Barbara Sarnocińska
Barbara Sarnocińska – montażystka. Urodzona w Łęczycy w 1932 roku. Absolwentka Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni. Pracę w kinematografii zaczęła w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi w montażowni negatywów oraz w dziale kontroli jakości taśmy filmowej. Od 1963 związana ze Studiem Małych Form Filmowych Se-Ma-For. Jako montażystka pracowała przy takich serialach i filmach animowanych, jak „Zaczarowany ołówek” (1963-1977), „Przygody Misia Uszatka” (1975-1987), „Zupa” (1994) oraz „Tango” (1980) w reżyserii Zbigniewa Rybczyńskiego, „Opowiadania Muminków” (1977-1982). Karierę zakończyła w 1997.
Urodziłam się 2 stycznia w Łęczycy. Tam mieszkałam do czasu wojny. Potem przenieśliśmy się. Najpierw tatuś był ogrodnikiem, więc na Żuławy, tam sadził warzywa, ogórki i z tego po prostu żyliśmy. Potem przenieśliśmy się do Gdańska. Ja skończyłam liceum fotografiki w Gdyni i przyjechałam na ostatnie wakacje przed maturą do Łodzi i z tatusiem jechaliśmy ulicą, ale to Pani mi podpowie, Narutowicza i po lewej stronie zobaczyłam ten napis – Wytwórnia Filmów Oświatowych. I ja tak pomyślałam: „Chciałabym tu kiedyś pracować”. I proszę sobie wyobrazić, po roku jak zrobiłam maturę, przyjechałam do Łodzi. Najpierw zrobiłam pierwsze podejście do Szkoły Filmowej, ale niestety nie udało się. No więc zaczęłam się starać o pracę w filmie. I w Wytwórni Filmów Fabularnych dostałam w montażowni pracę, w montażowni negatywów. No i tam pracowałam przez osiem lat. W międzyczasie jeszcze w kontroli technicznej pracowałam. Wszystko w tym laboratorium na tym samym terenie. I w opisywaniu świateł przy filmach. Po prostu robiłam filmy wzorcowe. I potem według tych recept dalej zrobiło się seryjne. I ponieważ spotkałam męża, tak po ośmiu mniej więcej latach pracy. On akurat studiował w Gdańsku na Politechnice razem z moim bratem. Tam się w zasadzie nie znali, ale słyszeli o sobie. I spotkali się tu w Łodzi, no i brat go po prostu przyprowadził kiedyś i tak zostało. To, jeśli chodzi o prywatne życie, a to zawodowe to starałam się o tę pracę w firmie i dostałam pracę w montażowni, w laboratorium na Łąkowej. No i tam osiem lat właśnie pracowałam. Częściowo na końcu, już przed przejściem, to chyba około dwóch lat byłam w opisywaniu świateł w kolorowym filmie.
Tak, mój rekord 56 godzin nie wychodząc z pracy. Taki był mój rekord. Dwie doby i 8 godzin. Trzeba było jakąś kopię zrobić, nie wiem, bardzo ważną, gdzieś do Rosji. Jaki to był film? Jak mi się przypomni, to powiem. W każdym razie musiałam tę kopię zrobić. Czekał samolot w Warszawie, a samochód w Łodzi, żeby szybciutko, żeby kopia zdążyła, bo do Moskwy zdaje się na jakiś festiwal chyba. W każdym razie tam musieli wysłać ten film. No to w zasadzie największy rekord, moje te 56 godzin bez wychodzenia z pracy. A poza tym to bardzo często długo siedziałyśmy, teoretycznie w ramach ryczałtu, ale ryczałt obowiązywał zdaje się dwa razy w tygodniu po dwie godziny, a myśmy siedziały dzień w dzień, jak przyszedł taki okres, że trzeba było dużo i szybko zrobić, to niestety się siedziało bardzo długo. I codziennie prawie. Ale to nie trwało bez przerwy oczywiście. To były takie przejściowe okresy. Dość długie, ale przejściowe. No i potem, no właśnie, jak spotkałam męża, to pracy na zmiany, bo ostatnio na zmiany pracowałam w laboratorium, na trzy zmiany. Także, to trochę było niewygodne dla mnie i on się też nie bardzo godził na to, żebym tak często i długo nie była w domu. No i dostałam propozycję do lalkowych, do Se-Ma-Fora. Wtedy jeszcze się nie nazywał Se-Ma-Forem – Studio Filmów Lalkowych. No coś tam, nie pamiętam dokładnie. Wie Pani, po przejściu tam najpierw to tak doraźnie, nie było jeszcze lokum dla montażysty to się korzystało z montażowni w Wytwórni Filmów Fabularnych. A później na Bednarską, właśnie, Bednarska 1. No i tam już w zasadzie pracowałam do końca. Bardzo mile wspominam pracę. Bardzo polubiłam tę pracę i bardzo sympatycznie tam było. Nie było żadnych scysji, żadnych nieporozumień. Ja niczego nie pamiętam. Naprawdę bardzo było sympatycznie. I wtedy dźwiękowcem był inżynier Janik z Bielska. On też fantastyczny facet. Żadnych zadrażnień nigdy. Także bardzo się fajnie wszystko układało. I reżyserzy sympatyczni. Także naprawdę bardzo miło wspominam ten czas.
Ja najpierw kilka lat pracowałam sama. A potem Henia Sitek dołączyła do nas, do montażowni i do tego zespołu naszego. No i po czasie, jak się już wdrożyła, samodzielnie mogła pracować, to rozłączyło się montażownie. Ona miała swoją montażownię, ja swoją. I tak co drugi film. Zresztą w tym czasie to już bardzo dużo filmów robiliśmy. Poprzednio to tam, wie Pani, 2-3 w roku na początku dosłownie. Pierwszy film montowałam z Panią Jadzią Kędzierzawską. Jej córki są też w filmie. Bardzo dobrze pamiętam. Jeszcze pamiętam moment, bo przed nią nie byłam umieszczana w napisach jako montażystka. W ogóle nie było o mnie mowy, że tak powiem. A jak z nią zmontowałam, dwa filmy z nią montowałam, no już przy pierwszym mówi: „Co? Jak to tak anonimowo? Kto mi to wszystko posklejał?”. Mówi: „Koniecznie musi Pani tam być w napisach”. I dzięki niej potem wszyscy mnie po kolei umieszczali w napisach. No to pierwsze dwa filmy z nią, a potem to już bardzo dużo robiłam i mam ściągę z reżyserów, z którymi robiłam, bo tak na pamięć, to już pozapominałam nazwiska. W fabule pracowałam w montażowni negatywów, więc tam dostawałam kopię zmontowaną już przez montażystki reżyserskie. Także po prostu nie było problemu żadnego. Musiałam tylko dokładnie zrobić, według tej kopii, ten negatyw, popodcinać. A tutaj to już musiałam sama najpierw skleić tę kopię, a potem według niej, to już negatywów nie robiłam wtedy, bo to odchodziło do laboratorium. Przeze mnie zmontowany odcinek jakiś i stamtąd dopiero wychodziła kopia już według tego mojego wzoru, ale oni już to robili w negatywie i potem tam kopię robili normalnie. No i co tu jeszcze więcej powiedzieć. Bardzo dużo osób. Sporo. Ja sobie wyciągnęłam tę rozpiskę, bo przecież nie pamiętam jacy reżyserzy u nas pracowali. I prawie z wszystkimi i z tymi młodymi. Udało mi się akurat ten oscarowy film też zrobić nasz lalkowy. Ja z nim [Zbigniewem Rybczyńskim] kilka filmów robiłam, nie tylko ten [Tango]. Bardzo dobrze się pracowało z nim. Po prostu nigdy nie miałam żadnego problemu z jakimś nawiązaniem kontaktu, czy z zaakceptowaniem jakiejś mojej propozycji. Bardzo dobrze, naprawdę bardzo dobrze.
Czasem zrobili obraz, a potem trzeba było trochę czekać za operatorem dźwięku, żeby ponagrywać muzykę do tego, to też z Warszawy przeważnie kompozytorzy. No łódzcy też, ale nazwiska uciekają mi z pamięci niestety. Jeden bardzo sympatyczny muzyk z Łodzi, który w teatrze, ale w małym jakimś, w którym teatrze – może pani będzie wiedziała, ale ja już nie pamiętam. Ja go widzę, ale już nie pamiętam, jak się nazywał. Bardzo sympatyczny ten muzyk. To on do kilku filmów, w filmach u nas robił muzykę, znaczy pisał muzykę. To zależy, jak montowaliśmy obraz, to przeważnie siedział ze mną. A potem, jak już obraz był zmontowany, to już ja sama według jego wskazówek – powiedział jakby chciał, żeby to wyglądało. Gdzie mocniejsze wekty, gdzie słabsze. I to już ja sama robiłam. On potem sprawdzał, bo na przegraniach musiał być zawsze przecież, to wiadomo. Także bardzo mi się dobrze pracowało z nim, naprawdę. W ogóle nie mam żadnego jakiegoś zgrzytu, żeby z kimkolwiek coś było nie tak jak trzeba. Po prostu. To ze szkółki. Oni się zawsze obrażali na to jak mówiliśmy, że ze szkółki przyszli. Bo rzeczywiście jedna matura chyba to wszyscy przyszli do nas łącznie z profesorem swoim. Bo ja często go w tramwaju spotykałam. On już był starszy wtedy. To pamiętam, jak powiedział – wiosną jechaliśmy kiedyś, w tramwaju się spotkaliśmy – on mówi: „I znów wiosenka, i coraz bliżej tej trumienki”. Takie smutne powiedzenie, ale zapamiętałam akurat go. Możliwe, że w rysunkach ci animatorzy mieli jakąś przerwę taką, śniadaniową to się nazywało, ale to chyba jedna przerwa była. A w montażowni u nas dosłownie to, wtedy była przerwa, jak akurat reżyser gdzieś poszedł coś załatwiać, czy coś uzgadniać. I w tym czasie ja mogłam coś samodzielnie robić. Ale nie było takiej konkretnej godziny, że teraz będzie przerwa. To absolutnie nie. I to przez cały czas. Czasem trzeba było dłużej posiedzieć, ale tam to mam najdłuższy rekord do 4 nad ranem. Już dłuższego nie mam. Chyba specjalnie się nie różniły od innych. Inaczej troszeczkę rysunek się montowało, inaczej troszkę lalki. Ale to po prostu trzeba było zawsze się dobrze wpatrzyć, jak łączyć te ujęcia ze sobą, żeby ruch się nie powtarzał, czy ktoś idzie i nagle się cofa. Nie można było na to pozwolić. To było ważne, żeby na to zwracać uwagę. Ale poza tym nie widzę różnicy.
Ale jeśli była [Tove Jansson], to z jakąś wizytą, że tak powiem, u nas. Bo specjalnie przy montażu nie przypominam sobie, żeby była. To już raczej samodzielnie według scenariusza robiłam. Bo na ogół reżyserzy siedzieli przy mnie, ale to nie wtedy jak kleiłam obraz, bo to już takie rutynowe było, że trzeba było wiedzieć, w którym miejscu złączyć te ujęcia, ale przy udźwiękowieniu szczególnie, to często bywali reżyserzy i podpowiadali, że tu chcą głośniej, tu chcą ciszej, tu ma być grzmot potężny jakiś, a tam gdzie indziej jakaś taka tylko cicha, ciche pomruki burzy, takie różne drobiazgi. Tak, częściowo, nie od razu cały film. Kręcili razem końcowe napisy z czołowymi napisami, bo to w jednych warunkach, to już było ustalone z góry, jak to ma wyglądać. I to ja dostawałam też początek i koniec zawsze razem. No to oczywiście rozdzielałam. I kilka ujęć w czasie filmu. To też niektóre początkowe i końcowe były podobne. To też jednocześnie się kręciło, te początkowe z końcowymi. I ja to po prostu rozdzielałam i w środek, co trzeba, wstawiało się. I powstał film. Dla montażu to chyba nie było żadnej różnicy, wie Pani. Nie przypominam sobie, żeby jakieś specjalne trudności były związane z tym. Jakoś tak się podchodziło do tego, jak do innych filmów. Może bardziej precyzyjnie niektóre ujęcia trzeba było łączyć, ale to wyjątkowe jakieś momenty. Lubiłam. W ogóle bardzo lubiłam swoją pracę, cokolwiek by nie było. Nie mam takiego filmu, którego bym z niechęcią robiła. No po prostu nie mam. Czasem reżyserzy troszkę marudzili: „A to tak, a to nie, to jednak tak. A to nie, to jednak lepiej tak”. Ale to normalna rzecz. Bo czasem trzeba kilka razy próbować, żeby trafić na ten właściwy taki moment, żeby to się wszystko trzymało.
Ja nie siedziałam w ciemności. [W tle odgłos przejeżdżającego samochodu] W normalnym świetle dziennym, obraz miałam w stole montażowym – ekranik i tam widziałam wszystko w ciągu dnia. Nigdy po ciemku, no wieczorami pracowałam też oczywiście i zimą to, wie Pani, już w południe się robi ciemno, ale nie, światło nie było przeszkodą żadną. Tak samo pracowało się z nim jak z każdym innym. Wilkosz był taki dociekliwy i taki troszkę, jak to się mówi, maruda, ale bardzo sympatyczny i bardzo się też dobrze z nim pracowało. Tak że niespecjalnie, nie mogę nic powiedzieć. Bliżej nie pamiętam, ale zapamiętałabym, jeżeli by coś było nie tak, jak chciałabym widzieć to. Czy w rysunkach, tam w pracowni rysunkowej były jakieś takie podziały, że jedni robią tylko to, a drudzy tylko? Na pewno w pewnym sensie tak. Jedni się zajmowali jednym filmem, drudzy drugim, ale nie mogę nic specjalnie powiedzieć. Do rysunków czasem wchodziłam, jak oni rysowali. No i do Wacka Fedaka jak robił zdjęcia, to też tam często się zaglądało. Ale nic, nic, co by mi jakoś coś nowego wniosło, bo specjalnie, wie Pani, on stał przy kamerze robiąc, to mogłam tam spojrzeć, jak to wygląda przez obiektyw.
Ale nie miałam wpływu na to i nie musiałam nawet mieć specjalnie. Nie, chyba nie było już takiego podziału, bo jak przypominam sobie to Rysiek Szymczak na przykład i też z nim pracowali, już nie pamiętam nazwiska, to po prostu razem z koleżankami robili. Razem rysowali jedni to, drudzy co innego, ale zawsze razem w zespołach pracowali. Nie było takiego podziału, że to mężczyźni tylko, to kobiety. Owszem, pamiętam, że były takie problemy z wypłatami, bo nie było pieniędzy. Zaczęli jakieś prezenty robić zamiast pieniążków. Jakieś do cięcia chleba coś. Jakieś takie przedmioty w kuchni potrzebne, że tak powiem. Ale to tak, to przyszedł taki okres rzeczywiście, ale dokładnie Pani nie powiem. Bo ja już wtedy nie pracowałam na etacie, bo w 1986 chyba ostatnio wiosną pracowałam, a potem tylko na umowach byłam. I tę ostatnią umowę pamiętam, podpisałam na 2 tysiące, i tysiąc wypłacono mi, a następny miał być, jak przyjdą pieniądze, jak to się mówiło. Ja w tym czasie wyjechałam do córki na pół roku.
Z Polski wyjechałam i po przyjeździe miałam problemy, bo studio się rozwiązało, nie było w ogóle do kogo się zwrócić o tę należność. Nie było to takie jasne, powiedzmy. Nie mogli mi powiedzieć, że to moje pieniążki i mogą mi oddać tylko musieli coś wykombinować, ale to już nie powiem Pani co, bo nie pamiętam, żebym ja dostała te swoje pieniądze. To już była taka wyższa szkoła. Ja pamiętam pensję 1600 złotych. Pojechałam wtedy do Gdyni na jakąś uroczystość w tej mojej szkole, jakieś lecie. I jak się pochwaliłam, że zarabiam 1600 złotych, to jedna z uczestniczek tego spotkania, która po uniwersytecie była i miała 1500 chyba, mówi: „No tak, to można pracować, jak się tyle zarabia”. Także to była wtedy bardzo duża suma.
To była w Gdyni szkoła, Liceum Sztuk Plastycznych i Fotografiki. Także myśmy tak pod kątem fotograficznym tam bardziej. Dopiero po roku, jak ja już skończyłam, jak zrobiłam maturę, to rozdzielili tę szkołę. Zrobili plastyczną osobno i fotograficzną osobno, ale ja kończyłam jeszcze, jak ona była taka ujednolicona, że tak powiem. Oglądałam te filmy, owszem, ale tak specjalnie tam nie chodziłam raczej. Lubiłam chodzić do kina jeszcze wcześniej, zanim miałam dzieci, jak byłam sama to tak, lubiłam chodzić do kina i żadnej sztuki w teatrze wtedy w latach pięćdziesiątych nie przepuściłam. Bardzo lubiłam teatr. Jeszcze warszawscy ci aktorzy byli u nas, bo tam przecież były same zgliszcza, nie mieli, gdzie. Także w Łodzi były i to przypominam sobie niektóre sceny z tych teatrów. A potem, wie Pani, jakoś tak troszkę się zraziłam do teatru, bo ten język zaczął być wulgarny i to jakoś mnie odstraszyło, że tak powiem. I przestałam chodzić. Powiem, że chyba nieszczególnie. Owszem, niektóre filmy bardzo mi się podobały, ale tak specjalnie nie. Teatr był taką pasją moją wtedy. Ja miałam tą montażownię zupełnie osobno. Także ja nie byłam w takim bliskim kontakcie z tą całą czeredą, co oni tam razem siedzieli w pokoju i razem pracowali wspólnie, wymieniali zdania. Także nic szczególnego nie mogę powiedzieć. I do dzisiaj lubię. Nie przeszkadza mi, że jestem sama, że dzieciaki są gdzieś tam w świecie. Jakoś mi dobrze jest. Lubię własne towarzystwo. Dobrze się czuję w swoim towarzystwie. Tak, bo może te ostatnie lata to były takie już niemiłe z powodów tych politycznych, że no nie można było swobodnie po prostu funkcjonować, jakoś tak tego nie było, tamtego nie było, w kolejkach stać. Wie Pani to takie uciążliwe było po prostu do prowadzenia normalnego domu. Zresztą tak się złożyło, że ja od razu, jak akurat skończyła się praca, studio się rozwiązało, to tuż przed tym ja wyjechałam do córki, bo urodziła się wnuczka i ona w Kanadzie mieszka, także do niej pojechałam. No i tam byłam pół roku pierwszy raz. No to już po przyjeździe, to tylko właśnie miałam takie problemy z tym, żeby odzyskać swoje pieniążki, które mi się należały, bo nie było Studia, to już nie było, gdzie nawet złożyć zażalenia, że tak powiem. No ale jakoś się udało, pomogli mi niektórzy po prostu. No i tak minęły te lata. Ale bardzo miłe wspomnienia mam z pracy, bardzo. Nie było żadnego zgrzytu, jak pracowałam w Se-Ma-Forze. No, naprawdę żadnego.
