Przejdź do treści

Jadwiga Zauder-Olesińska – polska reżyser obrazu, operator kamery, fotosistka i współtwórczyni ponad 30 produkcji animowanych. Związana ze Studiem Małych Form Filmowych Se-ma-for w Łodzi. Realizowała filmy animowane w technikach lalkowych, rysunkowych i kombinowanych. Jest absolwentką szkoły fotograficznej. Pracowała między innymi przy takich tytułach jak: „Opowiadania muminków” (1978-1980), „Szczęśliwe dni muminków” (1983), „Latające włosy” (1984) w reżyserii Piotra Dumały, „Zima w Dolinie Muminków” (1986), „Przygód kilka wróbla Ćwirka” (1987), „Eden” (2001) w reżyserii Andrzeja Czeczota. Przez wiele lat współpracowała z PWSFTViT w Łodzi, asystowała na wydziale operatorskim specjalizującym się w animacji filmowej.

Mam na imię Mikael Lypiński. Przyjechałem do Łodzi dawno temu pierwszy raz, bo prawie dokładnie 29 lat temu na egzaminy na wydział reżyserii. Zdałem te egzaminy i zacząłem od razu studia na reżyserii, ponieważ mówiłem po polsku. Moi rodzice są Polakami i ja się urodziłem, i wychowałem w Szwecji, ale zawsze w domu po polsku mówiliśmy, więc nie musiałem, jak inni koledzy z zagranicy studiować polski przez rok.

Egzaminy były dosyć takie intensywne, na pewno bardzo intensywne przeżycie dla dziewiętnastolatka, bo ja miałem tylko dziewiętnaście lat. Trwały trzy dni, z tego co pamiętam, i mieliśmy mnóstwo takich różnych zadań do wykonania, na przykład reportaż fotograficzny z ulic Łodzi. I tam też dawali nam tylko jakieś pojedyncze słowa, hasła i pod tym hasłem trzeba było zrobić zdjęcia czarno-białe, wtedy jeszcze oczywiście na taśmie światłoczułej.  Ja pamiętam, że najtrudniejszy i chyba taki najważniejszy dzień tych egzaminów to był ostatni dzień, kiedy trzeba było wyreżyserować na oczach egzaminatorów scenkę teatralną.  I to też temat tej scenki czy scenariusz był wylosowany, z tego co pamiętam, ja trafiłem na fragment, bodajże Hamleta albo może to była przeróbka. Na pewno pamiętam, że miałem dosyć wolne ręce, natomiast strasznie mało czasu, bo to dosłownie godzina czy coś takiego od przeczytania tekstu do premiery tej scenki. I podczas tej godziny trzeba było obsadzić aktorów, wyreżyserować ich, oni musieli to zagrać. I później była rozmowa z komisją. Pamiętam, że ta scenka, że była jakaś taka fajna, dobra energia, że miałem kilka chyba fajnych pomysłów inscenizacyjnych, aktorzy to podchwycili fajnie, i całość musiała zrobić wrażenie, bo pamiętam, że w pierwszym rzędzie siedział Piotr Szulkin, już nieżyjący i on zaczął zadawać kilka takich trudniejszych pytań, co do właśnie pierwowzoru literackiego, jakieś tam moje interpretacje. Sprawdzał trochę, moją wiedzę literacką, taką ogólną co do sztuki, ale też przemycał w tym, w tej naszej krótkiej rozmowie, różne takie pochwalające mnie teksty. I ten sam Szulkin później na takim już finalnym, finalnej rozmowie z komisją kazał mi zrobić coś niekonwencjonalnego. Po prostu, to się odbywało w dziekanacie reżyserii. Dosyć takie pomieszczenie, oficjalne i może nie najbardziej inspirujące do jakiś takich wyczynów zaskakujących, ale zadanie było proste „Proszę zrobić coś nietypowego, niekonwencjonalnego”. Ja tam zacząłem się dopytywać „o co mu chodzi” a on zaczął odliczać sekundy „10-9-8-7”, więc ja wstałem z krzesła i zrobiłem po prostu fikołka na tej podłodze, i to chyba była taka z jego strony potrzeba sprawdzenia czy mam w sobie jakiś taki, taką dozę no poczucia humoru, ale też trochę luzu albo trochę dystansu i czy będę w stanie pod presją, jaką jest ta Szkoła, studia w tej Szkole, czy będę w stanie sobie z tym poradzić. No chyba chciał to przetestować. Bo i on podkreślał i inni, że mój wiek 19, jest bardzo jednak młodym wiekiem i że na pewno będzie mi trudno, ale że wierzą we mnie. No więc to był taki start. Start miałem na tych egzaminach fajny, bo te inne elementy, które wykonywaliśmy też zostały wysoko ocenione. Ale miał rację, oczywiście on i inni, że było mi trudno.

Ja chciałem zdawać do Szkoły Filmowej, dlatego, że zawsze pasjonowały mnie kino
i robienie filmów, i to tak od małych, od młodych lat robiłem filmy na wideo w Szwecji takie amatorskie, jakoś to tak wychodziło mi naturalne. To było takie oczywiste, nigdy się nie pogłębiałem bardziej na tym, „dlaczego” właściwie, dopóki nie przyszedłem do Szkoły i kiedy zaczęli zadawać mi takie pytania, że „dlaczego”. I na pewno czułem, że przez to medium kina mogę opowiadać historię w sposób, jakiś taki swój. Myślę, że te filmiki, które przedstawiłem na egzaminach, też miały znaczenie, bo pokazywały jakiś tam styl, jakiś tam charakter, tego mojego spojrzenia. Ten charakter, to spojrzenie się zmieniło. Oczywiście już
w Szkole i teraz jest zupełnie inny, ale chyba doceniono to, że w kilku tych krótkich etiudach była jakaś spójność wizji.

A Łódź wybrałem po części dlatego, że renoma. Szkoła Filmowa miała wtedy i chyba cały czas ma świetną renomę na świecie. Ma jakąś taką renomę, prawie że mistyczną, mityczną. To jest miejsce, o którym wszyscy słyszeli. W środowisku filmowym wiele osób o Szkole Filmowej w Łodzi marzyło, ale się albo nie odważyła albo nie mogli albo po prostu się nie dostali. Na pewno nazwiska, takie jak Polański, Kieślowski, szczególnie Kieślowski był wtedy, jak ja zdawałem do Szkoły był wielki, był tuż po wypuszczeniu filmu Czerwony. Był po prostu nazwiskiem na ustach wszystkich kinomanów w Europie, więc on, jego obecność w Szkole, bo on wtedy też wykładał, spowodowało na pewno, podniosło jeszcze bardziej nas na duchu i atmosfera była taka jeszcze bardziej otoczona takim szacunkiem do miejsca i do niego. Ale też myślę, że wybór Łodzi i Polski mógł wynikać z tego, że chętnie, jak człowiek ma 19 lat i ma taką możliwość, jest mu dana taka możliwość, żeby wyjechać za granicę no to chyba wiele osób chętnie z tego korzysta i tak było też w moim przypadku, że taka fajna przygoda się zapowiadała.

Tak pamiętam kolegów z roku. Najbardziej osobą, chyba po latach znaną z mojego roku to jest Małgosia Szumowska, ponieważ mocno zaistniała jako autorka filmów. Robi regularnie, sama pisze scenariusze, więc jest to na pewno taka twórczość konsekwentna i ambitna. Na moim roku był też Łukasz Barczyk, był Borys Lankosz. Wymieniam nazwiska teraz osób czynnych zawodowo lub przynajmniej w wypadku na przykład Barczyka kiedyś bardzo, bardzo czynnych zawodowo. Mieliśmy też kilka fajnych osób z zagranicy. Oprócz mnie była taka Emily Young, Angielka, która była takim tytanem pracy w Szkole. Bardzo ambitnie podchodziła do wszystkich zadań. Zawsze pierwsza się z nich wywiązywała. Zawsze miała pomysły na scenariusze. Pomysły na te swoje etiudy to było coś, co mnie zawsze tak fascynowało i stresowało, bo ja nie miałem tych pomysłów, tak łatwo i szybko jak ona. Ona zawsze była przygotowana. Zawsze miałem wrażenie, że chodzi z jakąś książką w ręku i że po prostu głowa kipi od fajnych pomysłów. I mieliśmy też takiego Gabriela z Anglii, który wprowadzał do tej naszej Szkoły, do naszego roku jakiś taki fajny luz i poczucie humoru. On często przychodził późno na te zajęcia, spóźniał się, ale w ogóle się tym nie stresował. Jak nauczyciele go karcili za późne przechodzenie, to po prostu robił jakieś takie strasznie śmieszne, rozbrajające komentarze i miny. Takie duże, fajne dziecko, można powiedzieć. Ale też bardzo zdolny filmowiec.

Wykładowcy. Mieliśmy na pierwszym roku taki fajny zestaw: Andrzej Mellin, Mariusz Grzegorzek. Oni prowadzili zajęcia z reżyserii co piątek. To był taki cały dzień z nimi i to były zajęcia, chyba najbardziej dynamiczne, najbardziej ekscytujące, bo Mariusz Grzegorzek był wtedy i pewnie nadal jest taką osobowością, bardzo dynamiczną, trochę ekscentryczną. Na pewno bardzo taką wymagającą. I taki trochę „showman” i te zajęcia z nim nigdy nie były nudne, bo on potrafił wszystko jakoś tak zamienić w jakiś taki ewenement na dużą skalę i przy nim Andrzej Mellin, był bardziej stonowaną postacią, bardziej spokojny, na pewno nie taki odleciały w kosmos, ale też bardzo analityczny i mający niesamowity dar do przejrzenia naszych propozycji scenariuszowych, mówienia nam, czy coś ma jakiś sens czy nie, czy to co przedstawiliśmy jest tylko jakąś taką trochę wydmuszką, jakimś takim bardzo powierzchownym pomysłem, czy jednak jest tam coś więcej. Potrafił wyciągać z nas to coś więcej, jeśli było za mało w taki sposób, który dawał nam poczucie, że jesteśmy jednak traktowani na równo, jesteśmy szanowani jako tacy młodzi artyści, bo to nie zawsze tak było. W Szkole nie wszyscy nas szanowali. Mieliśmy też zajęcia z Wojciechem Jerzym Hasem. To było kolejne legendarne, wielkie nazwisko. Z Hasem mieliśmy taką fajną, fajne zadanie. Na pierwszym roku zrobienie filmu na taśmie światłoczułej. Każdy miał do dyspozycji około 40 minut surowej taśmy i z tego miała powstawać etiuda 10-minutowa, czyli 1 do 4, można było zrobić teoretycznie 4 duble. To wymagało dużej dyscypliny, oczywiście. To wymagało dobrego przygotowania. Has bardzo naciskał na dobry scenopis, tak to się mówiło wtedy, może nadal tak się mówi. Częstsze słowo to jest „storyboard”, że się rozrysowuje dokładnie te wszystkie ujęcia, a przynajmniej rozpisuje. On nie dopuszczał filmów, projektów do realizacji, dopóki ten scenopis nie był tak bardzo dokładnie opracowany i przygotowany, wymierzony co do metra. Musieliśmy mierzyć te nasze etiudy. Nie w minutach, nie 10 minut, tylko ileś tam metrów, 300 coś chyba. I i to musiało mieć jakiś taki plus minus sens na papierze, dopiero wtedy, jak on widział, że to wszystko jest przemyślane, ten cały plan zdjęć, to wtedy kierował do produkcji tą naszą etiudę.

To może jeszcze wspomnę o Szulkinie, bo Szulkin był moim opiekunem mojego ostatniego projektu w Szkole, czyli mój film dyplomowy pod tytułem Ja Jestem Jurek.  Relacja z opiekunem filmu finalnego czy filmu dyplomowego jest trochę inna. Oczywiście, opiekun staje się bardziej zaangażowany od samego początku i każdy etap jest z nim konsultowany i na pewno czułem od Szulkina duże zaangażowanie. Chwilami po prostu kilka takich mądrych rad mi przekazał. Takie rzeczy, które tylko osoba, która dużo filmów wyreżyserowała, może przekazać: jak rozmawiać z aktorami, na co zwracać uwagę na planie, co jest ważne w montażu. To nie są takie rzeczy, które można wyczytać. No pewnie można wyczytać gdzieś, ale są takie rady ewidentnie wzięte z autopsji, z własnego, długoletniego doświadczenia. Jak to jest przekazywane na przykładzie jakiś moich problemów, to wtedy takie rady bardzo przydadzą się i łatwo je zapamiętać. Na przykład pamiętam, że montowałem taką jedną scenę, gdzie jeden aktor oddala się od drugiego aktora i patrzą na siebie. To było tak nakręcone, że w pewnym momencie przed opuszczeniem kadru aktor A odwraca wzrok od aktora B. My to tak najpierw podzieliliśmy właśnie, że on patrzy się, odwraca wzrok, idzie dalej. Szulkin powiedział właśnie, że akurat w tej danej scenie, gdzie jakieś tam było napięcie między tymi postaciami, kluczowe jest, żeby ten aktor nie odwracał wzroku pod koniec ujęcia, dochodząc z kadru. Żeby jednak dalej cały czas trzymał wzrok wbity w tą drugą postać. I no właśnie takie drobne, fajne rady, które później rzeczywiście działają na ekranie. Widać, że to ma sens.

Na pewno fajny bardzo jest w łódzkiej Szkole to, że jest duża wiara w młodego artystę. Oczywiście, ten młody artysta-filmowiec jest poddany różnym próbom, czasami bardzo trudnym i nie wszyscy są w stanie po prostu przetrwać te lata w Szkole, bo czasami jest naprawdę trudno. Są duże oczekiwania i wyzwania, ale jest coś takiego, że jeśli ktoś chce zrobić film na dany temat i bardzo się przy tym upiera, i potrafi to jakoś obronić, to „proszę bardzo, rób ten film”. Też jest chyba coś takiego, że jak już film wyjdzie dobrze, to ta etiuda, ten film jest jakoś tak odpowiednio nagłośniony, zadbany, że jest jakieś takie poczucie, że rozumiesz na koniec dnia co wyszło i dlaczego wyszło i jakie te wszystkie etapy były po drodze. Więc wyniosłem z tej Szkoły dość dużą taką świadomość własnej twórczości, chociaż ona była wtedy jeszcze taka dosyć wczesna i jeszcze poszukująca, ale wiedziałem, które pytania są ważne dla mnie i w ogóle, co jest ważne w kinie. Też na pewno miałem takie poczucie spędzenia bardzo fajnych lat z bardzo fajnymi ludźmi na moim roku, ale też ludzie trochę wyżej, trochę niżej tworzyliśmy na pewno fajną zgraną ekipę, która często z wielką pasją podchodziła do każdego dnia w Szkole, poza Szkołą, wspieranie się nawzajem na swoich planach filmowych, ale też w czytaniu scenariuszy albo po prostu w rozmowach
o filmie i o życiu. To na pewno było coś co nawet teraz prawie 30 lat później mi czasami brakuje, tej radosnej komuny.

Tak, na przykład teraz robię film dokumentalny, który jest koprodukcją szwedzko-duńską. Kręcimy film w Stanach i współreżyseruję ten film z kolegą z Danii. Ten kolega z Danii, Kasper, właśnie znam go prawie 30 lat. Mieszkaliśmy razem w akademiku, on, ja i jeszcze 2 innych chłopaków. To jest na pewno taka przyjaźń, która byłaby pewnie niemożliwa bez Szkoły, a na pewno to takie jakieś zaufanie, który jest między nami. To jest budowane latami i to się zaczęło tu w Łodzi. Mam innego kolegę w Stanach, on jest Anglikiem, ale mieszka teraz w Los Angeles. Ed, był tu krócej, bo on był tu na wymianie tylko z innej szkoły filmowej w Anglii, ale przez ten rok półtora, kiedy tu był, to bardzo się jakoś tak zżyliśmy fajnie i mieliśmy takie poczucie, że on powiedział, że beze mnie, ja bez niego, no byłoby znacznie nam trudniej, że jakoś tak odnaleźliśmy w sobie jakiś taki sposób na trudniejsze czasy w Szkole. Mieliśmy możliwość się trochę zdystansować do pewnych wyzwań tu. I ta przyjaźń trwa do dziś i pewnie będzie trwała zawsze.

Ja pierwszy raz pokazałem film na festiwalu 5 lat temu. To by mój film pierwszy, mój film pełnometrażowy dokumentalny czy tam średniometrażowy tak formalnie, bo miał niecałą godzinę Desert Coffee. Trafiłem tu z tym filmem, bo pamiętam, że jeszcze podczas studiów trwał festiwal i ja kilka razy tu oglądałem filmy i po prostu byłem pod wrażeniem tych dokumentów, tu pokazywanych. Czułem, że to jest jakieś takie miejsce, gdzie są pokazywane ważne filmy dokumentalne. Nowe i takie, no po prostu takie trochę „crème de la crème” z tego co się robi w Polsce i no pamiętałem o tym festiwalu zawsze i to było jakieś takie oczywiste dla mnie, że jak już mam swój film to spróbuję złożyć. I film się dostał był fajnie przyjęty, natomiast zupełnie się nie spodziewałem głównej nagrody, którą dostałem wtedy, to było bardzo wspaniałe zwieńczenie festiwalu i bardzo miłe zaskoczenie ze strony jury. Rok później byłem sam zaproszony do jury. I ocenialiśmy filmy razem w gronie chyba 5 osób. Lidia Duda była wtedy naszą przewodniczącą jury. Od tego czasu minęły chyba 4 lata. Akurat wystarczający czas, żeby dokończyć następny film. I w tym roku mam go znowu właśnie w konkursie. Tytuł polski Bezdroża i za chwilę tu będzie premiera. Znaczy nie premiera, ale drugi pokaz, taki już większy, po seansie spotkanie ze mną i z montażystą.