Zbigniew Gustowski
Zbigniew Gustowski – asystent operatora. Urodzony w Łodzi. Związany zawodowo z Wytwórnią Filmów Fabularnych w Łodzi. Jako asystent operatora pracował przy realizacji takich filmów, jak „Ucieczka z kina Wolność” (1990) w reżyserii Wojciecha Marczewskiego, „Psy” (1992) w reżyserii Władysława Pasikowskiego, „Pan Tadeusz” (1999) w reżyserii Andrzeja Wajdy, „Kamienie na szaniec” (2014) w reżyserii Roberta Glińskiego, „Ukryta gra” (2019) w reżyserii Łukasza Kośmickiego. Wielokrotnie współpracował z operatorem Pawłem Edelmanem i reżyserem Romanem Polańskim, m.in. przy „Pianiście” (2002), „Autorze widmo” (2010), „Oficerze i szpiegu” (2019) i „The Palace” (2023).
Jestem asystentem operatora, Zbigniew Gustowski. Znaczy to zainteresowanie wyszło nawet od mojego ojca, bo ojciec był strasznym kinomanem. Nawet z pracy uciekał, żeby iść do kina i tam trochę po nim to u mnie zostało. I oglądaliśmy te filmy jeszcze za starych czasów, co były te stare kina, Mewa, Roma, Tatry. Też oglądaliśmy te filmy. Wtedy się oglądało westerny, jakieś Przybycie tytanów, to wszystko co było takie kultowe i jest stare. Teraz to są te filmy jakieś abstrakcyjne, ale tak to się zaczęło, od tego się zaczęło i to tak mnie pociągnęło w sumie, a że się tu znalazłem, w tej całej branży, to już jest inna w ogóle historia, bo w ogóle pracowałem gdzie indziej, bo pracowałem w prasie, jeździłem z dziennikarzami, udzielaliśmy wywiadów. I po dwóch czy trzech latach znajomy mojej mamy powiedział, że jak chce zmienić pracę, to on ma kierownika transportu w Wytwórni Filmów Fabularnych. No to już mnie tam się znudziła ta praca w tej prasie, no to mówię, a spróbuję, zobaczcie co to jest. Poszedłem na rozmowę do jego kierownika. On tak patrzy ten kierownik, patrzy na mnie. Wtedy miałem 28 lat. I mówi: „Wie Pan co, no jest taki etat na kierowcę, ale ja bym Panu odradzał”. Ja mówię: „Czemu by Pan odradzał” – „Wie Pan, bo w tym filmie, co się tam dzieje – tam Sodoma i Gomora, pijaństwa, balety”. Mówię: „Spróbuję, zobaczę, co to jest”. No i pierwszy film od razu, jak przyszedłem i się przyjąłem, to na drugi dzień wyjechałem do Rawy Mazowieckiej. Robiłem Białe Żniwa z Domaradzkim. No i od tego się zaczęło. Ten pierwszy film, cztery miesiące na wyjeździe w Rawie Mazowieckiej, no bo wtedy tak się robiło filmy, 3-4 miesiące. No i później robiłem jako kierowca jeszcze tych parę filmów. I później przyszedł moment chyba, to Dyzma był. Wózkarzem był Bronek Ławniczak, taki wózkarz z Wytwórni Filmowej. Starszy gość. Ja byłem wtedy młodszy, a on był starszy. Oczywiście, jak starszy, to teraz ja mam prawie jego lata. No i ten Bronek robił na tym LMAK-u, to był pierwszy wózek, który przyjechał do Polski. I on robił na tym LMAK-u i nie mógł sobie dać rady. No i przyszli do mnie i mówili: „Gutek, a ty byś tak nie potrafił pojechać tym wózkiem?”. Sprawa była ciężka, było tam 40 zatrzymań. W ogóle horror – aktorów milion. No i pojechałem, 40 tych ustawień, wszystko idealnie. No i zacząłem być key gripem, jak to mówią później. Zacząłem gripować, gripowałem i później poznałem na planie Jurka Zielińskiego, operatora. To chyba była Aria dla atlety. I później było Medium. W Medium robiliśmy razem. No i później przyszedł następny film, który Jurek mi zaproponował, to była Ucieczka z kina Wolność. No i na Ucieczkę z kina Wolność nie miał kto pojechać do Wytwórni i zrobić próbnych zdjęć z kamerą. Jurek do mnie zadzwonił i mówi: „Gutek, a może ty byś zrobił te próbne zdjęcia?”. Ja mówię: „Mogę zrobić”. Przy tym wózkarstwie, to już tej kamery się nauczyłem dosyć dobrze. No i pojechałem na te próbne zdjęcia, on popatrzył na to wszystko i mówi: „Ty Gutek, a może byś zrobił ten cały film?”. Ja mówię: „Mogę zrobić cały film”. No i zrobiłem ten film, jeszcze pamiętam z tą ostrością, to nie było tak prosto. Z początku to Jurek kazał mi tam zeszyt wziąć, odległości do aktora zapisywać. Ale po tym pierwszym filmie, to ja tak stwierdziłem, że to, co ja zapisałem, to ja wiedziałem wcześniej. Już takie miałem oko do tego, co mega ułatwia życie później.
Przy tym filmie był też operatorem kamery Paweł Edelman. No i z Pawłem żeśmy się zaprzyjaźnili na tym Ucieczka z kina Wolność. No i później po tym filmie następny był Pasikowski, który zaproponował Pawłowi zdjęcia do Krolla. No dobrze, mówi: „Gutek, czy zrobisz ze mną Krolla?”. Ja mówię, że zrobię Krolla. No i zrobiliśmy tego Krolla i to tak pociągnęło z tym Władkiem, że właściwie wszystkie filmy do tej pory zrobiłem z Władkiem. Wszystkie Psy, nie Psy, takie kultowe rzeczy. Paweł do tej pory teraz już przestał właściwie pracować, bo on jest na takiej pozycji, że nie musi pracować. Bo to już ma swoją rangę i on bierze to, co jest ciekawe – finansowo to mnie nie interesuje, ale tak generalnie to robi to, co jest ciekawe. Ja po nim odziedziczyłem, robię teraz z Markiem Rajcą, który był u nas szwenkierem przy Pianiście i przy Oliverze Twiście. I tak jak Paweł przestał już pracować, no to Marek mówi: „A ty chcesz ze mną robić?” – „Spoko, mogę robić, przecież znamy się jak łyse konie, nie?”. No to zacząłem robić z Rajcą i robię teraz z Rajcą do tej pory. I to taka historia niby banalna, ale tak ciekawe te stopnie się jakoś w życiu układały, że wszystko szło do przodu, do przodu i wyżej, i wyżej. A ciekawa jest sprawa, dlaczego zostałem asystentem. Bo chciałem sam spać. Po prostu nienawidziłem, bo wtedy były takie czasy w Wytwórni, że spało w pokojach trzech, dwóch, nieraz czterech ludzi. I oczywiście ten chrapie, ten nie tego, to spać się po prostu nie dało. A asystent miał taki przywilej, że miał pokój jednoosobowy. I mówię: „Kurde, muszę zostać asystentem, bo nie będę spał z tymi ludźmi”. No i tak zostałem asystentem.
Dla pokoju.
Tryb pracy to był wyjazdowy, bo to wiadomo było, że kiedyś to się robiło tych filmów mnóstwo na wyjeździe. Ta łódzka Wytwórnia. Teraz to jest coraz niżej, niżej, niżej. Każdy się stara robić w Warszawie. A nawet Londyn, czy cokolwiek to robić w Warszawie, no wiadomo, koszty. Ale przedtem to było mega wyjazdowe. Wytwórnia była bardzo przyjaznym miejscem. Ja uwielbiałem Wytwórnię Filmów Fabularnych. W tym okresie, w tym Kingsajzie, jak robili tego Kingsajza, to tu jakiś wojenny film, tu chodziło, tam w wytwórni była taka kawiarnia, która się nazywała Tramwaj.
W tym Tramwaju się spotykali wszyscy. Tu ta mucha taka, co jadła w Kingsajzie, tutaj jakiś gestapowiec w kolejce po kawę do tego. No po prostu śmieszne takie te czajniki, te wszystkie na tych korytarzach. No po prostu tam życie tętniło. Niestety teraz to zlikwidowali, wiadomo. Szkoda, ale to była bardzo fajna rzecz. A tryb pracy, to się pracowało na pensji i koniec. To nie były jakieś koszmarne pieniądze. To nie są te czasy, co później przyszły, jak już każdy poszedł na swoją stronę. To była pensja normalna i mega wyjazdów. Były, jak to powiem, diety nie było, bo było wyżywienie. No wyżywienie, no wiadomo, jak to za tamtych czasów, zupa i kiełbasa. Do tej pory się śmieję, także. Też taka historia była, że kiełbasy przywozili, to była taka trochę nie do zjedzenia. I robiliśmy w jakimś zamku i pies był z budą. I wszyscy, którzy szli, to rzucali temu psu kiełbasę. I ten pies tak jadł, jadł, jadł, wszedł do tej budy, a oni rzucali dalej te kiełbasy. I ten pies już nie mógł wyjść z tej budy, bo już był taki gruby i tylko warczał, żeby mu je zabierać. Ja mówię: „Ja pierdykam. Zaraz załatwicie psa!”. No ale to takie czasy były, szkoda było zmarnować, no dali to psu, nie? No i Wytwórnia, jako Wytwórnia była naprawdę, porównując to dla mnie warszawska, a łódzka, to o wiele bardziej lubię łódzką Wytwórnię. Lubiłem, bardziej była przyjazna. Wiadomo, warszawska to taki trochę moloszek górnej póły. Niektórzy to sprawdzali przepustki. Skoro ja tam robiłem trochę lat, to już tam znali. Ale generalnie to tam było cienko. Jak nawet cię znał, to sprawdzał. Już miał taki nawyk. W sumie można było wejść do tej Wytwórni. Kino było na górze, sala projekcyjna, kwestia Solidarności była. Ja się za głowę złapałem, bo w pewnym momencie, za czasów Solidarności, moja żona była nauczycielką. I mówi do mnie tak: „Gutek, załatwiłbyś dla dzieci jakieś takie dekoracje, na zabawę coś?”. Ja mówię: „Dobra, nie ma sprawy”. No i poszedłem do kierownika, kierownik i mówi: „Idź do dyrektora, to załatwisz”. No i poszedłem do dyrektora, nie będę mówił nazwisk, bo szkoda tam poweru. No i mówię do dyrektora, że chciałbym załatwić jakąś dekorację dla dzieci, bo żona prosiła. „A w jakich Pan jest związkach?”. Ja mówię, że jestem w Solidarności. „Jak się Pan przepisze do związków zawodowych, to Panu dam tę dekorację”. Ja mówię: „Dziękuję za tę dekorację” – „Wypad!”. No i po prostu wyszliśmy. Czasy tego strajkowania w Wytwórni, ZOMO – to wszystko żeśmy tam przeżyli w Wytwórni. Znaczy, strajki były w takiej formie, żeśmy strajkowali na sali tej projekcyjnej. Na górze. Tam byliśmy, dyrektor był na widowni i tam agitował, żeby to przestać, ale nikt nie chciał wyjść, to się skończyło milicją tak zwaną, czy to ZOMO, czy milicją. No i nas stamtąd wynieśli niestety, ale to były takie sporadyczne sytuacje, bo później to się wszystko zamknęło, no bo to wiadomo było, że to ganianie po ulicach, po tym wszystkim. Przecież to nawet moja żona tego uświadczyła. Nas ganiali po ulicach, do kościoła wszyscy uciekali. To były normalne rzeczy. To nie było tak, że to było spokojnie. Gdziekolwiek się ruszyłeś, gdziekolwiek było więcej ludzi, to tam już była afera. Kościół, który jest na Sienkiewicza, to był taką kolebką Solidarności. Tam wszyscy właściwie, jak strajki się działy to w okolicach Tuwima, Piotrkowska, a później ucieczka do kościoła na Sienkiewicza. No i to takie były rzeczy.
Absolutnie większość jest tak. Tu nikt nie ma, nie ma takiej szkoły na te rzeczy. Nie ma takiego wykształcenia, że jesteś asystentem, robisz na asystenta operatora. Nie ma. Po prostu dużo ludzi, na 70%, to jest samouków z Wytwórni. Po prostu nikt nie ma w tym kierunku szkoły, oświetlacze czy inni ludzie. Nie wiem jak z dźwiękowcami, oni mnie tam już w życiu tak za bardzo nie interesowali, ale generalnie to wszyscy samoucy. Jak ja mówię, w tym fachu trzeba mieć trochę smykałę. Niestety tą smykałę posiadałem. Zawsze wiedziałem, co robić, jak robić, nawet czy wózkarzem będąc, czy asystentem. Miałem poczucie tej odległości, poczucie tego, co się dzieje na planie, bo tak każdy mówi, no porównać teraz asystenta do asystenta kiedy ja byłem, to są dwie różne rzeczy, bo teraz ta elektronika weszła, to wszystko, te telewizorki, piksele. To wszystko to jest połowa roboty, bo to nie ma tego, że to normalny człowiek jakby z tych asystentów, którzy teraz pracują i wszedł na normalną kamerę Panavision, Moviecam, Arriflex, raczej nie mierząc, to on by oszalał, bo to nie jest ten kierunek. To się tam zdarzy raz na jakiś czas. Ja wychowałem dziewczynę, Kasię taką, która robi jako asystentka, robi ze mną na drugiej kamerze, to uczyłem ją jak to się robi, co trzeba kombinować, bo człowiek musi widzieć wkoło głowy, a nie tylko to, co się dzieje przed nim. Bo za chwilę się może wydarzyć coś, że ten aktor pójdzie tam, a nie tu, a tu, a nie tu. To ja już wiedziałem, że jak pójdzie tu, to będzie tyle, a jak pójdzie tu, to będzie tyle. Już miałem to w głowie przekodowane. Dla mnie to nie były niespodzianki. Jak robię filmy za granicą, to oni też mówią: „Kurczę, jak to jest, że ty w ogóle nie mierzysz i wiesz, gdzie oni stają?”. Ja mówię: „No tak to…”. Francuzi to w ogóle oszaleli. Przyszła dziewczyna na drugą kamerę do Polańskiego i tam sytuacja jest taka. Patrzę, a ona takie znaczki stawia, gdzie aktorzy są. Jak ich postawiła, to perski dywan. Ja pierdykam, mówię: „Jak ty się łapiesz w ogóle w tych znaczkach? Ja już nie wiem, gdzie kto stoi”. To są śmieszne sytuacje, no ludzie tak muszą, nie? Nawet ten asystent u Spielberga to samo robił. Jak robiliśmy Most Szpiegów to on sobie te znaczki na tym moście ustawił do Hanksa. Hanks nachodził. A ja robiłem z Markusem, steadicamowcem. Robiliśmy te same rzeczy, tylko ze steadicamu I on te znaczki sobie postawił. No i dobra, to teraz możemy wsypać śnieg, bo to zima. To wszystko mu zasypali, on ogłupiał, bo wszystko znikło z tego mostu. A do mnie mówią: „Ty możesz robić?” – „Ja mogę robić, spoko”. Myk, myk, myk, myk. I tak się zaczęło. To były takie ciekawe sytuacje, bo jak przyjechałem, poznałem Kamińskiego, bo historia z Kamińskim to też jest ciekawa historia, bo zadzwonił do mnie Kamiński i mówi: „Gutek, czy ty byś mógł zrobić ze mną reklamę? 7 dni w Berlinie i 3 dni w Budapeszcie”. To była reklama Mercedesa, na taśmie. Ja mówię: „Okej”, zrobiłem tą reklamę, wszystko okej, no i za 2 tygodnie właśnie przyszedł telefon ze Stanów, czy ja się zgodzę zrobić film tego Spielberga. Tego Spielberga, ten Most szpiegów. Ja mówię: „Okej”, no i polubiłem Kamińskiego, z tego względu, że ma podejście do ludzi takie luźne. Jak robiłem z nim przy tej reklamie, biegałem, bo chciałem się wykazać, żeby go nie zawieść. I mówię do niego: „Janusz, ja mogę iść do ubikacji?”. On tak patrzy na mnie i nie będę mówił jak powiedział dosłownie. On mówi: „Co ty, kurwa, myślisz, że ja jestem twój ojciec? Idź do tej ubikacji, o co ci chodzi?”. A tak zawsze u nas to nieraz takie mają poczucie, że jak się nie zapytasz, to Boże drogi, co się dzieje? No i wracając do tego Mostu szpiegów, to na tę drugą kamerę ja byłem z tym steadicamem i Janusz mówi: „Ty czytasz książki?”. Ja mówię: „No dużo czytam książek, właściwie całą kinematografię” – „To weź sobie książkę, bo roboty to ty będziesz miał minimalnie, stary. Minimalnie”. No dobra, to ja książkę sobie wziąłem na ten plan i robiliśmy te zdjęcia w tym samolocie, co się akcja dzieje. No i dopiero co usiadłem z tą książką, od razu Janusz wołał mi: „Gutek, steadicam, Marcus ujęcie!”. No i my z tym Marcusem do tego samolotu. No to powiem, że jak wsiadłem do tego samolotu, Spielberg za nami, my z przodu, i on nie patrzył w telewizję, tylko patrzył na nas, co my robimy. No i jak zrobiliśmy to jedno ujęcie, no i mówi: „Okej, to do końca dnia steadicam”. I koniec. I ten pierwszy asystent zrobił przebitkę na lewarek, a ja cały dzień z Marcusem tym steadicamem żeśmy katowali. No i taki był mój wypoczynek i czytanie książki. I tamten był też takim bardziej złym kolesiem, no bo oni podziwiali mnie, ten Spielberg też mówi: „Jak to się dzieje?”, a tym bardziej, że on był asystentem. On zaczynał od asystenta, tak jak ja. No i robiliśmy trudne ujęcie, tam obiektyw chyba 300 w pokoju, bliskie plany, szklanka, herbatka. No i zrobiłem to ujęcie. On mówi tak, że: „Nie mierzyłem, nie”. Mówi: „To niemożliwe, że to tak się stało”. Mówi do Janusza: „Mogę ja sam zrobić to ujęcie?”. A Janusz mówi: „Dawaj za kamerę”. Wsiadł za kamerę i robimy drugi raz to samo ujęcie. Myk, myk, myk, myk, myk. Kurde, odszedł od kamery, pokiwał głową i mówi: „Kurwa, nie do wiary”. Dziękuję. Koniec sprawy. No i tak z Januszem przepracowaliśmy. To było z wojną, z tą reklamą w Gruzji, to ale już się koronawirus zaczął i już wszystko poszło gdzie indziej, innym torem.
Sprawa kierowcy polega na tym, żeby zawieźć sprzęt, pomóc wypakować, ale ja też pomagałem na planie, pomagałem nosić statywy, takie rzeczy. I zresztą nie siedziałem w samochodzie, bo można było głupieć. I ciekawiło mnie, jaka to jest praca, co i jak, co ci ludzie wszystko robią. Od tego się zaczęło. Po kolei wiedziałem, że to nie jest trudne, tak mówiąc szczerze. Trzeba mieć po prostu ten dryg, żeby to robić. Na początku myślałem o wózkowaniu, a później już mówię, że a już ten asystent, to już mi wtedy, jak Pani mówiła, ten pokój mnie tak przypylił. Tym bardziej, że mi to zaczęło wychodzić, to nie było jakimś tam dla mnie strasznym problemem. Wiadomo, że to jest stresowa praca asystenta, bo jest stresowa. Wózkarz to jest inna odpowiedzialność. Pojedzie źle, trudno się pojedzie jeszcze raz. A za tamtych czasów, jeżeli asystent zrobił źle, no to już była wina, bo jak oni mówili: „Szmata wszystko pokaże”. Szwenkier był wyrocznią. Nie było telewizorów, nie było nic. Tylko się pytali szwenkiera: „Było dobrze?”. On powiedział, że było dobrze. Mnie się nie pytali, bo ja nie miałem na to odpowiedzi. Nie było takiej formy. A potem się tak zdarzało, że na projekcji było dobrze, było dobrze. A tak, idą oświetlacze z lampami, mikrofon w kadrze. Wszystko i „No jak ty żeś patrzył? No tak to nie może być”. No, ale takie były czasy. Filmy trzeba było robić. I to dobre filmy się robiło. Pod tym względem to tu nie ma nic tego. Teraz to wszystko ekrany, ekrany, telewizory, to wszystko powtarzane. Nie ma taśmy, kasety. Ile jest, tyle się robi. A przedtem taśma była ze złota. Dwadzieścia pięć pudełek i tylko dokupić taśmę to już była afera. Przecież tam nigdy nie przerwali filmu z powodu braku taśmy, chociaż straszyli, ale nie dało się, bo film trzeba było skończyć. Fakt, że to całkiem inna praca była, nawet pogodowo to wszystko. Kiedyś to się czekało na pogodę, a teraz jak się nie ma pogody, to się robi co innego. To jest kwestia tylko tego, że czas gra rolę tutaj, teraz. Przedtem czas nie grał tak roli. Robiło się 2-3 miesiące, 3-4, pół roku. Takie były filmy. I to tak wyglądało. Teoretycznie to weekendy były wolne. Już nie pamiętam, czy to soboty były wolne czy co, ale na soboty i niedziele chyba wracałem do domu. Bo to były takie, no tak 60 kilometrów to można było cmyknąć. Co innego, jak jedziesz dalej. To już jest teraz kwestia tego transportu, czy w Gdańsku, Świnoujściu, w Szczecinie. To już powrócić, to jeden dzień jest drogi, jeden dzień jesteś w domu. To jest bez sensu. Teraz to już w ogóle, jak robiłem z Romanem, to nawet święta spędzałem w Paryżu, bo się nie dało. Nawet 2 dni świąt w Paryżu. Mykuś, mykuś, Sylwester, to też w Paryżu, no bo jak? Teraz Szwajcarii, też ze Szwajcarii się wydostać, to Boże drogie. Chociaż było prywatne lotnisko przy hotelu, ale to już tak się nie dało. To też 2,5-3 miesiąca, żeśmy w tej Szwajcarii spędzali. Ja słabo go teraz mówiąc tak szczerze pamiętam. Siedzieliśmy w Wytwórni od 8:00 do 16:00, bo taki był czas pracy. I robiliśmy głupie rzeczy, no bo co można robić, jeżeli nic nie masz do roboty? Bo te filmy to jakoś ustały totalnie i nie było możliwości robić. Ja tylko to pamiętam, granie w karty. No co można było robić? Nie dało się nic robić, jeżeli nie masz nic do roboty. To był taki cienki stan. Zresztą człowiek myślał raczej o domu, o załatwianiu spraw domowych, jedzenia, tego wszystkiego. Myślał wtedy o tym, a nie myślał co w Wytwórni się wydarzy. Boże drogi, filmów nie będzie teraz, to będą później. A żyć trzeba było dalej. To trochę tak było ciężko. Chociaż, jak wspominam, to podobały mi się te niektóre rzeczy. Te świąteczne zakupy jedzenia, a nie to co teraz jest, że wchodzisz, masz wszystko, a wtedy po dziesięć godzin stania, dziękuję – ale jak smakowało.
To jest wytwórnia, pracownikiem wytwórni, była taka legitymacja, a jedyny przywilej to były bilety do kina, karnety. Było dziesięć karnetów po złotówce chyba, pamiętam, po złotówce chyba, do kina, że mogłeś sobie dziesięć filmów obejrzeć po złotówce. No to był taki przywilej. No zresztą to się też było jako przerywnik handlowy. To się sprzedało, to się zamieniło, bo to wiadomo, człowiek nie mógł siedzieć cały czas w kinie, bo miał bilety. Niektórzy w ogóle nie chodzili to te karnety nie były potrzebne. Ale generalnie to tylko taki był przywilej. To było przypadkowo w zależności, gdzie człowiek mieszkał. Ja tam mieszkałem na Zarzewskiej. Mieszkałem w trzech miejscach w ogóle. Na Gagarina, mieszkaliśmy u mamy z żoną. Później mieszkaliśmy na Zarzewskiej. Na Zarzewskiej jak byliśmy, to zaczęliśmy budować dom. Ten dom tu budowaliśmy pięć lat. No ale bez kredytu, bez niczego. Tak mi się udało, że jakoś to wszystko pociągnąłem. W życiu nie miałem kredytu i mam nadzieję, że już nie wezmę tego kredytu. Miałem leasingi tylko na samochody, które stoją pod domem – osobowy taki. No i to tak wyszło. Jak się tak w życiu wszystko udawało do tej pory. No relacja polega na tym, że my się po prostu polubiliśmy. On [Paweł Edelman] mnie polubił, no ja jego polubiłem, jesteśmy przyjaciółmi do tej pory. No i w sumie to skończyliśmy ten ostatni film w tej Szwajcarii. Także Paweł jest mega gościem, mega klasa. Są ludzie i ludziska, jak ja to mówię. Są fajni reżyserzy i są reżyserzy trudni, jak ja to mówię, którzy mają swoją wizję i tu jest trochę problem. A to, co ja o nich sądzę, to niestety musi zostać dla mnie albo dla mnie i dla Pawła. Ja nie jestem od tego, żeby mówić artystyczne rzeczy facetowi, który ma swoją wizję. Jedynie mogę z Romanem pogadać na ten temat, bo z Romanem to mamy taką niezłą relację, że chyba jestem jedynym człowiekiem, co może mu coś powiedzieć, że można zrobić to tak, a nie tak. To jest mega ciekawe, tylko mega niektóre rzeczy nie do opowiedzenia. Ale dobra. Roman zaproponował Pawłowi zdjęcia do Pianisty. A ja, skoro robiłem z Pawłem filmy, to jakby byłem przypisany do Pawła, bo tak mniej więcej to się dzieje do tej pory w Polsce, że operator ma swoich jakichś ludzi. Rzadko kiedy operator zmienia, chyba że ktoś nie może, ktoś tego, ale generalnie to Paweł zaczął od Pianisty. Nie no, Roman mega perfekcjonista, mega. Jak ja to mówię, dłubek. Po prostu telefon, który wibruje na stole potrafi nakręcać dwie godziny, jak wibruje. Bo nie wibruje w tę stronę, wibruje w tę stronę. Po prostu ja go za to podziwiam, bo on naprawdę na tym się skupia. Zresztą to widać na tym filmach. Moim ulubionym filmem to jest Autor widmo. To jest film, który oglądałem 4-5 razy, i on mnie cały czas fascynuje. I miejsca i gra aktorska. Chociaż nie wiem czy to mogę powiedzieć, ale scenę miłosną to on sam zagrał w łóżku, bez partnerki, Roman. Po prostu mu się nie podobało, co aktorzy grają i on sam wszedł do łóżka i sam ją zagrał. To musi być perfekcjonista. Musi być to zrobione. A w Pianiście to faktycznie on miał opaski te żydowskie, co były, to on po prostu widział, że nie ma 9 centymetrów, tylko jest 8 centymetrów. Po prostu ścigał garderobę na maksa i musieli te wszystkie opaski poprawiać, bo on po prostu wiedział, że to jest źle i koniec. Jak zobaczył te opaski i te opaski nie były zmienione, po prostu jak ryknął. Jakaś tam sala była bankietowa, to widziałem kostiumolog, która miała Oscara, po prostu uciekała na kolanach między filarami, bo się tak bała, że coś się zaraz wydarzy, bo Roman nie odpuszczał takich rzeczy. Po prostu nie można było go – on na niczym nie dał się oszukać, tak mówiąc prosto. Jak było 300 statystów, to potrafili policzyć, że jest 300, a on powiedział, że jest 180 czy 200. Tak było w tym getcie, w tym wszystkim. To jest mega ciekawy człowiek, mega ciekawy i mega mądry, sympatyczny. Mówimy, że ma taki charakter twardy, wszyscy się go boją, no bo to wiadomo, nikt nie podskoczy w sumie jemu. Do prawdy historycznej dążył. Właśnie ta jego mądrość na tym polegała, że on wiedział czego chce i do tego dążył.
W sumie tylko jedna osoba była na planie, która mogła mu coś powiedzieć, czym mu się przeciwstawić – to była klapserka. A klapserka robiła filmy z Flipem i Flapem. Jak ja zobaczyłem te zdjęcia, jak ona stoi między nimi w takim kapeluszu, a oni po bokach. Ja mówię: „Ja pierdykam”. I żeśmy ją nazwali „Paprotka”, że ją odkopali i miała paproć odciśniętą. Tak żeśmy ją nazwali „Paprotka”. To była Sylwia i mega sympatyczna osoba. To ona mogła powiedzieć Romanowi, że coś jest nie tak. Jak wiadomo, że z taśmą były problemy, to tam jakieś przebitka, dobitka. Sylwia mówi: „Gutek, to tam włóż 60 metrów, to zrobimy tę przebitkę, będziemy te końcówki wyrabiali”. Ja mówię: „Sylwia, 60 metrów, no dobra wsadzę. Ty kazałaś” – „Okej”. No i tam włożyłem te 60 metrów, kamerę puściliśmy, idzie tu 60 metrów, idzie koniec, a tu jeszcze połowy tego nie ma. I „piiiiiii”, a Roman odwraca głowę: „Co jest? Jak to się mogło stać?”. A ja mówię: „Sylwetka…” – „To nic”, cisza. „Dobra, włóżcie drugą kasetę”. Tylko ona miała prawo cokolwiek zrobić, żeby nie dostać ochrzanu. Ale tak to nie było. Telefony, te wszystkie rzeczy. Na planie jak zadzwonił telefon, to już mogłeś pakować się. Nie miał w ogóle skrupułów żadnych. Żadnych. Do przyjaciół swoich nawet – na planie to była świętość. Był zakaz fotografowania. On zakazał fotografować siebie. I jego przyjaciel, ten Jacobs, co grał w Piratach, był na planie, przyleciał samolotem. I Roman był na scenie, pamiętam. Zrobił zdjęcie Romanowi. I to Roman przyszedł do niego i powiedział: „Co ty zrobiłeś? Przecież wiesz, że jest zakaz robienia zdjęć” – „No, myślałem, że to…” – „Dobrze, możesz stąd wyjść?”. Dziękuję. Torebka. Nie było zmiłuj się. On miał swoje takie zasady. I koniec. Nie raz takie rzeczy, jak robiliśmy zdjęcia w Rzezi, to był mały pokój, ciasny jak skurczybyk. I Roman mówi do Marcusa, bo Marcus z nami często robił ten Polonus. I mówi: „Tutaj zrobimy ze steadicamu, tych lamp, to wszystko zrobimy ze steladicamu, te zdjęcie”. Ja mówię: „Roman, to nie jest miejsce na steadicam. Tu jest tak ciasno, że on się wywali zaraz tam”. No i wchodzimy na ten plan z tym steadicamem, kamera poszła, to Marcus leży. Roman wpada i mówi: „Co się stało, co się stało?”. Ja tak patrzę na tego Romana, mówię: „Roman…”, nie dokończę, jak powiedziałem dokładnie, ale mówię: „Roman, przecież to nie jest w mordę Koloseum, nie?”. I tak mam podpisane przez Waltza: „Gutek: to nie Koloseum”, bo tam wszyscy po prostu płakali ze śmiechu. Roman pokiwał głową i wyszedł. Co miał zrobić? Nie da się przeskoczyć. To nie Koloseum, że można sobie biegać z tym kijem po tym pokoju. To cały taki człowiek. Ale jest dużo rzeczy, ja mogłem zaproponować jemu jakieś rzeczy. On zawsze liczył na mnie. Jak czegoś nie wiedziałem, a zdarzało mi się to mega rzadko, że nie wiedziałem, czy tego wyostrzyć, czy tego wyostrzyć człowieka, i poszedłem do niego i mówię: „Roman, czy ma być ten ostry, czy ma być ten ostry?”. I on tak patrzy na mnie, patrzy, patrzy. „Przecież ty najlepiej wiesz!”. Dziękuję. Koniec rozmowy. No sam nie wiedział i tak mówił: „Ty najlepiej wiesz”. Dziękuję. Koniec audiencji. No koniec. Zrobiłem to po swojemu. I koniec. Co będę dwa razy pytał. Później już nie chodziłem, bo sam robiłem to, co chciałem. Tak w sumie mówiąc. To, co uważałem za słuszne. A mniej więcej to tak kumałem, o co chodzi. W tym całym biznesie, żeby było dobrze.
Dostaję ten scenariusz, i po prostu wertuję i czytam tylko z ciekawości, jaka jest trudność filmu. Dla mnie to jest ważne. Czy są trudne sceny, czy jak, w których momentach trzeba będzie się trochę nagimnastykować. Mogę przeczytać tekst, jak jest długi tekst, jak jest w 5 językach, jak jest film robiony, czy w 4, tak jak robiliśmy z Władkiem Pasikowskim Demony Wojny, to tam było tu serbski, tu to, są w stodole 5 osób, czy 6, każdy rozmawia w swoim języku, to jest trudno i musisz kombinować, kiedy to się wydarzy, kiedy co i jak, bo to już nie możesz polegać na tym, bo ta kamera to wędruje tak, tak, tak, a ja muszę wiedzieć już, gdzie to wędruje i w którym momencie. Właściwie nie będę czytał scenariuszy, skryptów, teraz serbski tu będzie, a tutaj nie mam na to czasu. Po prostu trzeba już szybko decyzję podejmować i koniec. I to takie życie z tymi scenariuszami. Miałem tych scenariuszy, kiedyś sobie wybierałem, ale jakoś przestałem być wybredny na te scenariusze. Ale zawsze z chęcią czytam. Szczególnie Władka Pasikowskiego. Romana też. Ciekawy byłem. No też mieliśmy z Romanem robić tą Pompeję, która miała być filmem, który jak tak pomyślałem na Romana, to będzie chyba rok, półtora – te zdjęcia by trwały, bo to epopeja totalna. Tylko, że niestety finanse się nie pokryły, bo to były mega koszty tego filmu, mega. Absolutnie, te rzeki, kanały, współpraca ze Starskim tam się w sumie troszkę ucięła. Także do budowy dekoracji to już trzeba było naprawdę, bo te Starskiego dekoracje w Oliverze Twiście były przepiękne. W ogóle Czesi chcieli zostawić sobie tę dekorację, ale Roman się nie zgodził. Robiliśmy tydzień nocnych zdjęć. Ciężkie, mega ciężkie zdjęcia. Deszcze. A Roman miał taki nawyk, że on robił na dwóch obiektywach generalnie film. 32 bliski, 21 szeroki. I on wychodził z założenia, że to jest wszystko to samo. On miał swoją filozofię tego obiektywu, że jak bliżej dojdziesz, to 32 będzie się pokrywać z 50 dalej. To była jego filozofia. Tylko, że dla nas to było straszne, bo wtedy jak scena deszczowa, to ja byłem do aktora tak, a reszta 5 metrów stała z boku i paliła sobie papierosy, bo to już tutaj nie było. I na tych zdjęciach mieliśmy następne po tym tygodniu nocne. I była dwunasta godzina w nocy, na tej dekoracji, mieliśmy zaczynać zdjęcia i od razu koniec zdjęć. Ja mówię: „Kurde, przecież żeśmy nic nie zrobili, nie?”. No i co się stało? Paweł przychodzi i mówi: „Ty, Gutek, Roman poleciał do Paryża”. Ja mówię: „Jak do Paryża? Człowiek do Paryża poleciał?” – „Tak”. Ja mówię: „Co się stało?”. On mówi: „Zginęły materiały” – „Kurde, no jak zginęły materiały?” – „No w transporcie”. No i zginęło 5 tysięcy metrów. To były te wszystkie najgorsze noce. To ja byłem po prostu przerażony. Mówię: „Boże, trzeba te noce powtarzać z powrotem”. To jest w tych deszczach, w tych wszystkich, a później była taka ciekawa sytuacja, że Roman powiedział, że on by tego drugi raz nie nakręcił. Bo on jest artystą, on może to zrobić raz. No tak się teraz zastanawiam, ciekawy jestem, co by się wtedy stało, jeżeli by się te materiały nie znalazły. On powiedział, że: „Nie nakręciłbym tego, bo ja tylko raz mogę takie rzeczy nakręcić”. Na pewno by to nakręcił, tak myślę, swoją drugą drogą, że to nie ma tak łatwo, bo to wiadomo, że niektóre rzeczy to trzeba zrobić i trzeba film skończyć, a to, że się ma takie pomysły, ale jego to nic nie przekonało.
W sumie, jak robiliśmy nocą most w tej dekoracji, cała noc, i na drugi dzień projekcja. Bo u Romana szczególny był ten model, że zdjęcia i na drugi dzień projekcja. I to zawsze tak było. To ta projekcja w kinie, a nie jakieś tam, tylko normalnie projekcja. No i siedzimy w tym kinie, ja, Paweł, Starski. Oglądamy te materiały, oglądamy, tak patrzymy na ten most, Roman mówi: „Starski, jak ci się ten most podoba?”. Starski mówi: „W porządku, fajnie”, no bo fajnie to wyglądało swoją drogą. „A Paweł, a tobie jak się podoba ten most?” – „Nie no, zajebisty”, bo nikt nie chciał tej nocy powtarzać. Niestety, na drugi dzień powtarzamy. Nie było to, że my powiedzieliśmy, że fajnie. Takie śmieszne sytuacje są, bo on jest takim człowiekiem, jak nakręcaliśmy w Pianiście granie na fortepianie. Utwór przepiękny. Tylko ten utwór trwał jedenaście minut. Jedenaście minut, a nakręciliśmy tego dwanaście puszek. To była taka sterta. To było tej projekcji, samego grania było 1,5-2 godziny. No to ja, kurde, usnąłem w trakcie, bo nie dałem rady. Graj, graj, graj, graj, graj. I tak się obudziłem i mówię tak: „Skończył już grać?”. Wychodzę z tego, no to jeszcze dopiero były początki znajomości mojej z Romanem. Wychodzimy, a Roman mówi: „Gutek, nie podobało ci się jak grał?”. Ja mówię: „Roman, przepięknie, tylko dlaczego tak długo?”. Koniec rozmowy, nie? Są takie sytuacje już tam nieraz. To strasznie u Romana było męczące, bo zdjęcia były po 12 godzin, 15 godzin, później była projekcja po zdjęciach, materiały z wcześniejszych. Też raz pamiętam, że w Autorze widmo, byliśmy na tej projekcji i oczywiście też po piętnastu godzinach mnie przymuliło, usnąłem na krześle. A tam akurat było zabicie tego premiera. Jak strzelili z tej armaty, to ja spadłem z krzesła. Roman tak patrzył i mówił: „Gutek, a co ty robisz?”. Ja mówię: „Coś mi się przyśniło”. No bo ja nie dałem rady, fizycznie człowiek był zmęczony, bo to tak w sumie dzień w dzień. A on cyborg, on po prostu wytrzymuje wszystko. Ma taką siłę w sobie. Absolutnie. Robił 4 przysiady na jednej nodze, co ja w życiu jak byłem zdolny, to też nie zrobiłem tych czterech przysiadów.
Mentalnie zdrowy jest po prostu na maksa. Pływa, ćwiczy, pewnych rzeczy nie lubi. Jak byliśmy na planie, jadłem gruszkę, on przychodzi do mnie i mówi: „Gutek, a co ty jesz?”. Ja mówię: „Gruszkę”. A on mówi: „Nienawidzę gruszek”. Ja mówię: „Czemu, Roman?”. A on mówi: „Bo w czasie wojny, jak się ukrywałem na wsi, to tylko gruszki jadłem. Od tej pory gruszki nie wchodzą”. To są takie niuansiki, że coś w życiu, każdego coś tam spotkało. On ma tam swoje takie historyjki, ale w ogóle jako reżyser od historii, to są reżyserzy, którzy uwielbiają historię i sami to eksponują, a on to raczej takie – pogadać normalnie o życiu. Moja żona go strasznie chciała poznać i właśnie przyjechała do Pragi do Olivera Twista. „Gutek poznałbyś mnie z Romanem”. Ja mówię: „Dobra, chodź”.
Poszedłem do Romana, mówię: „Moja żona chce Cię poznać”. A on mówi: „No dobra, no to przyjdź do przyczepy z nią. Pani Małgosiu” – taka jest Małgosia, która się nim opiekuje – „Pani Małgosiu, Pani zrobi kawę”, no i moja żona wchodzi do tej przyczepy, poznali się – tu Roman, tu Ela. I tak patrzy na tę moją żonę i mówi tak: „Wie Pani co? Niech mi Pani powie jedną rzecz. Jak Pani z tym skurczybykiem wytrzymuje?”. I to była cała audiencja. Krótko, bo on nie był łatwy, ja nie byłem łatwy, no ja też sobie tam nie pozwalałem, jak coś tam za dużo byłoby w aferę, to nie, ale za to go uwielbiałem, no za ten jego tekst. Nie, nie, absolutnie, absolutnie. My tak mieliśmy, no przyjaciele byliśmy, no nie powiem, naprawdę przyjaciele. Teraz też ostatnio miałem urodziny. Paweł dzwoni Edelman i mówi: „Ktoś chciał z tobą pogadać”. Słucham. „Cześć, Gutek”. Kto to dzwoni? Ale to od razu ten jego akcent. Mówię: „Roman, Roman, Roman, Roman”.
Życzenia mi tam złożył na urodziny. Akurat Paweł był w Paryżu i się spotkali.
Paryż to jest piękne miasto i tych filmów już trochę tam zrobiłem, w tym Paryżu. On śmieszne ma takie podejście do rzeczy. Na przykład jedliśmy śniadanie gdzieś, we Francji w jakimś dworku. I było jajko na śniadanie. I on tak patrzy, ja walczę z tym jajkiem, takie były te obcinaczki do tych na miękko. Walczę z tą obcinaczką, walczę. On mówi: „Gutek, to jest kiepskie. Ja, słuchaj, mam w domu takie coś, takie coś z kuleczką. Biorę, nakładam na jajeczko, walę kuleczką i skorupka schodzi”. Ja mówię: „Kurde. Zajebiste to jest Roman”. Okej, skończyliśmy film, za dwa tygodnie przychodzi paczka z Szwajcarii, przychodzi kuleczka z kapturkiem. Po prostu, że mu się chciało z tej Szwajcarii wysłać kapturek do jajka. Ale taki był Roman. Rzadko oglądam w ogóle te, co robię. Oprócz tego Autora widmo filmu, który mogę oglądać, bo on mnie uspokaja jakoś, jest mega ciekawym filmem. I ten The Palace to jest w ogóle troszkę taka historia jakby nie pod Romana troszkę, bo on ma swoje te wizje filmowe, a tu jest troszkę ten czarny humor, to wszystko. Nie wiem, co się tam właściwie tym krytykom nie podobało, bo zawsze jak czytałem coś, to że niedobry, że fatalny, ale nawet się nie zagłębiałem, bo już dla mnie takie nagłówki, to już wiadomo, że tam będą bzdury jak nic. Czy dobre, czy niedobre – to już człowiek musi sam to obejrzeć i sam stwierdzić, czy on jest dobry, czy da się go obejrzeć, czy się nie da obejrzeć. Tak to nie można stwierdzić. Dla krytyków wiadomo, to są niuanse, które jak się nie podobają, to od razu jest film fatalny, nie? Moim zdaniem to my się ubawiliśmy przy tym filmie. Zresztą ta obsada z tym Rourke, z tym wszystkim. Może człowiek też widmo, Rourke. To jest po prostu, ale poznać to też była fajna przygoda, no bo w sumie wszyscy się go bali, no bo to był człowiek, który taki był mega nerwowy. Po prostu na planie to Paweł Edelman przychodzi do mnie i mówi: „Gutek wyostrz go, bo jak go nie wyostrzysz, to on Cię zabije”. Ja mówię: „Boże drogi, w coś ty mnie wpędził”. No taki był Rourke, spojrzał na ciebie, to po prostu kamień w oczy. Jak na plan wchodził, to wszyscy uciekali. Znaczy on nie wyciszył się. To można tak powiedzieć, że on się wyciszył może na ekranie, ale w życiu to nie. On potrafił tam rzucać wszystkim na planie, papierosy na dywanie, tam popielniczki. Trzeba było schodzić z trajektorii, bo to taki troszkę człowiek nerwowy.
Z Wajdą to jeszcze zrobiliśmy ten Pan Tadeusz, Powidoki, z Wałęsą ten film. Andrzejek to troszkę taki inny człowiek troszkę w porównaniu do Romana. Bo Roman to wiadomo, perfekcjonista, wszystko musi być tak i tak. U Andrzejka to raczej wszystko spokojnie. On ten telewizorek miał tam sobie, ale też potrafił się zdenerwować, krzyknąć. Jedyne najgorsze zestawienie to była Zemsta. Roman – Wajda. No to było Muppet Show. No bo niestety to są w ogóle dwa inne temperamenty. Roman grał Papkina, tak? Wajda po drugiej stronie kamery, i Roman wchodzi z tą gitarą, i Wajda mówi: „Kamera”, jest kamera, a Roman: „Stop. A z której strony ja powinienem wejść?”. Wajda mówi: „Kurde, weź Roman, grajmy”. Dobra, kamera, wchodzi Papkin. „Stop”. Roman: „A tę gitarę to ja miałem w tej ręce, czy miałem w tej ręce?”. Wajda już widziałem, że po prostu zaczyna brązowieć. I tak z trzy razy przerwał te ujęcia. No i później była kwestia jedzenia golonki. Roman przepada za golonką. No jak przepadł za golonką, to tak się troszkę może za dużo najadł, mu się niedobrze zrobiło, poszedł do ubikacji. I przychodzi z tej ubikacji, a my tak patrzymy na Romana, a on ma jednego wąsa, a drugiego nie ma.
Pytam: „Gdzie jest ten drugi wąs?”. Pokromski, który był od charakteryzacji, mówi: „Kurde, on chyba w tym kibelku zostawił”. I tak to było. Trzeba było robić drugiego wąsa. Takie przeżycia ludzkie. Takie dwa bieguny trochę były. Andrzejek mega spokojny, a Roman musiał tam swoje… Nikt mu nie narzucił po prostu swojego grania ani czegokolwiek. Próbowała to zrobić Judy Foster, ale nie udało się. Judy Foster – i aktorka, i reżyserka. Myślała, że tak powie, to on tak zagra, ale to nie u Romana. Niestety. Szybko sprowadza takich ludzi na ziemię, szybko. To Roman. Tym bardziej u Pawła. U Pawła był zawsze ten sam skład. Wszyscy z Pawłem chcą pracować. Bo Paweł jest tak sympatycznym człowiekiem, tak mądrym, wie co chce. I on też reżyserowi troszkę narzuca styl pracy, tempo pracy, to wszyscy chcą robić, ale nie zawsze się zdarza. U Romana to jest inna kwestia, bo tam robią i Francuzi, i w danym kraju, w którym on kręci, to robią ludzie. Z Polski jest nas czterech, pięciu to jest maks, bo tam jeszcze obróbka taśmy i nas biorą. A generalnie to jesteśmy ja, Paweł i operator kamery, to jesteśmy w trójkę. To jest ten stały zestaw, co jesteśmy my troje. A tak to wszystko jest taka troszkę zbieranina. Też od Pianisty z tymi zacząłem dźwiękowcami francuskimi, to oni się pozmieniali niestety. W połowie tych filmów to oni już odeszli, robią swoje jakieś inne rzeczy. Generalnie to stała trójka to tylko my jesteśmy, Polacy. Tam był Jeremi Prokopowicz, Rajca, Kuzio. Tu u Romana to było tych trzech. To pamiętam, że to było trzech. Jeremi robił tam Wenus w futrze, jakieś tam rzeczy, takie mniejsze filmy, ale Rajca robił Olivera Twista, Pianistę i na koniec robił Kuzio te filmy, co ostatnio robiliśmy.
A w Szwajcarii nie robił nikt z naszych. W Szwajcarii robił Marcus Polonius. Bo dlatego, że chodziło im cenowo, żeby był „Head and Shoulders”, dwa w jednym. I steadicam i szwenkował, bo też to potrafił. Dla produkcji to wiadomo, cięcie kosztów to najważniejsza rzecz, nie? Ostatni to mój był w Zakopanem, teraz jak robiliśmy tam drugą część jakiegoś serialu, to pojechałem do Zakopanego, bo mówię w Zakopanem, w górach dawno nie byłem, to się przyjechałem do Zakopanego. Druga część tego dla Canalu Plus, co robiliśmy z Rajcą w Londynie. Emigracja to robiliśmy pierwszą część i teraz będą robili drugą część w maju. Dwudziestego maja chyba zdjęcia. Ja teraz na razie robię to po prostu ze względu na żonę. Robiłem same reklamy z Markiem i teraz robię też reklamy z Markiem, jak są. Rajcą. Jak są, to robię to. Na film to nie przypuszczałem, co jak, bo nie wiedziałem, co będzie z żoną. To nie wiedziałem, czy będę robił w ogóle jeszcze film jakiś, czy nie będę robił, bo nie wiadomo, jak żona była, żyła, to musiałem zostać i opiekować się, nie? A tak to spokojnie jakoś może, chociaż teraz mam też pieska i też mam na głowie, co z nim zrobić, jak pójdę do filmu. To nigdy nie mam prostej drogi. Zobaczymy, co się wydarzy. Na razie nie mówię nie, nie mówię tak. Chciałem robić, bo to lubię. To nie jest kwestia zarabiania pieniędzy. Pieniądze to rzecz nabyta, ale jak człowiek robi to, co lubi i mu to nie sprawia trudności, to jest najważniejsze, że mi to nie sprawia trudności. A czym, nieraz się śmieje, czym gorzej, to tym lepiej. Czym trudniejsza sytuacja, czym trudniejsze zdjęcia, to tym jest ciekawiej. Jak robisz coś takiego, że tam są takie filmy, że możesz zasnąć i jeszcze to zrobisz, a niektóre są takie, że musisz spinać się jak nie wiem co, żeby zrobić to, bo jest trudne. Zależy jakie światło, co i jak. To nie jest kiedyś, że tam było, że to robili cztery, osiem przysłona i to wszystko było okej. No teraz czym niższa… ja się tak śmieję, że lampy są coraz mocniejsze, coraz ładniejsze, coraz lepsze, a przysłona jest coraz niższa. No Boże, bo to jest walor artystyczny i nic na to nie poradzisz. Nie da się tego przeskoczyć po prostu. Operator nie powie, żeby ci było dobrze, to ci da osiem. Nie, tak nie ma. Jedna sytuacja w życiu. Jedna tylko. To właśnie była z Romanem i to był Autor widmo. To się wtedy załamałem. Teraz to wiadomo, że to można zrobić luzacko, bo są tutaj ekrany, piksele, to wszystko jest. Była ta scena, co układa te kartki i odczytuje tamten szyfr cały z tego. I kamera była z góry i to było tak, że ona wędrowała tak, tak, jakoś tak, tak, tak, tak po tych kartkach, tak, ale zmieniała trajektorie, a to było makro. Niestety ta ostrość jest po prostu totalnie słaba. I po prostu raz, dwa, trzy, cztery, mówię: „Roman, Ja tego nie zrobię, stary”, mówiłem: „Ja tego nie zrobię”. I tak patrzy na mnie i mówi: „Gutek, ty wiesz, że ja robię z najlepszymi? Dalej”. No i zrobiłem. Bo już mi było wstyd. Ale to była jedna sytuacja w życiu, co tak nie mogłem sobie z tym poradzić. Zawsze to można powtórzyć, można coś zrobić, jest okej, no ale tutaj cały czas to samo i to jeszcze idzie tak nie w rytmie, tylko różnie. A makro to jest makro. Swoimi prawami się rządzi, to są obiektywy – normalne obiektywy to wiesz, gdzie, co jest, a makro to nie wiesz nic. Głębia ostrości zerowa, trafisz to trafisz, nie trafisz to nie trafisz.
Mniej więcej tak. Można tak powiedzieć. Wszyscy tak twierdzą. Nie jestem jasnowidzem, ale tak to wygląda, że mniej więcej jak spojrzę, to mi nie przeszkadza, czy to są fety [stopy], czy są metry. Niektórzy są załamani, bo robi coś w metrach, a tu mu przyjdzie robić fetach [stopach] i on od razu teraz będzie przeliczać to wszystko, ale to nie ma na to czasu. Jak, co ja będę przeliczał w drodze? Po prostu jak skręci kamera, to już muszę wiedzieć, że jest 3 feety, jest 7 feetów, jest 10 feetów. Nieraz się można pomylić, bo jak masz komplety w dwóch, metrach i feetach. I każą ci założyć to, a myślisz, że to jest to i tutaj może być wtopa nieraz. Sam się zastanawiała i mówię: „Boże, oni mówią nieostry”. Ja mówię: „Jak nieostry? To niemożliwe”. Patrzę na to i mówię: „Boże, to jest w metrach”. To jest kwestia przyzwyczajenia. Ale takie konkursy robiliśmy też. Sprawdzali mnie w hotelu czy coś. Nawet udawało się tak, że odbicie lustra i na tym, co tam w głębi było. Pięć centymetrów może się pomyliłem. Są w ogóle dwie różne historie. Lubiłem to robić na oko. Lubiłem robić na oko. To takie wyzwanie. Zawsze twierdziłem, że to mierzenie to jest trochę pozoracja. Z tego względu, że aktor i tak nie staje na znaczkach. Robi swoje rzeczy. I też z drugiej strony Romana cieszyło, że aktor nie musi być związany pozycjom, że może robić, co chce. No bo przy mnie to on może robić, co chce. Bo ja oczywiście to, co on nie zrobi, to ja nadgonię, nie? Dlatego jestem zawsze czujny, przygotowany, że wszystko się może wydarzyć. Te znaczki to jest żmudna rzecz. Co ja będę patrzył: „No stanął, dobra”. Nie. Ja już muszę – głowa jest, ja patrzę na głowę, a nie na nogi. Na to nie ma czasu. Zawsze to się człowiek spóźni jak spojrzy na nogę, a później na głowę. A tak to ja idę tam, gdzie głowa idzie, to ja idę. No i tak spokojnie sobie z tym radziłem. I to mi nie sprawia problemu nawet do tej pory, co się dziwię. Już te swoje lata mam, ale żeby mi to jakoś przeszkadzało? Absolutnie nie. To już tak zakodowane jest. I koniec. Chyba, że mi się nie będzie chciało, ale to na razie mi się jeszcze chce. Wszyscy mówią: „Kurde, ale ty masz zdrowie”. Mam zdrowie, ja mogę być 20 godzin na planie, mi to w ogóle nie przeszkadza. Jakoś tak, jak chodzę na plan, to już taki jest inny świat, trochę inne życie i człowiek już ciągnie. Mój rekord to 48 godzin non stop.
Nie, powiem, że nie. Ja zresztą z chęcią zawsze wracałem do domu. To jest tylko kwestia tego, że faktycznie dwa, trzy tygodnie i już zaczęło nosić. Już by się wróciło. Teraz jak jestem, filmu nie robiłem już 12 miesięcy, czyli rok, jak żona chorowała, no to już się tak przyzwyczaiłem trochę do tej sytuacji, ale generalnie to jak przyjechałem, to wszystko fajnie, w domu, tu, tego… i tak stopniowo już bym pojechał, i już bym coś nakręcił. A, że zawsze w sumie to moje życie polegało na tym, że to były wyjazdy, to ja w sumie w domu to ja byłem jedną czwartą roku. Strasznie mało byłem w domu. Cały czas było coś, jakiś film, to się wszystko zazębiało. Teraz to jest taki trochę przestój, między tymi filmami, ale za dawnych czasów to było z jednego filmu po prostu w drugi. To tak z tygodnia na tydzień. To fabryka, bo to była wtedy fabryka, ale faktycznie, że ja się trochę czuję tak – już bym coś zrobił, wiadomo, że bym coś zrobił. To ja się nie muszę odnaleźć, bo ja wchodzę na plan i wiem, co robić. Nie muszę kombinować. O, nie robiłem miesiąc czy dwa, to nie wiem, czy dam radę. To w ogóle nie przeszkadza. Wchodzę i mogę robić tak, jakbym to robił już nie wiem, ile czasu. Ale to trochę się tego człowiek narobił, żeby mieć takie poczucie. Kwestia tego, czy mi się chce. Wszyscy się dziwią, czy mi się chce. Ja dojeżdżam do Warszawy, bo wszystko się robi w Warszawie, to muszę z Łodzi do Warszawy, z Warszawy jadę na weekend do Łodzi. No i tak kursuję między tą Łodzią i Warszawą. Chyba, że gdzieś wyjedziemy, no to wtedy już inna sytuacja. Nie, syn pracował ze mną, on jest grafikiem komputerowym, pracował ze mną na podglądzie dwa lata. Robił „cutting”, jakieś takie rzeczy. Ale on nie był w kierunku hoteli, tego wszystkiego. Jakoś nie był do tego ustosunkowany. On zresztą DJ-em jest. Miał zespół – NTK, próby, a tu musiał wyjeżdżać gdzieś tam do Krakowa. To jemu to nie pasowało jednak. Wolał zainwestować w muzykę, i po prostu dalej ciągnie ten temat muzyki. No to tak jest. Ja to odziedziczyłem po ojcu, wiadomo, bo zawsze wiedziałem, że tam ojciec do tego kina chodził mega często. A ja tam później, koledzy, z którymi się wychowałem tam w Łodzi, to też często chodziliśmy razem. To już taka była grupa, która lubiła chodzić do kina. Tatry letnie, na powietrzu oglądać, Stylowe letnie. Tam do tej Mewy, do tej Romy, to myśmy często chodzili. Od rana, tam dziesiąta, pierwszy seans, to już my w kinie siedzieliśmy, za młodu żeśmy oglądali. To już fascynacja była. Także, że wtedy czy pomyślałem, że będę robił filmy? W życiu bym nie pomyślał, że wyląduję w Wytwórni Filmów Fabularnych i zacznę robić filmy. Nie pomyślałbym w życiu. A jednak tak się stało. Jakoś to przetrawiłem i dobrze jest.
