Przejdź do treści

Robert Siwczyk

13 filmów „ŚWIAT”:

Księżniczka Mononoke (Mononoke-hime, reż. Hayao Miyazaki, 1997)

Playtime (Playtime, reż. Jacques Tati, 1967)

Moonlight (Moonlight, reż. Barry Jenkins, 2016)

Deszczowa piosenka (Singin’ in the Rain, reż. Stanley Donen, Gene Kelly, 1952)

Światła wielkiego miasta (City Lights, reż. Charlie Chaplin, 1931)

Kacza zupa (Duck Soup, reż. Leo McCarey, 1933)

Mad Max: Na drodze gniewu (Mad Max: Fury Road, reż. George Miller, 2015)

Młody Sherlock Holmes (Scherlock, Jr., reż. Buster Keaton, 1924)

Cud w Morgan’s Creek (The Miracle of Morgan’s Creek, reż. Preston Sturges, 1944)

Ziemia (Zemlya, reż. Aleksandr Dowżenko, 1930)

Zbliżenie (Nema-ye Nazdik, reż. Abbas Kiarostami, 1990)

Przyczajony tygrys, ukryty smok (Wo Hu Cang Long, reż. Ang Lee, 2000)

Nienawiść (La haine, reż. Mathieu Kassovitz, 1995)

Komentarz:

Księżniczkę Mononoke zobaczyłem w katowickim Kinie Kosmos osiem lat temu. Z czasem coraz bardziej wpasowywał się w moje rozumienie ekologii, klimatycznych lęków i tego jak powinna wyglądać relacja między naturą a człowiekiem. Pierwszy raz Playtime zobaczyłem w ramach Klubu Filmowego Ambasada w Katowicach. To był dla mnie szok, nieporównywalny z niczym innym. Drugi raz parę lat temu, w ramach pokazu specjalnego we współpracy
z Michałem Oleszczykiem, w ramach festiwalu Nowe Horyzonty. Za drugim razem bawiłem się nawet lepiej, bo wiedziałem czego się spodziewać. Pamiętam, że większość filmu przepłakałem ze szczęścia, pomyślności takie cudo mogę oglądać na wielkim ekranie.
Podobnie było z filmem Chmielewskiego, którego uważam za bratnią duszę Tatiego. To był seans domowy, na laptopie i czekam z utęsknieniem na jakiś seans kinowy. Film o opiekuńczym mieście, który bywa przewodnikiem, ale czasem bywa w tym delikatnie złośliwy.
Moonlight na pewno widziałem w kinie w okolicach premiery, ale nie pamiętam gdzie. Pamiętam natomiast zachwyt nad nim. Jego przekorność w opowiadaniu o tym czym jest męskość, jak wyrażać swoją seksualność, czy wreszcie w jaki sposób ukazuje napięcia rasowe. Ścieżka dźwiękowa Nicholasa Brittela należy do moich ukochanych. Deszczową piosenkę zobaczyłem pierwszy raz w kinie Kosmos w Katowicach w 2017 roku. Jedna z najpiękniejszych laurek filmowych wystawionych okresowi przełomu dźwiękowego, z bohaterami których nie sposób nie darzyć sympatią mimo całej masy wad. Domowo-pandemiczny seans Cudu
w Morgan’s Creek
był moim pierwszym zetknięciem z Sturgessem. Nigdy nie zapomnę uczucia, jakby zadyszki pomieszanej z zachwytem, jakiego doznałem po zakończeniu. Nigdy nie widziałem, żeby film pędził z historią w takim tempie i robił to w tak zabawny sposób. Pierwszego seansu Świateł wielkiego miasta Chaplina nie pamiętam, ale na długo zapamiętam seans tego filmu w Muranowie w ramach Topki SpoilerMastera. Filmy Chaplina towarzyszą mi od dzieciństwa i tamten seans jest przepiękną klamrą kawałka mojego kinofilskiego życia. Kaczą zupę z kolei widziałem we fragmentach w publicznej telewizji w dzieciństwie. To była chyba „dwójka”.  Pamiętam, że na scenie, w której Chico i Harpo kłócą się ze sprzedawcą popcornu płakałem ze śmiechu. Utkwił mi ten moment na wiele lat w głowie, na tyle mocno, że zrobiłem sobie w końcu domowy maraton wszystkich filmów braci Marx. Keatona poznałem dużo później niż Chaplina, ale to on dał mi, nieśmiałemu chłopakowi, lekcję filmem Młody Sherlock Holmes, jak postępować z dziewczynami. Pierwszego seansu nie pamiętam, ale ważne dla mnie seanse to pokaz w Muranowie w ramach Topki SpoilerMastera, a drugi to współorganizowany przeze mnie pokaz plenerowy w ramach Kina za Jutrzenką w dzielnicy Szombierki w Bytomiu w roku 2024. Pierwszego pokazu ostatniej odsłony Mad Maksa nie pamiętam, wiem, że był to seans kinowy. Pamiętam tylko, że film zawładnął moją wyobraźnią na wiele miesięcy, a kiedy dowiedziałem się, że Miller inspirował się m.in. Generałem Keatona to wywróciło to moje spojrzenie na to czym może być inspiracja. Mój pierwszy i jedyny jak dotąd seans filmu Kutza miał miejsce w ramach nieistniejącego już Bytom Film Festival 7 lat temu. Pamiętam, że zaskoczył mnie ten film ogromnie, bo nie z takim kinem tego reżysera kojarzę, a już zderzenie go z Solą ziemi czarnej, którą obejrzałem na tej samej edycji BFF dzień wcześniej, tylko spotęgowało ten szok. Przepiękne poetyckie kino na przecięciu neorealizmu włoskiego i Francuskiej Nowej Fali, a jednak na wskroś polskie. Ziemię Dowżenki ostatnim razem widziałem w ramach pierwszej edycji Sounds of Silents w Muranowie, której miałem przyjemność patronować medialnie. Ale zachwycił mnie ten film już wcześniej, kiedy przygotowywałem się do działań promocyjnych. Dowżenko dokonał niemożliwego: zaprzągł środki kina propagandowego, by w sposób poetycki, pełen symboliki, opowiedzieć w sposób niezwykle czuły o ludowości swojego kraju i o tym, że żaden postęp nie uda się bez poszanowania lokalnego folkloru. Zbliżenie pojawiło się na tej liście rzutem na taśmę. Zobaczyłem go w ramach tegorocznej edycji online Festiwalu Nowe Horyzonty. Jest to najpiękniejsza filmowa historia o miłości do filmu, jaką świat kina zobaczył. Przyczajonego tygrysa… widziałem już kilkanaście razy. Ostatnim razem był to seans z taśmy, kilka lat temu w Kinie Kosmos. Defekty taśmy tylko podbiły melancholię tego filmu. Rozczula mnie w jaki sposób Lee konfrontuje ze sobą miłość młodzieńczą pełną namiętności, z miłością doświadczoną życiową mądrością i wzajemnym szacunkiem budowanym przez lata.
Finałowa scena zawsze doprowadza mnie do płaczu. Pierwszy raz zobaczyłem Nienawiść mając około 16 lat, czyli byłem trochę młodszy od najmłodszego bohatera z trójki.
Pamiętam, że zmiótł mnie wtedy z planszy. Energia, która buzowała w tym filmie od początku, była dla mnie obietnicą, że sam mogę coś zmienić wokół siebie. Chaotyczna siła, jaką dysponowali, wydawała się być nie do zatrzymania. Tym bardziej bolesny jest koniec. Skończyłem seans niemożebnie wkurwiony na obezwładniającą niemoc, jaką ten film we mnie wywołał. Dzisiaj, kiedy wspominam tamten czas, to musiało być jedno z tych doświadczeń, które przyłożyło się do gruntownej zmiany postrzegania mechanizmów rządzonych światem. Współczesność zaczęła mi się coraz częściej jawić jako gordyjskie splątanie w tytułowej nienawiści. Moja niezgoda na taki stan rzeczy, szczególnie po filmie Kassovitza, wydawała mi się być śmiesznie mało istotna. I tak się chwieję na tej huśtawce do dzisiaj, szukając jakiegoś zaczepienia w filmach, które oferują trochę więcej optymizmu. Jednak ziarno niepokoju zostało już zasiane. W tym roku (2025) zrobiłem sobie powtórkę w kinie Światowid w Katowicach kiedy dystrybutor Reset wprowadził odnowioną wersję do kin. Wszystkie powyższe emocje jeszcze się zintensyfikowały. Świat jest jeszcze mniej przyjemnym miejscem do życia niż te kilkanaście lat temu.

13 filmów „POLSKA”:

Las (reż. Piotr Dumała, 2009)

Nie lubię poniedziałku (reż. Tadeusz Chmielewski, 1971)

Nikt nie woła (reż. Kazimierz Kutz, 1960)

Rękopis znaleziony w Saragossie (reż. Wojciech Jerzy Has, 1964)

Rejs (reż. Marek Piwowski, 1970)

Człowiek na torze (reż. Andrzej Munk, 1956)

Pora umierać (reż. Dorota Kędzierzawska, 2007)

Sami swoi (reż. Sylwester Chęciński, 1967)

Komentarz:

Las widziałem dotychczas raz w życiu, kilka lat po premierze, nie pamiętam już warunków pokazu, ale na pewno nie był to pokaż kinowy, o którym marzę. Nie ma innego filmu, który tak długo by we mnie dojrzewał. Bardzo to dla mnie osobisty film. Nabrałem dużo pokory w relacji z moim ojcem dzięki temu arcydziełu. Podobnie jak w przypadku Playtime, przepłakałem ze wzruszenia większość arcydzieła Chmielewskiego, którego uważam za bratnią duszę Tatiego. To był seans domowy, na laptopie i czekam z utęsknieniem na jakiś seans kinowy.
Film o opiekuńczym mieście, który bywa przewodnikiem, ale czasem bywa w tym delikatnie złośliwy. Doskonały film pokazujący w czuły sposób polskie osiedla i polską duszę.
Mój pierwszy i jedyny jak dotąd seans filmu Kutza miał miejsce w ramach nieistniejącego już Bytom Film Festival 7 lat temu. Pamiętam, że zaskoczył mnie ten film ogromnie, bo nie z takim kinem tego reżysera kojarzę a już zderzenie go z Solą ziemi czarnej, którą obejrzałem na tej samej edycji BFF dzień wcześniej, tylko spotęgowało ten szok. Przepiękne poetyckie kino na przecięciu neorealizmu włoskiego i Francuskiej Nowej Fali, a jednak na wskroś polskie.

Skip to content