, to ok. Zostałam przyjęta na pierwszy rok i trafiłam na fantastyczny rok ludzko. Super miałam kolegów, wszyscy trzymaliśmy się razem i tak mi się wydaje, że byliśmy trochę inni, niż reszta studentów szkoły. Także szkołę przeżyłam fantastycznie. Prof. Kluba mi bardzo dokuczał, którego bardzo lubię, ale mówił mi ciągle, że się czerwienię i że reżyser nie może siedzieć w pląsach i nerwowo wiązać sznurówek i że mnie wróci do Moskwy, bo tam może się spełnię. Ale wszystko się wyrównało po pierwszym egzaminie, kiedy zrobiłam Agnieszkę dostałam piątkę.

Miałam dzikie szczęście, bo tematem pierwszorocznego dokumentu miała być rodzina, a ja przy okazji egzaminów do WGiK-u, było zadanie zrobienia serii zdjęć gdzieś w mieście i trafiłam niechcący do Armii Czerwonej, niedaleko Targowej. Na podwórko weszłam, gdzie była chmara dzieci, tam robiłam zdjęcia i się z nimi zaprzyjaźniłam. Pamiętam, że im jakieś cukierki nosiłam, rozmawialiśmy dużo, wielka rodzina. Potem sobie przypomniałam o dzieciakach i postanowiłam o Agnieszce zrobić dokument prawie bez słów, parę zdań. Ale po pierwsze dziecko. Wtedy na pewno ucierpiałam przez swoją nieśmiałość i przez to, że wykonanie telefonu do dorosłego aktora było dla mnie mistrzostwem świata, chodziłam dwa tygodnie po domu szykując się do wykręcenia numeru. Jakoś wymyśliłam scenariusz, został przyjęty. Chyba w marcu robiliśmy z Darkiem Kądzielą zdjęcia, byłam zresztą umówiona z innym operatorem, ale nagle zadzwonił, że się spóźni trzy dni. Ja się wściekłam, bo właśnie w takich sprawach profesjonalnych zaczynam być bardzo konkretna. Postanowiłam zmienić operatora szybko i zrobiłam ten film z Darkiem. Natomiast wrócę jeszcze do początków szkoły, bo właśnie u Kluby robiliśmy ćwiczenia na Marysinie, tam było studio telewizyjne. Mieliśmy zrobić jednoujęciowe ćwiczenie, każdy z nas osobno. Pamiętam, że nie spałam pół nocy i się denerwowałam. W końcu sobie pomyślałam, że albo rzucam szkołę i ten zawód i daję sobie spokój z tym, albo muszę mieć z tego przyjemność. Od tej pory wybrałam rzeczywiście przyjemność i wchodząc na plan, zostawiałam wszystkie swoje strachy z boku. Ten dokument robiliśmy chyba w trójkę. Był Darek, nie wiem nawet, czy był asystent kamery. Braliśmy 2C pod pachę, ja akumulator i szliśmy na podwórko obok bez kłopotu i zrobiliśmy ten film chyba w trzy dni. Potem sama montowałam, bo to też było fajne na pierwszym roku, że pozwalano nam montować bez montażystów, ponieważ ja miałam doświadczenie z montażu, ponieważ przewijałam rolki mamie i taśmy i umiałam obsługiwać stół montażowy dużo wcześniej. Przyglądałam się też montażystom. Był taki Zenon Piórecki, genialny montażysta. Mama mówiła zawsze, że jak ma nożyczki i tnie, to te nożyczki dźwięczą. To było niesamowite, bo nie było wtedy skocza jeszcze, tylko pozytyw się kleiło na klej, w związku z tym po ucięciu klatki musiał żyletką, tak jak negatyw się klei, wyczyścić i skleić, i wiadomo było, że się traci co najmniej dwie klatki, jeśli się chce zmienić sklejkę. A Zenek wiedział, gdzie uciąć. To naprawdę było niesamowite i to szło w sekundę – oglądał, przepisywał. Był strasznym nerwusem, pięknie montował filmy.

Potem cały drugi rok to było wspaniałe spotkanie z Hasem. Myśmy bardzo mało rozmawiali, myślę, że trochę się go bałam, tak jak mama. Ale wiedziałam dokładnie, że każda jego uwaga ma sens. Często w szkole się trafia na pedagogów, którzy nie zwracają uwagi na to, że każdy z nas jest inny, i że myśli po swojemu, a Has miał niesamowitego czuja. Wiedział, że to, co napisałam jest moje i jest ok, ale że tutaj jakbym coś poprawiła. Nigdy nie starał się spowodować destrukcji w moim myśleniu, czy w moim pomyśle. Zaczynał myśleć po mojemu. Mieliśmy takiego bardzo przeze mnie lubianego kolegę na roku, który napisał bardzo trudny scenariusz, taki bergmanowski. Has go przekonywał, że się wyłoży – jest ok, ale jak na pierwszy film fabularny, to jest za skomplikowany. Bogdan się uparł, zrobił ten film, był bardzo zły, ale Has go wybronił na egzaminie. Powiedział, że za to, że bronił siebie, chciał spróbować, to był eksperyment na samym sobie. Powtarzał nam, że można robić błędy tylko swoje a nie cudze. Nie należy się poddawać podszeptom. Wiadomo, że ludzie dobrze podpowiadają też czasem, natomiast trzeba mieć przekonanie do tego, że to, co ktoś nam podpowiada i stara się zmienić w naszym myśleniu, jest na naszą korzyść i tego, co robimy. Oczywiście to, że to miała być etiuda bez słów, to też był miód na moje serce. Koledzy się zżymali, bardzo tego nie lubili, a ja się bardzo cieszyłam. I to taki trudny czas, bo stan wojenny. Pamiętam, że musieliśmy mieć przy robieniu Jajka zgodę na wypożyczenie kamery, trzeba było ją w odpowiednim momencie oddać, bo wtedy wszyscy myśleli, że kamera będzie użyta do sfotografowania nie tych rzeczy, które powinniśmy. Też temat Jajka przypadkiem, to że chłopiec, że dziecko, to jechałam tramwajem, przejeżdżałam obok Dworca Fabrycznego i tam zobaczyłam chłopca, który pod kamienicą na sznurku pasie kurę. I ponieważ jechałam gdzieś dalej na jakieś spotkanie, nie mogłam wysiąść, to następnego dnia przyjechałam i chciałam dokument robić o tym chłopcu. Przeszłam przez wszystkie mieszkania w tej kamienicy, w sąsiedniej, pytałam o chłopca, o kurę. Wszyscy się pukali w głowę i mówili, że nic nie wiedzą. Stąd wziął się pomysł na Jajko.

Ale też pamiętam, że Has na sekundę zniknął z pola widzenia, bo był zajęty swoim filmem i że kto inny przejął obowiązki pracy nad scenariuszami. Nagle miałam takie uwagi, że dziecko nie może podejść do okna bez przyczyny – musi usłyszeć albo krzyk za oknem, albo orkiestrę, która tam gra, albo ptaki muszą zacząć. Ja mówię, że podchodzę do okna ot tak, nie mam takiego specjalnego bodźca. Has nigdy by się do czegoś takiego nie posunął, żeby robić takie uwagi. Potem po zmontowaniu filmu powiedział mi, żebym wyrzuciła jedno ujęcie i to rzeczywiście postawiło wszystko – wyrzucenie jednego ujęcia. Wiadomo, że strasznie się zakochuję w swoim materiale. Potem jak już zmontuję, to każda klatka to jest ból. Sama nawet nie wpadłam na to. Wyrzuciłam to ujęcie i wszystko stanęło na nogi. Potem było bardzo zabawnie, bo to była pierwsza nominacja do Oscara. Pamiętam, jak Has mnie spotkał na korytarzu, jak przyszłam do szkoły i mówi, że mamy nominację, ale „Mam nadzieję, że nic nie dostaniesz. Przecież jak my tam pojedziemy? Ty nie znasz angielskiego, ja nie znam angielskiego”. I nie dostaliśmy, ale bardzo to było zabawne. Gdzieś w piwnicy dyplom z wytłoczonym małym oscarkiem, ale nie wiem gdzie, jestem bardzo nieskrupulatna w zbieraniu pamiątek. Później Has cały czas mi towarzyszył. Diabły robiłam, to był chyba jeden z pierwszych filmów w Studio „Index”. Czyli po skończeniu szkoły musieliśmy zrobić – co było bardzo rozsądną metodą, moim zdaniem, dla moich ludzi – godzinę telewizyjną. Zrobiłam Koniec świata, Has był opiekunem. Wtedy na kolaudacji w Telewizji Polskiej też uratował mnie, bo rzucili się na mnie. O dziwo profesor Bossak, którego uwielbiałam, powiedział, że on to jest komuna, a ona to jest rewolucja. Has mnie wybronił. Drugi raz mnie wybronił przy okazji Diabłów, które robiłam w „Indexie”, bo też się na mnie rzuciła jakaś pani, że Cygan i mała dziewczynka i że ona nie pozwoli swojej córce oglądać tego filmu, bo Cygan kładzie tam dziecko na kolanie rękę. Has strasznie się zemścił, bo wysłuchał wszystkich, był cicho, po czym powiedział, co widział wczoraj w Telewizji Polskiej, jaki gówniany film i kto to zrobił, wyprodukował, że za nasze pieniądze i tak dalej. Także był takim aniołem stróżem dla mnie, bo wtedy bym się sama nie wybroniła, to wiem.

Wytwórnia to też było przepiękne miejsce. Po pierwsze w wielkim baraku była stołówka, gdzie się wszyscy spotykali – niestety potem tą stołówkę rozebrano i zniknęła. Ale był też tak zwany Tramwaj, czyli łącznik, łączący dwa budynki. Nie pamiętam, czy pani Kazia za barem stała. W każdym razie wszyscy się tam spotykali, były fotele, stoliki. W barze były normalne stoliki, można było sobie od wypicia kawy po zjedzenie dobrego obiadu. Pamiętam, jak widziałam Polę Raksę, jak można było każdego aktora spotkać i jak lubiłam przechodzić, żeby się otrzeć o świat wielkich aktorów. Rybkowski, który tam był, i on miał taki tik śmieszny, że spluwał przez jedną stronę warg. Był Hoffman. Ja we wrocławskiej wytwórni nigdy wtedy nie byłam, więc całe życie tutaj centrum Polski się skupiało w Łodzi, można było każdego zobaczyć. Ogromne hale, na które też właziłam i podglądałam składy kostiumów i rekwizytów, niesamowite. Potwornie mi szkoda, że tego już nie ma. Też był dźwięk, najpierw w tym głównym budynku, gdzie teraz Piotra Dzięcioła biurowiec stoi. Tam były pierwsze malutkie sale dźwiękowe. Pamiętam dźwiękowca, którego nazywałam Pan Papużka, ponieważ naśladował wszystkie ptaki przepięknie i zresztą to nagrywał do różnych filmów i był też dźwiękowcem. Wspaniały był ten dział dźwięku na Łąkowej, gdzie Pan Blaszyński był szefem, którego się wszyscy bali. Było naprawdę wielu wspaniałych dźwiękowców.

A tam naprawdę tygiel – filmowcy, wszyscy rozmawiali o filmie. Nie mówiąc o życiu wieczornym w Spatifie. Wtedy słyszałam, oczywiście nie uczestniczyłam, prześmieszne historie spatifowe. Ja niestety robiąc dźwięk do Nica chyba, byłam świadkiem upadku dźwięku w fabule. Pamiętam, że mieli przyjechać jacyś Francuzi, którzy mieli to kupić, ale już nie wiem, czy nie przyjechali, czy nie kupili po prostu. Zgrywając z Basią Domaradzką Nica, tata z Instytutu Techniki Cieplnej przywiózł nam wielką nagrzewnicę, ponieważ nie było ogrzewania, nie było ciepłej wody w kranie, nie było pani, która by zrobiła herbaty, bo bar był też już zamknięty. Na korytarzach śmierdziało potwornie, i to było naprawdę bardzo smutne. Jan Kolski Popielawy robił na drugim końcu sali równolegle z nami. Strasznie smutne to było. Ostatni film, jaki tam zgrywałam i bardzo żałuję, że to wszystko się posypało. Nawet skoro był taki dołek filmowy, to trzeba było chwilę przeczekać. Ale to jest życie.

W Łodzi na każdym rogu było kino prawie. Tatry, 1 maja, nie mówiąc o Gdyni i Wiśle, które były przepięknymi, Polonia, Bałtyk. Ale te maleńkie kina, które były fantastyczne, gdzie wystarczyło kupić trzy bilety – czasem tak robiłam – i pan puszczał film. Albo prosiłam dwie koleżanki czy dwóch kolegów, żeby ze mną poszli na Michałkowa i można było obejrzeć film. Myśmy całą rodziną chodzili bardzo często do kina. Bardzo często, jak byłam w szkole podstawowej, dzieci same chodziły do kina po szkole całą grupką. Nie mówiąc o liceum, gdzie prawie całą klasą chodziliśmy. Rodzinnie chodziliśmy bardzo często do kina tym bardziej, że mama miała bilety pracownicze, było chyba 10 biletów podwójnych, które dostawała też od mamy pani w kiosku, żeby zostawiała gazety, które były średnio dostępne. Jeszcze był taki karnecik, chyba mogło być 25 wyrywanych malutkich pojedynczych biletów i trzeba było wtedy dopłacić złotówkę do biletu. Także to były czasy. Naprawdę chodziliśmy do kina bardzo często. Właściwie nikt do kawiarni nie chodzi, tylko wszyscy chodzili do kina. Wtedy, za czasów mamy, przed każdą projekcją filmu – mało tego, że kronika filmowa była, to były jeszcze 2-3 dodatki, czyli krótkie formy, krótkie filmy i myśmy je wszystkie znali. Różnie było, bo na różnych seansach oczywiście, ale to były albo animacje, albo aktorskie filmy, albo dokumenty. To było fantastyczne. Fabuły były trochę krótsze, podejrzewam, niż teraz. W związku z tym to wszystko się jakoś tam mieściło. Ale nigdy nie było osób, które by się spóźniały przyjść po tych krótkich filmach. Zawsze wszyscy, począwszy od kroniki filmowej, siedzieli na seansach. Tak jak teraz się opuszcza reklamy, to wtedy rzeczywiście był sens robienia tych krótkich filmów, bo rzeczywiście były w obiegu, były pokazywane w telewizji.