Przejdź do treści

Dariusz Zawilski – reżyser filmów animowanych. Urodzony we Włodzimierzu w 1930 roku. Ukończył w 1956 Wydział Architektury Wnętrz PWSSP w Łodzi. Od 1957 związany ze Studiem Małych Form Filmowych Se-Ma-For w Łodzi, gdzie pracował przy realizacji takich seriali animowanych, jak „Przygody Misia Colargola” (1968-1974), „Przygody Misia Uszatka” (1975-1987), „Opowiadania Muminków” (1977-1982), „Maurycy i Hawranek” (1987-1990). W 1974 otrzymał Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla dzieci i młodzieży.

Oto siedzi tutaj skazaniec, Dariusz Zawilski. Urodzony bardzo, bardzo daleko, na Wołyniu. Później zamieszkałem w Tomaszowie, podstawową i średnią zaliczono w Tomaszowie. A później losy zagoniły… Aha, w Tomaszowie właśnie na takiej wyprawie szkolnej do kina zobaczyłem po raz pierwszy, w kolorze na dodatek, nie czarno-białe, Królewnę Śnieżkę. Mówiło się: „Idę obejrzeć film z Królewną Śnieżką”, ale jaki tytuł tego filmu, to nie pamiętam. Wiem, siedmiu krasnoludków, które wybierały się codziennie z kilofami gdzieś tam do jakiejś kopalni złota, czy czego, nie wiem. Takie fragmenty mi utkwiły. I tak się zakochałem w tym filmie, tej animacji, no bo ktoś tam prowadził, objaśniał, że to rysunki pojedyncze na celuloidzie, wyanimowana, producent żyje i tworzy w Ameryce. Bardzo kiepsko się wtedy o takich krajach mówiło w PRL-u, ale dla dzieci trzeba było powiedzieć prawdę. Producent, reżyser, twórcy w Ameryce. I stało się, że jak po szkole wyższej w Łodzi – skończyłem sprzętarstwo, nie mogłem znaleźć chętnych na projekty nowych mebli, a kolega akurat w tym czasie, może trochę później, zaczepił się w Studiu Filmów Lalkowych. Dyrekcja była na Kościuszki, ale hale zdjęciowe, lalkowe były w Tuszyn-lesie. On tam był kierownikiem pracowni. Mówi: „Wiesz co, ja wyjeżdżam z Łodzi”, gdzieś tam, chyba jakąś inną pracę gdzieś wynalazł. Mówi: „Wiesz co, a może by cię interesowało?”. Mówię: „Oczywiście”. No właśnie przez tą Śnieżkę, o której wspominałem. No to właśnie najpierw tam rzeźbiłem główki do lalek, a to później było odlewane. Czyli ja powiedzmy robiłem tą główkę, były robione odlewy z gipsu po to, żeby później mieć podkład na pozyskanie w miarę lekkiej główki. Czasami robiło się tak zwane papier mâché, czyli na tej formie, którą jakbym to wyrzeźbił, oklejało się ileś tam warstw dartego papieru. Później szlifowało się, malowało i główka już była lekka. Czyli ja robiłem tą twarz do każdej lalki, która kogoś tam przedstawiała.

A później jedna z reżyserek, bardzo przyjemnie wspominam te lata, zaproponowała, żebym był asystentem. Asystent taki od wszystkiego – przynieść, zanieść, no pozamiatać to już ktoś inny robił. Ale później do zadań asystenta wykorzystałem, to znaczy był świętej pamięci operator. Pamiętam, że reżyserka wyjechała w jakichś sprawach służbowych do Warszawy, może w sprawie dźwięku, rozmowy z aktorem, który będzie podkładał głos, tekst danego filmu. On mówi: „Wiesz co?”, fajny był, Nartowski nazywał się: „Spróbuj zaanimować. Mamy dwa dni wolnego, a co ci szkodzi? Najwyżej pójdzie do pudła”. To był taki film Cudowne mokasyny, o jakiejś grupce dzieci Indian, jakiś tam fragment, ciąg dalszy powiedzmy. Oni skądś przyszli, gdzieś tam w jakimś namiocie pomieszkiwali i mieli do innej miejscowości przejść. No i zacząłem od takiego, że w ciemnym lesie jakąś tam dróżką, ta trójka Indian, dzieci przechadzała, rozglądała, niby widziała jakiegoś ptaka: „O zobacz, zobacz!”. No w każdym razie nie, że tylko szły, ale coś się działo, żeby to wzbogacić. No co, parę kroków przejść i co? Tylko machają rękami? No żeby była rozmowa między nimi o tym, co się dzieje obok. Taki rodzaj puszczy, parę drzewek było tam imitacją wielkiego lasu. Jak reżyserka przyjechała, obejrzała, mówi: „O! Świetna rzecz”. Zawsze po skończeniu filmu najpierw kolaudacja obrazu, później, jeżeli obraz przyjęty i już jakiś dogrywek nie trzeba robić, to efekty nagrywało się, stuk, puk, jakieś szuranie nogami, co trzeba było podłożyć akurat, co było widać, że ktoś coś tam robi. No i tekst, jeżeli był przewidziany tekst, umówienie się z aktorem do Misia Uszatka wspaniały Miecio Czechowicz robił. Sam zresztą wyglądał jak misio i charakter jak misia, taki dobroduszny człowiek. No i świetnie to się właśnie nagrywało, czyli był etap kręcenia obrazu, zreasumuję, obrazu, dźwięku i wszelkich tam efektów. I to razem zgrywane i już pokazywane w pierwszym przeglądzie filmu zmontowanego. Pani reżyser mówiła: „A to zrobił Zawilski, to zrobił Zawilski. Mamy nowego animatora”. No i tak się zaczęło, że już w pracowni czasem tam robiłem, jak bardzo coś było pilnego, a nie byłem zajęty na planie zdjęciowym, to tak już taką niby fuchę, ale bezpłatną, bo ja to dla przyjemności właśnie robiłem – stworzyć podobieństwo czegoś, kogoś. To też jest wspaniałe, to jak fotograf, który też jest bardzo zadowolony, jak zrobi jakieś zdjęcie. To samo filmowiec, jak skończy i udał się film. Także w wolnych chwilach jeszcze coś tam dla pracowni robiłem.

A tak to do czasu, kiedy na zamówienie producenta z Francji, Barille chyba się nazywał, kolega Wilkosz opracował serię o Misiu Colargolu. I ponieważ chodziło o to, żeby jak najszybciej zrobić ten serial, bardzo temu panu na tym zależało, to dodatkowe hale wszystkie, były trzy hale zdjęciowe w Tuszynie, i na pewien czas wszędzie po dwa stanowiska, czyli sześć kamer od razu szło, bo potrzebnych było właśnie dodatkowych reżyserów. Pan Wilkosz, kolega Wilkosz zaproponował, że: „Może poza animacją zrobiłbyś jakiś film?”. A ja mówię: „No trzeba spróbować”. No i od tej pory tak się zaczęło, że pierwszy film, który zrobiłem, to Colargol w kosmosie. Dostał wyróżnienie w jakichś przeglądach filmowych dla dzieci w Paryżu. A później Miś Uszatek, Muminki i tak dalej. Kręciło się aż do emerytury. I tyle. Japończycy nie, później. Myśmy jednak chyba pierwsi zrobili Muminki w Europie, a może i na świecie. Wiem, że później, bo my zrobiliśmy wersję lalkową, a Japończycy, jeżeli się nie mylę, rysunkową. Także my byliśmy pierwsi. Tove Jansson – projekty, sugestie z jej strony, był świetny kierownik pracowni, a zarazem można powiedzieć samouk, świetny rysownik. I świetnie oddawał, potrafił rzeczywiście, dość trochę wymagającej tej Finki, odtwarzać, niejako wpadał myślą w sugestie Pani pisarki. Także rzeczywiście wspaniałe dekoracje projektował. I to wszystko bardzo udanie ciągnęło się przez, miało być chyba, może strzelam, może mi się tak wydaje, w każdym razie chyba więcej zrobionych niż na początku było wyobrażenie, że stać nas na to, zrobić w takim i takim czasie tyle a tyle filmów. Jakoś nie pamiętam, żebym widział jej twarz. Wszystko się zapamięta albo się nie zapamięta. Natomiast twarz, oczy, to jest coś w człowieku tak wyraziste, że trzeba być trochę półślepym, żeby… no po oczach na przykład można najbardziej. Wszystko jest zakryte u człowieka. Nie występuje tak, jak Pan Bóg go stworzył, a twarz jest zawsze odkryta.

Kolega Kiełbaszczak i animator Wojtek Gierłowski byli. Jego to było łatwo zapamiętać, bo twarz miał prawie identyczną jak aktor francuski. Alain Delon, tak. I ten kolega Gierłowski wypisz, wymaluj jak Alain Delon. Także, gdzie się ruszył, to powodzenie u kobiet. I my zazdrośni, ja też, bo dlaczego tylko on? Ale trudno. Jestem, jak jestem. Delona nigdy nie przypominałem. No tak, to oni byli rzeczywiście w Finlandii, to sobie przypominam. Ale jeszcze dla Finlandii robił, ale to były pewne kłopoty, bo ktoś tam się wyrażał, że nie zupełnie to pasuje do filozofii, do pojmowania świata przez Finów. I no właśnie, gdybym wiedział, że takie pytania były, to może bym gdzieś tam sobie poszperał. Ale to robił kolega na Bednarskiej, gdzie były filmy kombinowane robione. Bo tak, w Tuszynie lalki, w Łodzi na Kościuszki dział rysunkowy, który później przeniesiony na nowe hale, które nie doczekały się wspaniałych czasów na Pabianickiej. I jakoś tak poszło, że się wszystko wypłaszczyło, aż Studio w ogóle zniknęło z powietrza. Szkoda. Tak jak każdy zamawiający, ale to, że była wymagająca, to nie znaczy, że były jakieś kłopoty. Nie. Może każdy świetnie odczuwał nad czym mieli głównie czuwać. Jakiś tłumacz był wcześniej przygotowany. Także nie przypominam sobie, żeby coś było odrzucone, albo były jakieś poprawki. Nie. Ale wymagająca, to znaczy, że jeżeli wymagająca, a dobrze było zrobione, to nie miała co wymagać. Także nas parę osób robiło w tej wersji. I to, co ja robiłem, to myślę, że inni też chyba nie mieli z nią kłopotu, ale wymagająca była. Tak i tak. Jak obejrzała „No dobrze”. Może była jeszcze tam jakaś tylko taka obok uwaga, że „Można by to jeszcze było…”. Takie rzeczy to się wybacza. Bo co to za uwagi, prawda, jeżeli jest akurat ździebełko, które przechodziło, mimo że jeszcze mogłaby sobie coś tam do tego wymyślić, dopracować, ale jak było na pniu już dobrze, no to następny film się robiło.

W formie wycinanki było to o tyle trudne, że na przykład ja miałem taki odcinek Bal w lesie. Jak zrobić obrót, mijanie się postaci wokół siebie, żeby to było nie przechodzenie takie płaskie, tylko żeby wychodziło coś w rodzaju obrotu. Trzeba było rzeczywiście trochę pokombinować, a to były co najmniej dwie warstwy płyty szkła. Pierwszy plan najbliżej kamery, później coś się dzieje za plecami bohatera, a jeszcze na samym spodzie dekoracja. No to ja mówię o sposobie układania postaci i dekoracji, ale właśnie te niektóre takie, jak właściwie ten obrót, to trzeba było prawą ręką za prawe ucho, a nie za lewe wykombinować, żeby było od razu dobre, bo każdy metr taśmy zmarnowany to większe koszty. Ale było fajnie. Taka była sytuacja. Do pewnego czasu, nie chciałbym się chwalić, ale skoro mam powiedzieć prawdę, to akurat prawda mnie dotyczy. Oceny w Warszawie przyjmowane przez grono jakichś tam decydentów, na przeglądzie już gotowego do eksploatacji w kinach filmu odbywało się w Warszawie i tam decydowano, ile za to twórca dostanie. Czyli tak, stopień dostateczny to wiemy, na siłę coś przepchnięte, tak jak w szkole. Później dobry, bardzo dobry i celujący. Celujący to super, najwyższa forsa do zgarnięcia, mówiąc tak po chłopsku. A do tej pory, do tego mojego filmu, filmy dostawały najwyżej bardzo dobry ani jednego celującego. I nagle niejaki Zawilski dostał celujący za swój film, tytuł Wilk Morski [Pies Morski]. To tylko tak mimochodem mi się to przypomniało, bo być może później za następnę odcinku też ktoś tak dostał, ale ja byłem pierwszy. Przepraszam, ale musiałem powiedzieć, a wyszedłem chwalipięta. Właśnie animacja tymi postaciami… Nie, nikt nie miał problemów. Bo ja tutaj akurat ani jednego filmu nie animowałem. Raz tylko… Jak on się nazywa? Dyrektor… Nie bardzo mu lalki jakoś odpowiadały i zastanawiał się czy, Brudzyński, czy nie zlikwidować tego działu. No i takie jakieś przepychanki, uzgadnianie może gdzieś z Warszawą. Nie wiem, dlaczego, na jakiś czas animatorów z Tuszyna, lalkowych. Jak szły jakieś filmy w trakcie prac na hali zdjęciowej, to one były w spokoju, w porządku aż do zakończenia. I w tym czasie coś się działo ze strony dyrektora, czy można animatorów lalkowych przenieść do działu rysunkowego, który chciał powiększyć. Czyli zlikwidować Bogu ducha winne lalki. I ja akurat byłem, jak gdyby w oczekiwaniu na nowy temat, by coś w Tuszynie robić. No, ale po co kogoś utrzymywać wolnego, jak można dać mu pracę i za to, co dostaje niech robi w rysunkach. No i tam chyba z dwa miesiące poanimowałem w rysunkach. Sprawa się gdzieś tam w zapleczu… Nieznane mi te rzeczy od kuchni, dlatego nie rozważałem, na jakich zasadach istniejemy dalej jako oddział lalkowy. No i tak do pięćdziesiątego któregoś tam roku, nie rok wcześniej, przyszedłem na emeryturę. Już były problemy z budowaniem nowego obiektu na Pabianickiej. No i tak mówię, jest możliwość przejścia na emeryturę, to mam tyle swoich rzeczy zaniedbanych, odkładanych, a to sobie pójdę ten rok wcześniej. No i tak się skończyło.

Na upartego nie ma sposobu. Gdybym był bardzo uparty, to może bym szukał w takich księgarniach, gdzie ktoś mógł na przykład już przeczytaną książkę oddać. To jeszcze wtedy aż tak chętnych dużo do oddawania książek nie było. Natomiast w normalnej sprzedaży chyba tam trochę pokręciłem się w Łodzi, ale nie znalazłem. W związku z tym nie miałem problemu z odkładaniem przeczytanej książki na półkę. Także nie trafiłem i nie kupiłem nic z tych właśnie Muminków dlatego, że lubię mieć konkretne pamiątki i na przykład Misia Uszatka od projektów do zakończenia filmu i zdjęć do fotosów na archiwizację przy studiu trochę uzbierałem, a później, prawdę mówiąc, w rodzinie to musiałem porozdawać, no bo ja dziadek czy wujek, czy kto tam jeszcze z nazwy, nie podaruję? Dużo było jeszcze takich filmów skończonych, to już z pracowni czy z dyrekcji ktoś: „Panie Darku, czy mógłbym dostać ten scenopis? Pan już film skończył, to przecież nie musi Pan tego u siebie trzymać, a ja bym z chęcią dla dziecka wziął”. Porozdawałem po każdym zakończeniu filmu. A, ktoś przyszedł, no to masz, no to masz.

Doszło do tego, że z Misia Uszatka mam tylko dwa jakieś… Później z Colargola coś sobie zostawiłem. Już po opamiętaniu mówię, żona zresztą mówi: „Rozdajesz, rozdajesz, a swoim dzieciom co zostawisz?”. A dzieci jeszcze akurat takiej chęci na zbieranie pamiątek po dziadku nie nabrały. Także nie czułem, oddając w ręce innych, jakiejś rozterki, że o, tak jak żona, a co dzieciom nie zostawisz? No to zostawimy, ale to już takie kończą się serie i jako ostatnie egzemplarze zostawiłem sobie. A jak się dalsze towarzystwo dowiedziało, że ja tam rozdawałem, to wszystko chyba wyklepała żona.

Bardzo brzydko powiedziałem, ale bardzo kochana osoba i przepraszam. No i z tych, co zostało, to porobiłem ksero. Mówię, jak ktoś spóźniony mocno, mógł nie mieć wnuków, ale może się taki znaleźć i co? Przyszywany dziadek nie da? No i porobiłem z tych ostatnich egzemplarzy po parę takich na pamiątkę kopii.

Tak, robiłem, ale chyba jednak Miś Uszatek zdecydowanie. Akurat tak się złożyło, że wszyscy, bo to też dużo zależy, kto z kim. No to z kim ja? Miałem możliwość z Mieciusiem popracować. Uroczy człowiek. W którejś „Angorze” chyba przeczytałem artykuł o nim. My jak jeździliśmy do Warszawy na dźwięki, to jechał operator dźwięku Janik wtedy był i reżyser jakiegoś odcinka z nim. W takiej parze na nagrania tekstu do filmu, do odcinka. Wspaniały był właśnie Miecio. Wspaniały był, miły po prostu, no bo wspaniały, to już niech Miecio ma wszystko. Miły, wspaniały i dusza człowiek. Ale miły był operator Janik. To już nasz nie Warszawiak, muzyk Hertel, też Łodzianin. No, mieć takie towarzystwo jak najbliżej. Wszyscy kochani, mili. I właśnie tak najbardziej związany byłem z tymi miłymi osobami, które pracowały przy serialu Miś Uszatek.  Ale reszta, no możemy tak powiedzieć „Jeżeli ci nie odpowiada, to nie rób tego, ale jeżeli nic się przeciwko temu nie ma, to rób to”. Także nie tylko Miś Uszatek, niepodobny trochę przez nazwę Colargol. I tak sobie przebieram w myśli, czy ja na kogoś mógłbym być zły. Kto nie przebiera? To była może specyfika, ja już teraz zaczynam trochę bajerować, że trzymać filmu animowanego rysunkowego nie da się. A tu, jeżeli nawet przychodziły wycieczki na plan szkolny, to chociaż na chwilkę chciały potrzymać tego Colargola czy Muminka jakiegoś. Opiekująca się tą grupą nauczycielka: „A może jeszcze coś Pan doda?”. Niekoniecznie same dzieci, no dzieci to dotknąć, potrzymać, „A jak to się rusza? O, rączka się daje ruszać. O, zobaczcie, zrobiłem cześć z Misiem Uszatkiem”. No i co? Mogło to kogoś denerwować? A skąd.

Mieliśmy własny autokar, zbiórka była pod dyrekcją na Kościuszki, o godzinie siódmej. Jak o kimś, którego akurat nie ma, już jest siódma, ale wiadomo było, że robi, no to wiadomo, nie trafił na odpowiedni tramwaj czy co i nie przyjechał. Także siódma była orientacyjną, ale nie więcej jak piętnaście minut studenckie dlatego, że czas to pieniądz. Trzeba było jechać i kontynuować pracę. A w Tuszynie-Lesie mieliśmy halę po ozdrowieńcach niemieckich, którzy jako ranni tam trafiali na podleczenie. A później te hale przejęliśmy jako studio. I od tego się zaczynało. A później, jeżeli bardzo, bardzo coś było ważnego do skończenia, a już normalni pracownicy, tacy z pracowni chociażby dekoracji, właściwie czekali na odjazd. Autobus zabierał do Łodzi, a dyrekcja przesyłała osobistą jakąś Wołgę no i zabierała tych, którzy akurat coś musieli dokończyć na planie zdjęciowym. Także nie było kłopotu, ale nikt z tego problemu nie robił, bo najwyżej został dłużej, to i tak szybciej zakończy film najwyżej. Poza tym niektóre rzeczy, tak jak przygotowanie czegoś na przykład: jakaś roślinka, która postawiona, żeby za dużo światła nie miała, to się przykrywało, żeby ograniczyć wzrost. Ale najlepiej było non-stop robić, czyli robiło się, aż się zakończy jakieś ujęcie. Ale nikt nie miał do siebie pretensji. Mieliśmy w miarę wyrozumiałych dyrektorów. Najbardziej pamiętam dyrektor Kuzio. No, Brudzyński, co wspominałem. Był jeszcze, tego dyrektora, no akurat szufladka mi się nie otwiera. Był dyrektorem, a zarazem nawet chyba z dwa albo trzy odcinki zrobił Uszatka. Może za chwilę gdzieś się tam przypomnę. Robił też, to była propozycja: „Chce Pan ode mnie, taką historyjkę wymyśliłem?”, czyli scenariusz. Opracowywał do wielu filmów. Ja też chyba jego dwa jakieś Uszatki zrobiłem.

Jak ktoś miał urodziny czy imieniny, coś tam takiego, to zgłaszał prośbę do dyrektora, czy mógłby po pracy trochę dłużej zostać kierowca z autobusem, bo właśnie ileś tam lat skończył „Iksiński”. No wypadałoby, ale żeby wszystko było w porządku. No i także takie osobiste imprezki, które ktoś urządzał, a wszyscy się dość mocno jakoś lubili, także nie było takiego, który by nie został na takim przyjęciu. A studio też czasami, tylko nie pamiętam, czy to były jakieś z okazji świąt PRL-owskich, nie wiem. To się odbywało, teraz sobie przypominam, że na przykład robiło się jakiegoś obracanego na rożnie prosiaczka, na jakimś tam poletku pod lasem na wyjeździe. To takie bardzo miłe spotkania, bo na przykład to były urodziny dyrektora. No i dyrektor, żeby nie było, że to robi w Studio, w lokalu, chciał być w porządku wobec władz wyższych. Ale pamiętał o tym, że Polak nie lubi wylewać za szyję i oprócz tego tam coś, bez przesady, ale jeżeli było to tam tylko takie, może to było szampańsko, żeby wznieść toast, ale nie żeby się lała wódka. Także miło było. Nie, ciągle muszę podkreślać, że akurat mi się udało życie po skończeniu studiów, gdzie właśnie nie mogłem znaleźć nigdzie pracy, a miałem, mówię: „Zrobię taki piękny wystrój do kuchni”. No, tylko robić. A gdzie tam. Po co mam płacić za coś nowego, jak stoły i szafy odchodzą mi tutaj, abym tylko nadążył robić. Przedwojenne. Nawet z chęcią, nie tylko swoje oglądam, bo czasami tyle razy już to widziałem, a ile razy przy tym filmie już tam, bo ponieważ zacząłem od animacji, właśnie z podpuszczenia tego operatora, który mówił: „Szefowa wyjechała, do Warszawy, spróbuj”. No udało się z animacją, to muszę przyznać, że najbardziej z tych prac, nie tych rzeźbiarskich na początku, czy jakichś tam, właśnie ucząc się jako asystent, które się skończyło, jak zrobiłem te pierwsze animacje, że najbardziej kocham animacje. W każdej chwili, gdyby ktoś powiedział: „A co, zrobiłbyś? Ja wszystko urządzę, a zrobisz mi taką jakąś opowieść rodzinną, a za darmo…?”, W trymiga, jakby to powiedział, trymiga, ojej, aktor… nie ważne. Chciałem pochwalić się, że takie rzeczy pamiętam i zapomniałem. W każdym razie taki cały serial. Został bardzo dobrym aktorem, którego kiedy jeszcze żył, to szanowałem jako postać nie do zapomnienia. Może też za chwilę coś mi się o nim przypomni. No, wspaniały aktor. I on właśnie wyciągał nagle jakieś takie powiedzonka z zaskoczenia. Ale on grał właściwie z wyczuciem. Miał coś zagrać, wiadomo było, że ma w tym momencie zapukać w drzwi, otworzyć, wejść i coś zagadać. A on to robił po swojemu. Także aktor, który nie pod dyktando, a według swojego osobistego odczucia, jak ma akcja przebiegać, robił.

Nie, raczej sprawiałem problemy animatorom przy Muminkach. Ale to raz mi się stało z tym tańcem, o którym mówiłem, że było trudno to zrobić, ale udało się. Byłem za bardzo wymagający. To nie tak, walc na trzy, przecież, a tutaj się jakieś tango wbija. Poprawka, albo taki moment, to nawet kierownik serii, który akurat nie przypomnę sobie, mówi: „Darek, daj już spokój”. No i dałem spokój, bo animatorka nad strumykiem, na tak zwanej tarce, w takiej, jak gdyby ramce, pofalowana blacha. I z tym się po wsiach, przed wojną, a może i po wojnach, szło nad strumień jakiś i na tej tarce moczyło się w wodzie koszulę na przykład i na tej tarce z jednej, z drugiej strony prało się. I ona, ta córka właściwie, bo tutaj jest tata, ta mama, jeszcze różne postacie, Pędziwiatra tylko pamiętam i z nazwy i ta, która prała, to córka ich, ale zapomniałem. W każdym razie ona to prała i ciągle mi nie pasowało to. Tak się znęcałem, że chyba dziewczyna się już w końcu popłakała. No dobrze, będzie ten i jak później montowałem, okazało się, że pierwszy był najlepszy. Taki łotr ze mnie był. Ale to tylko te dwa momenty, gdzie nie tyle mnie to coś tam przeszkadzało, ile ja przeszkadzałem animatorom. Animator robił animacje, a reżyser robił uwagi albo przyjął, albo nie przyjął, jak z tym praniem na tarce. Z tym, że czasami robiliśmy tak, że ja animatora prosiłem, żeby mi dał trochę porobić, bo można było ustawić drugą kamerę, drugą dekorację, czy nie będzie miał nic przeciwko temu. Także ja mu, jak gdyby zabierałem robotę, ale ja robiłem to dla swojej przyjemności.
Nie brałem jakiejś od niego puli za to, co wyanimowałem. Po prostu kochałem i kocham animacje, że w każdej chwili, gdyby trzeba było coś za darmo zrobić, to bym zrobił.

No bo akurat lalki przyjemniejsze były przez to, że się w dotyku czuło tą postać. Natomiast rysunkowy film, to o tyle to…, dlaczego ja właśnie te lalki? Odpowiedź jest prosta, bo kolega, który mi zasugerował, że może bym na jego miejsce przez jakiś czas tam był kierownikiem tego działu dekoracji, bo on musi wyjechać, nie pamiętam co, czy by mnie to nie interesowało. No i mówię: „A to spróbuję”. Zwłaszcza, że ci geszefciarze od szaf i stołów, niekoniecznie ich interesowały jakieś nowe modele. Także z chęcią tam zobaczyłem. Jak zobaczyłem, to pokochałem i dlatego właśnie… a ponieważ to był oddział lalkowy, to zostałem przy lalkach. Wyjątek ten, kiedy dyrektor chciał tylko rysunki zachować, a lalki zlikwidować i tam krótko, może dwa tygodnie w rysunkach trochę porysowałem. Z tym, że nawet jak już to robiłem, to nie bardzo mnie to ciągnęło, dlatego że tam to trzeba mieć rękę na tyle opanowaną, jak to mówią, bez nerwów, żeby przeciągnąć specjalną farbę, szykowaną na miejscu. To już sami, nie wiem kto to robił, może ktoś był wydzielony do przygotowania farb, bo wiem, że barwnik mieszano z miodem, bo miód bardzo dobrze przylega i trzyma na folii, na celuloidzie. I tak prowadzić rękę, a pod spodem rysunek, zrobiona animacja ołówkiem. I teraz przenieść tak ładnie po linii dookoła, żeby gdzieś nie odskoczyło w bok. Za duży nerwus ze mnie był. Zakończyło się na tym, że ja tylko robiłem te rysunkowe podkłady, a już, broń Boże, jakoś się wytłumaczyłem, że nie ta ręka, że boję się, że bym spaprał jeden rysunek na celuloidzie. Także tylko rysowałem, animowałem rysunek na kartce. Kartki, to właściwie był pergamin, czyli taki jak gdyby rodzaj papieru natłuszczony, w cudzysłowie, bo nie wiem jak to w fabryce jest robione, że jest matowy, a zarazem trochę prześwituje, także można nakładać na jeden, żeby zrobić fazę następną, ruch tu, ruch tu palcem, a teraz tu.
Czyli muszę wiedzieć, gdzie został najpierw narysowany ten, żeby palcem przejechać przez ileś tam rysunków. To musi być podkład na tyle prześwitujący, żeby to co pod spodem widzieć. Na pewno wiedziałem, że pergamin to jest taki, a taki, tylko, że to się wykorzystuje do rysunków. Czyli po raz pierwszy spotkałem się z tym i przerażony byłem, że jak ja będę pędzelkiem kolor nakładał, to mi ręka może się nie posłuchać. Wolałem już tylko tę podstawową animację rysunkową robić ołówkiem. Ja tylko podglądałem czasami, jak animator trudzi się z tymi półpłaskimi, to tylko spojrzałem i odchodziłem. Wolałem zobaczyć efekt końcowy na taśmie. I nie upierałem się, tylko raz z praniem. Tak, jak mówię przypadkowo trafiło się na lalki i aż do emerytury. Fajnie było.