Michał Fajbusiewicz
Michał Fajbusiewicz – polski dziennikarz telewizyjny, scenarzysta i realizator filmowy. Absolwent I LO im. Mikołaja Kopernika w Łodzi. W czasach szkolnych przewodniczący Dyskusyjnego Klubu Filmowego w Pałacu Młodzieży. Ukończył dwuletnie Studium Kulturalno-Oświatowe w Łodzi, następnie pedagogikę (1976) i politologię (1978) na Uniwersytecie Łódzkim. Od 1982 związany z telewizją. Od 1986 realizował „Magazyn Kryminalny 997”,
w latach 1990–2010 był również prowadzącym program i autorem emitowanych w nim materiałów.
W 2013 zaczął realizować nawiązujący do tej produkcji nowy program „997”. Jest również realizatorem i scenarzystą około 200 filmów dokumentalnych i reportaży.
Michał Fajbusiewicz: Michał Fajbusiewicz, chociaż w dokumentach, mam Marian. Ale w okresie studenckim miałem narzeczoną, która powiedziała, że z Marianem to ona niechętnie. Więc wymyśliła mi Misiek – Michał i tak już zostało. Mam czasami problemy na lotnisku albo w banku, bo ktoś robi przelew na Michał, to znaczy, że to nie są moje pieniądze. No, z pieniędzmi to wiadomo. Szczególnie w takim mieście jak Łódź.
Jeśli chodzi o film, to właściwie… Dwie osoby wpłynęły na to, że on potem stał się z czasem pasją, a nawet później, no mogę tak powiedzieć, częścią mojego zawodu. A ja przecież, mimo to, że jeszcze pracuję od czasu do czasu w telewizji, czyli w roku 2025, to zaczynałem się bawić celuloidem, ale profesjonalnie w 1982 roku. I do 1989 roku właściwie wszystko robiłem na celuloidzie, w co trudno dzisiaj uwierzyć. Ale wcześniej miałem do czynienia z celuloidem 8 mm w Pałacu Młodzieży, ale żeby sięgnąć do korzeni moich zainteresowanych filmem, to muszę zacząć od tego, że… Wychowałem się w robotniczej rodzinie, bardzo biednej.
Urodziłem się niedaleko Teatru Nowego, co też miało wpływ na późniejszy mój rozwój. Bardzo blisko znanego wtedy klubu TSKŻ, czyli Towarzystwa Społecznego Kulturalnego Żydów w Polsce na Więckowskiego przez ścianę z Teatrem Nowym, gdzie spotkałem różne ciekawe postaci. Poznałem Trubadurów, na przykład, których tam korzenie sięgały.
A o teatrze to może też chwilę, bo one też są wątkami. Mówię o Teatrze Nowym, ale i Żydowskim, bo ja, kiedy się urodziłem i wiele lat jeszcze później, pamiętam ten teatr z dwoma wejściami. One są do tej pory, tylko że za mojej młodości, kiedy przyjeżdżał Teatr Żydowski, a przyjeżdżał bardzo często, wchodziło się z prawej strony wejściem.
Jak grał Teatr Nowy, to były otworzone drzwi z lewej strony, to wejście, i był napis w jidysz i po polsku Teatr Żydowski, a po lewej był Teatr Nowy. Nie nowy teatr, jak w tej chwili się nazywa, tylko teatr nowy, to był okres jeszcze Dejmka.
Natomiast ojciec takim był, mimo to, że był… Mogę powiedzieć robotnikiem, chociaż kiedy ja się urodziłem, to miał nawet jakieś kierownicze funkcje, ale potem z czasem zjeżdżał na dół, bo nie miał żadnego wykształcenia. Ojciec lubił kino. Ojciec lubił bardzo kino, no ale jak byłem mały, to nie bardzo mogłem chodzić na filmy te, które on tam chciał oglądać. No więc byłem ciągany na Disneya głównie, co może dzisiaj zabrzmi dziwnie, że za komuny były filmy rysunkowe disney’owskie. Najbliżej miałem do kina Młoda Gwardia. Tam w tej chwili chyba jest Rossmann na Zielonej.
Drugie kino, chyba Popularne się nazywało, to było naprzeciwko zakładów Marchlewskiego, czyli tego Poznańskich, dzisiaj piękny hotel, Uniontex. Ale jest taka historia, którą sobie niedawno przypomniałem, że kiedy chodziliśmy na te przedpołudniowe seanse, bo te bajki były przed południem najczęściej wyświetlane, to ojciec zawsze kazał mi wycinać z „Głosu Robotniczego” kupony, tam były na drugiej czy trzeciej, czy może ostatniej stronie, były zniżki i za 2,50 chyba, jeśli dobrze pamiętam, można było sobie kupić bilet, który kosztował 4 czy 5 zł. I ja zasuwałem rano, już o 9, bo pierwsze chyba projekcje były o 10, żeby, no, dostać się i zrealizować ten, bo to kupon był na określony dzień chyba, jeśli dobrze pamiętam. Także zawsze chodziłem z tym kuponem.
I wtedy… doświadczyłem takiej technicznej rzeczy, którą potem rozumiałem, bo przecież sam potem się zajmowałem pokazami filmowymi, jak już trafiłem do DKF-u. Jak to się w kinie zdarzało, że nagle był przerwany film i trzeba było czekać, żeby dalej go wyświetlali? Okazało się to, że ojciec mi to wytłumaczył, że na przykład taka Królewna Śnieżka na przykład. Przychodził 1 egzemplarz w pudle, w kilku pudłach metalowych. Była tylko jedna kopia na całe miasto. W związku z tym jakiś Żuk czy Nyska woził z kina do kina, a tam się co godzinę różnica była, żeby zdążono przywieźć te 2 następne szpule. Dziś jak się komuś to opowiada, to aż nie chcę uwierzyć. No potem się oczywiście dowiedziałem i byłem wielokrotnie na wycieczkach czy na wizytach w Łódzkich Zakładach Kopii Filmowej, bo się okazało, że Łódź nie dosyć, że mekka filmu to jeszcze produkuje te 140 czy tam 170 kopii filmowych, chociaż bywało, że było ich dużo mniej, o czym się dowiedziałem już będąc działaczem DKF-ów w latach 60. jako szczeniak, że np. nie wiem, Ręce do góry to chyba miały 2 kopie.
Zresztą nomen omen Ręce do góry obejrzałem mając chyba 16 lat, a one dopiero chyba oficjalnie zostały pokazane po zmianie ustroju, bo wcześniej chyba nigdzie nie były produkowane. I to kino coraz bardziej do mnie i mądrzej przemawiało, kiedy poszedłem do podstawówki.
Ja kończyłem XXXVI szkołę, nic takiego specjalnego, poza tym, że miałem tam szkolne, dziwne doświadczenia, ponieważ to była taka szkoła ściek.
Jak kiedyś na SPATIF w Warszawie, się pamiętam, mówiło ściek „idę do ścieku”. Ta nasza szkoła była ściek, ponieważ tam wysyłano tych, którzy nie zdawali w innych szkołach w dzielnicy Polesie. Także ja w klasie miałem chłopaków po 17-18 lat w podstawówce, w 7 klasie. Nierzadkie były przypadki, kiedy wyrównywanie stopni było za pomocą pięści, czyli niektórzy nauczyciele musieli na tym ucierpieć. Ale wracam do tej podstawówki, która w ostatnim roku mojej nauki przeniosła się do nowego budynku, naprzeciwko prawie Muzeum Sztuki, na ulicę Więckowskiego, tuż obok liceum, do którego potem trafiłem, Kopernika, czyli Jedynka, słynny Koper. On też na pewno miał duży wpływ, mówię tu o tym liceum, na moje późniejsze zainteresowania i związki z filmem. Ale… W tej podstawówce był pan, taki nauczyciel polskiego, Wójcik. Ja już imienia nie pamiętam. Wiem, że on potem trafił, jak ja już byłem chyba na studiach albo później, do takiego jakoś wojewódzkiego ośrodka szkolenia nauczycieli. I my mieliśmy z nim zajęcia pozalekcyjne. To jest dzisiaj chyba już rzadkość w szkołach, a szczególnie podstawowych. Wójcik robił nam bardzo często projekcje na szesnastce projektorze polskich filmów. Potem dyskutowaliśmy o tym, a mieliśmy tam, nie wiem, po 10, 11, 12, najwyżej 14 lat w ostatniej klasie. I właściwie… To była ta pierwsza moja miłość do kina. I to kino było na dotknięciu, bo ten projektor warczał stał obok nas na takiej rozciągniętej jakiejś na tablicy prześcieradło. Ale to było fajne, bo to prawie można było to dotknąć. Widziało się tą taśmę, która się kręciła i fachowym językiem Wójcik potem z nami dyskutował. To była namiastka tego, co potem było w Młodzieżowym Dyskusyjnym Klubie Filmowym, do którego trafiłem właśnie dzięki Wójcikowi. Kiedy on zauważył, że ja takie mam zainteresowania tym filmem, bo często już po tych oficjalnych spotkaniach czy tak tych zajęciach gadaliśmy na różne tematy, to mnie wysłał do Pałacu Młodzieży i ja tam trafiłem.
Pierwszego mojego nauczyciela nie pamiętam, może niczym skończymy to nagranie, to sobie przypomnę. Było takie kółko zainteresowań, były ósemki kamery. No i tam sami wywoływaliśmy, tam robiliśmy sceny. Ja dość szybko wypadłem z tego kółka, dlatego że wciągnął mnie Dyskusyjny Klub Filmowy. Tam były 2 Dyskusyjne Kluby Filmowe w Pałacu Młodzieży. Nauczycielski DKF i Młodzieżowy.
Ja w wieku 16 lat zostałem prezesem czy przewodniczącym tego DKF-u, a opiekował się tym DKF-em, nie wiem czy to ktoś w życiorysie jego jest w ogóle zapisane, Kuba Goldberg. Kuba Goldberg, który… Jak pewnie znawcy kina wiedzą, kariery żadnej filmowej nie zrobił, ale szafę niósł. To przesympatyczny człowiek, nader elegancki.
Kuba to mi właściwie pokazał wielki świat, bo ja w wieku 16-17 lat jeździłem na seminaria filmowe, a to nowej fali francuskiej, a to kina włoskiego.
Najczęściej sądzono, że on jeździ z synem, chociaż nas taka duża różnica nie dzieliła. To były DKF-y, jak je porównuję z tymi dzisiejszymi, bo widzę, że jakoś na szczęście powróciły, bo one po zmianach ustrojowych to w zasadzie padły, ale zaczynają się odradzać.
Ja sam mieszkam w małej miejscowości w województwie zachodniopomorskim i w powiatowym miasteczku w Szczecinku, co środę DKF działa i tam oglądamy filmy, których normalnie nie ma na ekranie.
Ten DKF mi dał jeszcze jedną taką rzecz poznawczą, a mianowicie, nie wiem czy był budżet wtedy na to, czy to był prestiż, w każdym razie poznałem wszystkich w zasadzie liczących się w Polsce krytyków filmowych, bo w DKF-ie, to przecież wszyscy wiedzą, jeśli mają z nim do czynienia, że jest zawsze prelekcja przed, a teraz widzę, że już nie ma dyskusji po, bo zawsze była jeszcze po dyskusja z tym prelegentem.
Więc tu poznałem… Pewnie, żeby nikogo nie skrzywdzić, to musiałbym kartkę wyjąć, bo sobie nawet odnotowałem, kto u nas był, a ja nawet podpisywałem z nimi zawsze umowy i wypłacałem po spotkaniu honoraria.
To było tam 250 zł, pamiętam, czasami 300, no jak tam, nie wiem, jakiś Bohdziewicz czy Fuksiewicz, no to już trzeba było więcej. Kałużyński się nigdy nie kłócił o honoraria. No ci miejscowi dostawali mniej, bo nie musieli dojeżdżać, jak Maria Kornatowska.
A najczęściej występującym u nas był prelegentem, człowiek, który tu też wpływał na to, co się w Łodzi dzieje, jeśli chodzi o kino, to, które nie wchodzi na normalne ekrany, to był Janusz Buja.
On był przez wiele lata dyrektorem, czy kierownikiem Kina Stylowy, a Kino Stylowy pokazywało filmy te poza głównym nurtem, a poza tym miały jeszcze jedną rzecz, z której już skorzystałem, jak skończyłem liceum, a mianowicie były we wtorki i piątki premiery prasowe. Ja razem z dziennikarzami, nie będąc dziennikarzem, od tej 10 czy 11 we wtorek albo uciekałem z zajęć, albo miałem wolne, oglądałem jak leci wszystko, bo tam były i bajki, no głównie były filmy radzieckie, jak się pewnie można domyślać, ale były też zachodnie czy dobre produkcje.
Także ja 3-4 filmy dziennie, gdzieś 6, 8, może 10 w tygodniu oglądałem. To nic nie kosztowało oczywiście, no bo to były bezpłatne pokazy, ale to już wyprzedziłem trochę w czasie, no bo to był już następny etap.
No to, jak mówię, taką największą odskocznią w to późniejsze dorosłe życie, jeśli chodzi o film, to był DKF. Bo ja w zasadzie znałem dzięki DKF-owi, jak tam byłem 3 czy 4 lata, wszystkie pozycje, no te sztandarowe, kina francuskiego, kina włoskiego, kina hiszpańskiego, nawet sięgającego wcześniej, bo Bunuel przecież jeszcze tam chyba w 30-tych latach coś, jeśli dobrze pamiętam, robił, to też oglądaliśmy.
Wielu rzeczy jeszcze nie rozumiałem, przyznam się, i dopiero po latach, np. Ręce do góry, to tak niespecjalnie, przyznam się, tę symbolikę przyjąłem, ale potem, jak wspominałem ten film, no to już do mnie to wszystko docierało. Także poznałem tu mnóstwo takich postaci, które znałem tylko z miesięcznika „Film” albo z ekranu. Mówię o krytykach, dzięki temu, że oni do tej Łodzi przyjeżdżali na te zajęcia. Ciekawe były też te dyskusje. Tam była elita w tym DKF-ie młodzieży żydowskiej do 1968 roku, a mniej więcej tyle ja tam byłem w tym DKF-ie.
Takie było jeszcze liceum w latach 60-tych, pewnie wcześniej też, bardzo blisko mnie położone, bo to był budynek dotykający Teatru Nowego. Na parterze była szkoła podstawowa i liceum, jeśli dobrze pamiętam, 27 albo 8 im. Pereca. No i to była śmieszna sytuacja, bo ja pamiętam jeszcze, jak chodziłem do podstawówki, nie mogłem zrozumieć, jak to język polski to jest u nich język obcy.
Oni mieli lekcję języka obcego – polski, bo okazało się, czy ja potem się dowiedziałem i zrozumiałem, że zajęcia były w jidysz, przedmiotów, tak jak, nie wiem, mój wnuk chodzi w Warszawie do podstawówki, są wszystkie lekcje po angielsku, tak? No, ale to już… z innego już zupełnie powodu w dzisiejszych czasach. I tam spore grupki, no może nie za duże, bo tam klasy były po 12-14 osób w tym Perecu. Między innymi tam w tym czasie, jak ta młodzież przychodziła, to kończyła Gołda Tencer też to liceum. Ale Gołda nie przychodziła do nas, do DKF-u. Przynajmniej ja sobie jej nie przypominam.
I to były naprawdę takie mięsiste wymiany zdań, bo to była szalenie wykształcona młodzież. Trochę im nawet zazdrościłem.
Chociaż ja chodziłem wcale nie do gorszego liceum, ponieważ to też Kwiat Młodzieży.
Ja do niego nie należałem, bo ja się akurat załapałem na okres, kiedy to partia walczyła z inteligencją, niekoniecznie żydowską i wprowadziła zasadę, żeby rozbić te elitarne licea, to I, III czy IV nawet na Nowotki tam dzisiejszej Pomorskiej. To zrobili rejonizację, że nie można było zdawać do wybranego liceum. Ja na szczęście miałem podstawówkę przez ścianę z liceum, więc mnie ten rejon akurat się tak spasował, że dostałem się bez problemu.
Ale ci z tych rodzin wykształconych rodziców mieli problem dostać się do tych najlepszych liceów, jeśli nie popadali w ten rejon. No i w 1968, jak się można było domyślać, wszystko się skończyło, ponieważ ja miałem większość znajomych i przyjaciół Żydów, chociaż u mnie w domu te zwyczaje czy obyczaje żydowskie były raczej offowe, bo matka była góralką, Polką, a ojciec z kolei nie znosił syjonistów, Izraela i tak dalej, w związku z tym jakieś tak chłodno i dość daleko odchodził.
Jedyne związki, jakie ja miałem wtedy, z żydowskimi elementami, jeśli takiego brzydkiego słowa można użyć, to był mój wuj, Chaim Nyssenzweig, który grał w teatrze żydowskim. Od czasu do czasu biegaliśmy po bogatszych sąsiadach, żeby go obejrzeć w telewizji, kiedy grał w teatrze telewizji, bo ja dopiero miałem telewizor w domu, jak zdałem maturę w ‘69 roku.
I oglądaliśmy też wuja naszego Nissenzweiga w dwóch fabularnych filmach. Jeden się nazywał Czas przeszły, a drugi Rzeczywistość.
O, teraz sobie to przypomniałem. No i jak Teatr Żydowski przyjeżdżał do Łodzi, to ja oczywiście zawsze z ojcem chodziłem na te przedstawienia.
To były lata 50., a potem 60. No i proszę sobie wyobrazić, że już w 50. latach można było za pięć złotych w szatni sobie wynająć słuchawki i były gniazdka w siedzeniach w Teatrze Nowym i a vista było tłumaczenie z jidysz na polski, ponieważ ja nie znałem jidysz, ojciec znał świetnie i hebrajski i jidysz, no ale nie miał zapędów, żeby mnie go uczyć, czego ja dzisiaj żałuję oczywiście, bo co by mi szkodził ten jeden endemiczny język więcej. Tam poznałem całą tą brać, bo byłem przecież na zapleczu.
No i się nagle dowiedziałem któregoś dnia, że wuj mnie zabierze prywatnie, wuj, który mieszkał w Warszawie, do Idy Kamińskiej. No i to było wielkie wydarzenie, bo ona wtedy była nominowana do Oscara za rolę główną w filmie Sklep przy ulicy Głównej.
Przyznam się, że ja tego filmu nigdy nie widziałem. Jakoś potem gdzieś to przeleciało.
Ja nigdy nie usiadłem. Natomiast to była fantastyczna kobieta.
Tam ze trzy razy chyba byliśmy. Pamiętam, miała takiego przystojnego męża.
On się nazywał Marian Melman. Bardzo często też razem grali.
A ja w wieku tam, nie wiem, 6-7 lat chyba przez 2 lata też tam parę razy wystąpiłem chyba w Dybuku i jeszcze w jakimś spektaklu, gdzie były jakieś wesele żydowskie. Jako dzieciak statystowałem, no bo przecież oni jak jeździli po Polsce, to nie wozili dzieci z sobą, więc tam zawsze wśród tych, którzy chodzili do TSKŻ, że też u rodziców szukali dzieci, żeby na ten spektakl zamówić, a tak 2 czy 3 razy.
To nie jest opowieść akurat teraz o filmie, ta związana z teatrem, ale ponieważ my mieszkaliśmy naprzeciwko prawie Teatru Nowego, no nie było jeszcze wtedy klimatyzacji, to jak się tylko robiło ciepło, oni w tym teatrze otwierali przed południem takie ogromne metalowe wrota. To był tył sceny, tam nie było dużo tych kieszeni, to była dość płytka scena w tym Nowym. I jako dzieciaki, żeśmy tam do tej rampy podchodzili i oglądaliśmy próby.
Oczywiście oglądaliśmy głównie tyłki aktorów, no bo przecież oni grali do siedzącego najczęściej tam w 4 czy 5 rzędzie Dejmka, bo to był okres Dejmka. Klął nieprawdopodobnie i palił jednego za drugim, to pamiętam.
I to, co widziałem, co jakiś czas przychodziła chyba sprzątaczka i wynosiła wiadro, domyślam się, że z petami, bo on tam, jak kończył palenie, to rzucał, miał tam między rzędami takie ocynkowane wiadro i wynosił. I strasznie klął.
Myśmy mieli na podwórku, tu już jest związek z filmem, taką piękną dziewczynę, Magda chyba miała na imię, na pewno się nazywała Matraszek. Ojciec jej był reżyserem w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Łodzi.
Ja w młodości nie widziałem żadnego jego filmu, no ale on miał jedyny na podwórku Wartburga, jakikolwiek, bo u nas żadnego samochodu nie było na podwórku, oprócz tego reżysera Matraszka. I miał telewizor w domu.
Nigdy tam na telewizję co woda nie chodziłem, bo Magda nas nie zapraszała. Ale…
zamykając koło z tym teatrem nowym, jak byliśmy z Magdą, a ona była starsza od nas. No to tak się dziwiliśmy, że ten facet, nawet nikt nie wiedział, że to był Dejmek, bo to przecież dopiero się człowiek po czasie dowiedział, to pytaliśmy Magdę: ,,Twój tata jest reżyser filmowy, to powiedz, czy on też tak klnie jak ten, ten pan, jak tutaj tych aktorów?’’.
Ona mówi: ,,Tata klnie rzadziej, ale musicie wiedzieć, że żeby zrobić dzieło, czy teatralne czy filmowe, to trzeba używać bardzo dużo brzydkich słów, bo wtedy jest lepszy efekt.’’ No i być może u niektórych twórców tak to już zostało, jak to tłumaczyła Magda, ale my w to absolutnie uwierzyliśmy.
Potem moja era kina się na chwilę przerwała, a wróciła, tylko tu też znowu będę miał problem pewnie z nazwiskami.
Ja nie dostałem się na studia i uciekając przed wojskiem poszedłem do uczelni. Zresztą okazała się znakomitą, dla mnie przynajmniej w moim życiorysie, takie było w Łódzkim Domu Kultury na 4 i 5 piętrze studium kulturalno-oświatowe i bibliotekarskie. I tam byli niebywali wykładowcy, na przykład film mieliśmy z profesorem Lewickim, który był wtedy rektorem Szkoły Filmowej. No i mnóstwo różnych postaci, nie chcę już tutaj wymieniać, bo to nawet logiki nas Gregorowicz, profesor, uczył, który był przecież autorem podręcznika dla Wyższych Uczelni logiki.
Także to była Szkoła półwyższa, ale wykładowców miała z wysokiej półki. Ja podejrzewam, że oni chyba świetnie płacili za każdą godzinę zajęć, bo to nie byli etatowi wykładowcy.
Tam w ogóle, nie wiem, chyba poza panią docent Czerniawską, która potem została profesorem już na Uniwersytecie Łódzkim, to ja nie sądzę, żeby tam ktoś był na etacie. Kiedyś miałem jakiś czas, za czasów rektora Jurka Woźniaka w szkole zajęcia na tych, nie wiem, to podyplomowe czy wieczorowe, nie wiem, jakieś tam dla kierowników produkcji i tak dalej, wykłady. No to jak zobaczyłem, ile tam płacą za godzinę takim z łapanki z ulicy różnym egzemplarzom jak ja, no to tak sobie przypomniałem to studium, że tam też chyba dobrze płacili. Nie miałem predyspozycji, po pół roku zrezygnowałem, mimo to, że miałem dorobek, miałem co im pokazywać i omawiać, bo to przecież było, nie wiem, tam z 7 czy 8 lat temu, może więcej.
W każdym razie to była szkoła akurat absolutnie ta, która mi była potrzebna później w życiu. Jedyne, co było ciężkie, trzeba było w jednym semestrze ponad 100 książek przeczytać.
To jest niesamowita rzecz. Ale za to też obejrzeć mnóstwo filmów i sztuk teatralnych.
No to była taka moja baza. Potem, złożyłem papiery do szkoły aktorskiej, ale żeby nie ryzykować za dużo, zrobiłem research, gdzie się najłatwiej dostać. I się okazało, że wcale nie jest tak ważny kierunek, no bo oczywiście były oblegane bardziej i mniej, ale płeć jest ważna.
I się okazało, że najchętniej łapią nawet ze słabymi wynikami na pedagogice, bo tam zdawały same dziewczyny prawie. No i rzeczywiście tak było, bo nas na roku było 3 na całym roku.
No i tak to była pedagogika, ale na szczęście KO, bo taka była, chyba nie wiem czy jeszcze jest, kulturalno-oświatowa. No i tak dobrnąłem do tego, że z tą kulturą i z tą oświatą, chociaż wylądowałem w kryminale, to jest zupełnie inna sprawa.
Ale to wynikało też z pewnych moich doświadczeń z okresu studiów, ponieważ miałem dużo praktyk w pogotowiach opiekuńczych, w domach poprawczych, także ja w zasadzie jeszcze długo, długo, niczym trafiłem do telewizji, miałem do czynienia już z takimi 15-16-letnimi mordercami. Tutaj akurat pod Łodzią jest do tej pory zakład wychowawczy w Ignacewie, to już chyba teraz do Konstantynowa należy, gdzie były takie najcięższe przypadki w Polsce tych młodych morderców kierowane i tam. Wielokrotnie potem gościłem z kamerą i robiłem materiały do swoich cyklicznych programów, a także do jakichś singli dokumentalnych.
Niektóre są przepisane, większość jest na celuloidzie. No bo ja, uprzedzając już fakty, trafiłem do telewizji w 1982 roku. I w zasadzie poza studiem to wszystko było w celuloidzie.
Tylko, że to, co było ważne, czy bardzo ważne, jak „Dziennik telewizyjny”, no to reporterzy dostawali kolorową taśmę, a reszta, że jakaś publicystyka, czy tam newsy lokalne, były robione w czarno-białym. No i były takie doświadczenia, dzisiaj już nikogo nieinteresujące, czy się dobrze wywoła, bo to był pierwszy problem. Pomijam, czy się dobrze nagrało, ale to już tacy mocni fachowcy, jak ja przyszedłem do telewizji, to robili.
Nie będę opowiadał, co robiłem w międzyczasie, bo wykonywałem dziewięć różnych zawodów i one chyba nie mają… Poza doświadczeniem, które wniosłem do telewizji, to mi ułatwiło dużo pracę, bo znałem trochę świat od różnych stron, bo byłem i plażowym fotografem, i byłem kelnerem, i byłem inspektorem do spraw handlu w międzyczasie.
Odpowiadałem za propagandę w Organizacji Młodzieżowej Łódzkiej w pewnym momencie. Także przeszedłem, ja to już liczyłem, 11 zawodów w międzyczasie.
Niczym w wieku 32 lat trafiłem do telewizji. Pierwszy raz chyba miałem jakikolwiek kontakt z prawdziwym filmem.
Kiedyś jeszcze statystowałem w jakichś filmach, tu w fabułach już nawet nie pamiętam w jakich, a pierwszy publiczny występ jaki miałem to w Teatrze Jaracza, w przedstawieniu Kolumbowie. Rocznik 40, Barbara Jaklicz reżyseria, tak pamiętam to do dzisiaj.
No i niestety te przedstawienia były nie do przejścia, ponieważ grał tam już wtedy u szczytu popularności Janek Gajos. On tam grał jednego z tych w kanałach żołnierzy.
No my tam coś statystowaliśmy z jakąś bronią. No i to nawet mi się podobało, bo po pierwsze…
Z takim aktorem występowałem, popularnym, ale przede wszystkim to mnie interesowało. Ja z biednej rodziny 70 zł za statystowanie było za każdy spektakl.
Pamiętam jak moja matka zarabiała w powszechnym domu towarowym 920 zł na miesiąc. To ja już byłem burżuj po paru przedstawieniach, ale niestety skończyło się to tragicznie, już nie wiem ile tych przedstawień poszło, bo efekty tych par dymów w kanałach robił palacz, odkręcając jakiś zawór w tych kanałach sztucznie wybudowanych, czy na zapadniach na scenie zrobionych, ręką otwierał parę. No i kiedyś ta, nie wiem, urwała się to pokrętło i poparzyło chyba z dwóch aktorów i tak się skończyli Kolumbowie. Rocznik 40. Ale już miałem do czynienia z aktorami filmowymi, którzy znowu w moje, tylko wtedy jako statysta, natomiast gdzieś tak w 1999 roku zacząłem współpracować, już tak uprzedzając, z profesjonalnymi aktorami polskimi i to z takiej wysokiej półki, może nie artystycznej, ale jeśli chodzi o oglądalność, bo to były najbardziej znane postaci z aktualnie robionych seriali telewizyjnych.
Mnie dość łatwo było wejść na ten rynek telewizyjny, Przepraszam, że takiego określenia używam, ale to mówię dzisiaj w ’25 roku. Kiedyś takich słów się nie używało, bo dzisiaj to jest rynek.
No ale tak to odbieram, porównując. Mnie było dużo łatwiej niż innym twórcom, dlatego że ja wszedłem niespełna rok po wprowadzeniu Stanu wojennego w Polsce i to przecież wszyscy wiedzą, wszystkie instytucje były wyczyszczone z tych nieodpowiednich elementów, jak to tam w tym czasie nazywano.
I nawet została wyrzucona, to już tak personalnie, moja dziewczyna z okresu studenckiego, Baśka Chrzczonowicz, która była taką czołową reporterką newsową na antenę ogólnopolską telewizji Łódź. Ja też pracowałem pół życia w telewizji Łódź, ale nigdy razem się nie spotkaliśmy.
Niestety Baśka stała się bohaterką w 1987 roku jednego z moich programów, Magazyn Kryminalny 997, bo zniknęła z powierzchni świata, wtedy w grudniu chyba 1986 roku i do tej pory, mimo podejmowanych głównie przez milicję, policję prób, ale przede wszystkim przeze mnie, nigdy ta sprawa nie została wyjaśniona.
Jestem przekonany, zresztą już byłem wtedy przekonany prawie od początku, że nie żyje. Teraz zacząłem pracować w nowej branży podcastów, co to za mojej młodości się nazywało, słuchowiska.
No i też w jednym z podcastów, który robiłem dla EMPIKu. Na starość się można chwalić, że ja zabrałem się za coś nowego i okazuje się, że za zeszły rok miałem najlepszą słuchalność tych podcastów empikowych i dostaliśmy parę dni temu nagrodę.
To jeden z nich poświęciłem Baśce Chrzczonowicz.
Kiedy przyszedłem do telewizji, oczywiście była cała duża grupa dziennikarzy, nawet było chyba 11 podchorążych ze szkoły wojskowej politycznej z ulicy Źródłowej.
Oni zastąpili tych dziennikarzy pewnie wyrzuconych. Ale ja bym tu się skłonił do tego, co mnie najbardziej fascynowało, to znaczy dłuższe formy, reportaż, już nie mówię film dokumentalny, chociaż ja już w pierwszym roku pracy to zrobiłem z dwa czy trzy przez przypadek oczywiście, dokumenty.
To był tylko Piotrek Słowikowski i Jadwiga Bileńska z takich nazwisk, które się mogły, czy w ogóle liczyły w łódzkiej telewizji, ale nie tylko, bo oni robili rzeczy na antenę ogólnopolską. Tam doświadczyłem tego, że to jest różnica operator, filmowy czy telewizyjny, że ten filmowy to raczej był ten, który chodził w plener i w studio nie występował, nie pracował na kamerach stacjonarnych.
Ci w studio to się uważali za taką bardziej elitarną grupę niż ci, którzy codziennie zasuwali po deszczu czy tymi nyskami, roburami w teren. Ja nawet, mimo to, że ja w studio przecież pracowałem prawie 20 lat, bo robiłem co tydzień program w ostatnim okresie czasu mojej kariery w TVP, to w zasadzie nie znałem się z tymi operatorami studyjnymi, no bo ja niespecjalnie miałem wpływ.
Był realizator, myśmy reżysera nigdy nie mieli do studia tu w Łodzi. Nie miałem z nimi w zasadzie styku, jak tych tam 5 czy 6 kamer.
No też zupełnie co innego wyglądała współpraca z operatorami, nie nazwijmy ich terenowymi, ale pracującymi poza studiem.
I one się w zasadzie nie nakładały. Tam rzadko kiedy, jak zachorował jakiś operator w studio, czy była, nie wiem, piłka nożna i trzeba było transmitować coś, no to ci operatorzy, którzy robili gdzieś tam w terenie, to tam się wtedy stawiali.
Ja do telewizji trafiłem przez zupełny przypadek. Ja w ogóle nie myślałem o pracy w telewizji.
W ogóle nie wiedziałem, co mam robić po tym stanie. Po wprowadzeniu Stanu wojennego w ogóle mi pewne rzeczy, o których ja miałem przekonanie, że wiem już wszystko, bo tam mam 30 lat się rozleciały, runęła mi cała rzeczywistość, która mnie tam otaczała. Chociaż po karku czy po dupie dostałem w 1976 roku, nie chcę tu jakiegoś kombatanctwa używać, ale nagle zostałem wyrzucony z pracy w tzw. ruchu młodzieżowym.
Były wydarzenia w Radomiu, był tutaj organizowany wiec na Placu Dąbrowskiego przeciwko Warchołom w Radomiu. I ja odmówiłem przyjścia z młodzieżą tam, z dzielnicy Górna, bo twierdziłem, że chcielibyśmy ludziom wytłumaczyć, po co tam idziemy, dlaczego to jest robione, bo nie znamy żadnych szczegółów.
No to na drugi dzień dostałem wymówienie i… dostałem telefon od matki dziewczyny, z którą kiedyś razem pracowałem. Ona była wtedy dyrektorem fabryki Jedwabiu I w Łodzi.
Nazywała się Janka Kalinowska, później bohaterka jednego z moich pierwszych reportaży w Ekspresie Reporterów. Janka Kalinowska wtedy była tu straszną figurą, bo była, nie wiem jak to tłumaczyć, w 2025 roku, członkiem egzekutywy Komitetu Łódzkiego Partii.
No to ja wiem, to jakby była 3 zastępcą, powiedzmy, prezydenta Łodzi albo wojewody. To partia wtedy o wszystkim decydowała i rządziła.
Nawet dzisiaj, jak robiłem wywiad z dziewczyną, która szukała moich korzeni łódzkich, opowiadała mi, że w latach 50., bo teraz jest szykowana wystawa w Muzeum POLIN o Żydach, którzy po 1945 roku się pojawili, wyszli z obozów, z ukryć i tak dalej,
to mówiła, że Komitet Łódzki Partii decydował, kto może być rabinem Łodzi, że bez ich zgody rabin nie mógł być wybrany przez Towarzystwo Rabinackie tutaj w Łodzi.
Także to jeszcze tam, to był 1976 rok, to działało już w innej sferze. I powiedziała do mnie…
Ja już nie pamiętam, jak ona do mnie mówiła. Może towarzyszu nawet, że: ,,Jest decyzja egzekutywy Komitetu Łódzkiego, żeby nie zatrudniać was na jakimkolwiek stanowisku w Łodzi’’. No, czyli dostałem taki niepisany czarny bilet.
No to ja mówię: ,,To ja się domyślam, bo już mi donieśli’’. ,,Ale ja do was nie dzwonię dlatego, żeby to jeszcze raz wam powtarzać, tylko co wy jutro robicie?’’.
Ja mówię: ,,Nic nie robię, bo już nie pracuję od wczoraj’’, czy tam, nie wiem, od dwóch tygodni to powiedzmy było. Ona mówi: ,,To jutro przyjedzie o 8 do was samochód, dajcie mi adres, pojedziecie 400 km od Łodzi i będziecie kierownikiem ośrodka wczasowego’’.
No i tak wylądowałem na 3 lata z tygodniowym dzieckiem, bo w międzyczasie urodziło mi się dziecko, do takiego, tam u nas to mówią piździejewo, takiej dziury, do takiej dziury, do ośrodka zakładowego. No ten element można pominąć, bo on był dla mnie przykry, chociaż no dobrze, że jakoś w pewnym momencie podjąłem decyzję, bo ja tam wpadłem, bo ten ośrodek działało tylko 4 miesiące w roku, a się siedziało tam cały rok.
Ja miałem 11 pracowników. Nie wiadomo po co, jak on nie działał na przykład, jakby nie można było sezonowo zatrudniać.
Ja oczywiście do kuchni gdzieś tam to zatrudniałem sezonowo. No i…
Wtedy rozbudziły się we mnie zainteresowania alkoholowe i gdyby nie to, że któregoś dnia już nie mogłem nawet widelca podnieść rano do śniadania, to umarłbym już dawno. No w każdym razie zadzwoniłem po tym tragicznym śniadaniu do pani Kalinowskiej, poprosiłem, żeby mi w jak najkrótszym czasie przysłała ciężarówkę, bo ja się chcę spakować, przyjechać do Łodzi.
No i to w sumie była taka bardzo ważna decyzja, bo tam została moja zastępczyni, bardzo piękna dziewczyna, taka cicha narzeczona Andrzeja Wojciechowskiego, tego, który tu tworzył pierwszy zespół jazzowy w Polsce, późniejszy dziennikarz, on tam bardzo często do nas przyjeżdżał. Ona chyba po moim wyjeździe dużo młodsza ode mnie jeszcze na marskość wątroby zmarła, więc ja tak sobie pomyślałem, że też być może, że tak by się stało.
No ale to jest najwyżej na temat filmowy, ale z filmem niewiele ma wspólnego.
Ja byłem w pewnym momencie swojej kariery, jak to wtedy złośliwie mówili, Oberbannsturfuhrer do spraw propagandowych w zarządzie łódzkim ZSMP. I…
Byłem na wielu imprezach związanych z tą naszą działalnością. Między innymi trafiłem na festiwal zespołów ludowych do Holandii na dwa tygodnie, bo naszymi podopiecznymi był zespół „Anilana”, wtedy bardzo popularny, zresztą zupełnie dobry, na dobrym poziomie tańczący.
I jak wróciliśmy z tego tournée, oni tam 3 miejsce chyba zajęli, jeśli dobrze pamiętam, to zadzwonił do mnie Zbyszek Zaliński, to był taki bardzo popularny wtedy dziennikarz łódzkiego ośrodka telewizyjnego, prezenter zresztą, ale jednocześnie sekretarz programowy w ośrodku. Myśmy się znali, no przecież jak się zajmowałem w Łodzi chyba 1,5 roku propagandą, no to znałem tych wszystkich dowódców tej partyjnej propagandy i telewizji też.
Zadzwonił do mnie, pytając się, czy to jest prawda, że ja mam slajdy z tego festiwalu w Holandii. Ja mówię: ,,Mam’’.
No to bardzo mnie uprosił, żeby przyszedł do telewizji, przyjechał, bo dzisiaj na żywo będzie wywiad z tancerzami, tam jakimiś z tego zespołu i na Blue Box by się przydały te slajdy. Ja mówię: ,, No to ja podjadę i ci zostawię’’.
On mówi: ,,Nie, nie, to już zostań w reżyserce, bo u nas to wszystko ginie, potem będziesz szukał tych slajdów’’. I ja byłem pierwszy raz w reżyserce w życiu.
Wtedy. I pamiętam to, jak dziś rozmowę prowadził korespondent Sztandaru Młodych, Marek Truszkowski, który był jednocześnie chyba na półetatu albo na umowie z tą telewizją Łódź od spraw młodzieżowych.
I on ten wywiad robił. Ja tak siedziałem w tej reżyserce, tak patrzyłem z góry i mówię: ,,Jezus, ten facet tak ani się nie przygotował, nie wie o co pytać’’.
Tak sobie pomyślałem, przyjadę do musiał, to tak bym walnął ten wywiad. I mój pierwszy tak walnąłem, że z profesorem Józefiakiem miałem rozmowę na żywo w studio i nie wiedziałem, jak skończyć, to go złapałem za dwie ręce i położyłem go na swoim kolanie.
Czyli taki cwaniak, który tam jeszcze 2 czy 3 miesiące wcześniej twierdził, że to tak, tak poległ na pierwszym na żywo wywiadzie po trzech dniach chyba po zatrudnieniu mnie w telewizji. No i po tym, co obejrzałem, Ja wychodziłem ze studia i mówię do Zalińskiego, słuchajcie: ,,Ja mogę do ciebie wpaść jutro, bo mam pewną sprawę, chciałem obgadać’’.
I mówi „no oczywiście, no”.
Ja już byłem wtedy wolny ptak. Ja już nie pracowałem, bo się po wprowadzeniu S tanu wojennego się wyłączyłem z tej działalności swojej, którą tam uprawiałem.
To wszystko przez palce przelatywało i przestało mnie… Odciąłem się.
Nie powiem tak, że chodziłem i nagle zmieniłem poglądy o 180 stopni, ale się odciąłem tego wszystkiego, że nie chciałem z tym mieć do czynienia. I opowiadam Zbyszkowi, że: ,,Właściwie to wiesz co, ja tyle lat się kręciłem i byłem blisko filmu, czy ja bym nie mógł spróbować u was w telewizji coś nakręcić?’’.
A on mówi: ,,Co byś chciał nakręcić?’’ Ja mówię: ,,No nie wiem, no… Czy jest w ogóle taka możliwość?’’ On mówi: ,,No wiesz co, no teraz tutaj przysłali paru z Komitetu, to nie bardzo jest miejsce, ale wiesz co, jak ci zależy, to wiesz, no my potrzebujemy kogoś, kto coś potrafi zrobić, bo mówimy tutaj, to jest ludzi multum, ale nikt nic nie potrafi, no’’.
Mówi: ,,Wiesz co, napisz parę eksplikacji, i przynieś jutro. Ja pogadam tu z Królikowskim’’.
Wtedy Andrzej Królikowski był zastępcą redaktora naczelnego. Ja wyszedłem z tej telewizji, oblałem się potem i mówię: ,,Kurwa, co to jest eksplikacja. Teraz kogo tu pytać? Jak to mam eksplikować?’’
No i zadzwoniłem do tego, który mi się tak nie podobał bardzo w tej rozmowie dzień wcześniej, czyli do Truszkowskiego, którego znałem, bo on zresztą u nas wynajmował dla Sztandaru Młodych pokój i dalekopis, także ja go bardzo dobrze znałem.
No i w dwóch słowach żołnierskich powiedział: ,,Weź sobie papier w kratkę, napisz po parę zdań, co chcesz zrobić’’. No i napisałem tych eksplikacji chyba 24.
No to jak przeszedłem na zajęcie, to ten Królikowski umarł. Jak zobaczył tam tyle tego stron.
Mówi: ,,Słuchaj, zadzwonię do ciebie w ciągu dwóch dni’’. No i zadzwonił chyba po południu tego samego dnia i mówi: ,,Słuchaj, jest 6 tematów, które nam się podobają i… Słuchaj, tak się umówimy, ponieważ ja nie mogę powiedzieć naczelnemu, bo ty byłeś u niego…’, a, bo zapomniałem powiedzieć, że ja byłem u naczelnego, to był Michał Walczak wtedy się nazywał, był naczelnym ośrodka. Nie chcę tu brzydkich słów używać, w każdym razie po 3 minutach rozmowy i mojej propozycji, że chciałbym u nich spróbować, to powiedział, że bym spierdalał, no.
Co, niniejszym, jak to w dowcipie o milicjantach jest, uczyniłem, no. Mówi: ,,Słuchaj, my tu damy ci operatora, naszego zaufanego, na lewą taśmę, dostaniesz na 8 godzin kamerę i masz zrobić te 6 tematów’’.
Ja mówię, że: ,,No nie mam doświadczenia, ale 6 tematów to jest raczej chyba nie do zrobienia’’. ,,Zrób 4’’.
Wypisałem na scenopisy do tych 4 kawałków. Rano przyjechałem na 8, bo to od 8 miały być te zdjęcia. Była nyska podstawiona i na przednim siedzeniu obok kierowcy siedział niejaki Adam Kaczanowski.
No i stanął tak, spojrzał i mówi… Znaczy nie wstał, tylko się odwrócił.
,,No i… I co…’’
,,No co?’’ No ja mówię: ,,No dzień dobry, dzień dobry’’.
On mówi: ,,No i co kurwa byś chciał zrobić?’’. Ja mówię: ,,Ja tutaj przygotowałem, napisałem wszystko właśnie, co chcę’’.
On tak spojrzał, nie przeczytał nawet tego, podarł, rzucił na podłogę i mówi: ,,Spierdalaj do fabuły. Jak ty filmy fabularne chcesz robić, to spierdalaj do fabuły’’.
No i się zaczęło na tak na drętwo, na ciężko. Pierwszy temat też był ciężki, bo wymiotło wszystkich aktorów z Teatru Nowego, bo pierwszy sobie wymyśliłem.
Zmusiłem brata mojego najbliższego przyjaciela, który skończył szkołę teatralną i debiutował w Teatrze Nowym, a wtedy był zakaz występowania w telewizji polskiej publicznej aktorom, bo to… Byli zdeprecjonowani już ci, którzy występowali, więc jak ja tam z kamerą się pojawiłem, to w barze się zrobiło pusto, z próby wszyscy zeszli, bo ja miałem kręcić na próbie jego.
Tam na scenie dostałem zgodę od dyrektora, już nie pamiętam, kto tam wtedy był tym dyrektorem, ale musiał być słusznym dyrektorem, bo to było w Stanie wojennym. No i…
Tam nastąpiło przełamanie z Kaczanowskim, z którym potem przez wiele lat przecież mnóstwo rzeczy zrobiłem, no bo zacząłem używać do niego języka filmowego. Typu tam, no nie wiem, plan amerykański, „zrób mi panoramę”, czy tam, no nie, wiemy.
No to zaczął pomalutku mnie szanować, że to nie jest tam jak ci wszyscy koledzy, jak zawsze słyszałem. „O, mieć mi tutaj tak, żebym 3 minuty miał przebitek i tak dalej”.
Tylko tam ustawialiśmy kamerę w odpowiednim miejscu i tak dalej. No i tak się to zaczęło.
3 czy 4 dni później był pokaz tych moich, tych eksplikacji zrobionych, na których zaproszono Walczaka. Walczak mnie zaprosił, potem pokazie do siebie, do gabinetu.
Przeprosił mnie za te słowa, których użył. ,,Czy mogę być zatrudniony od jutra?’’
Jak to pamiętam, był 12 grudnia, dzień przed rocznicą wprowadzania Stanu wojennego. Dostałem angaż do telewizji.
I w następnym tygodniu już chyba po czterech dniach miałem pierwsze wejścia na żywo w studio. I jak… Po miesiącu występowałem codziennie z jakąś inną tematyką. Ja tam miałem własne M, czyli własne mieszkanie, czyli o budownictwie.
Twoja szkoła. Tam miałem ten Magazyn Kryminalny.
Potem jakąś, nie wiem, rozrywka. Codziennie miałem jakieś wejścia plus jakiś felietonik do tego nakręcony, chociaż nie zawsze.
I w każdym razie po 3 miesiącach zaczęli mnie już w mieście rozpoznawać ludzie. No wtedy to 70% społeczeństwa oglądało telewizję, a ponieważ były dwa kanały, no to wyboru nie mieli przecież specjalnego.
To tam się przebić nie było tak trudno z kolei. Jeśli chodzi o to dzisiaj, jak ja słyszę, że program ma 700 tysięcy widzów i pobija rekordy to oczywiście się śmieję, bo jak ja miałem szczyt popularności tego mojego nieszczęsnego… Mówię nieszczęsnego, bo wszyscy mnie w tę szufladę wkładają, Magazyn Kryminalny 997, jak miałem 18 milionów 600, chyba taki był rekord nasz pobity, bo zwykle było tam 13-14 milionów.
Oczywiście wtedy prawie 80% społeczeństwa oglądało telewizję. Dzisiaj nawet nie wiadomo, czy 40% ogląda. Był inny sposób spędzania czasu. Były 2, a nie 200 stacji polskojęzycznych, więc tutaj nie ma się z kim nawet równać.
Dlaczego o tym mówię? Pierwszy mój reportaż, który zrobiłem, powstał przez przypadek.
A przypadek jest w moim życiu najważniejszy, ponieważ wszystko, co się w moim życiu zdarzało, to było przez przypadek. I szkoła, do której poszedłem, bo jakby nie było rejonizacji, to bym się do niej na pewno nie dostał.
Nie wiem tylko, czy się urodziłem przez przypadek, bo nigdy nie dopytałem ojca.
Moim życiu kierował przypadek zawsze, przecież do telewizji jak trafiłem, przecież przypadek, jakby Zaniski do mnie nie zadzwonił po te slajdy, to przecież pewnie mi to do głowy nie przyszło.
Chociaż w telewizji, to ja byłem pierwszy raz w 1969 roku, na Woronicza, w głównym gmachu telewizji, jeszcze wtedy w gmachu budującym się, pamiętam, po jakichś trapach drewnianych wchodziliśmy do studia. A ja z Krzyśkiem Krakowiakiem, który jest profesorem chyba gdzieś tam na jakimś uniwersytecie w Kanadzie, biegły w matematyce. Byliśmy w ekipie na teleturniej zorganizowany przez pierwszy program telewizji. My 69, to startowały ekipy młodzieżowe ze wszystkich województw 17.
I my reprezentowaliśmy Łódź w kategorii wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Reszta to były jakieś artystyczne, sportowe, tam coś malowali i tak dalej.
No ale my byliśmy, Próchnik nam uszył specjalne garnitury. Występowaliśmy, no i bezbłędnie odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania.
Ja już byłem też bardzo biegły, bo zdobyłem główną nagrodę miesięcznika Poznaj swój kraj. Oni raz w roku organizowali taki konkurs o wiedzy geograficznej, bo ja z geografii to chyba jedyny przedmiot, z którego byłem wybitny, no a tak to resztę tam silne 3 z dwoma, 4, no.
I tak dalej. Także ja już z telewizją wtedy miałem do czynienia, ale to jako uczestnik, widziałem pierwszy raz w życiu kamery takie ogromne.
Tam chyba prowadził ten, który Kółko i Krzyżyk prowadził, ten Stefanowicz, czy chyba się nazywał on. To był Żyd, to go też w ‘68 tam…
Nie, to nie mogło być… Bo to nie pasuje coś.
To może on później wyjechał, nie wiem. Mnie się wydaje, że on prowadził ten turniej młodych.
Także ja tam byłem pierwszy raz. Do tej telewizji stawiłem się przez przypadek.
I jak mówię, po trzech miesiącach zaczynałem być rozpoznawalny. I jechałem taksówką do ośrodka.
Widzę, jak ten się odwraca, ten taksówkarz parę razy. Mówi: ,,Panie, pan to nie jesteś ten, co tam w telewizji tak gada dużo tutaj łódzkiej?’’ Ja mówię: ,,No może ten, no może ten’’.
,,A jak się pan nazywasz?’’ Ja mówię: ,,Fajbusiewicz się nazywam’’.
,,No może tak, może tak. Ale pan takie kryminały tam pokazywał, że zabili coś. Wie pan co? Ja mam dla pana temat.’’
No i ja go zaczynam słuchać. On mówi…
,,O, ja panu dam kartkę. Tu jest pieczątka. Zakład kamieniarski Szpręg tam’’. Szpręg już imienia, nie pamiętam.
,,No i co pan z tym zakładem?’’
,,Panie, to jest oszust. Zrób pan o nim film’’. No i zaczyna mi opowiadać, że to jest facet, który działa na paru cmentarzach. Zjawia się zawsze, jak są jakieś pogrzeby starszych mężczyzn i po których zostają wdowy. Jak się tylko rozchodzi to towarzystwo, to on te wdowy ciągnie na bok i mówi, że jest bardzo dobrym i tanim kamieniarzem i ciągnie te bidne, płaczące jeszcze się wdowy po cmentarzu i pokazuje, to robiłem, ten pomnik, ten robiłem, ten…
Jak już kobieta nie była w stanie, bo była tak roztrzęsiona, to się umawiał na zajutrz, czy później. No oczywiście deal polegał na tym, że on brał zaliczki na te pomniki, których nie robił, bo on w ogóle nie był kamieniarzem.
Ja mówię: ,,No to fajny, fajny temat, to pan musiał…’’. Ja mówię: ,,No ale gdzie… Zawoził pan jakąś taką wdowę’’, bo ja mówię: ,,No gdzie się tu zahaczyć na tego Szpręga?’’. On mówi: ,,Ja żadnej wdowy nie wiozłem’’.
Ja mówię: ,,To skąd pan to wszystko wie?’’ ,,Panie, bo on mi opowiadał, że robi takie pomniki, jechał i jechaliśmy aż do Tomaszowa i on mówi, że jak wracaliśmy, bo czekałem na niego godzinę, on mówi, że ma problem, bo takie marmury piękne przywieźli, a brakuje mu 20 tysięcy, żeby to wszystko wziąć, co tam jest. I mnie namówił, żebym mu pożyczył 20 tysięcy.’’ No i ja już nie pamiętam dokładnie, jak ja doszedłem do tych wdów.
Mnie się wydaje, że już musiałem wykorzystać swoje początkujące układy z milicją, bo ja już robiłem takie mini kryminałki do programu. No i opowiedziałem to Adamowi Kaczanowskiemu.
Ja mówię: ,,No przecież nie pójdę do dyrektora czy do Zaniskiego, bo mnie wyśmieją, że ja chcę robić reportaż, tam jestem niecałe 3 miesiące w telewizji’’. On mówi: ,,Ale to jest fajny temat, wiesz, to jest naprawdę, bo to nie ma zabójstwa, nie ma jakiegoś strasznego morderstwa, w ogóle to jest… Słuchaj, no żerowanie na ludziach, którzy, no tam…’’. No nie musiałem go przekonywać i bardzo mu się to spodobało. ,,No ale skąd wziąć taśmę?’’.
I on mówi: ,,Słuchaj, ty codziennie teraz jeździsz po mieście, to przecież będziemy 2-3 godziny dłużej jeździć, a taśmę? Kośmider podobno miał zlecenie na 3 reportaże, a to było nagranie wypowiedzi’’.
Mówi: ,,Prawie 1 do 1 poszła taśma, ma pół szafy taśm. To ja z nim załatwię, ja to pożyczę, ale w ciągu roku będziemy musieli mu to oddać”.
No i tak zaczęliśmy. Ja te adresy pierwsze dostałem, a Kaczor to był taka małpa, ja wtedy doświadczyłem, jaki to jest inteligentny operator, jak on myśli, bo to jest szalenie ważne.
Pracowałem wiele lat ze Staszkiem Ścieżko, to był artysta z kolei.
On musiał wszystko wiedzieć od początku do końca. Dziesięć razy z taśmą krawiecką chodzić, żeby odmierzyć od obiektywu do osoby czy przedmiotu itd.
A Kaczanowski był właśnie do zdjęć uciekających czy z biodra robionych. I taką pamiętam jedną scenę.
Ustawiłem wdowę, żeby prasowała, żeby coś robiła, bo ona była tak roztrzęsiona, że nie mogła się skupić do opowiadania. Pamiętam, żeby wyciągnęła deskę, poprosiłem ją o żelazko.
,,Ale co ja mam prasować?’’ Ja mówię: ,,Co pani chce’’.
Bo ona myślała, że to coś ważnego. I ona tak zaczyna opowiadać, jak on ją nachodził w domu po tą zaliczkę, że jeszcze za mało czy coś.
I mówi… ,,Ja już mu mówię, Niech pan słucha, ja już nic nie mam, więcej panu nie dam, tej zaliczki”.
A on mówi: ,,Ale tam do iluś tysięcy, no tam musi być do 15 czy iluś, tam już nie pamiętam wartości tych pieniędzy’’. I ona mówi: ,,Ale ja już nic nie mam, no niech pan mi wierzy’’.
I tak podstawiła to żelazko. Ja to potem dopiero zobaczyłem, jak montowałem.
W tym momencie, jak ona ma już nic nie mam, Kaczanowski robi zbliżenie na 3 pierścionki na ręku. Bez dyspozycji, bez niczego, tak?
Ona jeszcze nie mówi, że… ,,No i co pani zrobiła?’’, ja się pytam.
,,Co, wyrzuciła go pani?’’ ,,Nie, on pokazuje, że ja mam pierścionki’’.
,,No i co?’’ ,,No i mu dałam te pierścionki’’.
No to było bardzo ważne doświadczenie, ponieważ potem w tych rzeczach, które ja robiłem, a ja robiłem większość swoich rzeczy bez scenariusza, W związku z tym ta intuicja, to wyczucie było szalenie ważne, dlatego z Kaczanowskim zrobiłem bardzo dużo znamienitych rzeczy. Nie tylko z nim.
Mnie się tak wydaje, znamienitych, bo robionych z biodra. Co innego jest taki dokument robiony według scenariusza. Choć ja zawsze się kręciłem, nigdy nie miałem budżetu na kino czy film artystyczny, tylko zawsze na reportaż, a to zupełnie inne środki i zupełnie inne możliwości.
Najczęściej moje reportaże stawały się filmami dokumentalnymi w czasie kolaudacji. To było oczywiście w tamtych czasach bardzo ważne, bo ja… Do 1986 roku dostawałem 50% stawki za to, co robiłem, ponieważ nie miałem uprawnień reżyserskich.
W 1986 roku na podstawie dorobku dostałem od ministra kultury… No mam ten dyplom, nie pamiętam już, jak to się dokładnie nazywa. No w każdym razie praktycznie to wyglądało na to, że ja skończyłem szkołę filmową i byłem reżyserem filmu dokumentalnego trzeciej kategorii, bo tam jeszcze były kategorie trzecia, druga, pierwsza.
No ale to był odlot finansowy dla mnie, ponieważ to był już, jak był film dokumentalny, to były jakieś wielkie pieniądze w porównaniu z reportażem, to jak było 1 do 10, a może nawet więcej. Ja pamiętam, że Wileńska robiła 3-4 dokumenty w roku i sobie świetnie żyła.
Ja za dokument dostawałem w tych 80. latach już po tej denominacji chyba po 25-30 tysięcy za film, a jeszcze do tego była nagroda ekonomiczna. Trzeba było zawsze wydmuchać kosztorys, żeby dostać 50% nagrody, bo tyle było zwykle. Także jak tam, nie wiem, dostawałem 30 tysięcy za reżyserię i za scenariusz, scenopis, to 50% jeszcze się potem dostawało tej nagrody ekonomicznej.
Najśmieszniejsze były plany montażowe, które zawsze pisałem po kolaudacji, bo trzeba było do księgowości ten komplet dokumentowy, a ja w życiu nie pisałem planu montażowego, tam może schemat jakiś, no ale nie która sekunda, która minuta i co z czym.
Podobnie było ze scenopisami, no przecież to nie były klasyczne. Poza tym, jak są to…
Ja robiłem głównie tematy uciekające, do których… No jak napisać scenariusz, no?
Jak mnie, nie wiem, wysyła dwójka do Lyonu, ‘92 rok. Robimy różne rzeczy z zagranicy, żeby się zbliżyć do Unii Europejskiej.
No i Nina Terentiew mnie wysyła na pokaz polskiej mody w Lyonie. W Lyonie jest, czego wtedy nie wiedziałem, największe na świecie Muzeum Tkanin.
I oni też bardzo dużo robią eventów takich. Wtedy nie było takiego słowa, chyba nawet w 90-tych latach jeszcze. No w każdym razie dużych pokazów mody.
My jeszcze jeździmy, pamiętam, z modelkami ze słynnej polskiej „Telimeny”. Jeszcze nie było rynku modelek, konkursów na modelki. Dzisiaj jest zapchany. I jedziemy też wtedy, jedzie późniejsza jedna miss, nie chcę wymieniać nazwiska, bo źle kończy.
Natomiast jedzie jeszcze 16 letnia modelka, która mi przynosi Walkman’a, bo ja już byłem bardzo popularny w tym 1992 roku i mnie prosi, żebym posłuchał piosenek, bo ona tylko we mnie widzi możliwość, żebym ja się dostał do Niny Terentiew, a była to Anita Lipnicka, która w Piotrkowie założyła zespół.
Ale nie o tym chcę opowiadać. Chcę opowiedzieć o tym przypadku i o tym, w jaki sposób większość tych moich realizacji wyglądała.
My jesteśmy na bankiecie po tym pokazie już nakręconym w tym Lyonie. Zresztą coś pewnie też zrobiłem przy okazji dla waszego Muzeum, o czym sobie w tej chwili pomyślałem, bo Łękawa mnie namówiła, jak do… wyjeżdżałem do… Iwona Łękawa, czyli dziennikarka z łódzkiego ośrodka telewizyjna specjalizująca się w tematyce filmowej. Mówi „jak jedziesz do Lyonu, to rób… Tam jest Muzeum Braci Lumière, a to jest 100. rocznica kina”.
Ja mówię: ,,Słuchaj, jak mi się uda tam załatwić wejście, to oczywiście, że ci zrobię’’.
No i jest reportaż na 100 lecie kina zrobiony w Muzeum Braci Lumière, no ale oczywiście ja pierwszy raz w życiu to muzeum widziałem i dostałem 4 godziny na zdjęcia tylko. Jeszcze z przerwą, już nie zapomnę tego do końca życia, to w Polsce jest chyba niemożliwe, że przyszedł facet do nas jakiś kustosz o 13.30 i powiedział, żeśmy wyłączyli kamerę i na godzinę wyszli, bo oni mają lunch.
Wtedy zrozumiałem, co to znaczy Zachód tak naprawdę, no tak dosadnie. I był bankiet po tym pierwszym dużym pokazie, zresztą bardzo udanym, ciekawe kolekcje.
I podchodzi do mnie taki dużej postury pan, starszy, koło osiemdziesiątki, a my mieliśmy nalepkę na betakamie, kamerze, „Telewizja Łódź”, czy tam „OTV Łódź”, wszystko jedno. Mówi: ,,Panowie z Łodzi?’’
,,Z Łodzi’’. ,,Ja też jestem Łodzianin’’.
No i zaczyna opowiadać w żołnierskich słowach o swoim życiorysie. Ja już przy czwartym zdaniu go pytam: ,,A czy pan ma jutro dzień wolny?’’ On mówi: ,,Ja jestem na emeryturze, jestem wolny’’. No i zrobiłem jeden z… Nazajutrz zrobiłem jeden z ciekawszych, w moim mniemaniu, reportaży. No bez żadnego scenariusza, pełnej wiedzy o bohaterze. No ale wiedziałem, że jak go nie nakręcę, to po pierwsze – albo umrze albo… A poza tym ja już go więcej nie spotkam. A to jest jak w pigułce dokument o historii Polski i polskich Żydach.
Żyda z bogatej łódzkiej rodziny… No, która miała niedużą fabryczkę. Który nie może dostać się na studia w Polsce, ponieważ jest ten numerus clausus, czyli tylko 10% narodowości żydowskiej może dostać się na studia. Ponieważ rodziców na to stać fundują mu Sorbonę, na którą dostaje się. I zostaje chemikiem. Na studiach zastaje go II wojna światowa. No oczywiście nie wraca, bo już getto tu szybko przecież w Łodzi powstało. To już wiedział, co się kręci. I wstępuje do partyzantki francuskiej. No i w 1985 roku pod Łukiem Triumfalnym… Już nie pamiętam, kto tam był, Pompidou, czy który prezydent mu wręcza, jako jednemu z siedmiu, Legię Honorową. Jest francuskim bohaterem tej Legii. Oni sporo przyznają, ale pod Łukiem Triumfalnym, w rocznicę tam rewolucji… No to w lipcu przecież chyba jest, dostaje odznaczenie. I po wojnie pisarz Putrament, jeśli nie mylę, albo on nie mylił… Bo ja tego nie weryfikowałem, on to opowiadał. Putrament jest ambasadorem w Paryżu i, nie wiem skąd oni się znali, w każdym razie Putrament namawia go, żeby on przyjechał na kilka dni do Polski, że on go zaprasza, żeby zobaczył, jak wspaniale się odbudowuje kraj, jak potrzebuje mądrych głów… Że on może by zobaczył, może by się przeniósł. On wtedy w jakimś koncernie naftowym francuskim… nie wiem czy nie w Shellu pracował.
No i on się daje namówić, i przyjeżdża do Polski. Jak tylko zdążył przyjechać, to po trzech dniach go aresztowali z zarzutem szpiegostwa na rzecz Francji. I go trzymają trzy miesiące chyba, próbując go tam urobić. I stawiają mu alternatywę po drugim miesiącu – że albo przejmie stanowisko dyrektora budującej się Huty Aluminium w Skawinie, albo będzie miał proces o szpiegostwo. No on się prawie miesiąc zastanawia, czy to nie była szybka decyzja. Nie ma żadnego kontaktu z rodziną. To jest fajnie, jak ten… autor czy tam reżyser opowiada film zamiast go pokazać, tak? Czy tam reportaż. To fajne. No ale co mam zrobić? I… Zostaje dyrektorem, robi karierę naukową. Jest jednym z szefów PAN-u, już w 1968 roku. Najbardziej znanym profesorem od chemii w Polsce. No i przychodzi marzec 1968 roku. No i… ląduje we Francji z powrotem. A ja go tam 20 lat później, czy tam dwadzieścia parę spotykam, na tym pokazie. Ten życiorys. No jest taką… Taki jak w soczewce. To nie trzeba podręcznika historii czytać, żeby zobaczyć, co się działo akurat z tą nacją i naszym krajem, tak? Bo to jest opowiedziane od początku do końca wszystko przez dwadzieścia parę minut. Ale zrobione przez pięć, sześć godzin, tak? Ja tylko dokręciłem w Łodzi budynek, w którym była Szkoła Handlowa. Tam gdzie jest teraz rektorat. Bo on tą szkołę kończył przed Sorboną. Nawet nie zdążyłem go spytać, gdzie on w tej Łodzi mieszkał i się urodził, żeby zrobić tam dokrętki. Ale to jest… zrobione jeszcze…
Ja myślę, że… Już opowiadając o tej intuicji i tym przypadku, to najlepszym przykładem z mojej twórczości jest zrobiony jedyny film zrobiony za życia naszego narodowego bohatera Jana Karskiego, profesora Jana Karskiego. Miałem to szczęście, ale oczywiście przypadek. Bo to przypadek, a nie, że ja sobie wymyśliłem, że o Karskim warto zrobić film. Możemy zrobić przeskok do tego Karskiego, no bo on był bardzo ważny w moim życiu. Bo zrobiłem coś wreszcie, o czym nie myślałem, bo nie wiedziałem, że to będzie tak skutkowało… Że z czymś, co nakręciłem dla polskiej telewizji jeździłem do wielu krajów na świecie. No głównie do środowisk polonijnych oczywiście, i to bardziej żydowskich. Polonijnych, żeby pokazywać tego bohatera.
Jak ja już byłem u szczytu popularności telewizyjnej w związku z… Nie z moimi reportażami, chociaż do nich warto wrócić, ponieważ ja zrobiłem ponad 80 pozycji do Ekspresu Reporterów [właść. Magazyn Ekspresu Reporterów], który jest do tej pory na antenie. On, co prawda, wtedy się nazywał Ekspres Reporterów Gorąca Linia. I chodził dwa razy w tygodniu. I tu już nie przypadek w wielu tematach decydował, o tym, a listy. Ale przypadek, że szefem Ekspresu Reporterów od 1983 roku, bo wtedy wystartował ten program, który był świetną dokumentacją naszej polskiej rzeczywistości jednocześnie, bo nie było za dużo takich kanałów, gdzie można było wyemitować reportaż jako singiel, gdzieś na tych dwóch antenach. A ten magazyn był dwa razy w tygodniu. I tam po dwie, trzy pozycje wchodziły do każdego. Szefem tego ekspresu przez wiele lat był Andrzej Królikowski, który był moim szefem. No i… To było nieładne – te setki listów, które przychodziły do Ekspresu Reporterów z prośbą najczęściej o interwencję albo pokazujące jakieś złe, nienormalne zjawiska. No to ja dostawałem na biurko, robiłem research. Mniej interesujące tematy odsyłaliśmy do korespondentów w ośrodkach. A ja to złoto wybierałem… no na tacę. I to te najlepsze, według mnie oczywiście, tematy. To było dość łatwo.
Ale wracając do tego Karskiego… Nina Terentiew któregoś dnia mnie złapała na korytarzu, na Woronicza, i mówi: „No, a byś zrobił… Wiesz co, ty jesteś taki policjant, zrobiłbyś o tych nowojorskich policjantach jakieś reportaże do nas, do dwójki[właśc. TVP2]”. Ja mówię: „Okej”. Kaczanowski… Kaczanowskiemu to powiedziałem… Mówię: „Adam, masz ochotę zrobić?”. On mówi: „Słuchaj, ja mam kumpla z Lublina, bo on był z Lublina, który wyemigrował w 1982 roku. Nazywa się Piasecki”. To mówi: „To ja do niego zadzwonię, czy on coś przygotuje”. Bo my… Bo przecież nie było szans na jakąś dokumentację, tam pojechać… Jak to się profesjonalnie robi, nie? Coś… Tylko żebym pojechał, bo ona myśli, że to… jak ja te słonie robiłem w Afryce, czy tam jakieś małpy, że to tak samo można zrobić o profesorze. Ja nie wiedziałem wtedy, że Waldek Piasecki był osobistym sekretarzem Jana Karskiego. No i jak zadzwoniłem do niego, w sprawie tych policjantów z Nowego Jorku, on nie oponował, żeby to… żeby tam coś przygotować. Mówi: „Najlepiej na Greenpoint’cie, bo tam ich z 80 chyba w komisariacie pracuje”. A ja mówię: „Wiesz, to mnie wyproszą”. Te akcje, coś tam. A nie tam tylko tych… łamiących język polski policjantów pokazywać. I on tak mnie wysłuchał, wysłuchał, mówi tak: „Panie redaktorze, pan jesteś z Łodzi”. Ja mówię: „No tak, z Łodzi”. „A pan zna takie nazwisko Jan Karski?”. Ja mówię: „Nie znam, chociaż mi się wydaje, że ja kiedyś czytałem w Polityce coś o nim. „To niech pan słucha. To jest jeden z waszych największych bohaterów, o którym nikt nie zrobił żadnego filmu poza Lanzmannem, który go nakręcił bardzo, bardzo dawno. W Polsce nikt nie zna tego nazwiska” – mówi. „A pan ma okazję. Jedzie pan do nas na dwa tygodnie, do Nowego Jorku. Ma pan kamerę, będzie pan mógł zrobić, co pan chce. A Karski umrze niedługo i go nikt nie nakręci”. No i… Ja się zastanowiłem, zacząłem się… Karski, Karski, Karski… Wszedłem, zacząłem szukać tam u źródeł, poczytałem. Przypomniałem sobie, że o nim pisał Marian Turski w Polityce. Że z dwa czy trzy razy o tym Karskim, o tych misjach jego czytałem i… No, ja mówię: „Że już przemyślałem sprawę i chętnie coś zrobię, tylko mówię, niech Pan mi da jeszcze czas przed wyjazdem, żeby ja mógł to jakoś formalnie załatwić”. I wtedy Fidyk był szefem dokumentów w Jedynce [właśc. TVP1]. Ja do niego poszedłem. On tak do mnie specjalnie nie miał zaufania, ponieważ ja nie robiłem prawdziwych dokumentów. Tylko jak mówię, to wszystko było takie z biodra, na szybko, niedopracowane. No ale tych emisji miałem multum. On mówi tak: „Pan ma dojście do Karskiego? Przecież wiem, że on w ogóle… zna postać. Niech pan nakręci, ile się… co… Niech pan postawi kamerę, niech on mówi ile chce i co chce. Niech pan z niego wszystko wyciągnie, co…”. No i tak nakręciliśmy chyba 9 czy ileś tam godzin z Karskim w Waszyngtonie, dzięki Piaseckiemu. Który postawił warunek, że musi być współautorem filmu. I był. Profesor stawiał tylko warunek, że gdybyśmy się gdzieś ruszali, to on musi mieć opiekę pielęgniarską, bo jest w złym stanie zdrowotnym. Potem się okazało, że tą pielęgniarką jest żona Waldka Piaseckiego. No, ale to naprawdę rozwiązało nam sprawę, bo profesor miał straszne problemy z kręgosłupem, a myśmy mieli 30 dni zdjęciowych na całym świecie. On dostawał codziennie rano zastrzyki na kręgosłup, bo on nie mógł nie mógł chodzić. Także to było bardzo… No, ale tak przez przypadek powstał film o Karskim. Gdybym nie trafił na Piaseckiego, to w życiu bym tego Karskiego nie poznał, nie spał u niego w domu, nie gościł go u siebie. To już prywatne sprawy oczywiście, ale u mnie był dwa razy w domu. Co przyjeżdżał do Polski i pytał się, jak tam mój syn na studiach i tak dalej no… A w ogóle to uważam, że to jest najciekawszy człowiek, jakiego poznałem w życiu. Jan Karski. Nieodgadniony do końca, tak. Myślę. Niedawno mnie tam męczyli właśnie w tej sprawie w Instytucie Jana Karskiego w Warszawie no… bo ja u niego mieszkałem i go długo poznałem, i tak dalej no. O różne rzeczy. Dlaczego on się na przykład zadawał… Tu mieli chyba wątek podejrzeń, chociaż mnie to nigdy do głowy nie przyszło. On, jak się osiadł w Stanach, bardzo był zaprzyjaźniony z gejami z Broadway’u. Bo miał… Właśnie się kręcił przez 2-3 lata w tym towarzystwie. Już był bardzo znany w Ameryce, ponieważ wydał Polskie Państwo Podziemne. Książkę. I to był hit chyba marca czy tam kwietnia 1946 roku. Książka o największym nakładzie, no chyba 380 tysięcy czy ileś tej książki sprzedał. Także on już był popularny. Ale dla nas to był niezwykły człowiek, niestety słabo wykorzystany. Ponieważ on z oddali bardzo obiektywnie patrzył na… i historię Polski, i tego, co się działo aktualnie. Wtedy Mazowiecki był premierem chyba, jeśli dobrze pamiętam, jak go zaczęliśmy męczyć tutaj na wypowiedzi. Ale tam doszło do innych rzeczy.
No chociażby – jak się dowiedziałem, że z Giedroycem się przyjaźnił tyle lat. Pisał, a nigdy się nie widzieli. No to… to nie było problemu, żeby polecieć do Francji. Tym bardziej, że on z pierwszą misją do rządu polskiego no… w podziemiu. No nie tyle w podziemiu, bo już był we Francji, tak? No, ale tego nieoficjalnego rządu. Żeby się przenieść do Maisons-Laffitte i ich tam spotkać. Oczywiście, jak będzie zgoda Giedroyca. I do tego doszło. No to jest taki historyczny zapis. Jak się filmowcowi coś takiego udaje, no to wiadomo, że to jest…
No to jest tak jak z tym filmem. Żadnych filmów moich nie powtarzają. Najwyżej, jak jest tam jakaś okrągła rocznica Karskiego, to o 27.00 w nocy, w Jedynce gdzieś tam wyemitują. No ale to… Chociaż wiem, że jak umrę, to jak no się nie zniszczy ten nośnik, to tam jeszcze parę razy gdzieś to, co zrobiłem się pojawi. No i to był też film… intuicyjnie robiony. Bo myśmy scenariusz pisali z Waldkiem po skończeniu filmu. Bo nie wiedzieliśmy, do kogo trafimy, bez żadnej dokumentacji. Pojechaliśmy do Izraela na 17 dni, pamiętam. Ja zrobiłem przy okazji 11 reportaży – czekając na decyzję, z kim teraz, co i kto się zgodzi, kto nie, i tak dalej. Partyzantka, tak? Ale jak to się ogląda, to… daj boże, no przy takich środkach i możliwościach zrobiony film. Może za duża tam jest sekwencja. Zresztą ja potem na pokazach robiłem krótsze materiały.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: [Jak wyglądała praca w telewizji od strony technicznej?] Ja przyszedłem prawie, do telewizji, jak w epoce kina niemego, bo wszystkie krótkie materiały robiło się kamerą niemą, małym Arriflexem. Trzy minuty bobinka, tak? Więcej nie można było nakręcić. Do montażu to nie był taki wielki problem, bo nie trzeba było synchronizować z dźwiękiem. No bo fachowcy pewnie od telewizji wiedzą, że kręcono wtedy z prędkością 25 klatek na 16-milimetrowej taśmie. I taka sama taśma tej wielkości z perforacją była do dźwięku. Na Kudelskim [Stefan Kudelski] to były takie świetne magnetofony polskiego twórcy mieszkającego w Szwajcarii. Dość ciężkie te magnetofony były, ale był jeszcze cięższy zapis dźwięku przy U-matic’u, który tam był pierwszym takim zapisem naprawdę elektronicznym do pracy w terenie. No i przed montażem najpierw siadała… najczęściej była to młoda… Niekoniecznie, ale u nas tak się trafiało, że ładna dziewczyna, w białych rękawiczkach. I robiła synchronizację dźwięku. I jak się siadało do montażu, to się siadało z asystentką. Nie z montażystką. Cięło się na poszczególne sekwencje, nadawało numery. Musiałeś mieć zeszyt albo papier. I były takie regały plastikowe, w które się wkładało te bobiny. Czasami bywało tak, że był obraz osobno i dźwięk osobno, ale najczęściej był równolegle obraz z dźwiękiem.
I wtedy się siadało, miałeś wypisane… czy miałaś wypisane te wszystkie bobiny no to mogłaś sobie jakiś szkic montażu zrobić. Z tym, że montaż, tak jak dzisiaj, taki… z biodra robiony reportaż można zmontować w 5-6 godzin. To taki trwał tydzień. No często może 5 dni. Jedyny reportaż, który zmontowałem w ciągu 12 godzin, to była relacja z tragedii łódzkiej, kiedy wybuchł gaz w bloku na Retkinii i zginęło 7 osób.
Bo był nacisk, żeby to na nazajutrz pokazać na antenie ogólnopolskiej. I wtedy ja siedziałem… no kolejną noc. Bo pierwszą spędziłem w czasie tego wybuchu, a następną na montażu. I pamiętam jeszcze milicja chyba z przodu na kogucie wiozła do telewizji do Warszawy, do emisji, ten materiał. Ja potem ze swoim „Magazynem Kryminalnym” [właśc. „Magazyn Kryminalny 997”] też parę razy jeździłem radiowozem na sygnale, no bo były problemy, że trzeba było coś wymienić w ostatniej chwili itd. A też nie była to elektronika.
Studio miałem elektroniczne, ale materiały filmowe do 1989 roku robiłem na Agfa Color, na odwrotce. Zdjęcia trwały godzinami, ponieważ każde ujęcie trzeba było ustawić, tony światła postawić i tak dalej. No dzisiaj to przy świeczce można realizować materiały, są tak czułe… tak czułe te kamery. No i potem z montażystką.
Najgorszy był problem, jak się ktoś przyszedł, o coś oparł albo stuknął. I wyjechała z regału bobina. I teraz tak – dwa dni szukało się jakieś tam bobiny z numerem 136, nie? Na przykład. Najpierw się zaczynało, takie były wielkie kosze wiklinowe w każdej montażowni, bo tam wyrzucano ścinki. To najpierw się zaczynało od wywalenia tego kosza i szukania, czy tam… Tam były też bobinki niepotrzebne już, na przykład, jakieś pokuszone. Najczęściej się tak szukało. I to, pamiętam, to była największa moja męczarnia. A druga, już od strony artystycznej czy fachowej, no to było to, jak człowiek się decydował, że jednak zmienia to ujęcie albo miejsce, gdzie to ma być. Bo to trzeba było przeciąć maszynką, włożyć, przeciąć to nowe miejsce. Bo dzisiaj to w 3 sekundy elektroniką się przelecimy, możesz sobie tysiąc razy przekładać, co chcesz. Natomiast tu trzeba było to przeciąć, przyklejało się taśmę. Bo tam była taka scotch taśma, bo to nie było jakieś cuda. Częściowo się na klej też robiło, no to były różne fazy. A wszystko się kręciło ręką. Taka była korbka, że te taśmy przejeżdżały z lewa, prawej. Oczywiście się często rozjeżdżał dźwięk, mordęga. Ja potem doszedłem już do czegoś takiego, że zrobiłem wstępny plan montażu i zostawiałem to montażystce, bo ja jestem choleryk. Ja już nie wytrzymywałem tego godzinami siedzenia na montażu i przekładania tych bobinek. A stale człowiekowi coś do głowy przychodzi. Mówi: „Nie, wiesz co, to będzie lepszy ten facet”. I tam znowu 54 bierzemy. No i tamto wykładamy. Znowu trzeba zsynchronizować, bo to… Bobinki przecież nie były na jednym, tylko każdą sekwencję trzeba było… I tak do 1989 roku. Studio wcale nie było… To już może nie film, ale no… związany z tą całą naszą produkcją.
W studio były ogromne maszyny rejestrujące obraz, na szczęście już razem z dźwiękiem. Ale montaż był podobny do tego na stołach montażowych, ponieważ to miejsce, na tych wielkich taśmach, bo to były, nie wiem, pięciocalowe, czy tam ile, nie wiem, teraz nie pamiętam. No takiej grubości były te szpule z tą taśmą. Ustawiało się ręcznie do miejsca montażu. I to, gdzie miał być strzał, czyli włączenie taśmy, żeby to się z tą drugą zmontowało na drugiej maszynie, był normalny plaster wklejony przez montażystę. On ołówkiem często rysował, żeby mu ten plaster dobrze przymierzyć. I to było po 15-20 razy, bo nigdy nie mogli wcelować. Bo to nie było, że ustawione tam 0,47, nie? Na przykład sekunda. Tylko to było wszystko na ucho i ręcznie, i w obrazie. Bo był taki mały monitorek na tej maszynie. I to… Ja wszystkie te „997” [właśc. „Magazyn Kryminalny 997”] od 1986 roku do wejścia tej elektroniki już klasycznej, chyba do 1990 roku, wszystko na te plastry.
I… także wstępny montaż zawsze studia, bo robili montażyści, bo oni to robili z dzień, półtora. A ja już szedłem na ten merytoryczny, że znowu trzeba było wywalać. No, ale już wszystko po kolei było chociaż poukładane no. Tak samo teatry telewizji wtedy. Czy nawet jakieś dokumenty robione tą techniką, bo też takie były. Tak były robione. To były długie dni pracy. Straszny, straszny prymityw. Ale ta taśma się nawet nieźle zapisała. Ponieważ byłem chyba wtedy w tych latach tam no 80./90. najpopularniejszym dziennikarzem łódzkiej telewizji. No chociażby ze względu na to moje „997” i tam pokazywanie się co tydzień. To jak była 45. i 50. rocznica ośrodka łódzkiego telewizyjnego, to dostałem zlecenie od dyrektora… Chyba Woźniak był wtedy dyrektorem. Na pewno w jednej rocznicy, w drugiej już nie pamiętam. Ja robiłem montażówki na antenę ogólnopolską z dorobku telewizji. Więc to archiwum przekopałem mocno. A szczególnie… Ponieważ miałem zawsze słabość do takiego programu ogólnopolskiego, „Dobry wieczór tu Łódź”, który był realizowany w Teatrze Wielkim. Bo tam były te sceny zapadające się, przejeżdżające i tak dalej. No to wszystkie te materiały były na tych wielkich maszynach. No to na tym siedziałem i z tego wymontowywałem te fragmenty różnych prezentacji. Także ja taki człowiek, który dwie epoki zaliczył. Kończąc na nowoczesnych urządzeniach, że idziesz z małym aparatem fotograficznym czy nawet z małą kamerką i możesz nakręcić film fabularny. Aż do tego, że 12 osób musiało być na planie, żeby nakręcić parę ujęć no… jakąś dużą BLM tam, powiedzmy, kamerą. Z różnymi dziwnymi sytuacjami.
Wczoraj byłem dwa dni. Wróciłem ze Spały. Sobie przypomniałem jak z Tadkiem Kośmidrem robiliśmy… Taki był program „Poznaj swój kraj” czy coś, w dwójce. Robiliśmy w 1984 roku reportaż ze Spały. I tam jest taka piękna wieża ciśnień w Spale. Teraz jest tam jakaś knajpa na dole, lodziarnia. I Kośmider, który był jeszcze grubszy ode mnie, bo ja kiedyś byłem bardzo gruby, ze 150 kilo ważyłem. Jeszcze grubszy ode mnie, miał tego BLM-a na statywie takim metalowym. Bo żeby tego nie nosić, oni sobie przykręcali do statywu, jak były zdjęcia takie w plenerze. Tak się zablokował, żeśmy dwie godziny go wyciągali. Tam takie wąskie, kręte schody. I go tam straż wyciągała z tego… z tych zdjęć. Także ja te epoki przejrzałem. I mogę powiedzieć, bo pracowałem przecież potem wiele lat na elektronice, że ci, którzy z montażu filmowego nie przeszli na elektronikę… A pracowałem głównie z tymi, którzy zaczynali od elektroniki. To jest przepaść. To… Zbudować coś artystycznego, no może teraz już są bardziej doświadczeni, montażem elektronicznym, to tylko można było zrobić z tymi, którzy pracowali na celuloidzie. Oni mieli pokorę do tego materiału. Nie szybko, nie raz, raz, bo to pasuje, tylko tam był jakiś pomysł. Ile razy, ja pamiętam, się wykłócałem, bo te dziewczyny… Bo ja w zasadzie w montażu z samymi dziewczynami pracowałem. Potem przyszedł tylko mężczyzna, chłopak, który zresztą do tej pory fabuły montuje. A teraz mi wyskoczyło nazwisko, jak on się nazywa. Ale on… Wiele lat z nim też pracowałem. Już na elektronice, bo on się przeniósł z filmu. Ale potem widzę na tych napisach końcowych, on bardzo często fabuły montuje. I dzisiaj ci, co pracują, no nie ma… już nie ma prawie tych, którzy pracowali na celuloidzie, bo już nie żyją albo w ogóle wymietli ich z telewizji. W ogóle nie mają pojęcia, że do materii montowania zupełnie inaczej można podejść i uzyskać zupełnie inny poziom niż montowanie z tymi, którzy tego doświadczenia nie mają. No dlatego w zasadzie większość dzieł, filmów fabularnych czy dokumentalnych, jest w dalszym ciągu robiona na celuloidzie. Ja już pomijam to, czego telewidz często nie zauważa. Że to, co jest robione elektroniką, to bardziej zwykle przypomina teatr. No bo inaczej się układają te plany, inna jest ostrość, to wszystko jest tak wyraziste i tak wykrojone. Ale ludziom to jest wszystko jedno. Ja z żalem patrzę, jak jadę gdzieś, nie wiem… No głównie za granicą, bo tu w Łodzi nie jeżdżę tramwajem ani autobusem, ale jakimś metrem czy coś… że ludzie oglądają filmy w telefonie. Ja, jak czasami kogoś w Polsce złapię, to mówię: „Słuchaj, ja ci wrzucę Bitwę pod Grunwaldem tu na ten telefon, to mi opowiesz, co tam na tym obrazie jest. On mi mówi: „Co ty widzisz? To jest słuchowisko radiowe. Przecież… Słuchaj, tam dziesiątki ludzi buduje drugi, trzeci plan, szuka miejsc, rekwizytów, a ty tylko wysłuchasz „Co mówią bohaterowie?”. No bo tam nic więcej przecież tak naprawdę…”. I to jako dla mnie, dla reżysera czy tam w ogóle dziennikarza, no to jest nieprawdopodobnie smutne to, że nie docenia się tego. Ja często takie próby robię. Przecież jak są stare filmy powtarzane, to są znaczki dla kinooperatora, tak? Kółko i… kwadrat. Tego nikt nie zauważa.
Nikt. A mimo to, że to duże… Bo to rzadko one są wykopiowane. One najczęściej zostają.
Ja to już z przyzwyczajenia, bo to od DKF-u pamiętam, że zaraz będzie zmiana sceny. No bo to zwykle w tych miejscach były przecież te cięte sekwencje. Mnie było przykro, jak to się przewaliła, ta elektronika, że nie było pokory do filmu, do materii filmu. Ja pomijam świat artystyczny, ale artystów w telewizji to niewielu pracuje. No może robią o zadęciu artystycznym jakieś rzeczy. Ale naprawdę… ciężko jest o taki dokument, jak powstawał w telewizji. Bo ja mówię o telewizji, bo poza telewizją to sporo dobrego polskiego dokumentu jest. Ale w telewizji go jest nie za dużo, bo to musi być szybko i teraz najczęściej tanio. No i jeszcze, żeby się podobało telewidzom.
Ja robiłem większość życia, bo dwadzieścia parę lat, magazyn niskobudżetowy, bo byłem w redakcji publicystyki, ale większą częścią tego mojego programu były inscenizacje filmowe, które miały aspiracje do robienia normalnego planu. No, ale z budżetem jak na zrobienie reportażu o… nie wiem, o baletnicy czy hutniku. Nie film, tylko reportażu oczywiście. Ja przechodziłem różne epoki, jeśli chodzi o aktorstwo i udział w tym przedsięwzięciu aktorów. I były okresy, kiedy szorowaliśmy po dnie, więc miałem samych statystów. Różne były doświadczenia, wcale nie tragiczne. Potem jednak większość programów, już ostatnie lata, to tylko profesjonalnymi aktorami. Ale pierwsze programy, które robiłem od 1986 roku, też były robione z profesjonalnymi aktorami. Ale aktorami z prowincji. I podstawowy problem był ten, że oni byli z generacji… a nawet czasami i ci młodsi, którzy w ogóle prawie chyba zajęć z kamerą nie mieli na studiach aktorskich. Dlatego, że zdecydowana większość tych aktorów grała mi jak do 17 czy 20 rzędu, no nie? I ja musiałem się namęczyć przez zawsze przez kilkanaście minut albo im cały czas przypominać. Ja mówię: „Niech pan nie krzyczy”. Bo on mówi: „Słuchaj, ja za chwilę nie wytrzymam!”. Ja mówię: „Panie, przecież ma pan półtora metra przed sobą kamerę. No, to nie jest w teatrze no”. I tak: „Przepraszam. Tak, zapomniałem się”. I widać, że ja nie mogłem mieć do nich pretensji, ponieważ no wiadomo było, że to wynikało z nieobycia, tak? A dla nich z kolei, jak my po 500 zł im płaciliśmy za dzień zdjęciowy, to były takie pieniądze… Jak oni tam zarabiali, nie wiem, 2,5 czy 3 tysiące w tym teatrze. Oczywiście potem były te… pretensje dyrektorów, od których zawsze musieli mieć tam zgodę, że na drugi dzień na próbę nie przychodzili no.
Ja miałem, chyba jako jeden z niewielu realizatorów tego typu przedsięwzięć, że myśmy wypłacali pieniądze na planie, po zakończeniu zdjęć. Zawsze. Ponieważ no, to było… Myśmy kręcili tak dużo, z tak wielką ilością ludzi, że potem to był… bałagan, jakieś skargi, coś, odwołania. W związku z tym kierownik produkcji wypłacał po zakończeniu zdjęć od razu gotówką pieniądze. No i oczywiście miałem różne doświadczenia. Nieraz musiałem powtarzać całą inscenizację, bo… Po czasie to ja wiedziałem, z kim mam do czynienia. Nawet teraz taki znany aktor lubelski zmarł. To jaki my katunek parę razy mieliśmy na planie, to mi żona przypomniała. Że, na przykład, w Bieszczadach robiłem takie zabójstwo na wypale, czyli tam, co ten węgiel drzewny produkują. I miałem bardzo dobrego aktora z Teatru z Tarnowa, z którym wielokrotnie pracowałem, ale… Oprócz wielu zalet miał tę wadę, że dawał w szyję. I ja zawsze kogoś obstawiałem na planie, jak mi zależało na jego postaci i głównej roli. Chociaż to duże mówienie, tam inscenizacja tam 8 czy 9 minut ekranowych, tak? Chociaż były większe kawałki. Raz zrobiłem film dokumentalny Szaszłyk, czyli o Najmrodzkim [Zdzisław Najmrodzki]. Nawet miałem być konsultantem przy tej fabule. Najpierw ja się zgodziłem, potem się nikt nie odezwał. Niemniej mój jest 70-minutowy, zakwalifikowany jako film dokumentalny. Bo mi go z reportażu na kolaudacji przerobili na film dokumentalny. No i on ma, nie wiem, ze 30 lat i się jeszcze, nieskromnie powiem, dobrze ogląda – jak na taką inscenizację zrobioną w 3 dni, w 11 miejscach w Polsce. Bo myśmy robili w prawdziwych miejscach. Tam, gdzie te zdarzenia miały miejsce, te wszystkie. I robiliśmy ten wypał i… no tam ustawiłem jednego specjalnie z moich zaprzyjaźnionych młodych aktorów, żeby go pilnował. Produkcja podawała tylko… Bo oni pili wino, pamiętam, „Odlot I”, „Odlot II”. Tak się nazywały te wina tam, takie owocowe. I produkcja miała pilnować, żeby nikt nie dostarczał tych win, tylko żeby to wino była woda z sokiem i tak dalej. No i tak było do… do południa się udawało, a po południu się… Zobaczyłem, że kolega zaczyna mi składać słowa. No i musiałem przerwać zdjęcia i od rana je powtórzyć no.
Z takich niebywałych sytuacji, jeśli chodzi o filmowanie, tych moich kawałków, to była taka, że… Policjanci czasami, w ramach takiej gry operacyjnej, zwracali się do mnie z prośbą, czy do nas, czy do moich reżyserów, bo potem w ostatnich latach już miałem reżyserów ze szkoły filmowej, z reżyserii. Pisali ze mną scenariusze, scenopisy. W związku z tym no to… na żywym organizmie najlepiej się ćwiczy, nie tylko… Nie tylko w szkole. Podobnie z aktorami no. Paru jest serialowych przecież dobrych aktorów, którzy u nas bardzo często występowali.
I miałem taką scenę ślubu. Bo była taka zbrodnia w… koło Gorzowa Wielkopolskiego. Do pracy, do laboratorium młoda żona idzie dziesięć dni po ślubie i znajdują ją potem martwą. Nie będę opowiadał tam szczegółów tego. W każdym razie policjanci sobie wymyślili… To chyba już byli policjanci, bo to był gdzieś dziewięćdziesiąty chyba któryś rok, żeby jej prawdziwy mąż wystąpił w tej inscenizacji, zagrał męża. Ja się broniłem do końca, bo on tam miał dużo do zagrania.
No ale tak napisałem scenariusz, żeby on się właściwie tylko w Urzędzie Stanu Cywilnego powiedział: „Tak”, odpowiedział: „Czy pan bierze za żonę?”, „Tak” i nic więcej. No i mamy dwa dni zdjęciowe na to, bo to przecież… To był… to był chyba celuloid jednak, dlatego były chyba dwa. No już, to nie ma… to nie jest takie ważne dla tego opowiadania. I mamy cały dzień zdjęciowy, w miarę udany. Tam po parę dubli z nim zrobionych. Reszta są aktorzy, żona gra z teatru w Gorzowie. Tam ojca, matkę też aktorzy zawodowi, wszystko okej. No i rano mamy, zaczynamy od USC, pamiętam, w Międzychodzie. Ona z teatru przywiozła, już myśmy z Łodzi nie przychodzili – strój panny młodej. Bo chciałem, ponieważ w kościele nie robiłem sceny, no to sobie wymyśliłem, żeby taka była już w tym… z welonem i tak dalej. No i czekamy pół godziny, godzinę, nie ma pana młodego. Wysłali tam ci policjanci jakiś radiowóz do domu. Okazuje się, że on nie przyjedzie, rodzina mu zakazała, nie będzie występował, idioty z siebie robił. Żona zmarła, tam zabita dwa czy trzy miesiące temu. Ja załamany, bo to nawet zaplanowałem sobie to na antenę chyba w przyszłym miesiącu, więc muszę to mieć zrobione. Piękna pogoda, wszystko jest okej. Bo to było latem. No i siadam z naczelnikiem kryminalnego gdzieś tam w tym USC i co my zrobimy? Mówi: „Ty, słuchaj, ja mam tu kumpla”. Ja mówię: „No i co, że masz kumpla? Podobny jest do tego pana?”.
„Nie, on jest dyrektorem kombinatu tu rolnego”, „No i co?”, „No chodź pojedziemy”.
Pojechaliśmy tam. Ja mu to opowiadam, jaki problem.
On mówi tak: „Zrobi pan nam zamieszanie przy żniwach, ale ja pana tak lubię, że ja to panu zrobię”. Za godzinę było ponad 200 robotników na placu ustawionych w kółko. I ja chodziłem ze zdjęciem tego faceta i szukałem, szukałem. No wymyśliłem te wszystkie sceny, żeby go pokazywać, no, generalnie z tyłu. No ale… No i okej, ten. Ja mówię: „Czy pan w godzinę da radę ubrać się w garnitur i tam trochę włoski poprawić, i przyjechać?”. On mówi: „W godzinę dam radę, ale ja nie mam garnituru”. No i tam jakiś… produkcja mu znalazła jakiś garnitur. I tak szczęśliwie skończyliśmy no. Ta, co prawda, to była jakaś Magda chyba… Potem nagie zwłoki kiedyś nam grała, pamiętam też. Ta z teatru z Gorzowa. Przychodziła ze skargą, że on lekko capi. Ale na szczęście była tylko to… Jedyna we wnętrzu tak naprawdę scena to była w laboratorium i ta w tym USC.
Stale się bałem zarzutów, jak robiłem to swoje „997” i ta Nina Terentiew żądała, żebym więcej keczapu lał. „Tam, kurwa, więcej keczapu, więcej keczapu, tam”. Bo się gonili już z tymi prywatnymi stacjami, nie? Bo do 1992 roku to był święty spokój, tak? Ja nie miałem żadnej konkurencji. A w ogóle wszedłem z tematyką, jakby, no… znalazłem na ulicy, bo nikt nie podnosił tego tematu. I stąd też te ogromne widownie. Ja, co prawda miałem wcześniej program cykliczny, którego już dzisiaj nikt nie pamięta w dwójce. „Stan krytyczny” się nazywał. On chodził prawie dwa lata. Dziwny, bo władza, po cichu chyba, zgodziła się na pokazywania rzeczy ekstremalnych. Ale to zupełnie ekstremalnych, których nigdy w telewizji nie było. No, narkomani, którzy przed kamerą się kłują gdzieś umierający. Prostytucja nieletnich, seryjni mordercy, młodociani mordercy. No cała gama takich bardzo ostrych tematów. Co prawda, czas emisji jest dobry, bo najwcześniej jedna emisja była 0.30, reszta była 0.45 albo 1.00. Ale, można dzisiaj nie uwierzyć, widownia liczyła od 4 do 5 milionów. Widocznie ludzie sobie budziki nastawiali. I to…
Więc to była jakby moja droga do tego później „997”, bo za karę zostałem zdjęty z anteny w 1995 roku. Rok w ogóle byłem ukrywany. Znaczy, w ogóle nie istniałem w telewizji przez rok. Ponieważ zdjęto mnie za reportaż „W środku Polski”. O takiej aferze w Technikum Rolniczym w Piątku. Dlatego to się nazywało „W środku Polski”, bo to Piątek niby jest środkiem Polski. Pamiętam po emisji na nazajutrz Grażyna Torbicka przepraszała telewidzów za nieprawdziwy, fałszywy, tam… i tak dalej i tak dalej, telewidzów, że to jest skandal, że coś takiego się ukazało, tam ktoś nie dopilnował, że była emisja i tak dalej. I spadłem z anteny. Była decyzja, że mnie wyrzucą. Dyrektor Walczak powiedział, że mnie wyrzuci, jeśli jego wyrzucą.
Ale jego nie wyrzucili. I dostałem telefon z Warszawy od zastępcy dyrektora Dwójki, Bujki. Nazywał się Ryszard Bujko.
-„Czy pan może do mnie przyjechać w tym tygodniu?”. Ja go niespecjalnie znałem, ja może raz z nim miałem do czynienia. Bo wtedy moim guru był Józef Węgrzyn, który tam tą Dwójkę przewracał do góry nogami, otwierał ją na świat i tak dalej. I ja wszedłem do niego, on mówi: „My się słabo znamy. Wiem, że pan nie będzie pracował w telewizji, ale ja myślę, że pan kiedyś wróci. A żeby pan mógł przeżyć, to ma pan tu ode mnie cztery zlecenia na filmy dokumentalne. Pan wpisze sobie tytuły, dołączy do tego scenariusze, złoży u nas księgowości i uruchomi produkcję”. Nie wiem. Ja nie chciałem wierzyć, bo facet, który mnie nie zna, na taką głęboką wodę mnie… I tak, ja te… Z tych czterech dwa nakręciłem, ale nigdy nie zmontowałem. One leżą w pudełkach, bo to na celuloidzie. Miałem 1:5 pierwszy raz stosunek taśmy. Bo to film dokumentalny. Pierwszy jest o pierwszym polskim dziecku z probówki. Robiłem go z sześcioma rodzinami w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. I prawie przed końcem zdjęć… Bo ja odwiedzałem te rodziny tam co miesiąc, przez chyba ponad pół roku. Plus wizyty na badaniach w Międzylesiu.
I jak miałem, nie wiem, miesiąc chyba do momentu, kiedy dziecko się urodzi, to się urodziło w Szczecinie. W Akademii Medycznej. I mi powiedzieli w Jedynce, żebym się w dupę pocałował z tym reportażem, i ja nigdy nie usiadłem do jego montowania. Drugi z kolei to był o upadłej szlachcie na Kaszubach. Ja go robiłem w cztery pory roku. Czyli jechałem tam na te… na zdjęcia cztery razy. Tam też dużo by opowiadać o tych wszystkich zdjęciach, ale to już jakby może na następną jakąś, jak zechcecie, okazję, bo tam to też trochę kuchni filmowej można by było przekazać. Między innymi dzięki temu, że byliśmy z kamerą tam… A szlachta była udokumentowana od XII wieku, bo była praca doktorska sprzed wojny z Uniwersytetu w Gdańsku. O tym Wika-Czarnowscy, to był ród Wika-Czarnowskich. On wtedy już był chłopem, ten Wika-Czarnowski. No, ale nigdy tego nie zmontowałem. A zrobiony jest, no prawie jak tam… jeśli chodzi o zdjęcia, jak prawie kręcili Chłopów. No i… Każdy detal. Zresztą robiłem to z Tadkiem Kośmiderem, na zmianę z Kaczanowskim, bo nie zawsze można było razem wyjechać.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: [Jakimi zasadami rządzi się praca przy reportażach?] Jak zaczynałem pracę w Łódzkim Ośrodku Telewizyjnym w 1982 roku, to Kaczanowski Adam, z którym już byłem zaprzyjaźniony… Już nawet z dziećmi razem na wakacje planowaliśmy wyjazd. To ja zacząłem… Jak jeszcze jeździłem na newsy, to wytłumaczył mi taką podstawową zasadę: że jak jedziesz w mieście, a szczególnie do fabryki, to trzeba zdjęcia zacząć od tzw. „amerykana”. Natomiast na wsi możesz z kamerą startować od razu, bez problemu. Bo w mieście wszyscy mówią językiem dziennika telewizyjnego, bo tak wypada, a na wsi to się nie zastanawiałem nad tym. Co mi się w praktyce oczywiście wielokrotnie sprawdziło, bo przecież do „Ekspresu Reporterów” robiłem tych tematów dziesiątki. „Na amerykana”. Bardzo prosta sprawa. Na kamerę przecież zakłada się kasetę z taśmą filmową. Tam jest na 10,5 minuty taśmy. Więc, żeby rozgrzać tych rozmówców, żeby nie stracić te 10 minut taśmy, wkładało się pustą kasetę, zapalało się światło i kamerę się włączało. No, terkotała. I prządka na przykład mówiła 10 minut z koleżanką jakąś tego. Po kilkunastu minutach zapominały, że one mówią do telewizji i zaczynały mówić od siebie. I zawsze na znak do operatora, realizator – czyli w tym przypadku ja – czy oczko, czy kiwnięcie głową. On mówił: „Chwileczkę, taśma się skończyła”. I zdejmował tę pustą kasetę, i zakładał kasetę z taśmą filmową już na legalu. Ja to potem w paru sytuacjach wykorzystywałem. Absolutnie prywatnych. Jak się już zaprzyjaźniłem, chyba po drugiej porze roku z Wika-Czarnowskim… A on jeszcze robił własne wina, miał całą piwnicę tych win, więc z zaprzyjaźnianiem nie było tak trudno. On mówi: „Panie redaktorze, pan”… Nie, już na „ty” chyba byliśmy. -„Pan robi tyle tych rzeczy do „Repor…”. A, bo ja go w ogóle poznałem, jak robiłem reportaż z „Ekspresu Reporterów”. Bo jak mówię, przypadek, tylko przypadek. Ten bohater też przypadek. To dziecko z probówki, to sobie muszę przypomnieć, przez jaki przypadek. Ja w każdym razie nie miałem w domu czy w rodzinie dziecka z probówki. „Wieś czy gmina? Miasto czy gmina?” Taki był tytuł. To było o Rytlu, na Kociewiu. Bo w gminie Rytel powstał ruch, żeby przywrócić po 185 latach prawa miejskie. No i władza miejscowa się nie chciała zgadzać. I ja tak trafiłem na ten temat, zrobiłem reportaż. I jeden z większych orędowników był ten Wika-Czarnowski, który wcale w Rytlu nie mieszkał, tylko pod Rytlem. I właśnie między Rytlem a jego tą wioską było 7 kilometrów i oni też walczyli jednocześnie o asfaltową drogę. I jak już po tym drugim… po tej drugiej sesji… Dość szybko nam to poszło, to chyba było wiosną. I on mnie znowu o tej drodze: „Przyjedź kiedyś, zrób o tej drodze”. Ja mówię: „Wiesz, no do takich tematów to ja bym się potem nie odgonił, bo to w co drugiej wsi będą w Polsce chcieli mieć asfaltową drogę. Ale, wiesz co, przyszedł mi taki pomysł do głowy”. No i Adama wziąłem na bok, mówię: „Słuchaj, a byśmy pojechali do wojewody, z kamerą, i że robimy tu reportaż, tu walczą o drogę i nie mają żadnej odpowiedzi, władze to olewają”. No i ja zadzwoniłem chyba za godzinę później do sekretariatu wojewody bydgoskiego. Mówię, że tu kręcimy reportaż do telewizji, jesteśmy z drugiego programu telewizji. I chcieliśmy, żeby się Wojewoda wypowiedział, bo to podobne społeczeństwo już od pół roku… nie, czy tam od pięciu lat walczy o drogę.
No i najpierw była cisza, potem po godzinie tego Wika odzwonili, ale Pan Wojewoda by chciał pytania na piśmie, o co będziecie pytać. Ja mówię: „Okej, wyślemy” – „To na dziewiątą jutro możemy się umówić, Pan Wojewoda będzie czekał”. Ja oczywiście żadnych pytań nie wysłałem. Przyjechaliśmy na dziewiątą, cztery jodówki ustawiliśmy, pamiętam w tym, kamerę na wysoko, i oczywiście całe pół godziny na Amerykana waliliśmy, nawet żeśmy taśmy kilograma nie wzięli. W każdym razie rok później była asfaltowa droga, bo on się tak wił, tam tłumaczył. Ja nawet nie słuchałem tego, co on mówił, bo to chodziło mi o to show przed tą kamerą. Co on by nie powiedział, to jest ważne, że go tam do muru, jeszcze z anteny ogólnopolskiej, także i społecznie użyteczni czasami moglibyśmy być, ale nie wiem, czy to Amerykanie wymyślili, no w każdym razie mówiło się „na Amerykana”.
Tak jak ja wymyśliłem jedno określenie, ale się niestety nie przyjęło. To jest określenie „news kreowany”. Ja to wymyśliłem z Włodkiem Łarionowem, już nieżyjącym operatorem, bardzo pracowitym, no może niezbyt zdolnym, ale pracowitym. Ja zostałem, ja uruchamiałem w ogóle w życiu dwa programy, byłem w zespole dziennikarzy uruchamiających program. Jeden to był „Ekspert reporterów”, ja byłem jedynym dziennikarzem czynnym, który to robił, bo to robił Edward Mikołajczyk i jeszcze jeden dziennikarz, którego w tej chwili nie pamiętam starszy pan, a potem Królikowski to został kierownikiem tego bajzlu. Ja przez rok też byłem szefem ekspresu reporterów, dojeżdżałem do Łodzi, to było z Łodzi do Warszawy w 90-tych latach.
A drugi program, jaki uruchamiałem, byłem jedynym dziennikarzem z terenu, to jest „Teleexpress”. W 1986 roku to się złączyło z uruchamianiem mojego „997”, co było szalenie kłopotliwe.
No ale Józef Węgrzyn się uparł, żebym był w tym zespole, żeby było spojrzenie też z punktu widzenia ośrodkowego korespondenta, a nie tylko te gwiazdy z Warszawy. Ale on mnie wziął na bok po pierwszej naradzie, czy drugiej, czy trzeciej tam w sprawie „Teleexpresu”, budowania tam tej ramówki i tak dalej.
Mówi: „Słuchaj, a co jakbyśmy coś takiego zrobili? My nie mamy w ogóle korespondentów w terenie, niczym to się przekręci, to my startujemy 1 września, nie będziemy mieli w ogóle materiałów, no poza tymi newsami, które się tam wydarzą”. Mówi: „Słuchaj, ty jesteś bystry, ja ci dam kamerę na miesiąc, jakbyś wziął operatora, dam na to zlecenie i byście objechali, teraz jest lipiec, no do połowy sierpnia pół Polski. I no wiesz, no przyjedziesz, wiesz, pytał, szukał, nie? Ta babcia struga aniołki, tamte, nie wiem, zespół ludowy, harcerze się rozbili, przyjechali, krowa zdechła”.
Ja pamiętam, jak wyjechaliśmy z Łarionowem, z Łodzi, zaczęliśmy od Mazur, skończyliśmy w Kotlinie Jeleniogórskiej, całe wybrzeże przejechaliśmy, pamiętam.
Ja mówię: „Ty wiesz, to, co Józek nam kazał robić, to to jest właśnie taki news kreowany, bo my musimy wynosić…”. I doszło do tego, że jeszcze we wrześniu „Telexspress” wyruszył. To mam wydruki tam z honorariów, to jeszcze pod koniec listopada moje kawałki niektóre, bo myśmy zrobili 190 newsów kreowanych. Ja mam wydruk z któregoś „Telexspressu”, gdzie mam 11 swoich pozycji. One tam miały po paręnaście sekund, ale jedenaście pozycji, bo to honoraria są wypisane zawsze, jest nazwa tematu. Więc taki też miałem fragment w życiorysie, że uczestniczyłem w przedsięwzięciu i wtedy przez jeden rok można było materiały do pięciu minut robić na VHS-ie.
I ja robiłem wtedy pierwsze do 997 te krótsze materiały na VHS-ie, co przyspieszyło produkcję w sposób niesamowity. Ale à propos VHS-u.
Wtedy dyrektorem generalnym, bo było takie stanowisko, był Perczyński. Ja już nie pamiętam, jak on miał na imię.
I on mi przekazał kamerę VHS, nową, w futerale, w pudle. „Będzie pan woził w bagażniku, jak cokolwiek się wydarzy, natychmiast wyjmować i do „Telexspressu”.
Pamiętam, pierwszy materiał, który do „Telexspressu” zrobiłem, to rzeczywiście jechałem do telewizji i niedaleko telewizji taki był pawilon, gdzie tam jest na Traugutta, chemia, taki był pawilon, ci starsi pamiętają, w latach osiemdziesiątych się spalił taki piętrowy pawilon handlowy, stojący teraz przy urzędzie, tam gdzie się paszporty wyrabiało. To obok stał pawilon i pamiętam jechałem do telewizji, widziałem łunę i to był pierwszy materiał, który zrobiłem tą kamerą.
Natomiast z tą kamerą był taki numer, już nie pamiętam, kto był dyrektorem, że na siłę mi chcieli tę kamerę zabrać, bo w łódzkim ośrodku nie było VHS-a jeszcze, tylko ja w związku z tym uruchamianiem tego „Telexspressu” dostałem tę kamerę i dwa razy dzwoniłem do tego Perczyńskiego, żeby się ode mnie odpieprzyli. Tak jak dostałem, pamiętam, do „997” kaloryfer, czyli pierwszy telefon komórkowy taki, co miał słuchawkę na kablu i taką dużą antenę. Nawet dyrektor nie miał takiego telefonu, a ja do programu z Warszawy dostałem i też były usiłowania, żeby mi ten telefon odebrać. To na tego Amerykana wam opowiedziałem, parę razy to wykorzystałem w różnych sytuacjach, ale to się naprawdę sprawdzało, bo ja w początkach swojej kariery bardzo dużo robiłem krótkich materiałów i to takich tam parapolitycznych, chociaż politycznych zupełnie to nie, poza jednym.
Któregoś dnia jestem wezwany przez redaktora naczelnego i mówi: „Słuchaj, pojedziesz do Sieradza na konferencję wojewódzką partyjną”. Ja mówię: „Ja? Przecież ja nie robię w łódzkiej telewizji żadnej, na szczęście, żadnych politycznych…” – „Kurwa, mnie zależy. To o 19:30 w kolorze ma pójść kawałek, a on będzie przemawiał o 14”. Jak nie zdąży ktoś dojechać do Łodzi, wywołać, a wołał się kolor prawie 4 godziny, to mówi, to mnie zwolnią. A to ich był od kultury minister i od radia i telewizji. Ja mówię: „Nie wygłupiaj się, no”. Ale mówi: „Stary, no ja mogę poprosić, żeby nie dawali twojej wizytówki, nie?”. Bo tam w dzienniku telewizyjnym przecież było: realizator i operator.
No ja mówię: „Okej, jak nie będzie wizytówki, to mogę jechać”. Jedziemy do tego Sieradza z Adamem Kaczanowskim.
Odbywa się ta konferencja. I ja, tam jakiegoś, kto tam odpowiada za te media, mówię: „Ja napiszę kartkę do pana sekretarza Tejchmy, że my przyjechaliśmy, bo mamy nagrać jego przemówienie”.
A on mówi: „Jak będziemy czekać do drugiej, to nie zdążymy, jak wywołamy, nie prześlemy tego do Warszawy po łączach”. No i on z tą kartką poszedł, ja byłem na zewnątrz.
Minęły chyba dwie minuty, tłum się wylał na zewnątrz, zrobili przerwę w tej konferencji.
No i ja do niego podszedłem, przedstawiłem się i mówię: „Czy pan sekretarz mógłby przyspieszyć swoje wystąpienie, nie to, co tam…”. Mówi: „Ja nie dosyć wam Towarzysze, że przyspieszę, to jeszcze przeczytam wam ten kawałek, co mnie zależy, żeby on był w telewizji”.
Ja mówię, to świetnie. No i stanął zza mównicy, to on tak…
A Kaczor do mnie podchodzi, mówi tak: ,,Kurwa, ja nie kręcę, no przecież to będzie… Słuchaj ciebie wypieprzą, a mnie następnego’’. Ja mówię: ,,Dlaczego?’’ ,,No słuchaj, przecież jemu tylko włosy widać zza tej mównicy. Przecież go w ogóle nie widać’’. No on taki mały rzeczywiście, tam metr pięćdziesiąt cztery. Ja mówię: ,,No to co zrobimy?’’ ,,Niech mu przyniosą jakiś podest, niech on…’’ Wychodzę do tego, od tej propagandy i zaczunam… Sraczka, nie? Latacz, gdzie jest podest? Jaki podest? A ten niedobry, jak on będzie… A Madame[?] mówi tak… ,,Panie sekretarzu, ja mam do pana taką prośbę. Nie będzie panu przeszkadzało, jak ja to pudło od kamery-a to od BETY było-od kamery, pudło metalowe postawię za mównicą, pan na to wejdzie, żeby pana było dobrze widać. Sekretarz musi być przekonywujący, a nie pan będzie tak, wie pan, tylko tu ręce rozkładając.” ,,Ale proszę mnie, Towarzyszu, nie przekonywać, oczywiście, oczywiście, dla telewizji wszystko”. No i wszedł na to, odczytał ten kawałek, myśmy to sfilmowali, no i no schodzi z tego i mówi: ,,No to co, zadowolenie, szczęście?’’ Ja mówię: ,,No prawie mam wszystko’’. A on: ,,Nie wszystko, a o klaski?’’ Ja… I ja mówię: ,,No okej, to poczekamy, jak wszyscy wejdą’’. No i wszyscy weszli, a przewodnik, już nie ten Tejchma, tylko pierwszy sekretarz, nie wiem, kto tam w tym Sieradzu wtedy był, mówi: ,,Tu dla Towarzyszów z Telewizji byśmy poprosili delegatów o rzęsiste oklaski, żeby nagrać, bo oni muszą już jechać, żeby to wieczorem w telewizji w Warszawie pokazali’’. No i… oklaski, 3-4 przebitki z sali. To był jedyny mój udział w przedsięwzięciu politycznym, chociaż jeszcze raz dałem się namówić. Tylko ja nie wiem, nie mogę znaleźć tego w archiwum. Był któryś z… Nie, dwie rzeczy robiłem, przepraszam. Był jakiś zjazd partii, Sekretarzem do spraw młodzieży był nasz pierwszy sekretarz w Łodzi, Tadeusz…
Zaraz może podjadę.
No i ja wymyśliłem taki scenariusz, jeszcze było Muzeum Ruchu Rewolucyjnego, które teraz jest w Tradycji Patriotycznych, czy tam jakoś w więzieniu carskim na Gdańskiej. Zresztą naprzeciwko tam mieszkałem wiele lat, w takiej pięknej kamienicy. Już nie pamiętam szczegółów tego.
W każdym razie co 10 minut przemieszczaliśmy się z kamerami z wozu transmisyjnego do kolejnej sali. I to było takie spotkanie młodzieży licealnej na temat historii ruchu robotniczego z pierwszym sekretarzem w tych prawdziwych tam niby wnętrzach, bo tam wszędzie ikonografia była przecież na ścianach, w gablotach i tak dalej.
No to takie dzieło też poczyniłem do Jedynki. Chyba to 50 minut miało.
I zrobiłem raz też na jakiś zjazd, namówił mnie Walczak, żeby na podstawie serialu Dyrektorzy, był taki serial Dyrektorzy, reportaż o tej klasie inteligenckiej, technicznej. No i tam te uszczelki, inne tam takie tematy były i to było jakby podbijane prawdziwymi postaciami, no gdzieś w różnych fabrykach, tak, wchodzących w ten temat.
Natomiast raz mnie namówili na temat może prywatnie mi niespecjalnie odległy, że nie ma w telewizji w ogóle żadnego programu o seksie. Taki jest pruderyjny ten…
No i ja powyciągałem wszystkie kawałki, jakie tam pamiętałem, wiedziałem z tych naszych różnych filmów fabularnych, a to był 80., ja wiem, czwarty rok chyba. I teraz znowu będę miał… A, już jest. Takim lubieżnikiem wielkim był prezes telewizji Sikorski się nazywał.
Sokorski. Był prezes Sokorski.
Taki zasłużony komuch, ale bawidamek, dowcipny. I ja pamiętam, że takiego master shota przede wszystkim z nim nagrałem, bo on jaki to znawca kobiet i tak dalej.
I to na kolorowym celuloidzie. A reszta to były, już nie pamiętam jakie postacie jeszcze dograłem, ale reszta to były te fragmenty, te z tych filmów z tymi elementami erotycznymi.
No to taki też poczyniłem taki program na zamówienie, bo ja rzadko robiłem cokolwiek na… na zamówienie, a taki zrobiłem z tym.
Teraz sobie przypomniałem o tym Sokorskim. Muszę tego poszukać, bo to może śmiesznie wyglądać, bo tak za dużo nie można było pokazać ani powiedzieć, bo to przecież jeszcze i był Stan wojenny i poza tym, no raczej się tych tematów wtedy nie podnosiło, bo dzisiaj to na Jedynkach to odwrotnie jest wszystko. Prawie jak nie ma morderstwa, to kto kogo zgwałcił albo z kim się puścił, no bo przecież tylko tak się to dzisiaj sprzedaje.
Robiłem kiedyś film o takim mało w Polsce znanym malarzu, rzeźbiarzu, chociaż jego współczesne dzieła są w każdym, w zasadzie muzeum sztuki na świecie. Nazywa się Tadeusz Mysłowski. Ja robiłem taki film o nim, do Dwójki, Między Niebem a Ziemią. On dziwak taki trochę, jeśli chodzi o formalną stronę tego, co robił, bo wszędzie gdzieś występuje znak krzyża, ale nie dlatego, żeby on na klęczkach robił swoje dzieła, tylko on zawsze żył ideą skrzyżowania tych kultów, tego wschodu i zachodu i on zawsze wmawiał, że one się w Warszawie, na tym rondzie, które teraz chyba się Dmowskiego nazywa, czy jakoś, że one się tam krzyżują.
Miałem takie opory, żeby o tym Mysłowskim, no ale jak się dowiedziałem, że on jest prawie we wszystkich muzeach świata i projektował osiedle jedno w Japonii, nawet pocztówki tam z jego nazwiskiem były, że to on projektował, no ale przekonało mnie to, że on będzie miał otwarcie niedługo wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie, więc mówię, o, to jednak artysta.
No i po ciężkich bojach z nim, bo z artystami nie jest łatwo, jak wiadomo, twórcom, jeśli trafią na twórcę. Twórcę, już nie mówię o filmowcach, tylko innych branż.
Ja nie powiadomiłem go, że będę na… Aha, on mnie prosił, żebym był na otwarciu, coś zrobił.
Ja mówię, że tam będą do jakiegoś z pionu kulturalnego. Jakiś będzie tam robił newsa, to ci zrobi.
Ale nie, no ja bym chciał, żeby trochę więcej, szerszej. A tam była jego kolekcja krzeseł.
Oczywiście tam też jakiś krzyż gdzieś tam zawsze był rysowany. Słynna jakaś jego kolekcja krzeseł, ale to nie były krzesła do siedzenia.
Tylko one tak wyglądały jak krzesła. Były to rzeźby.
W Wolońsku chyba u nas robione. Ja powiedziałem, że nie mogę przyjechać i nie powiadomiłem też Teatru Wielkiego, ponieważ ja tu byłem już rozpoznawalny totalnie, więc nikt mnie w tej portierni nawet nie zaczepiał.
,,A gdzie pan wchodzi z tą kamerą?’’. I my poszliśmy na galerkę.
I nagle mnie ktoś tam dojrzał, a był początek. Przemawiał dyrektor chyba, jeśli ja dobrze pamiętam. Mężczyzna był wtedy dyrektorem. I w pewnym momencie przerwał przemówienie. ,,Robimy parę minut przerwy, bo się coś stało’’. Ktoś stwierdził, że jak ja przyjechałem z kamerą tam, z ekipą, to znaczy, że coś stało. Albo kogoś zamordowali, albo porwali, że bez zapowiedzi przyjechała ekipa. Oczywiście po dwóch, trzech minutach się wszystko wyjaśniło.
I ostatnie opowiadanie z tych telewizyjnych relacji, ale związanych ze sztuką chyba, bo tego wystarczy, jest 25. rocznica znanej awangardowej, choć kontrowersyjnej grupy artystów Łódź Kaliska.
Wiem, że jest, bo czasami z nimi miałem do czynienia, ale to prywatnie, nigdy służbowo. I…
Telefon mam od Niny Terentiew. ,,Fajbus, co robisz w przyszłym tygodniu?’’.
Ja mówię: ,,No ja jak zwykle dziewiątki robię, tam coś mam rozgrzebane’’. ,,Kurwa, jest tam taki macie klub, Łódź Kaliska, tam będzie 25-lecie, Janiak się do ciebie zgłosi i zrobisz reportaż, że to jest wóz z Warszawy na siedem kamer, pisz scenariusz, dobierz sobie jakąś laskę od nas z prezenterów i będziesz to prowadził’’.
Ja mówię: ,,Przecież słuchaj, ja w ogóle nie znam twórczości Łodzi Kaliskiej, poza tymi aferami i tak dalej, i tak dalej’’.
,,Co cię to obchodzi? Oni tam wszystko przygotują’’. Długo wam nie będę opowiadał. Na 3 piętrach są rozłożone kamery.
Ja nie siedzę w wozie, bo jestem jednym z prowadzących. Zaczyna się afera już od próby, która się zaczęła o 14, bo mogli ściągnąć pięć ulubionych swoich postaci tam na nasz koszt, nawet jak są za granicą. Między innymi profesor Stomma z Paryża został ściągnięty i na próbie się upił, bo go tak tam częstowali winem, że był problem doprowadzenia go do użycia o 20, jak zaczynaliśmy rejestrację. Po pierwsze, nie mogłem tego zmontować, bo ci dowcipnisie, których ja robiłem ich jubileusz, zamówili sobie te różne swoje dziewczyny, które co chwilę wkładały nagi biust do obiektywów kamer. Więc tam w zasadzie żadne pełne ujęcie nie było do wzięcia. Taki był ich żarcik. Oprócz prezesa tego, to wszyscy byli na alkoholowym haju, więc rozmowy były też dziwne. Jak to pierwszy raz zmontowałem, wziąłem kogoś zupełnie obcego jeśli chodzi o Łódź Kaliska. On powiedział, że on nic z tego nie rozumie, o co tu chodzi i jaką oni mają twórczość. I walczyłem trzy miesiące z ja… Bo się skończyła awanturą u Niny. Ja mówię, że: ,,Zmusiłaś mnie do zrobienia, to sobie wypchnij teraz’’. Bo ona do mnie miała pretensje, że coś nie nadaje na antenę. Olałem tego Janiaka, który był w jakiejś komitywie chyba z panią dyrektor. W każdym razie usiadłem, napisałem taki jakby chłopski, prosty komentarz do tego całego wydarzenia. No i poprzetykałem go, żeby ten bidny tele… Chociaż wątpię, żeby to ktoś chciał oglądać ten reportaż. Napisałem ten komentarz, no i wtedy został puszczony na antenę. Ale to jest jeden z przykładów, współpracy realizatora, bo nie będę w tym momencie się nazywał artystą, z tymi artystami.
