Przejdź do treści

Zbigniew Zamachowski – aktor filmowy, teatralny i dubbingowy, kompozytor. Urodzony w Brzezinach koło Łodzi w 1961 roku. W 1985 ukończył Wydział Aktorski PWSFTviT w Łodzi. Zadebiutował rolą nastoletniego Ryśka w „Wielkiej majówce” (1981) w reżyserii Krzysztofa Rogulskiego. Później wystąpił w takich filmach, jak „Niezwykła podróż Baltazara Kobera” (1988) w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa, „Zabij mnie glino” (1987) w reżyserii Jacka Bromskiego, „Ucieczka z kina Wolność” (1990) w reżyserii Wojciecha Marczewskiego, „Demony wojny wg Goi” (1998) w reżyserii Władysława Pasikowskiego, „Cześć Tereska” (2001) w reżyserii Roberta Glińskiego, „Zmruż oczy” (2003) w reżyserii Andrzeja Jakimowskiego. Zagrał w dziełach Krzysztofa Kieślowskiego – „Dekalogu” (1988) oraz trylogii „Trzy kolory” (1993-1994). Użyczył głosu Shrekowi w polskiej wersji językowej animacji studia DreamWorks Pictures. Wielokrotnie nagradzany i nominowany za kreacje aktorskie. Członek Polskiej i Europejskiej Akademii Filmowej.

Zbigniew Zamachowski, aktor. Ja się wziąłem z nieopodal, że tak powiem, Łodzi, bo z Brzezin, to jest raptem dwadzieścia kilometrów od naszego miasta. Myślę o Łodzi, bo moim miastem były, są i będą Brzeziny. Tam się urodziłem, tam spędziłem dzieciństwo i młodość i tam właściwie od początku tak naprawdę podążałem za muzyką, ponieważ ta muzyka od samego początku mojego życia, już nie wdając się w szczegóły, towarzyszyła mi i gdzieś przez muzykę znalazłem się w tym miejscu, w którym jestem w tej chwili. Najkrócej rzecz ujmując, wymyśliłem, że będę piosenkarzem. Pisałem sobie piosenki, zarówno tekst jak i muzykę i ten cudowny trud przywiódł mnie w 1980 roku do Opola, do Festiwalu Opolskiego, do koncertu debiutów i tam swoimi dwoma piosenkami udało mi się wygrać nawet drugą nagrodę, ale nie to było najbardziej brzemienne w skutki i najważniejsze w tym wszystkim, ale to, że cudownym zbiegiem okoliczności zobaczył mnie w telewizji, kiedy trwała transmisja tego koncertu konkursowego mojego, reżyser filmowy – Krzysztof Rogulski, a akurat szukał dwóch młodych chłopaków do dwóch głównych ról w filmie Wielka majówka. Tak naprawdę właściwie jego żona – Elżbieta Sikora wskazała mu moją osobę, bo to ona tak naprawdę włączyła telewizor i jej to zawdzięczam. Jeszcze tego samego dnia dostałem telegram, żeby przyjechać na próbne zdjęcia do Wrocławia, tym razem do Wytwórni. Pojechałem na jakimś dużym luzie, naprawdę podszedłem do tych próbnych zdjęć, ponieważ już wydawało mi się, że gdzieś tam ta przyszłość mi się w tej muzyce jawi dosyć całkiem fajnie. Zatem zasada, że każdemu to, na czym mu najmniej zależy, choć oczywiście mi zależało, ale może nie aż tak bardzo, zadziałała. Te zdjęcia potoczyły się świetnie, dostałem tę rolę, zagrałem w filmie i dopiero wtedy zdecydowałem się zdawać się do łódzkiej Szkoły, również ze względu na to, że jestem właściwie łodzianinem, znam Łódź naprawdę dobrze. No i w ten sposób to wszystko wystartowało. Po Wielkiej majówce były już kolejne filmy, nim jeszcze skończyłem Szkołę. Jeśli chodzi o egzaminy, to przyznam się, że jeszcze będąc w klasie maturalnej w liceum ekonomicznym w Brzezinach, podjąłem taką nieśmiałą próbę sprawdzenia się w tym moim przyszłym jak mniemałem fachu. Pojechałem do warszawskiej szkoły teatralnej na konsultacje, które do tej pory odbywają się. Jeszcze przed egzaminami właściwymi dostałem zwrotkę, że to jest cytat właściwie od pani, która odpowiadała za wymowę, artykulację, że jest tyle fajnych zawodów na „A”, że w moim wypadku aktor to chyba nie jest najlepszy pomysł. Wziąłem sobie to do serca, nie zdawałem wtedy właśnie do szkoły teatralnej, tylko do szkoły muzycznej w Katowicach. Dzięki Bogu nie przyjęto mnie tam, ponieważ miałem szansę zdawać już po Wielkiej majówce do Łodzi, już nie wybrałem Warszawy i przyznam, że to nie było takie łatwe, bo ja naprawdę miałem dosyć poważną wadę wymowy, to na tym to polegało, która się wzięła z różnych harców wczesnej młodości, więc musiałem tę wadę pokonać. Najpierw, choć w minimalnym stopniu, żeby się dostać, dostałem się pod przerywaną kreską. Dostało się nas szesnaścioro, ja byłem piętnasty, czternaście osób na normalnych warunkach – ja i mój kolega Robert Inglot, który miał inne zastrzeżenia, musieliśmy przez ten rok warunkowo opracować naprawdę dosyć intensywnie nad tym, żeby zdobyć zaufanie profesorów i żeby uznali, że jednak nadajemy się do tej roboty. Ja nieskromnie powiem, że kiedy już się dostałem do tej Szkoły i zacząłem się bawić, tak naprawdę to była zabawa na początku w to, czym teraz się zajmuję zawodowo. Wiedziałem, że już tego raczej nie wypuszczę z ręki i myślę, że wielu ludzi niezwykle pomogło mi w tym względzie.

Przyjmowała mnie do Szkoły legenda polskiego kina – pani Maria Kaniewska, reżyserka takich filmów, jak Szatan z siódmej klasy czy Panienka z okienka. Wspaniała osoba, troszeczkę zasłabła na zdrowiu po pierwszym roku i przejęła nas Ewa Mirowska, wspaniała aktorka łódzka i pedagog, do dziś zresztą, ucząca tutaj na Wydziale Aktorskim Szkoły Filmowej – pani Grażyna Matyszkiewicz, która wzięła odpowiedzialność za to, że jednak wyprowadzi mnie z tego kłopotu mojego dykcyjnego i wyprowadziła. A okres studiów wspominam jako – nie powiem, bajkowy czas, bo to trudno mówić o okresie bajkowym, jak się studiowało w 1981 roku, zaczynało się studia już na pierwszym roku, po niecałych trzech miesiącach. 13 grudnia 1981 roku zamknął się świat, włącznie ze Szkołą Filmową. Nie wiedzieliśmy, czy wrócimy do Szkoły, kiedy wrócimy, jeśli w ogóle. Więc ten okres był ponury, ale ja dlatego tak cudownie wspominam ten okres, bo Szkoła pomogła nam wszystkim przetrwać ten mrok stanu wojennego, ten straszny, okropny czas. Myśmy tu żyli tutaj na Targowej jak na wyspie jakiejś. Zupełnie w odrealnieniu od tego świata, który nas otaczał, przynajmniej tutaj, bo przez to nas dotykał również. Cudownym miejscem był, choć może się to wydawać niemożliwe, akademik na ulicy Ciesielskiej, w samym środku Bałut. Kto trochę chociaż zna Łódź wie, że Bałuty to nie jest jakaś bardzo przyjazna dzielnica. Nie wiem, jak dziś, ale w moich czasach nie była. Mimo to wspominam to wspaniale, bo to była szkoła życia znaleźć się w tym miejscu, w tym właśnie miejscu. Zresztą byliśmy traktowani przez tak zwanych lokalsów z dużą dozą pobłażliwości i wyrozumiałości. Nigdy nikomu z nas nie stała się żadna krzywda, mimo że okoliczności, jak wiemy, nie były za bardzo sprzyjające. A sama Szkoła i pedagodzy – może też dzięki temu, czy przez to, że były takie, a nie inne okoliczności – bardzo nam pomagali w tym, żebyśmy nie wypadli z tej orbity, tej roboty. Wszyscy byliśmy jakby zajęci tym, co było dla nas najistotniejsze, czyli robotą, nauką tego, do czego oni próbowali nas jakoś przysposobić, a my próbowaliśmy od nich wziąć najwięcej, jak się dało.

Trudno tu nie powiedzieć o Ludożercy i o Łukaszu Wylężałku. Myśmy się dość szybko zakolegowali, zaprzyjaźnili, będąc w Szkole Filmowej – Łukasz oczywiście na Wydziale Reżyserii, ja na Wydziale Aktorskim, dość szybko Łukasz zwąchał, że muzyka jest moją drugą pasją i nie dość, że mnie zaangażował do swojej etiudy filmowej, która się nazywała Domokrążca, etiuda wygrała festiwal etiud filmowych w Niemczech, dostała nominację do Oscara Szkolnego, to jeszcze powierzył mi napisanie muzyki do tej etiudy, czego skutkiem było pisanie muzyki do etiud chyba kilkunastu moich koleżanek i kolegów, w tym Doroty Kędzierzawskiej, paru innych osób, Wojtka Nowaka do pierwszej wersji Śmierci dziecioroba, takiego piętnastominutowego filmu. I tak dalej, i tak dalej, a kiedy Łukasz kończył studia, musiał zrobić oczywiście film dyplomowy i to był Ludożerca. I to był jakiś kompletny, że tak powiem, odjazd w każdą stronę, bo to wariactwo niebywałe. Jeśli ktoś będzie miał kiedykolwiek sposobność obejrzeć, namawiam. Kręciliśmy cały prawie ten film, tu właśnie w pałacu Scheiblera, troszeczkę scen w Pałacu Grohmana nieopodal. Cudowne wnętrza, które nieprawdopodobnie zbrzydził Andrzej Przedworski, wielki nasz polski scenograf, a do tego jeszcze rzeczywiście napisaliśmy pospołu z Łukaszem poniekąd muzykę i ta muzyka jakby ośmieliła mnie do tego, że gdzieś, nie powiem, że mi się coś tutaj klamerka zamyka, ale Gabriela Muskała powierzyła mi ostatnimi czasy, zrobiwszy swój debiut pełnometrażowy filmowy fabularny zatytułowany Błazny, powierzyła mi napisanie muzyki, czego się podjąłem, czego nie dość, że nie żałuję, to jestem niezwykle szczęśliwy, bo jakby przypomniałem sobie te fantastyczne dawne czasy, kiedy to nie tylko byłem aktorem, ale również stawałem po tej drugiej stronie kamery i mogłem przyglądać się tworzeniu filmu od tej strony, od której nigdy sposobności takowej nie miałem. Bardzo poważna produkcja filmowa Ludożerca. Kierownikiem produkcji był Wojtek Frykowski – w końcu gigant produkcyjny. Cudowna była obsada, ponieważ Łukasz obsadził w większości tak naprawdę swoje koleżanki i kolegów ze swoich wydziałów filmowych. Tam gra mnóstwo przyszłych reżyserów, operatorów, garstka aktorów, a mnie powierzył rolę Szalonego Króla. Co tu dużo mówić? No to oczywiście była jakaś tam metafora na rzeczywistość, która nas wówczas otaczała, ale w ujęciu powiedziałbym bardziej takim Monty Pythonowskim niż poważnym. Bawiliśmy się nieprawdopodobnie dobrze. Wiemy, że nie zawsze to, że na planie towarzyszy fajna zabawa, to się przenosi na ekran. W tym wypadku to się szczęśliwie powiodło. Ja tylko żałuję, że nie możemy z Łukaszem – całkiem niedawno obchodził swoje siedemdziesiąte urodziny i byłem u niego w Częstochowie, gdzie puszczaliśmy kilka jego filmów, w kinie, w tym Ludożercę – że nie możemy znaleźć jakiejś rzetelnej, fajnej kopii. Mam nadzieję, że takowa kopia gdzieś się znajduje i będzie można ją kiedyś puścić, wyświetlić ludziom w kinach, bo myślę, że mało kto w ogóle ma pojęcie, że taki nieprawdopodobny naprawdę film w ogóle kiedykolwiek powstał.

Przede wszystkim straszliwie żałuję, że już nie ma tej Wytwórni Filmów Fabularnych. Również w tym kształcie, w którym była, nawet myślę o architekturze, układzie korytarzy i tak dalej. Wszyscy, którzy choć trochę dotknęli tamtych czasów, wiedzieli o czym mówię. Kiedy wchodziło się głównym wejściem, szło się na górę po takich kręconych schodach, napotykało się tak zwany „Tramwaj”, czyli bufet, w którym można było się posilić po długiej czy krótkiej podróży do Łodzi, jeśli ktoś nie pochodził stąd. A potem szło się takim straszliwie długim korytarzem, po którego lewej stronie od wejścia jakaś niezliczona ilość drzwi do kolejnych biur produkcyjnych się znajdowała. Parę ładnych lat spędziłem w tych korytarzach i w tych biurach, nakręciwszy tutaj mnóstwo filmów. Nie tylko Pierścień i Różę, ale tutaj przecież powstawał Bal na dworcu w Koluszkach, tu kręciliśmy Ucieczkę z Kina Wolność, film, który niezwykle też pomógł mi w tym wszystkim, co robię i skutkował zaproszeniami do różnych filmów zagranicznych, bo był oglądany za granicą i w dodatku zaowocował tym, że za drugoplanową rolę męską zostałem nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej, dzięki czemu po dziś dzień jestem członkiem Europejskiej Akademii Filmowej i to jest wspaniałe i strasznie bardzo dobrze robi na moje ego. Jeszcze multum filmów. Przecież to tutaj z mistrzem, arcymistrzem kina – Wojciechem Jerzym Hasem kręciliśmy wiele scen w atelier, filmu, ostatniego jego filmu, jak się potem okazało – Niezwykła podróż Baltazara Kobera, więc ja z Wytwórnią mam absolutnie cudowne wspomnienia, plus oczywiście również sceny, wiele scen kręconych do filmu Pierścień i róża. Wytwórnię pamiętam jako absolutnie magiczne miejsce. Myślę, że skala jest pewnie nie ta, ale to, co się odczuwa, a byłem tam parę razy w Hollywood, chodząc po tych przepastnych terenach Universal, wchodząc do tych hal zdjęciowych czy Warner Brothers, myślę, że aktorzy grający tam mają te same uczucie, które myśmy mieli, niestety w czasie przeszłym, wędrując po przepastnych, jak na naszą skalę, korytarzach Wytwórni i wchodząc do tych naprawdę dużych, wspaniałych studiów filmowych. Cieszę się, że one już przestały być hurtowniami, tylko pełnią rolę kulturalną. Całkiem niedawno udało mi się razem z Jankiem Młynarskim prowadzić naprawdę wspaniały koncert muzyki filmowej w tej największej hali. I to był też taki powrót do przeszłości, niezwykle sentymentalny i miły dla mnie.

Niezwykłe jest to, że tak dużo, pewnie w jakiś sposób pomogłem temu szczęściu, o tym chcę powiedzieć, tak dużo szczęścia miałem w tym swoim i mam i nadzieję mam mieć jeszcze ciągle w tym życiu zawodowym, ale i nie tylko zawodowym, umówmy się. Wiele cudownych splotów okoliczności sprawiło, począwszy od tego, o którym mówiłem na początku, czyli tego, że Krzysztof Rogulski zobaczył mnie w telewizji i właściwie od tego wszystko się zaczęło. Od tego również, że tu jeszcze będąc w Łodzi, na czwartym roku Szkoły Filmowej na Wydziale Aktorskim, poniekąd z przypadku poznałem i spotkałem pana Jerzego Grzegorzewskiego, wielkiego reżysera teatralnego, który jeszcze, kiedy byłem na czwartym roku, zaangażował mnie do Teatru Studio w Warszawie i też te moje losy pewnie inaczej by się potoczyły, gdybym go nie spotkał, gdybym tam nie trafił. Już będąc właśnie pierwszy rok w czasie pracy w Teatrze Studio w Warszawie u pana Jerzego, dostałem propozycję zagrania w filmie dyplomowym Tomasza Szatkowskiego, będącego wówczas studentem czwartego roku Wydziału Reżyserii przy Uniwersytecie Katowickim. To wówczas nie była autonomiczna uczelnia, tylko wydział. Jego opiekunem był Krzysztof Rogulski, zaś Tomek kręcił film telewizyjny, który miał tytuł Ucieczka, dwie główne role, Ada Biedrzyńska i ja. Dlatego o tym wspominam, że w pewnym sensie z przypadku, jakże cudownego dla mnie, Krzysztof postanowił ubogacić ten dyplomowy film Tomasza, angażując swojego przyjaciela Jerzego Stuhra do jednego z epizodów w tym filmie. Zagraliśmy tam dosłownie kilka scen i po wielu latach już Krzysztof Kieślowski wyznał mi, że kiedy oglądał materiały do tej Ucieczki Tomka wraz z nim na sali projekcyjnej, gdzieś jeszcze przed montażem, zauważył duże podobieństwo, fizyczne podobieństwo między Jerzym a mną, co po latach zaowocowało tym, że obsadził nas jako dwóch braci w dziesiątej części Dekalogu, co było dla mnie też absolutnie niezwykłym zdarzeniem i spotkaniem z Jerzym Stuhrem, jak równy z równym na planie. A potem z kolei pokłosiem tego spotkania był mój udział w środkowej części trylogii Trzy Kolory, czyli w Białym, dzięki któremu to filmowi do tej pory co jakiś czas kręcę filmy i za granicą, czy filmy zagraniczne tutaj, kiedy tu jestem w jakiś sposób, w cudzysłowie oczywiście, bezrobotny, to nie brakuje mi roboty tam i nie mam złudzeń, co do tego, że wszystko to jest zasługą Krzyśka i tego, że wziąłem udział w jego filmach, a atencja jaką darzą i starsi, ale i młodsi reżyserzy, czy twórcy w ogóle filmowi Krzysztofa jest dla mnie absolutnie zupełnie niezwykła i dojmująca. Całkiem niedawno, zresztą w Łodzi też kręciliśmy kilka dni zdjęciowych, zrobiłem taki amerykańsko-niemiecko-polski film Treasure z Leną Dunham, Stephenem Fry’em jako trzeci, w głównych rolach aktor. Lena Dunham, no znana myślę wszystkim, zwłaszcza młodszemu pokoleniu pań twórczyni serialu GirlsDziewczyny, odnosiła się do mnie z jakimś zupełnie niebywałym szacunkiem i atencją właśnie, mówiąc mi, kiedy już jakby lody pierwsze zostały przełamane, że wychowała się na Kieślowskim, kiedy studiowała reżyserię w Los Angeles, obejrzała wszystkie jego filmy i rzeczywiście to nie były słowa rzucane na wiatr, bo rzucała cytatami, dialogami, scenami i tak dalej. Także Krzysztof był człowiekiem, który gdzieś tam mnie w jakiś sposób też uformował i naprawdę wiele, wiele mu zawdzięczam.

Pochodzę z takiej zwyczajnej, prostej rodziny z małego miasteczka. Zostałem myślę pięknie wychowany i przez moich rodziców i przez moich dziadków. Urodziłem się w cudownym miejscu, w tych Brzezinach, bo w takim pałacu wspaniałego człowieka, pana architekta, prawnika, Pana Kleibera – Łodzianina, który postanowił sobie na przełomie wieków XIX i XX wybudować taki pałacyk myśliwski na olbrzymiej działce w tychże Brzezinach. Po wojnie oczywiście został mu ten pałac zabrany i władza ludowa zasiedliła tam mnóstwo, kilkanaście chyba rodzin, w tymże pałacyku. Tam wylądowała rodzina mojej mamy. Rodzina mojego taty mieszkała jeszcze przed wojną w tym miejscu. Tam moi rodzice się poznali, pobrali. Tam ja się urodziłem, fizycznie w dodatku. Dlatego o tym wspominam, że myślę, że miejsce urodzenia ma znaczenie i ludzie, którzy nas formują, którzy nas otaczają, którzy nam wskazują, bo nie mówią, takie najprostsze rzeczy. Miałem babcię, która była analfabetką, umiała się wyłącznie podpisać, ale była mistrzynią w odróżnianiu zła od dobra, tego czego nie wolno, co się powinno, a czego nie powinno. To w ogóle naprawdę życzyłbym wszystkim dzieciom, żeby miały taką babcię. Zatem ja nigdy, nawet kiedy zacząłem być człowiekiem rozpoznawalnym, popularnym, nie przykładałem do tego faktu jakiejś nadmiernej wagi. Nie myślę o sobie, nie myślałem i myśleć mam nadzieję nie będę, że jestem kimś wyjątkowym. To co robię już jest na tyle dziwne i wyjątkowe, że to już wystarczy, ale też traktuję to z dystansem – siebie traktuję z jakimś tam dystansem i skutki tego, co i jak robię również. Zatem myślę, że ludzie też to wyczuwają i nigdy i oby to się nie zmieniło, nie zaznałem ze strony ludzi, których spotykam na ulicy, a proszę mi wierzyć, nie przebieram się za babę z chrustu albo starą Indiankę, w Warszawie poruszam się głównie komunikacją miejską. Od lat mam kartę miejską, jeżdżę metrem, tramwajem, mniej autobusem, samochodem unikam, bo nie lubię szukać miejsc do parkowania i tak dalej i stania w korkach. I naprawdę dostaję tak zwany feedback właściwie wyłącznie fajny i pozytywny. Gdzieś pewnie tymi rolami sobie na to zapracowałem, bo gdyby jakiś tam wspólny mianownik spróbować wyprowadzić, no to wiem, że to jest zazwyczaj człowiek z problemami, niekoniecznie taki, który radzi sobie ze wszystkim świetnie, ale jakoś potrafi z tym walczyć, miły, fajny, uśmiechnięty i tak dalej, więc pewnie gdzieś ten mój wizerunek pomaga mi w tym życiu i to, jak ludzie mnie traktują i to, jak ja przyjmuję ich atencję. Choć przyznam, że od czasu do czasu lubię, jeśli tylko mam taką sposobność, zagrać jakąś rolę, która jest przynajmniej według tego, co ja o tym myślę, wbrew temu wizerunkowi, do którego zdążyłem siebie i państwa przyzwyczaić, stąd takie role jak w Cześć Tereska czy w filmie Luksus – dyplomowym filmie jednego ze studentów tutejszej naszej Filmówki i parę jeszcze innych by się znalazło, czy nauczyciel w Weiserze Wojtka Marczewskiego. Ale ogólnie rzecz biorąc, to jest cudowne, że na pewno nie stawiam sam sobie pomnika i nie zamierzam tego robić, a w związku z tym myślę, że potrafię się cudownie poruszać wśród normalnych ludzi i ludzie przyjmują mnie i słusznie, jak po prostu normalnego człowieka.

Na szczęście możemy sobie tylko gdybać, myśląc o tym, co by było właśnie „gdyby”. Ja, jak już powiedziałem na początku, raczej myślałem o sobie jako o muzyku, czy to w wydaniu instrumentalnym, bo przecież skończyłem szkołę, na fortepianie, muzyczną, czy też jako, nie wiem, piosenkarz, ktoś kto pracuje na estradzie. Do tej pory zresztą na tej estradzie przebywam i to dosyć często. Natomiast jak tak sobie zerknę na siebie jako na małego chłopca, to tym bardziej myślę sobie, że los obdarował mnie ponad miarę moich oczekiwań, tak naprawdę. Ponieważ siedząc na przykład przed telewizorem w wieku lat sześciu czy siedmiu, bo wtedy pojawił się w naszym domu telewizor czarno-biały, oglądając Kabaret Starszych Panów, w życiu by mnie pomyślał, że ileś lat później stanę na jednej scenie z panem Jeremim Przyborą w jednym przedstawieniu Zimy żal i będziemy razem śpiewać jego piosenki. W życiu by mnie pomyślał, że będę Jerzym Michałem Wołodyjowskim, kiedy oglądałem kolejny odcinek w telewizji Przygód Pana Michała i wybiegałem jak wszyscy chłopcy na podwórko po emisji kolejnego odcinka już z przygotowanym patyczkiem jak z szablą i wszyscyśmy się okładali tymi patyczkami, wszyscy byli Wołodyjowskimi. A pod nieobecność pana Tadeusza Łomnickiego, to mnie spadła z nieba ta rola i mnie Jurek Hoffman postanowił nagrodzić tą rolą. Nie wiem za co zresztą, ale to było coś cudownego. I tak dalej mógłbym wymieniać. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że na planie wspomnianej Ucieczki z kina Wolność spotkam się po raz pierwszy, a potem po wielokroć z Januszem Gajosem, który był dla mnie Jankiem Kosem. Janusz, jeśli będziesz to kiedyś oglądał, to wybacz. Wiem, że masz pewien dystans do tej roli, do tych poczynań swoich, ale to mnie gdzieś ukształtowało, więc to są takie rzeczy, których bym nie wymyślił. Zatem, jeśli ja sobie, Pani mnie pyta, czy jak ja siebie znajduję gdzieś tam w przeszłości, to jako chłopca, który raczej nie brał pod uwagę takiej możliwości, że będzie tu siedział teraz, w sali kinowej Muzeum Kinematografii, jako jeden z eksponatów poniekąd już. Za chwilę będzie projekcja filmu, do którego w dodatku zamiast w nim zagrać, napisałem muzykę. Parę jakichś artefaktów i rzeczy już w tym muzeum się znajduje, a może się znajdzie więcej, bo mam parę rzeczy do zaoferowania, nieskromnie powiem. Mam nadzieję, że zostaną przyjęte. I tak dalej, i tak dalej, że ten mój dorobek filmowy naprawdę będzie aż taki. Już kończąc też, jako wykładowca z ponad dwudziestoletnim stażem, w pewnym momencie musiałem, przyznam, napisać doktorat na uczelni. A żeby to się mogło odbyć, trzeba było napisać coś, na początku co jest takim résumé dokonań, tak zwany dorobek artystyczny. I rzeczywiście, jak ja spojrzałem zwłaszcza na te ilość, ale też myślę i jakość tego, co udało mi się w tym względzie zrobić, to sam byłem pod wrażeniem. Nie wiem, jak to mnie świadczy, ale to dopiero skumulowane w taką jedną księgę formatu A4, tej grubości, do tego jak doszły role filmowe, znaczy teatralne, telewizyjne, dubbingowe i estradowe poczynania moje jeszcze, to naprawdę okazało się, że gdzieś z tych Brzezin los wystrzelił mnie absolutnie w cudowny kosmos.