Sławomir Fijałkowski
Sławomir Fijałkowski, Hub Kultury Kina Charlie. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak rozpoczęła się Pana przygoda z kinem?] Takim moim pierwszym kinem, które odwiedzałem, to było kino w mojej miejscowości, gdzie mieszkałem i mieszkam w dalszym ciągu, czyli kino Spójnia w Aleksandrowie Łódzkim. Potem oczywiście, w miarę lat, kiedy dojrzewałem i miałem już grono rówieśnicze i mama nie bała się wypuszczać mnie z kolegami, no to oczywiście zwiedzałem wszystkie możliwe obiekty kinowe – łącznie z daleko wysuniętym kinem Roma, do którego się jechało blisko dwie godziny. No w tamtym czasie praktycznie nasze życie to skupiało się na chodzeniu na premiery filmowe do… Chwilę później to było zainteresowanie już takie poważniejsze i uczestniczenie w zajęciach w ramach edukacji filmowej jeszcze jako uczeń. Zajrzałem do kina Eltuś. Tam zajęcia filmowe prowadził profesor Zygmunt Machwitz, który miał znaczący wpływ na dalsze koleje mojego losu. I myślę, że w tym momencie połknąłem bakcyla filmowego, ponieważ te rozmowy profesora Machwitza, wprowadzenia i potem rozmowy o filmie i dyskusje, no bardzo mnie zainspirowały, że do tego stopnia, że postanowiłem w bardzo młodym wieku założyć własny dyskusyjny klub filmowy. Ten klub filmowy powstał tak naprawdę za namową księdza proboszcza na parafii św. Rafała w Aleksandrowie Łódzkim. To był rok 1987-1988 i w sumie to nie było innego wyjścia, ponieważ w tamtym czasie kultura i sztuka tak naprawdę bardzo intensywnie, zwłaszcza ta taka trochę wykluczona, filmy ocenzurowane, czy takie niedopuszczane, tak zwane „prohibity” w obiegu publicznym, no często mogły być jedynie pokazywane w obiektach zamkniętych, sakralnych. I w tamtym czasie kościoły były bardzo otwarte na wszelkie działania artystyczne, awangardowe. Same prowadziły, na pewno to wiecie, parafialne kina. Oczywiście, z przesłaniem religijnym. Jako uczeń również w swoim czasie chodziłem do takich kin, które już praktycznie przestały istnieć. Ale w tamtym czasie przyjeżdżało kino ruchome, Pan Bieńkowski czy jakiś inny i na 16, a czasem na 35 milimetrów w domu parafialnym, który no był obszerny, ze sceną… Bo często w tych zapleczach kościoła to były również i sceny teatralne, do dzisiaj zresztą są – prezentował swoje filmy. I tak naprawdę z kinem byłem od najmłodszych lat gdzieś związany, czytając też komiksy, czytając literaturę. Fascynowało mnie zawsze – jak można przenieść historię literacką na ekran, jak to będzie wyglądało? Czy to się będzie podobało, jak to zostanie skrócone? Bo książkę się czytało czasem kilka-kilkanaście godzin, a film trwał półtorej godziny. I to mnie zawsze bardzo interesowało i ciekawiło – jak do tego podchodzi reżyser i czy ta historia opowiedziana przez niego mnie zainteresuje i będę mógł się tą historią podzielić z innymi kolegami. Ja myślę, że to troszeczkę w tym wszystkim jest trochę przypadku. Ja skończyłem technikum mechaniczne. W związku z tym poszedłem w tamtym okresie, czyli końcówka lat osiemdziesiątych, zgodnie ze swoim wyuczonym zawodem, do pracy w zakładach Sandra. To były największe zakłady robiące pończochy, rajstopy dla kobiet. To był jeszcze taki okres, w którym, no niestety, była obowiązkowa służba wojskowa. Ja po technikum – oczywiście mając już przygotowanie i wykształcenie – zostałem od razu zastępcą głównego technologa, w tych zakładach. I miałem się bardzo dobrze. Ale – ja równolegle prowadziłem, jak to się mówi, „podwójne życie”. Z jednej strony takie praktyczne, czyli związane z moim wyuczonym zawodem, ale z drugiej strony – ja byłem gdzieś romantykiem w tym wszystkim. Wygrałem chociażby konkurs wiedzy o filozofii, będąc w techniku. Byłem wtedy pierwszym olimpijczykiem filozofii. Z tego powodu moja pierwsza wycieczka w nagrodę to była Bułgaria i Burgas. Tak, więc to były ciekawe czasy. I oczywiście nie tylko filozofia, która mnie interesowała, czyli szeroko pojęta humanistyka, ale też i literatura, poezja. W tamtym czasie jakby badałem swoje otoczenie i swoją wrażliwość na wszelkie możliwe sposoby. Jedni koledzy… no, używali, a ja w tamtym czasie bardzo dużo czytałem, pisałem wiersze, nawet w którymś momencie byłem członkiem założycielem Koła Młodych Związku Literatów Polskich, wspólnie z Andrzejem Arczewskim, co potem skutkowało różnymi periodykami wydawanymi chociażby na powielaczach, przez co potem, w kolejnym etapie życia, niemalże zostałem wyrzucony ze studiów z powodu różnych pamfletów i felietonów na temat swoich kolegów, którzy też byli moimi profesorami. Także to był ciekawy okres poznawania, tworzenia swojej jakby… kierunkowego myślenia, czym chcę być, kim się chcę stać i czym się zajmować. Ale myślę, że te wszystkie moje zainteresowania związane ze sztuką, z literaturą, z poezją, zawsze gdzieś prowadziły do jednego celu, czyli tak naprawdę – budowanie widowni. Kino jako ten… to medium, które w sposób szczególny, bardzo atrakcyjny, bardzo też jakby czasem… badające wątki filozoficzne, psychologiczne, dawało nam możliwość jakby analizowania dzieła filmowego. W różnych konfiguracjach, począwszy od obrazu filmowego. Dzięki takiemu spostrzeżeniu narodził się festiwal Camerimage. Dzięki podejściu takiemu kontekstowego do kondycji dzisiejszego świata powstał chociażby Człowiek w Zagrożeniu… i wiele tego typu przykładów, gdzie te festiwale były w dużej mierze tworzone w oparciu o bezpośrednie zainteresowania i wrażliwość lidera, twórcy, organizatora, dyrektora takiego festiwalu.
Ja zacząłem studiować filozofię, której nie ukończyłem, ale za namową profesora, świętej pamięci profesora Grzegorza Gazdy, mojego przyjaciela, zostałem nakłoniony… Z uwagi na wielość swoich zainteresowań w tamtym okresie, wiedziałem, że ja nie mogę za bardzo poświęcać za dużo czasu studiowaniu. Ponieważ w tamtym czasie ja już miałem wyrobioną jakąś taką markę, ponieważ to było w okresie, kiedy ja już… 1988 rok, byłem założycielem tego DKF-u i bardzo szybko potem zostałem niejako wchłonięty przez starszych kolegów, którzy potrzebowali młodych, zdolnych, kreatywnych. I osoby, które mają w DNA wpisaną pasję do kina, do filmu, znają się, potrafią opowiadać i tak dalej, i tak dalej. I tak bardzo szybko zacząłem… W tamtym czasie zostałem jakby wywołany do tablicy przez takie… moją, można powiedzieć, że to była taka moja macierz, bo o ile DKF był pierwszym miejscem, które zaktywizowałem… Po wielu latach okazało się, że zdobyłem naprawdę spore grono fanów, w tym moja żona jest fanką. Do tego też dostałem jakieś odpowiednie ksywki, dowiedziałem się, że byłem tzw. panem niedzielnym. Ale trzeba przyznać, że ten DKF naprawdę trzymał poziom. Tam po raz pierwszy publiczność w Aleksandrowie mogła zobaczyć chociażby Księdza (Zabić księdza) Agnieszki Holland. Ale też nie wybrzydzałem od filmów kontrowersyjnych. Jeżeli pokazujemy Harry Angel w… na zakrystii, to rozumiem, że ksiądz miał do mnie daleko idące zaufanie, że ten film będzie odpowiednio potem spuentowany i wywoła odpowiednią dyskusję. Ale pomijając ten fakt mojej aktywności młodzieńczej, bardzo szybko jakby na mojej aktywności poznali się starsi koledzy z branży. Myślę tutaj o Adamie Wichlińskim , który był wtedy szefem DKF-u Prexer. Bo nie ukrywam, że Dyskusyjny Klub Filmowy Prexer, obok DKF-u Sami Swoi – w tamtym czasie to były dwa najprężniejsze dyskusyjne kluby filmowe nakierowane na studentów, tak? Jeden operował na terenie czy dla studentów Uniwersytetu Łódzkiego, drugi dla studentów Politechniki Łódzkiej. I ze sobą te dyskusyjne kluby filmowe rywalizowały. Oczywiście, ja miałem to szczęście, że DKF Prexer, no jednak gdzieś tam był tą forpocztą, z uwagi na znajomości, relacje… Chociażby z profesorem Kluszczyńskim, który prowadził tam w swoim czasie cykl kino kontestacji… Czy profesorem Zygmuntem Machwitzem. I faktycznie DKF Prexer dostał chyba możliwe wszystkie nagrody świata dla najlepszego dyskusyjnego klubu filmowego w Polsce. No i ja jakby… w momencie, kiedy stworzył się wakat po Adamie Wichlińskim, który przeszedł do urzędu, bo to był już wtedy ‘89 rok i dostał propozycję pracy od prezydenta Czekalskiego. No w sposób naturalny koledzy z Prexera mi zaproponowali wejście do grona organizatorów tego przybytku. I to było, można powiedzieć, dla mnie początek pewnej fantastycznej przygody. Poznania jakby mechanizmów funkcjonujących w zakresie prowadzenia DKF-u, kontaktów z wszystkimi instytutami, ambasadami, Goethe, Alliance Francais, ambasada Niemiec. Wszystkich poznaliśmy tak naprawdę face to face, bo w tamtym czasie to nikt nie wierzył Poczcie Polskiej. Zazwyczaj po filmy jechało się do Warszawy samochodem, przywoziło się cały samochód filmów, które się miało potem w katalogu swoim jako dyskusyjny klub filmowy. I cieszyliśmy się, że często my byliśmy lepsi od kina, tak? Od kin studyjnych, które w tamtym czasie pełniły taką rolę, jak kino Tatry, czy kino Halka, związane z edukacją filmową. Ale my byliśmy tutaj pionierami w dostępie do najświeższego contentu światowego, festiwali, tak? Gdzie można było obejrzeć Czas apokalipsy, gdzie można było obejrzeć najnowszego Herzoga, Wima Wendersa? Ale też i filmy komercyjne, bo pamiętajmy, to był okres prosperity kaset wideo, więc chociażby… Autostopowicza publiczność pożądała, szukała na rynkach i na stadionach. Bo wtedy się sprzedawało, wymieniało, przegrywało kasety. Ale w dyskusyjnym klubie filmowym, proszę bardzo, w programie oficjalnie film się pojawiał. Miał oczywiście pirackie tłumaczenie, piracka licencja, ale to były takie czasy. I faktycznie dyskusyjne kluby filmowe w tamtym czasie stanowiły taką mekkę dla wszystkich fanów… dobrego kina, ale też i złego kina, komercyjnego, takiego którego nie można było pokazać, czy obejrzeć w normalnej dystrybucji. Ale dla wszystkich wykłady profesora Kluszczyńskiego, okraszone filmami Jarmuscha, których nikt wcześniej kompletnie w Polsce nie widział i nie znał, tak? Potem te filmy oczywiście gdzieś były w retrospektywach na największych festiwale naszych, czyli chociażby Warszawski Festiwal Filmowy, czy na Festiwalu w Zwierzyńcu i tak dalej. One się gdzieś tam pojawiały w cyklach, ale generalnie pierwszymi miejscami tak naprawdę propagacji kultury filmowej, sztuki filmowej, to były DKF-y. To się skończyło w 1994 roku. Ale w międzyczasie, ja tego okresu już nie pamiętam w DKF-ie, bo już nie pracowałem w DKF-ie.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała Pana kariera po transformacji systemowej?] Ta moja praca w dyskusyjnym klubie filmowym Prexer, to była pracą w Domu Kultury. Bo wtedy Śródmiejski Dom Kultury, który teraz się nazywa Domem Literatury, zarządzał tą placówką jeszcze będąc na ulicy Kamińskiego, mając siedzibę. I 1994 rok to bardzo prosta sprawa. Po prostu weszło prawo autorskie w Polsce, zostało uchwalone i w którymś momencie zostaliśmy jako środowisko pasjonatów odcięci od nielegalnego pozyskiwania kopii. Do 1994 roku ambasadom, instytutom absolutnie zależało, żeby kruszyć tą żelazną kurtynę za Bugiem i żeby dostarczać, i pokazywać obraz świata, i te najlepsze filmy, które wygrywały festiwale z tą nadzieją, że w końcu się ta kurtyna skruszy. I to się stało, tak? Po 1989 roku powstał nowy rząd, ale potem… Kolejnym etapem było uregulowanie kwestii prawnych i tutaj jakby uregulowanie praw autorskich było nadrzędne, chociażby takim nadrzędnym żądaniem nie tylko instytucji europejskich, ale też amerykańskich. Bo pamiętajmy, że tak naprawdę karty na tym rynku filmowym to rozdają amerykanie, tak? I oni tworzą jakby obraz tego, co oglądamy, w jaki sposób, na jakich warunkach. Ja w DKF-ie Prexer byłem niecały rok, może z kawałkiem… I bardzo szybko dostałem ofertę od spółki, od właściciela… bo to był taki okres po ‘89 roku, że kina upadały. Masowo upadały, były w tamtym czasie źle zarządzane, można było sobie kino wziąć będąc pracownikiem, albo nie pracownikiem, tylko je kupując, czy wynajmując, tak? Bo ten mechanizm instytucji filmowej po prostu nie funkcjonował, nie działał, nie było też odpowiednie… W ogóle wszystko było na nie. I nawet dzisiaj oglądałem konferencję, w której słyszałem… tak, jakbym słyszał własne słowa. Początek czy lata 90. to była po prostu tragedia dla kina polskiego. Jeżeli mówimy o latach 60., gdzie frekwencja w Polsce wynosiła, zgodnie z GUS-em, ponad 212 milionów widzów. To także sobie możemy uzmysłowić, ile widz statystyczny chodził do kina. I nagle mamy lata 90. – upadek przemysłu, upadek kin, wszystko upadało. A frekwencja w kinach sięgnęła dna, czyli w granicach 13-14 milionów – początek lat 90. Czyli ten biznes się kompletnie nie opłacał, tak? I w tamtym momencie jedyna rzecz, która przychodziła do głowy dla takich przedsiębiorczych biznesmenów, którzy upatrywali w tym również interes dla siebie. Tak bardzo szybko dostałem ofertę pracy od takiego biznesmena, który wynajął kilka kin w Łodzi. Tych upadłych, od instytucji filmowej, to było m.in. kino 1 Maja, kino Wolność, kino Stoki, kino Luna w Zgierzu. I tak nagle zostałem z ruchu DKF-owskiego wrzucony na bardzo głęboką wodę, czyli do basenu pod nazwą „Dystrybucja filmów w Polsce, zarządzanie filmami i kinami w Polsce” – w okresie, który absolutnie dla wielu jest okresem bardzo ciężkich prób. Ponieważ to był okres, kiedy były kopie tylko i wyłącznie analogowe. Kina były tylko i wyłącznie analogowe, czyli 35 mm. Ilość kopii była ograniczona. Była kategoryzacja kin. Były kina pierwszego obiegu premierowe – chociażby kino Bałtyk, czy kino Capitol, drugiego obiegu, trzeciego obiegu i DKF-y. I tak naprawdę wszyscy walczyli o to, żeby jak najszybciej otrzymać ten produkt filmowy, jeżeli się już pojawi w postaci chociażby „Psów” Władka Pasikowskiego – żeby jakby uszczknąć z tego stołu cokolwiek. Ponieważ to był film niezwykle, w tamtym czasie, tu akurat się odwołuję do jednego tytułu, popularny. Bo pamiętajmy, no kopie analogowe były bardzo wadliwe, tak? Jeżeli największe tytuły filmowe w tamtym okresie wchodziły na ilości stu kopii, to już był świat i ludzie, tak? Tak wchodził chociażby „Pan Tadeusz” z 1999 roku. I tu była astronomiczna ilość kopii, ale te kopie się zużywały. Kino, które grało w 8 tygodniu praktycznie, widzowie tego kina mogli narzekać na obraz, na jakość dźwięku, ponieważ często już ta kopia była wytarta, starta. A po drodze mieliśmy jeszcze szereg pokazów, chociażby w DKF-ach. Więc no, to nie były czasy dobre dla poprawnego, dobrego odbioru dzieła filmowego.
Okres, w którym pracowałem w Kanaki, bo tak się ta spółka nazywała, też był dosyć krótki. Ponieważ dałem się w tamtym czasie poznać też od takiej strony organizacyjnej i też koncepcyjnej. W tamtym czasie zorganizowałem chociażby największy przegląd kina niemieckiego, który jest do tej pory chyba w kinie 1 Maja. I ostatnio spotkałem widza, który pamięta ten przegląd, bo brał w nim udział i zachwycał się filmami niemieckimi. I to się kłaniały właśnie te moje kontakty związane… przeniesione z dyskusyjnych klubów filmowych, absolutnie. Dzięki temu mogłem robić naprawdę fajne rzeczy, bardziej takie studyjne, w kinach komercyjnych. Ale pamiętajmy, no reguły były jasne, przede wszystkim wynik finansowy, tak? Jak zostałem rzucony na placówkę pod nazwą kino Stoki, to tylko usiąść i płakać, i zakasać rękawy, i naprawdę zapierniczać na to, żeby to kino pobudzić do życia. Jesteśmy na osiedlu seniorów, emerytów i nagle mamy do dyspozycji przepiękną salę… bo to była jedna z dwóch powojennych sal, czyli kino właśnie Stoki i kino Iwanowo, wybudowane – z piękną widownią, z ładnym „foyer” i martwota. I oczywiście ja tam robiłem często rzeczy, które mnie teraz z punktu widzenia filmoznawczego śmieszą, ale one jakby miały na celu pozyskanie widza, zbudowanie tej widowni, przyciągnięcie widzów i opłacenie czynszu, tak żeby potem starczyło jeszcze na pensję dla mnie od mojego pracodawcy. No i wtedy człowiek wymyślał kino seksu i namiętności. Filmy ze Schwarzeneggerem. Totalne, różne dziwne skojarzenia, które pozwalały promować to kino dla osiedla na Lumumbowie i przyciągnąć studentów właśnie z tego najbliższego osiedla studenckiego, czyli w pewnym sensie zrobić konkurencję dla DKF-u Prexer. To był bardzo ciężki czas, ale też czas takich pierwszych moich innowacji. W swoim czasie namówiłem jednego z dystrybutorów filmu na pokaz przedpremierowy, taki dla publiczności, fokusowy. I to faktycznie się udało. Takim pierwszym filmem w Polsce to był „Szybki jak błyskawica”, gdzie dystrybutor testowo udostępnił mi kopię na pokaz taki przedpremierowy, żeby zobaczyć, jaka będzie reakcja widowni. I to się znakomicie udało. Potem te pokazy fokusowe, czyli tzw. przedpremierowe, weszły do normalnego obiegu i stały się jakby elementarzem wprowadzania filmów, tak? Pamiętajmy, że filmy w Polsce są wprowadzane w systemie weekendowym od piątku, ale pomału ten system amerykański gdzieś się przebija też również w rozmowach branżowych – żeby ten weekend otwarcia zaczynał się od czwartku, tak? I w ten sposób udawało mi się namówić studia amerykańskie do tego, żeby pokazać wcześniej jakiś naprawdę bardzo dobry film, od którego ja i moja widownia, ale także widownia powszechna oczekiwała jakiegoś rezultatu. Ale tu się skończyło, tak? Bo nagle dostałem konkretną bardzo szybko propozycję, bo już byłem, można powiedzieć, gdzieś tam rozpoznawalną osobą w tej branży. Mimo że młoda, ale ambitna… i dostałem wtedy propozycję w pracy, w instytucji państwowej. W Heliosie. Ale tak się akurat złożyło, że w momencie kiedy wychodziłem od dyrektora instytucji filmowej, państwowej, dodam, spotkałem Tomka Filipczaka, który był no tak naprawdę… ważną postacią dla tworzenia rynku kinowego. Takim i mentorem, ponieważ on wspólnie z panem Bolesławem Parzyjagłą otwierali kino Przedwiośnie. To było pierwsze prywatne kino w Polsce. Mało kto o tym pamięta. Mnie to bardzo imponowało, że biorę udział w jakichś pionierskich działaniach budowania wolnego rynku w polskiej dystrybucji. I mając do wyboru pracę w instytucji jako urzędnik od planowania filmów, od promocji filmów, zdecydowałem się jednak na prywatnego pracodawcę, czyli spółkę Europę i Tomasza Filipczaka. I tak trafiłem w 1991 roku do kina Przedwiośnie, ponieważ Przedwiośnie było tym pierwszym kinem w Polsce, prywatnym, ale nie tylko. Ono organizowało szereg wydarzeń, wspólnie z Krakowem, nie wiem – Festiwal Kultury Żydowskiej. Więc to kino było troszeczkę inne niż inne.
Z drugiej strony – spółka Europa miała prawa, była redystrybutorem, to się teraz tak mówi, redystrybutorem, przedstawicielem amerykańskich wytwórni. I miała podpisane umowy na wprowadzanie filmów na terenie środkowej Polski. I w tamtym czasie była umowa z Eurocomem, z ITI. W ramach ITI były takie wytwórnie, jak Warner chociażby. Potem kontrakt z 20th Fox (20th Century Fox). I to już się zaczęło tak naprawdę. To już nie była amatorszczyzna. To już była… tak naprawdę to już Rów Mariański, do którego trafiłem, ponieważ wszystko zależało ode mnie i losy innych kin też zależały ode mnie, łącznie z DKF-ami, ponieważ miałem wtedy przywilej bycia jednocześnie i szefem kina Przedwośnie, i szefem redystrybucji spółki Europa. Więc ode mnie zależało, które kino dostanie film, w jakim czasie. Czy to będzie pierwszy obieg, drugi obieg, trzeci obieg, czwarty i tak dalej. I na jak długo, na jakich warunkach. Przeze mnie przechodziła cała promocja, którą współorganizowałem wtedy z dystrybutorami, bo to był czas… jeszcze nie było Internetu, nie było social mediów. Element promocji to oczywiście reklama radiowa, telewizyjna – przy tych kilku kanałach, które były. Ale też plakatowanie. Tego nie ma. Tak samo jak już wypadły z obiegu promocyjnego fotosy, które pamiętamy chociażby z kina Bałtyk. Przechodząc, to się zawsze szło do kina Bałtyk, oglądając z jednej strony plakaty, które były zapowiedziami filmów i aktualnego bieżącego repertuaru, ale z drugiej strony fotosy, fantastyczne fotosy filmowe, których… no żałuję, że już się nie tworzy i nie robi. Które jakby pokazywały namiastkę, czego się widz może spodziewać. Także to był taki okres, w którym faktycznie rzucony na tą głęboką bardzo wodę już takiego poważnego biznesu, no dostałem olbrzymi kredyt zaufania. Bo możecie sobie wyobrazić – jako młody człowiek, bardzo młody, dostaje walizkę pieniędzy, w której jest 100 milionów złotych, jeszcze przed denominacją. Ja z tą walizką jadę do Warszawy, jadę do Piotrka Grajkowskiego, szefa ITI, wykładam tą walizkę, w której jest no te 100 mln zł. Pani kasjerka bierze to na liczydło i liczy kilka godzin, i się zgadza wszystko co do złotówki. I tak wiele razy, bo wtedy nie było takiego obiegu bankowego. Czasem pieniądze były bardzo szybko potrzebne. Więc to, że ja przez tyle lat nie zgubiłem żadnej złotówki i wszystko dowiozłem, i się zgadzało, i te warunki z dystrybutorami się wręcz zacieśniały, no to jakby spowodowało budowanie tych relacji i zaufania, tak? A kino, zwłaszcza ta branża, jest oparta na wzajemności i na zaufaniu, ponieważ pokusą tego poprzedniego… poprzedniej epoki, było piractwo, tak? I to piractwo gdzieś było zakorzenione w przyzwyczajeniach starych kiniarzy – osób, które jakby nie rozumiały tego wolnego rynku i tych zasad panujących związanych z płaceniem podatków itd. I… no w którymś momencie, jak widać, bardzo dużo kin wyleciało z tego obiegu poprzez brak zaufania do partnera handlowego, czyli do dystrybutora.
Ja w tamtym czasie – dostając gigantyczny kredyt i zaufania, i kontaktów, i nowych możliwości, też zacząłem myśleć o własnych rzeczach. Takie, jak robiłem chociażby w spółce Kanaki czy zakładając dyskusyjny klub filmowy. I w tamtym czasie robiłem też również szereg wydarzeń filmowych, muzycznych. I tak w 1994 roku… 1992 roku zbudowałem podwaliny czy taki pomysł na łódzki festiwal filmowy, jakim było Forum Kina Europejskiego, który stał się w pewnym sensie wypadkową braku w tamtym okresie czasu Konfrontacji. Ponieważ takim wiodącym projektem filmowym, promującym sztukę filmową, dobre kino, to były Konfrontacje w tamtym czasie, który docierał do większości społeczeństwa, poza festiwalami, które się odbywały czy w Koszalinie, czy w Gdyni, czy w Gdańsku w Gdyni… Czy właśnie na warszawskim festiwalu, czy w Łagowie.
I publiczność w tamtym czasie jakby widząc moją taką responsywność, aktywność na wielu polach, jakby sama się do mnie zgłosiła, żeby po prostu może coś wymyśleć takiego łódzkiego, tak? Dla Łodzi. Taki… Chcemy nasz warszawski festiwal filmowy, tylko łódzki festiwal filmowy, tak? Ja, z racji swoich zainteresowań filmoznawczych, no jakby zaproponowałem Forum Kina Europejskiego. Czyli wyprzedziliśmy… A pamiętajmy – to był jeszcze rok, w którym stacjonowały wojska rosyjskie. To był okres, w którym tak naprawdę mało komu się śniło, że my jeszcze z tego jarzma komunistycznego uda nam się wyjść. Że to za moment się może skończyć. A o tym, żeby było jakieś marzenie o Europie wspólnej, dziedzictwie Unii Europejskiej – zapomnijmy. Ale no, takie marzenia mi gdzieś tam towarzyszyły, ponieważ ta kultura śródziemnomorska była mi bliska przez kino mistrzów, których oglądałem, podziwiałem. I chciałem się nimi dzielić. Zapraszałem ich poprzez… wcześniej pracując w DKF-ie, potem przy samodzielnych stanowiskach kierowniczych. To mi absolutnie pomagało zbudować pierwszy program Forum Kina Europejskiego, który wtedy, w tamtym czasie, składał się z 40 filmów. I miał taki charakter podziału na trzy, który uważam, że jest optymalnym projektem do każdego festiwalu. Czyli – klasyka, premiery i debiuty. I byliśmy pierwszym festiwalem, który absolutnie zauważył, że trzeba pokazywać i promować debiutantów. To był okres, gdzie polscy twórcy kończący szkoły filmowe debiutowali bardzo późno, nie było finansowania. To był czas naprawdę fatalny. Zaczęło się to zmieniać po 2001 roku. Potem powstał Polski Instytut Sztuki Filmowej, który unormalizował ten rynek – i developmentu, i tworzenia… i debiutów dla filmowców. I to jest fantastyczne, tak? Ale wcześniej wcale nie było tak łatwo zostać filmowcem. Chyba, że… Łatwiej było kręcić oczywiście reklamówki, bo ten rynek reklamowy się tworzył tak, jak w każdym zachodnim państwie. Po prostu bardzo szybko i te firmy tak naprawdę… Firmy, które zajmowały się kinem to głównie zajmowały się tworzeniem contentu reklamowego, a potem dopiero przy okazji realizując scenariusze kolegów czy współpracowników, tak? Więc 1992 rok – powołaliśmy Forum Kina Europejskiego. Oczywiście program był bardzo interesujący, ale ciekawostka jest jedna, mało kto to dostrzeże. Ja byłem kierownikiem kina Przedwiośnie – kina prywatnego, komercyjnego. Jak tu podzielić moje zadanie jako filmoznawcy, żeby pokazać fajne filmy z moimi oczekiwaniami, czy oczekiwaniami wobec mnie mojego pracodawcy. No i mówi: „Sławek, musimy zarabiać, zarabiać, gonić” i tak dalej. No i to dało mi do myślenia, że ja muszę ten festiwal sprzedać. Jak zauważycie, w 1994 roku festiwal trwał blisko 3 tygodnie. A dlaczego? Zauważcie, w jakim momencie on był pokazywany. Generalnie przełom listopada i grudnia to był down, jeżeli chodzi o kino, propozycje, ponieważ jest to dla kina generalnie mieszanka bardzo niefajna, związana z mikołajkami, ze świętami itd. I wtedy na początku, koniec listopada i grudzień – kino pikuje w dół, żeby podnieść się dopiero przy świętach w górę. Ja jakby mając dostęp do całej… box-office’u i jednocześnie też będąc gdzieś analitykiem. Bo ja to… cały czas moją taką pasją było analizowanie. Analizowanie, analityka, sprawdzanie. Doszedłem do wniosku, że najlepszym momentem na festiwal, który nie przeszkodzi w graniu filmów, najlepszych blockbusterów, to jest przełom listopada i grudnia. Zauważcie, że potem… A, ciekawostką jeszcze było to, że w tamtym okresie mówiło się: „W tym okresie lepiej nic nie robić, przeczekać”. I dlatego nikt nie wprowadzał tytułów za bardzo. Bo widownia miała jakby uwagę skierowaną już na święta, stoły wigilijne i tak dalej. Ale ja w tamtym czasie pomyślałem: „Ok, jeżeli ja mam bardzo dobrą, ciekawą propozycję dla tych kinomanów, których jest niemało, to może właśnie ten okres – przełom listopada, grudnia – będzie tym momentem, gdzie ja ich oderwę od stołów, od myślenia, od pogoni za choinkami i prezentami, które sobie gdzieś tam po drodze mogą kupić”. I faktycznie tak się stało. Praktycznie Forum Kina Europejskiego było wydarzeniem nie tylko artystycznym, ale też i takim…No można powiedzieć, komercyjnym, tak? Ale to nie to słowo. Box-office’owym, czyli podtrzymywało płynność finansową dla tych kin, które brały udział. A w tamtym czasie ja się lubiłem dzielić z wszystkimi i kino Przedwiośnie zaprosiło do współpracy kino Łódzkiego Domu Kultury, kino Polonia, DKF, kino Tatry… Także zawsze w orbicie tego festiwalu było dużo uczestników, którzy poprzez swoje zasięgi, swoją widownię, budowali jakby markę tego festiwalu. I tak było przez wiele lat.
Oczywiście, potem było to bardzo trudne w momencie, kiedy się przeniósł do Łodzi Camerimage, bo jakby ja wtedy… W tym momencie byśmy się na siebie nakładali, bo Marek Żydowicz też stwierdził, od siebie, że w tym okresie, czyli przełom listopada i grudnia, jest najlepszym okresem. Mimo, że wcześniej nikt ten okres nie uważał za dobry. Ale on jest dobry, bo wtedy filmowcy mają więcej czasu, mogą przyjechać do Torunia w tym czasie… z Florydy. Bo są na urlopach, są w takim okresie, bym powiedział, między… kończącym jednym rokiem, a drugim. No i oczywiście w momencie, kiedy ja się przesunąłem trochę… Musiałem się przesunąć w dół. To nie było dobre też dla mnie jako menadżera kina, bo ja sam sobie jakby podcinałem gałąź, na której siedzę jako kino-kino. Oczywiście rezultat każdego festiwalu w tym okresie był absolutnie najlepszy. Czyli – jeżeli się filmy wprowadzało w okresie, nie wiem, października, czyli… albo tuż po świętach, w listopadzie… No to to wiadomo, że widownia swoją uwagę miała jakby skupioną głównie na tym wydarzeniu. Ale z drugiej strony gdzieś tam cierpiał ten biznes i wprowadzanie filmów, tak? To jest bardzo ciekawe wszystko… Ale tak, żeby z jednej strony uratować kino, a z drugiej strony rozwijał się festiwal, czasem to są jakby sprzeczne interesy. To się oczywiście później dało pogodzić. To się dało pogodzić w momencie, kiedy po latach dwutysięcznych pojawił się nowy model dystrybucji filmów w Polsce, czyli multipleksy. Czyli mamy wielość sal. I wtedy Tomkowi Jagielle, prezesowi Helios spółki akcyjnej, no już było jakby nie żal oddać trzech sal, mając osiem czy dziewięć sal. Biorąc pod uwagę jeszcze zasięgi tego festiwalu w swoim czasie w… o inne placówki. No, bo jakoś sobie… z tym się repertuarem w tych wielu salach pogodził. Ale to był ten moment, kiedy musiała przyjść era multipleksów, tak? Ale wraz z erą multipleksów skończyła się era kin tradycyjnych, jednosalowych. Trudno mówić o tym, żeby się skończyła era kin studyjnych, bo widać, że studyjność jest absolutnie potrzebna – chociażby po przykładzie kina Charlie. Ale… ta branża została mocno jakby wypróbowana poprzez obecność takiego organizmu jak wielosalowe kino, które tak, jak Kinopolis miało 20 sal, czy 15? To już jest coś w skali mega, z dostępem do najlepszej jakości obrazu, dźwięku, widowni. I tutaj nie można było się zatrzymać. Albo się człowiek zaczął rozwijać… Bałtyk zrobił drugą salę kinową, tak? Ale to na tyle, ile można było zrobić, tak? Marzeniem każdego właściciela sieci było zbudowanie własnych multipleksów, tak? Oczywiście, Polska była takim gdzieś rynkiem bardzo ciekawym, bo wiele sieci też padło, tak? Mieliśmy Silver Screen, już nie ma Silver Screen. Był Kinopolis, już nie ma Kinopolis, tak? W sumie w Polsce zostało… Zostały trzy najważniejsze sieci, czyli Helios, łódzki nasz, wyrosły z korzenia kina Bałtyk i dawnej instytucji filmowej. Mamy Multikino i Cinema City, tak? Potem daleko, daleko nic, bo mniej więcej multipleksy to jest w granicach 70% widowni na ten moment. Mamy 30% kin tradycyjnych, studyjnych, samorządowych, różnych prawach własności. Kin, które tworzą i są… mają albo nie mają pomysł na swoje funkcjonowanie, tak?
Charlie ma to szczęście, że od samego początku miał pomysł. Czasem kontrowersyjne, czasem niezrozumiałe jak hasło „Kino bez popcornu”. Ale ono było świadomie wprowadzone, mimo jakby ujmowania sobie przychodu z tytułu prażenia tej kukurydzy. Bo ona jednak dawała zastrzyk gotówki, z marżą 600%, tak? My jako Charlie stwierdziliśmy, że dopóki możemy, my tworzymy pewną ideę. Charlie jest pewną ideą, mamy do wypełnienia pewną misję edukacyjną, tak? Budowania lepszego, świadomego społeczeństwa – opartego na dostępie do świetnych filmów, ale pozbawionego tego… czy zabieramy ten element typowo konsumpcyjny, który nam jako fanom kina przeszkadza, czyli chrupania, siorpania, tak? Odwrotnym modelem w zupełności jest model amerykański, gdzie długi bufet wyznacza ci po prostu standard. Im większy, dłuższy bufet, tym większe kino, tak? Bo na tym się zarabia nawet do 60%, tak? To oczywiście było jakby wynikiem różnych, też dramatycznych, doświadczeń rynku amerykańskiego kinowego w latach Wielkiego Kryzysu, gdzie jakby szukano jakby możliwości zarobkowych, żeby utrzymać swoje interesy. No i tak ten popcorn się przyjął jako to naczelne… naczelny taki dodatek, wręcz nieodzowny, bo on gdzieś jest wpisany, można powiedzieć, w DNA każdego uczestnika wyjścia do kina – ponieważ kultura amerykańska tutaj absolutnie dominuje i przeważa, i promuje kino z popcornem. i wszędzie w symbolach filmu, kina pojawia się ten popcorn. U nas nie. U nas nie. U nas się pojawia Charlie Chaplin jako element, bym powiedział, wyznacznika pewnych wartości, pewnych… przeniesienia pewnych idei związanych z humanizmem, humanitaryzmem. Zresztą pierwszy plakat kina Charlie w nazwie, chociażby z uwagi na miejsce, które tutaj było wcześniej, czyli Polski Czerwony Krzyż, miał w haśle humanitaryzm. Więc jakby kino Charlie stoi na silnych podwalinach ideowych. My nie jesteśmy przypadkowi. My wiedzieliśmy co chcemy, jak chcemy to zbudować i do kogo chcemy adresować nasz program – który jest zdominowany w większej części przez filmy artystyczne, europejskie, kino polskie, spotkania z twórcami, edukację filmową. O której też trzeba powiedzieć, że to jest ważny element budowania rynku kinowego w Polsce. Edukacja filmowa… To trzeba przypomnieć jakby podstawy. Program narodził się w Łodzi, i on jest promowany w całej Polsce. I to stało się powszechnym kanałem, utworzonych jest ileś programów. Na początku lat 90. była Młodzieżowa Akademia Filmowa Tarnasa, teraz mamy Nowe Horyzonty i paręnaście innych programów. Ale to jest specyfika rynku polskiego, to jest fenomen w skali światowej. Ponieważ w żadnych kinach w Europie, ani w Ameryce tym bardziej, nie ma blisko dziesięcioprocentowej widowni pochodzącej ze szkół, czyli seansów zorganizowanych w ramach edukacji filmowej. Tyle jakby dokończenia, bo myślę, że dla kogoś, kto będzie kiedyś to oglądał jest to istotne.
Kino Charlie powstało w 1994 roku. Ono powstało tak naprawdę z mojej chęci robienia czegoś na własny rachunek. W tamtym czasie byłem jednocześnie szefem redystrybucji, kierownikiem Przedwiośnie, ale zawsze marzyłem o własnym kinie. Ale oczywiście to było niezwykle ciężkie z uwagi na to, że ja byłem tzw. „gołodupcem”. To znaczy, byłem młodym człowiekiem, studentem, który po prostu nie miał grosza. To… Wtedy nie było środków na startupy, nie było dotacji, dofinansowań. Tego wszystkiego, co dzisiaj młody człowiek może doświadczyć. W tamtym czasie… no trzeba było mieć zamożnych rodziców. Cokolwiek, żeby w ogóle cokolwiek też zbudować, tak? Pieniądz robi pieniądze. A jak nie masz pieniądza, to go nie zrobisz, tak? Więc trzeba się było chwytać różnych pomysłów. W tamtym czasie ja byłem bardzo rozedrganą osobą na wielu polach, bo zajmowałem się też reklamą, promocją. Byłem pierwszym studiem produkującym reklamy radiowe. Jeszcze nie było prywatnych rozgłośni w Radiu Łódź. Więc miałem bardzo fajny jakby przelot z twórcami, aktorami. Z aktorami głównie, tak? Z głosami. Niedawno zmarł śp. Andrzej Jakubas, mój przyjaciel, który po prostu… z którym realizowałem kilkaset znakomitych produktów reklamowych, reklam. I… Jako pracownik Radio Łódź, w tamtym czasie dostałem po prostu pożyczkę z Radia Łódź na założenie kina Charlie. A punktem wyjścia założenia kina Charlie była bardzo udana, spektakularna premiera filmu Czerwony Krzysztofa Kieślowskiego w Teatrze Wielkim, którą w swoim czasie zaproponowałem Zygmuntowi Machwitzowi, który z ramienia dyskusyjnych klubów filmowych pilotował inaugurację obchodów stulecia kina w Teatrze Wielkim, wspólnie z ambasadą Francji i Alliance Francaise. Ja wtedy dołożyłem taki pomysł do Zygmunta, który do mnie często przychodził do kina Przedwiośnie – czy nie można byłoby zrobić tej premiery w Teatrze Wielkim, przy okazji pokazu Szachisty. Oczywiście Teatr Wielki mówi: „Nie, nie, nie, tu nie chcemy psuć. Ale jak usłyszał to attaché kulturalny, że chodzi o Kieślowskiego, że chodzi o Trintignanta… I że oni przyjadą, jak ja to zorganizuję. No to nie było wątpliwości, że robimy gigantyczny wieczór filmowy, 5-cio godzinny, w którym jeszcze został włączony Piotr Jaksa z dużymi formatami, które niedawno pokazywałem w Hubie Kultury, tutaj na dole. Zdjęcia, które przez 30 lat nie były prezentowane. I… no to były pionierskie czasy, ja wtedy byłem… współpracowałem ze Zbyszkiem Świerczewskim(?) i nic nie było w Polsce, tak? Trzeba było nagłośnienie… Kinotona ściągnąć od Bauera z Niemiec, ekran z Gdyni, przystawkę z Londynu. Bo dla filmu, który był na 16 mm… I to się znakomicie udało. I to było wydarzenie w skali pamiętanej myślę, że do tej pory. Zresztą wiele osób to pamięta. Tomek Komorowski fantastyczne zdjęcia zrobił. I to był początek, ponieważ jakby rozmowa moja z Krzysztofem i potem z wszystkimi uczestnikami tego wydarzenia, i Preisnerem, Sobocińskim. Samym właśnie Krzysztofem, który jakby mnie namawiał: „Słuchaj, jeżeli ty to zrobiłeś, po raz pierwszy w Teatrze w Łodzi”. To nie było tak, że to było powtórzenie czegoś. Nikt wcześniej tego nie próbował. My zrobiliśmy pierwszą projekcję w Teatrze Wielkim, a potem jak przyjechał do Łodzi Camerimage – on miał już przetarty szlak. Już pani szatniarka, dysponent, kierownik wiedzieli, że sorry, ale tą szybę to musimy wyjąć, bo ona nie jest kryształowa, albo ją zastąpić na kryształową. I parę takich niuansów branżowych, które są niezwykle ważne, żeby się udała projekcja filmowa. „Czerwony” Krzysztofa Kieślowskiego otworzył mi jakby możliwość takiego już myślenia o tym, żeby założyć własne kino. Zygmunt mi pokazał miejsce, w którym ja potencjalnie mogę to kino zrobić, czyli ośrodek Polskiego Czerwonego Krzyża, który miał na górze kino… salę kinową, która to sala była salą po łódzkim środku kształcenia ideologicznego. Czyli tutaj, w tej sali, ciekawa historia, odbywały się pokazy społeczno-polityczne, pokazy cenzorskie, plena partyjne, propagandowe itd. I ja w tym wszystkim stwierdziłem, że czemu nie. To jest świetna lokalizacja. Przy Piotrkowskiej, blisko. Ale nie miałem pieniędzy. Kompletnie nie miałem pieniędzy. Ale jako pracownik w tamtym czasie Radia Łódź, dostałem duży kredyt zaufania, czyli pożyczkę. Ponieważ, oczywiście wziąłem się na sposób i ówczesnego prezesa Andrzeja Beruta, mówię tak: „Panie prezesie, na horyzoncie za moment będą stacje prywatne i radio publiczne powinno wyjść do ludzi, powinno się promować. Mam taki pomysł i może mi Pan pomóc, bo ja chcę założyć kino, a radio może się w ten sposób promować, czyli muzyczna scena Radia Łódź”. Tak żeśmy wyprzedzali te fakty – żeby jakby współpracować, wyjść na zewnątrz, tak? I wtedy na tą okoliczność tej… tego projektu „Muzyczna scena Radia Łódź”, Radio mi pożyczyło środki, pamiętam – 30 tysięcy złotych. Wtedy przebudowywała się kino Femina. Ja od Feminy kupiłem fotele używane, które zamontowałem w kinie Charlie. I faktycznie ta „Muzyczna scena Radia Łódź” ruszyła.
Tu odbywały się koncerty Pawła Kukiza, Renaty Przemyk i paru innych wykonawców, gdzie technicy Radia Łódź przyjeżdżali, budowali scenę i fantastyczne imprezy muzyczne się tu odbyły, które były transmitowane na antenę. Nie było jeszcze, bym powiedział, przekazów internetowych tak, jak teraz, tak? Że w streamingu można wszystko puścić. Potem się okazało, że zmienił się prezes. Nowy prezes już nie miał takiej wizji, bo już fala Radia Manhattan mocno jakby zaznaczyła swoją obecność, Inwazja Mocy. I ja współpracowałem potem z RMF FM, chociażby. Byłem stałym ich producentem reklam radiowych dla ich klientów, co też sobie uważam za duże osiągnięcie, bo byłem wyjątkiem na mapie producentów współpracujących z tak dużą stacją. A tu w tym wszystkim jakby pomagała mi moja słowotwórczość, którą wcześniej się zajmowałem jako poeta. Tworząc wiersze, wygrywając konkursy o Puchar Wina itd. Więc gdzieś się to ze sobą fajnie zazębiało. No i w momencie, kiedy uruchomiło się Kino Charlie… Co wcale nie było takie proste, ale to już jest bardziej historia zupełnie na inny odcinek, bardziej… taki może niecenzurowany. Ale udało się. Udało się. Uruchomiliśmy Kino Charlie w listopadzie 1994 roku. Pierwsze filmy jakie pokazywaliśmy to był Spike Lee, był [nz], Leon Zawodowiec i parę jeszcze takich fajnych tytułów, które publiczność oczekiwała. To, że jednocześnie byłem szefem redystrybucji i miałem wpływ na repertuar kina Charlie, pętlując ze sobą, czyli z Przedwiośniem do kina Charlie filmy, no to oczywiście mój był wielki atut, tak? Bo to były czasy, gdzie, jak wiecie, były tylko kopie analogowe i często na jednej kopii analogowej było obsługiwanych kilka kin, nawet i cztery. Czyli trzy kina obok siebie w niedalekiej odległości mogły ze sobą przewozić puszki z filmami, a wieczorem jeszcze dyskusyjny klub filmowy o 23.00 czy 24.00 prezentował ten film dla studentów. Więc ta kopia analogowa 35mm była optymalnie wykorzystana po prostu w tym okresie grania filmów. Ja oczywiście mając wpływ na repertuar w Łodzi i w regionie, w ten sposób jakby uruchomiłem i napędziłem to kino, bo od razu tu się pojawiły z jednej strony blockbustery, a z drugiej strony kino, które lubię i szanuję i kocham, czyli kino artystyczne. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie jest kino Charlie?] Zespół pracowniczy to jest bardzo skomplikowana rzecz… chronologicznie i mając na myśli, że to kino ma już 30 lat. Mając na myśli też to, że to kino jest najstarszym na ten moment kinem w Łodzi. Ja, otwierając i tworząc swój projekt-marzenie jakim jest kino Charlie, Hub Kultury Kina Charlie, nie śmiałem w swoich najskrytszych myślach, że ja dożyję takiego wieku i, że w którymś momencie stanę się jedynym na rynku najstarszym. Bardzo żałuję, że tak się stało, ale z drugiej strony wiem, że mój pomysł, mój projekt absolutnie był tutaj celowy i trafny, i odpowiednio diagnozował chociażby zapotrzebowanie widowni. Co ze sobą jest bardzo skorelowane. Oczywiście on wymagał bardzo dużej ilości pracy. W tym kinie zapisało się szereg osób, które miały znaczący wpływ i też potem miały wpływ na swoje indywidualne kariery. No, mówiąc o Tobie chociażby, byłaś też w którymś momencie praktykantką w tym kinie, tak? Hania Wieczorkiewicz, która prowadzi kino w… sieć kin w Monachium. To była Iza Wierzbińska, która pracuje w dystrybucji aktualnie, w Bestfilmie, tak? To była Malwina Czajka, która teraz jest – Kamera Akcja, tak? Więc… Piotrek Kardas… przez krótki moment, ale też ma własny projekt, który prowadzi, czyli Festiwal Polskiej Animacji. Więc myślę, że to nie był przypadek, że dzięki temu, że oni się znaleźli w tym miejscu i dostali pewny „background” i pewną wizję też na którą nakładali swoją pasję i swoją wizję, no dała szansę, że to miejsce również się kształtowało. I dało szansę im w rozwoju ich karier. Z czego ja się bardzo cieszę, bo można powiedzieć, że w pewnym sensie staliśmy się też kuźnią dla całej kultury łódzkiej i nie tylko łódzkiej, tak? Więc tych osób w ciągu tego 30-lecia przewinęło się bardzo dużo. Niektórzy poszli w stronę mody, inni poszli w stronę marketingu, część została przy dystrybucji, przy projektach filmowych, animacyjnych. Natomiast myślę, że ciężko byłoby opiąć… Było to raptem… myślę, że jakieś raptem… no około stu osób, które pracowały przez… w tym okresie czasu, nie licząc też wolontariuszy, których było kilkuset, tak? I często oni potem do nas wracają po takich praktykach wolontaryjnych przy pracy przy festiwalu. I często też stają się naszymi pracownikami, jak chociażby aktualnie Krzysiek Teodorowicz, który zaczynał można powiedzieć przy pracy przy festiwalu, a został szefem kina, tak? Więc… To oczywiście… Te składy, zespoły się zmieniają, każdy ma swoje inne priorytety. Ja tych składów budowałem kilka, ponieważ to nie tylko kino Charlie, ale kino Ratusz, kino w Kozienicach, kino Spójnia, kino w Płocku, gdzie też otwieraliśmy kino. Za moment będą inne kina. W każdym bądź razie to jest ciągła praca koncepcyjna, organizacyjna, ale ten pomysł, to „know-how”, które gdzieś tam przekazujemy, no widać, że jest skuteczne, bo te… ter miejsca potem już mogą bardzo fajnie samodzielnie funkcjonować.
To nie był proces łatwy i przyjemny, ponieważ kino Charlie jest kinem, które działa w oparciu o środki pochodzące w 98% z biletów. Był taki moment, gdzie kino straciliśmy. Wtedy rozwiązała się również spółka, ponieważ na okoliczność kina Charlie zawiązaliśmy Centrum Filmowe Pro Cinema ze Zbyszkiem Sienczewskim, który jakby wniósł w wianie kino DKF Sami Swoi. Ja otworzyłem swoje kino-marzenie, kino Charlie. Potem dostałem propozycję pracy jako dyrektor ŁDK Studyjne, gdzie zatrudniłem Zbyszka jako kierownika kina. Potem dostałem propozycję przejęcia po pięciu latach kina Cytryna i kino Cytryna też było naszym wspólnym projektem do momentu, w którym stwierdziłem, że jednak ze Zbyszkiem jako wspólnikiem nie da się pociągnąć tego wozu dalej. I on został na Cytrynie, ja zostałem na kinie Charlie. Ale w tym momencie nałożyły się również sprawy organizacyjne związane z Forum Kina Europejskiego, gdzie przy braku dofinansowań, czy ciągłego braku dofinansowań kultury w naszym mieście spowodowało to moje osobiste zadłużenie, którego skutkiem było wypowiedzenie umowy przez PCK i tak zostałem bezrobotny. Tak zostałem bezrobotny. Przez pół roku byłem człowiekiem bezrobotnym, potem dostałem pracę jako szef promocji i rekrutacji WSHE u Makarego Stasiaka. I w ten sposób można pociągnąć… pociągnąłem kolejne edycje festiwalu, już jakby z off-u robiąc ten festiwal. Potem się okazało, że te peregrynacje polityczne spowodowały, że ci, co jakby gdzieś byli akuszerami tego pozbycia mnie kina Charlie, przegrali wybory. Ja z powrotem wróciłem do własnego kina, do własnych foteli, kontynuując ten projekt kino Charlie. Co ciekawe, wielu moich kolegów z branży nigdy nie zauważyło, że mnie nie było w tej branży. Po prostu ja byłem cały czas obecny – w ich życiu, w rozmowach, robiąc festiwal… I wiele osób po prostu pomija ten fakt, że przez prawie rok czasu kina Charlie nie było, że było zamknięte. Potem jak wróciłem, oczywiście pojawiała się druga sala. Od razu żeśmy przeprowadzili remont. Druga sala, kawiarenka, postawiliśmy ścianę. Potem bardzo szybko zaczęliśmy anektować kolejne pomieszczenia, wyrzuciliśmy informatyka na drugi koniec budynku i stworzyliśmy salę Arte. Sala Klubowa powstała z racji nieudanej współpracy z Akademickim Ośrodkiem Inicjatyw Artystycznych, gdzie na prośbę miasta stworzyliśmy salę kinową. I kino, tzw. Charlie II, a potem Akademickie. I tak powstała sala Klubowa, bo trzeba było zagospodarować ten projektor, projektor 35mm, który wziąłem w leasingu. Tak więc… bardzo szybko tworzyliśmy te kolejne sale, czyli optymalizowaliśmy powierzchnię dla celów promowania kultury filmowej. No i długo, długo, długo czekaliśmy, żeby udało nam się wyprowadzić PCK, SLD i Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. I to nastąpiło w pandemii, czyli prawie po 16 latach od pierwszych rozmów i decyzji udało nam się dogadać z wszystkimi podmiotami. Dzięki ich uprzejmości oni znaleźli swoje nowe siedziby. A kino Charlie znalazło przestrzeń, żeby ją zagospodarować – o nowe sale, o przestrzenie galeryjne, kawiarniane, świetlice, sale szkoleniowe. Także w tym momencie można powiedzieć, że stanowimy prawdziwy… taki prawdziwy dom kultury, ośrodek edukacji filmowej, muzycznej, sztuki w każdym calu.
Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

