Maria Zmarz-Koczanowicz
Maria Zmarz-Koczanowicz – reżyser filmów dokumentalnych, ma w swoim dorobku także filmy fabularne i spektakle Teatru Tv. Wykładowca Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej PWSFTViT w Łodzi, w latach 2008-2016 jego prodziekan. Ukończyła malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu w 1978 roku. Stworzyła wiele filmów dokumentalnych, nagradzanych w Polsce i za granicą; w 1988 roku otrzymała Nagrodę im. Stanisława Wyspiańskiego za dotychczasowe osiągnięcia. W 2013 roku odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za „wybitne zasługi w badaniu, dokumentowaniu i upamiętnianiu historii Marca ‘68”. Do najbardziej znanych filmów Zmarz-Koczanowicz należą: „Każdy wie, kto za kim stoi” (1983), „Urząd” (1986), „Kocham Polskę” (2007), „Dworzec Gdański” (2007), „Notatki z życia: Edward Żebrowski” (2017), „Gruba” (2017).
Nazywam się Maria Zmarz-Koczanowicz. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak rozpoczęła się Pani praca w kinematografii?]Troszkę przez przypadek. Jak zwykle się dzieje w tych sytuacjach, że skończyłam wcześniej Akademię Sztuk Pięknych, tak trochę niby chciałam być scenografem, poszłam na scenografię do Warszawy, ale tam się jakoś zorientowałam, że to nie jest to. I właściwie jeden z profesorów, zresztą dosyć znany, pan Szajna, mi powiedział, że ja mam taki temperament reżysera, a nie scenografa, bo jak gdyby forsuję swoje koncepcje i tak dalej. I mówi: „Niech pani idzie na reżyserię”. A ponieważ taka była trochę moda na tej ASP, na której ja byłam, dlatego, że tam był wtedy bardzo modny konceptualizm, myśmy robili jakieś filmy, jakieś zdjęcia i bardzo wiele osób wtedy poszło do filmu po prostu i zdawało do szkół filmowych, to znaczy do szkoły, bo jak ja w końcu nie dostałam się do Łodzi i dostałam się do Katowic, to właśnie tak naprawdę utworzono tą szkołę w Katowicach. Ja byłam drugim rocznikiem, także się tak udało dostać. No i tak po prostu z ciekawości poszłam na tą reżyserię. Taka przygoda życiowa. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wspomina Pani studia w Szkole Filmowej w Katowicach?] Teraz jak porównuję, bo wykładam w Łodzi, to Łódź jednak ma taki niesamowicie dopracowany program i bardzo się tutaj wszyscy trzęsą nad studentami. I mają wszystko do dyspozycji. Myśmy, co prawda, jeszcze mój rocznik nie miał tak bardzo źle, dlatego, że to była taka szkoła, która w zamyśle jej twórcy, czyli takiego „krwawego Maćka”, jak go nazywano, Szczepańskiego, miała być taką szkołą janczarów, czyli ludzi, którzy będą potem w telewizji propagandowej pracować. Ona była dosyć nieźle finansowana na samym początku, to znaczy np. myśmy do etiud naszych studenckich dostawali ekipy telewizyjne, więc to było już rzeczywiście, i mieliśmy np. zajęcia w studio telewizyjnym dużym katowickim i w tym sensie jakoś korzystaliśmy z tego, ale to się szybko skończyło, bo w 1980 roku jego już wyrzucono i szkoła od razu miała obcięte fundusze. On jeszcze zdołał do tej szkoły ściągnąć samych dobrych ludzi. Między nimi pan Zajiček został dziekanem reżyserii, a wykładał Kieślowski, Żebrowski. Zanussiego pamiętam. Także naprawdę to były nazwiska. Zresztą oni tak postawili za punkt honoru, ponieważ łódzka szkoła wtedy była taka bardzo upolityczniona. I właściwie nie chcieli w niej pracować wtedy, bo później pracowali, ale wtedy nie chcieli pracować, bo uważali, że ona jest już taką strasznie pod butem komuny. I oni właśnie tą Katowicką chcieli jakoś wypromować jako takie miejsce nowoczesnej szkoły filmowej. Ale zajęcia, muszę powiedzieć, były takie od czasu do czasu. Myśmy nie mieli takich regularnych zajęć. To znaczy, jak Kieślowski miał czas, to przyjeżdżał, jak Żebrowski miał czas, to przyjeżdżał. Wtedy były zajęcia, ale były całe tygodnie, tydzień czy dwa. Jakieś takie były beznadziejne tylko takie zajęcia kursowe, zwykłe. Więc to była taka szkoła, że właściwie ona nie miała takiego charakteru wtedy bardzo szkoły takiej z porządnym, solidnym programem warsztatowym, takim jak Łódź cały czas miała, więc myśmy tak zupełnie inaczej tam funkcjonowali, tak trochę od bandy do bandy.
Mnie się w ogóle udało, bo właściwie była taka myśl cały czas, myśmy się wszyscy bali, ponieważ ta szkoła była trochę niepewna, bo Łódź jej nie chciała, uważała za konkurencję. I tam początkowo stawiano taki warunek, że to będzie tylko szkoła właśnie ludzi do telewizji, tam Kieślowski to zmienił, że dostaliśmy jakby takie same uprawnienia, no ale wiadomo było, że my będziemy zawsze w gorszej sytuacji niż absolwenci łódzkiej. I myśmy się strasznie starali. Ja pamiętam, że z plecakiem filmów moich kolegów gdzieś jeździłam do Warszawy w nocy, narażając się, bo myśmy wszystko mieli koło tego parku takiego w Katowicach, strasznie niebezpiecznego. I ja gdzieś w nocy autobusami jechaliśmy do Warszawy, żeby krytykom pokazać nasze filmy. To było szaleństwo. I pamiętam, że bardzo staraliśmy się właśnie składać te swoje pomysły.
I ja nawet swój pierwszy film, który później broniłam jako taki film nie dyplomowy, ale absolutoryjny, to zrobiłam już w wytwórni filmów dokumentalnych.
Taki film o właśnie takich…
Czy to był ten film?
Już nie pamiętam, ale wydaje mi się, że ten film…
Nawet jeszcze inaczej, że ja ten swój debiut, ten film o kolejkach, który nie pokazywałam go w szkole, ale „Każdy wie kto za kim stoi”, ja go zrobiłam jeszcze w czasie studiów.
Dlatego, że to była taka specyficzna sytuacja, że właściwie trwał bojkot.
Ci starsi nasi koledzy, typu Kieślowski i Łoziński, oni wtedy nie robili filmów, ale nam pozwolili, tylko powiedzieli, żeby one też były polityczne.
No i tak jak mówiłam teraz na spotkaniu, że dość szybko się nacięliśmy na tę cenzurę i mieliśmy wszyscy kłopoty i wtedy się wynieśliśmy do Oświatówki robić filmy po prostu, bo tam jednak okazało się, że ta cenzura jest dosyć taka…
No że ona istnieje, nawet na poziomie zatwierdzania pomysłów na film.
Także…
No i jak mówię, jeszcze był taki wybór, który…
No niektórzy bardzo to przekombinowali, bo po szkole można było tak, albo pójść do zespołu, no mi się nie udało, ja chodziłam do wszystkich zespołów, ale jakoś nikt mnie nie chciał.
I potem można było być asystentem kogoś, prawda, przy fabule.
Ja osobiście byłam w szkole asystentką prawie wszystkich moich kolegów i stwierdziłam, że to jest robota głupiego i że absolutnie nie mam na to ochoty, bo po prostu chcę swoje rzeczy robić.
No i takim wynikaniem doszedł ten film dokumentalny. Zresztą jeszcze miałam taką sytuację ciekawą, bo kolega mnie namówił i pojechaliśmy Królikiewiczowi pokazać swoje filmy. Ja chyba akurat swoją fabułę mu pokazałam, bo u nas tak było, że w szkole wszyscy te fabuły takie robili pod Kieślowskiego. Generalnie o tym, że jest strajk, a dyrektor ma jakiś problem z robotnikami. Takie były tematy wtedy.
A ja zrobiłam jakiś taki film o śnie, taki, no też nie myślę, żeby był bardzo dobry, ale przynajmniej taki oniryczny.
No i Królikiewicz, bardzo mu się spodobał ten mój film, bo właśnie nie wiadomo było, o co w nim chodzi i było dużo takiej… bym powiedziała niejasnej sytuacji psychologicznej i bardzo się tym filmem zainteresował.
I tak mi na koniec tego spotkania powiedział, że widzi we mnie potencjał, że mu się ten film najbardziej podobał, ale mówi „pani jest bardzo wycofana. I pani po prostu teraz musi robić po prostu wszystko, co podleci, bo inaczej pani nie wejdzie do kinematografii. Proszę brać wszystkie krótkie filmy, nawet jakieś tam zleceniowe i tak dalej, bo musi sobie pani nabić łapę i nabrać takiej pewności siebie”. Zabawne, że jak tu zaczęłam pracę w szkole łódzkiej, to zostałam prodziekanem. Dziekanem był Filip Bajon. I pan Królikiewicz często przychodził do mnie, ale nie pamiętał tej rozmowy. Ja nawet usiłowałam mu coś to przypomnieć, ale już nie pamiętał.
Ja sobie to bardzo wzięłam do serca po prostu, bo to była prawda, którą on tak zobaczył, że ja rzeczywiście nie miałam pewności siebie, że ta szkoła, w ogóle każda szkoła, uważam tak ludzi trochę właściwie przez to nagromadzenie różnych autorytetów, którzy mówią, jak trzeba robić, człowiek jest mało samodzielny. A ja właśnie jak ten swój pierwszy film zrobiłam o kolejkach, to nagle poczułam taką wolność, że nikt mi nie każe jak mam robić i że chcę jakoś coś oryginalnego zrobić, żeby zwrócić uwagę i tak dalej.
Wtedy wiele pomysłów mi przyszło do głowy, takich nawet powiedziałabym dość odważnych, w tym jak traktowałam kadr, prace kamery i tak dalej, jak dźwięk potraktowałam, właśnie tak też go rozszywając, obraz i dźwięk i robiąc z tego jakąś całość taką.
Więc wydaje mi się, że ten pierwszy krok samodzielności jest bardzo ważny, że to doceniłam i uważam, że czasami ludziom tego brakuje, że jak zostają w jakichś zespołach, ciągle jako jacyś asystenci, to potem zupełnie tracą siebie.
Ja zrobiłam jeszcze taki chyba, o ile sobie przypominam, taki film „Słowo-Słowa”. To był z kolei taki zabawny film, który zrobiłam we Wrocławiu o takiej redakcji pisma szaradziarskiego, która się przygotowuje do czterdziestolecia PRL-u.
I wymyślałam takie hasła właśnie, na przykład rebusy. Ma wyjść z tego, że trzeba się wykazać mądrą gospodarką, a oni to rozum, na przykład, wykazać mą drągospodarką.
No i oni cały czas tak gadali. To była taka też, taka paranoja tej polityki, która wchodzi nawet do pisma szaradziarskiego.
I myśmy potem jeszcze z nimi gdzieś pojechali i nakręciliśmy, jak oni tak opowiadają o sobie, jak właśnie, jak szukają, jakiego rodzaju to jest twórczość i w ogóle.
Tacy wariaci.
Z tym, że ja nie byłam z tego filmu zadowolona. Już nie pamiętam dlaczego. Zrobiłam go czarno-biały. Wydawało mi się, że coś mi tam umknie. Ja wtedy chciałam takie filmy robić, właśnie szukać tej paranoi, o której mówiłam. I coś tu byłam niezadowolona trochę. Ja tego filmu nigdy w życiu po drugi raz nie obejrzałam. Także już po kolaudacji.
A on też nigdzie nie był pokazywany. Także to jest taki film, który…
Bo też… Byłam wściekła, bo chciałam dać tytuł „Mózgozgryz” i to byłby dobry tytuł, a ja dałam coś tam „Słowo-Słowa”, nie wiem dlaczego się wystraszyłam tego „Mózgozgryzu”, do dzisiaj żałuję. I potem jeszcze zrobiłyśmy we dwie z Dorotą, wspólnie z Dorotą Wardęszkiewicz, film o granicy. Też taki z serii tych filmów takiego małego ironicznego spojrzenia na rzeczywistość, bo dowiedzieliśmy się od kolegi, że gdzieś tam na granicy w Kudowie czy gdzieś, że dzieci są ściągane do takiego… przez tą straż graniczną, że dzieci mają donosić. Czy tam ktoś nie jest podejrzany. No i zapytaliśmy dzieci, co to jest granica i co to znaczy, że ktoś jest podejrzany.
Oczywiście dzieci odpowiadały, że jak ma ciemne okulary i fajkę, to znaczy, że to jest szpieg, no i tak dalej.
Ale to chodziło nam o to, że to się śmiesznie brzmi, ale miało takie… rzeczywiście poważne reperkusje, no bo te dzieci naprawdę donosiły i ci wopiści rzeczywiście korzystali z tych informacji. Ale to też taka właśnie była w ogóle taka mała perełka tego, czym jest granica po prostu wtedy. To też już był kompletny komo… To jest 1988 rok, czyli tuż przed rozpadem wszystkiego.
Taki film żeśmy zrobiły i też tam pojechałyśmy z Dorotą, ale też tam były jakieś historie takie właśnie, że np. nas wprowadzili do jakiegoś miejsca w tej jednostce, powiedzieli, że wszystko możemy filmować, ale tej ściany nie. I nie wiem, na tej ścianie nic takiego nie było, no w ogóle. I coś, nie wiem, im się uwidziało, że myśmy jednak sfilmowali tę ścianę, nas wyrzucili, w ogóle z tej jednostki nie pozwolili tam kręcić i w ogóle długo żeśmy im tłumaczyli, że na pewno żeśmy nie sfilmowali, no ale to była też 35 [taśma], to trudno było tak od razu im to udowodnić. I jakoś nas wyrzucili, ten film inaczej kombinowaliśmy, ale to też było fajne bardzo takie doświadczenie.
I później właśnie, i w sumie rzeczywiście to Łódź tak zapamiętałam, bo rzeczywiście to było takie przyjazne miejsce, zarówno Oświatówka, że tu spotkałam tych ludzi właśnie fajnych. Dorotę, potem Jacka Bławuta, z którym się właśnie spotykałam w bufecie i Jacek był takim tutaj guru. W tym bufecie siedział, nauczał, wszyscy wpatrzeni w niego. Jacek miał zawsze taką trochę osobowość, takiego skupiającego wokół siebie ludzi. I ta Oświatówka po prostu była takim miejscem, gdzie właśnie się siedziało, gadało, że była cała grupa ludzi, którzy tam przychodzili.
I z tego, moim zdaniem, to miało taki sens, że to się trochę na te filmy również, mimo że ja przecież dojeżdżałam z Wrocławia, jak już tu mieszkałam. Natomiast w Warszawie nie pamiętałam takiej atmosfery. Tam były tylko te kolaudacje, gdzie się pojawiały te gwiazdy i czasami były jakieś rozmowy, ale ja jeszcze, jak mówię, dojeżdżałam z Wrocławia, więc też wszędzie bywałam, ten hotel, praca. Ale właśnie Łódź była dużo bardziej przyjaznym miejscem.
No i później rzeczywiście zabawne, że powróciłam tutaj do Łodzi, jak obroniłam doktorat w szkole. Chyba u Roberta Glińskiego, on był moim promotorem, ale przy okazji tej obrony mi zaproponowano, Grażyna Kędzierzawska, żebym z nią pracowała w szkole i bardzo się ucieszyłam, bo to był taki powrót do Łodzi.
Właściwie prawie 20 lat już w tej szkole pracuję i to też był dla mnie ciekawy okres w życiu, ta szkoła łódzka.
Także tak mam w myślach, że Łódź to jest takie przyjazne dla mnie miejsce.
Że tu się dobre rzeczy dla mnie dzieją.
Ja zrobiłam jeszcze taki chyba, o ile sobie przypominam, taki film „Słowo-Słowa”. To był z kolei taki zabawny film, który zrobiłam we Wrocławiu o takiej redakcji pisma szaradziarskiego, która się przygotowuje do czterdziestolecia PRL-u.
I wymyślałam takie hasła właśnie, na przykład rebusy. Ma wyjść z tego, że trzeba się wykazać mądrą gospodarką, a oni to rozum, na przykład, wykazać mą drągospodarką.
No i oni cały czas tak gadali. To była taka też, taka paranoja tej polityki, która wchodzi nawet do pisma szaradziarskiego.
I myśmy potem jeszcze z nimi gdzieś pojechali i nakręciliśmy, jak oni tak opowiadają o sobie, jak właśnie, jak szukają, jakiego rodzaju to jest twórczość i w ogóle.
Tacy wariaci.
Z tym, że ja nie byłam z tego filmu zadowolona. Już nie pamiętam dlaczego. Zrobiłam go czarno-biały. Wydawało mi się, że coś mi tam umknie. Ja wtedy chciałam takie filmy robić, właśnie szukać tej paranoi, o której mówiłam. I coś tu byłam niezadowolona trochę. Ja tego filmu nigdy w życiu po drugi raz nie obejrzałam. Także już po kolaudacji.
A on też nigdzie nie był pokazywany. Także to jest taki film, który…
Bo też… Byłam wściekła, bo chciałam dać tytuł „Mózgozgryz” i to byłby dobry tytuł, a ja dałam coś tam „Słowo-Słowa”, nie wiem dlaczego się wystraszyłam tego „Mózgozgryzu”, do dzisiaj żałuję. I potem jeszcze zrobiłyśmy we dwie z Dorotą, wspólnie z Dorotą Wardęszkiewicz, film o granicy. Też taki z serii tych filmów takiego małego ironicznego spojrzenia na rzeczywistość, bo dowiedzieliśmy się od kolegi, że gdzieś tam na granicy w Kudowie czy gdzieś, że dzieci są ściągane do takiego… przez tą straż graniczną, że dzieci mają donosić. Czy tam ktoś nie jest podejrzany. No i zapytaliśmy dzieci, co to jest granica i co to znaczy, że ktoś jest podejrzany.
Oczywiście dzieci odpowiadały, że jak ma ciemne okulary i fajkę, to znaczy, że to jest szpieg, no i tak dalej.
Ale to chodziło nam o to, że to się śmiesznie brzmi, ale miało takie… rzeczywiście poważne reperkusje, no bo te dzieci naprawdę donosiły i ci wopiści rzeczywiście korzystali z tych informacji. Ale to też taka właśnie była w ogóle taka mała perełka tego, czym jest granica po prostu wtedy. To też już był kompletny komo… To jest 1988 rok, czyli tuż przed rozpadem wszystkiego.
Taki film żeśmy zrobiły i też tam pojechałyśmy z Dorotą, ale też tam były jakieś historie takie właśnie, że np. nas wprowadzili do jakiegoś miejsca w tej jednostce, powiedzieli, że wszystko możemy filmować, ale tej ściany nie. I nie wiem, na tej ścianie nic takiego nie było, no w ogóle. I coś, nie wiem, im się uwidziało, że myśmy jednak sfilmowali tę ścianę, nas wyrzucili, w ogóle z tej jednostki nie pozwolili tam kręcić i w ogóle długo żeśmy im tłumaczyli, że na pewno żeśmy nie sfilmowali, no ale to była też 35 [taśma], to trudno było tak od razu im to udowodnić. I jakoś nas wyrzucili, ten film inaczej kombinowaliśmy, ale to też było fajne bardzo takie doświadczenie.
I później właśnie, i w sumie rzeczywiście to Łódź tak zapamiętałam, bo rzeczywiście to było takie przyjazne miejsce, zarówno Oświatówka, że tu spotkałam tych ludzi właśnie fajnych. Dorotę, potem Jacka Bławuta, z którym się właśnie spotykałam w bufecie i Jacek był takim tutaj guru. W tym bufecie siedział, nauczał, wszyscy wpatrzeni w niego. Jacek miał zawsze taką trochę osobowość, takiego skupiającego wokół siebie ludzi. I ta Oświatówka po prostu była takim miejscem, gdzie właśnie się siedziało, gadało, że była cała grupa ludzi, którzy tam przychodzili.
I z tego, moim zdaniem, to miało taki sens, że to się trochę na te filmy również, mimo że ja przecież dojeżdżałam z Wrocławia, jak już tu mieszkałam. Natomiast w Warszawie nie pamiętałam takiej atmosfery. Tam były tylko te kolaudacje, gdzie się pojawiały te gwiazdy i czasami były jakieś rozmowy, ale ja jeszcze, jak mówię, dojeżdżałam z Wrocławia, więc też wszędzie bywałam, ten hotel, praca. Ale właśnie Łódź była dużo bardziej przyjaznym miejscem.
No i później rzeczywiście zabawne, że powróciłam tutaj do Łodzi, jak obroniłam doktorat w szkole. Chyba u Roberta Glińskiego, on był moim promotorem, ale przy okazji tej obrony mi zaproponowano, Grażyna Kędzierzawska, żebym z nią pracowała w szkole i bardzo się ucieszyłam, bo to był taki powrót do Łodzi.
Właściwie prawie 20 lat już w tej szkole pracuję i to też był dla mnie ciekawy okres w życiu, ta szkoła łódzka.
Także tak mam w myślach, że Łódź to jest takie przyjazne dla mnie miejsce.
Że tu się dobre rzeczy dla mnie dzieją.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy ma Pani stałą ekipę, z którą współpracuje?]
Trochę tak, ale nie do końca, bo właśnie to dosyć jest dla mnie ważna sprawa montażystki. Ja później zaczęłam pracować, bo Dorota jakoś nie miała czasu, potem z taką Grażyną Gradoń i właściwie z nią do dzisiaj pracuję. Więc Grażynki się trzymam, bo rzeczywiście my się rozumiemy po prostu i jakoś łatwiej się nam pracuje.
Montażysta to jest bardzo ważna rzecz w dokumencie zwłaszcza, w fabułach może mniej.
Z operatorami to już było różnie, bo z różnymi operatorami pracowałam. To jest pytanie, zawsze właśnie, bo są ludzie, którzy np. tak wolą pracować, no bo to jest większa taka pewność sukcesu, np. z ludźmi bardzo dobrymi, np. z bardzo dobrymi operatorami itd. Ja uważam, ja wolę pracować z ludźmi, których lubię, no tak bym powiedziała. Którzy… To oczywiście też zależy od filmu, bo czasami np. operator jest lepszy w takiej formie, a drugi w takiej, ale dla mnie to, żeby to była fajna atmosfera, to jest bardzo ważne. Gorzej jest z producentami, bo to czasami też jest za dużo takich… Zwłaszcza teraz jest tak, że…
Ja nie narzekam na moich obecnych producentów, ale czasami jest ten właśnie czynnik, że producenci muszą trzymać budżet, że czegoś na coś już nie ma pieniędzy.
Zawsze jest taka sytuacja konfliktu, albo przynajmniej tak się tego zbliża do konfliktu.
Tu już miałam gorzej, ale miałam parę bardzo poważnych problemów z producentami, właśnie związanymi z tego, że wydawało mi się, że powinni mi jakoś więcej wejść w ten film, ale oni też może mieli jakieś swoje problemy z forsą. Ja jestem z tego pokolenia, że się tak uważa, że po prostu dla filmu trzeba wszystko, a tu jest teraz chyba inaczej, że ten efekt musi być najlepszy.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jacy są obecnie studenci w Szkole Filmowej?]
To znaczy ja mam tak specyficzne zajęcia, bo mam na pierwszym roku, to oni jeszcze wszyscy bardzo chcą, więc ja mam z tą taką dobrą energią. Ja mam tylko coś innego, że oni jednak, szkoła wypuszcza powiedzmy 10-12 osób rocznie. Oni wszyscy czuję, bo to jest poważny problem w tym zawodzie, czy się naprawdę wejdzie w ten zawód. On jest tak konkurencyjny, a oni są młodzi, muszą zacząć życie jeszcze, zarabiać na siebie, zakładać rodziny. Ja nie myślałam. Ja jak zaczęłam robić film, to już byłam, nie wiem, byłam mężatką, te rodzinne sprawy miałam w miarę załatwione, miałam mieszkanie.
A oni są, bardzo często widzę, że to jest chyba taki problem, że jednak mają to w głowie, to życie jest i drogie i ta samodzielność teraz troszkę jest szybciej taka wymagana chyba wśród tych młodych. Mnie pomagali rodzice, jakoś to wszystko było takie, że para osób na mnie pracowało, prawda, a że ja mogłam mieć ten luz, no mój mąż pracował, moi rodzice mi pomagali.
A oni, widzę taki strach czasami, czy z jednej strony się tu w szkole od nich wymaga, żeby oni byli artystami właściwie od początku, a z drugiej strony oni muszą mieć w tyle głowy, że a tu rodzinę założyć, a tu zacząć zarabiać, a tu jakoś, nie wiem, karierę zrobić.
No to wszystko razem, więc to jest duży stres.
Oni mogą w szkole, to są warunki tych pięciu lat, które tu spędzają, że mogą naprawdę robić autorskie kino i wszyscy ich będą błogosławić. Ale mam takie wrażenie, że czasami się nie odważają, że szkoła jest czymś takim, co ludzi hamuje.
Ja to sama przeżyłam trochę, że mnie właśnie szkoła hamowała, że ja odzyskałam w ogóle oddech, mimo że była fajna ta szkoła w Katowicach, naprawdę fajna. Byli fajni profesorowie. To jednak naprawdę odetchnęłam jak byłam już samodzielna.
Więc to jest problem z samodzielnością.
I ja czasami, prawdę mówiąc, jak pracuję ze studentami to staram się, nie znam się tak bardzo dobrze na ludziach, ale staram się tak ocenić, czy ten ktoś jest samodzielny, czy nie.
Bo to jest bardzo ważne w tym zawodzie, że właściwie to się powinno głównie w studencie rozwinąć, to samodzielność, to żeby on naprawdę poczuł, że jest dany tylko na siebie, a nie żeby czuł, że tam profesor coś mu podpowie i on to zrobi, to może będzie dobre.
Ale nie, ale ludzie są bardzo fajni. Tu w Łodzi naprawdę ciekawi ludzie przychodzą i jest bardzo dużo ciekawych osobowości. I dużo bardzo ciekawych ludzi opuszcza tą szkołę.
I właściwie moim zmartwieniem jest to, że bardzo wielu z nich potem się nie rozwija tak jak powinno. Jak powinni się rozwijać. Że wielu z nich potem milknie, znika gdzieś.
Że właśnie się… Trudno mi o tym z nimi gadać, ale że wpadają w jakieś programy telewizyjne, denne coś, i to im zabiera czas, i w ogóle już nie mają siły.
A zwłaszcza teraz, jak są takie problemy z załatwianiem pieniędzy, na przykład na fabuły, to jest naprawdę wszystko ciężkie.
Ja nie wiem, czy oni nie mają… Myśmy co prawda wychodzili w 1982 roku, czyli to był najgorszy okres, jaki mógł być, bo był jeszcze bojkot telewizji. Ale czy oni teraz z tą komercją, z tym wszystkim, czy oni nie mają gorzej? Trudno mi powiedzieć.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy chodzi Pani do kina?]
Ja co prawda chodziłam zawsze do kina i pamiętam, że to jedyne co z tego okresu, zanim w ogóle zaczęłam studiować i myśleć o reżyserii, to jedno było takie żelazne, że jak miałam jakieś takie bardzo emocjonalne problemy, nie wiem, się z kimś pokłóciłam, czy jakaś taka sytuacja konfliktu, to ja wtedy szłam do kina i nawet miałam z jakimś chłopcem się rozstałam i tak to strasznie przeżywałam, to pamiętam, że obejrzałam w kinie jednym, nie wiem, trzy seanse, tak żeby kompletnie się do innego świata wejść, więc to, że kino mnie jak gdyby w inny świat tak ekspediowało i to czasami w trudnych sytuacjach, że zapominałam o sobie, to to zawsze było.
Z tym, że o dziwo kino fabularne na mnie tak mocno działało.
Ja dokument zawsze traktuję tak bardziej, no właśnie patrzę na dokument raczej tak, jak jest zrobiony, zastanawiam się, rzadziej mi się udaje tak wejść w świat.
Chociaż może nie wiem, jak te dokumenty Lidki Dudy oglądam czy coś, to rzeczywiście, czy dawniej mojej profesorki Ireny Kamiejskiej, to miałam taką empatię do tych osób, że zapominałam.
Takim plastrem na głowę to było zawsze dla mnie kino fabularne.
I to rzeczywiście oglądam, jak tylko mogę.
I lubię też kino eksperymentalne. Też nie nudzę się nim wcale. Tak że nie, ja lubię kino.
To jest taki odruch na przykład, jak mam wolny czas, to idę do kina.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Spróbowała Pani wyjść poza dokument?] Spróbowałam, bo ja zrobiłam przecież film fabularny, ten „Kraj Świata”, który był takim, postanowiłam, że sobie wszystko spróbuję tam, i sceny masowe, i to, i fabułę bez właściwie, bez opowieści, właściwie takiej, że jest, nie ma głównych bohaterów. I robiłam ją w studiu Irzykowskiego za połowę budżetu. Więc tam część ludzi w ogóle za darmo pracowała. Z tym, że ja się wtedy tak wykończyłam, bo budowaliśmy ten pomnik Dzierżyńskiego, no wszystko, że jednak to był dla mnie taki wysiłek potworny, że sobie zadałam pytanie, że ja lubię filmy, ale nie chcę się męczyć.
Ja nie chcę być męczennicą kina. No i wtedy się zniechęciłam do fabuł. Trochę miałam dość. I potem wróciłam dopiero w Teatrze Telewizji. Bardzo lubiłam robić Teatr Telewizji, bo była fajna redakcja. I ja tam parę rzeczy zrobiłam, które chciałam robić, a potem mi je proponowano. I rzeczywiście to było przyjemne. To było bardzo męczące, bo tam robiliśmy z kolei te spektakle czasami w siedem dni, a to właściwie był spektakl potem półtoragodzinny, a ja miałam oczywiście taką ambicję, żeby tam było znacznie więcej ujęć, więc zresztą pracowałam wtedy z takim świetnym operatorem Krzysiem Pakulskim. I to była naprawdę genialna ta współpraca i rzeczywiście fabule, ale to, co stwierdziłam, w fabule najprzyjemniejszy jest kontakt z aktorami. To znaczy, jak się patrzy, oni są tym, czym w dokumencie jest taka, czego nie wiemy, co się zdarzy, jak się rozwinie, to ta sama emocja jest przy pracy z aktorami, co oni zrobią z postaciami, czy się w nie uwierzy, czy nie.
I to jest najfajniejsze.
Natomiast już jest w ogóle nieciekawy montaż.
Ja w ogóle nie chciałam siedzieć przy montażu, a w dokumencie w ogóle nie popuszczam nawet sekundy, żeby nie być w montażowni.
Także to jest taka różnica. I jak mówię, to było bardzo przyjemne doświadczenie.
Też ono się skończyło chyba w takim momencie, że ja robiłam te teatry, potem ta telewizja w rękach PiSu się zrobiła taka potwornie ideologiczna i właściwie to, co mogłabym tam robić, to jakieś takie…No nie wiem, zniechęciłam się wtedy do telewizji i po prostu nie przestałam robić w ogóle coś w telewizji. Ale nie wiem, może jeszcze kiedyś wrócę. Tylko, że to jest też strasznie ciężkie, ten pośpiech i ta skrótowość. Ale też mi się cieszy, że mi się kilkanaście teatrów udało zrobić.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie ma Pani plany filmowe?]
Teraz właśnie tak się złożyło, że właściwie zbiegły mi się dwa filmy i to są dwa o takich niesamowitych ludziach i boję się, że one mnie załatwią. Jeden, jestem w trakcie montażu filmu o Jacku Kuroniu, to robię z Jackiem Petryckim, robimy ten film wspólnie, a film o Wajdzie z Lilianą Komorowską z kolei.
I to były projekty, które były długo, parę lat rozwijane jakoś. I kurczę, i pieniądze przyszły w tym samym czasie.
I ja teraz po prostu je mam na głowie. Oba są bardzo ciekawe.
Wajda jest o tyle ciekawy, że wyszły teraz jego dzienniki i my chcemy użyć je, żeby opowiedzieć. Znaczy dwa są takie, dwie ambicje, nie wiem czy się udadzą. Po pierwsze, że to będzie Wajda trochę widziany oczyma ludzi Zachodu, czyli że nie to co, bo dużo filmów o Wajdzie powstało, on sam zrobił o sobie sporo filmów. Więc chcemy uniknąć tego, żeby to było znowu takie to, co zwykle o Wajdzie, że się tam paru aktorów o nim wypowie.
To też jest zrobione, są wywiady z aktorami, ale bardziej nam zależało, żeby tacy ludzie nieoczywiście o nim mówili. Natomiast cała narracja jego, bo to ma być taki film syntetyczny, w który trochę się przez całe jego życie przechodzimy, żeby jednak była z jego dzienników. Jeszcze jak to zrobimy, zobaczymy.
A z kolei film o Kuroniu jest zrobiony tak, że jest taki materiał archiwalny, który Jacek robił z Marcelem Łozińskim i Marcel się zgodził, żebyśmy to we dwójkę zrobili teraz. On opowiedział o całym swoim życiu, Kuroń przed kamerą. I doszedł do śmierci swojej żony właściwie. Troszkę jeszcze tam opowiedział o Okrągłym Stole. I to jest taka jego opowieść o swoim życiu.
Chcemy z tego zmontować. No to jest dużo roboty.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy jest Pani zadowolona ze swojej filmowej kariery?]
Tak, bardzo. Ja myślę, że ja w jakimś sensie osiągnęłam dużo więcej niż mi się należało. Dlatego, że ja nie myślę, że… Jakby to powiedzieć, nie uważam siebie za jakąś taką osobę szczególnie wybitną, czy po prostu, że robię te rzeczy, które mnie interesują. I miałam możliwość robienia nawet więcej niż chciałam. Bo tak mi też było żal zawsze rezygnować z jakiejś możliwości. I że to jest fajne życie jednak, jak się jest reżyserem w filmie, że to jest taka nieustająca przygoda, jakaś zmiana. Nawet jak się wraca do tych samych ludzi, to to jest zawsze przygoda z tą rzeczywistością, z tymi bohaterami. I że to jest takie wciągające trochę rzeczywiście, że to jest takie…
W tym sensie to życie jest takie interesujące, bo ciągle coś się zmienia. Nie ma jakiejś rutyny. Tu już bardziej w szkole jest rutyna, prawda?
Chociaż też nie, bo są fajni ci ludzie tutaj ciągle w Łodzi. Jakby przychodzą tacy, myślę, że najlepsi pewnie, jacy chcą w tym zawodzie pracować. Więc to jest też przyjemne patrzeć, jak oni się rozwijają, ale szkoła jest już pewną rutyną, natomiast robienie filmów to jest zawsze coś zaskakującego.
Tak jak mówiłam na tym spotkaniu, że nigdy nie można być pewnym.
To jest właściwie coś takiego, że człowiek za każdym razem staje tak po prostu od nowa.
I to, że mi się udało w tych wszystkich gatunkach i w fabule, i w dokumencie, i tyle ile chciałam, bo ja nie mam na przykład kompleksu fabuł, że powinnam, bo to jest oczywiście, że dla reżyserów to jest czasami fabuła daje większy prestiż, jest się bardziej znany. Chociaż to też teraz już jest chyba inaczej niż kiedyś. Także mi tego nie brakuje.
Jestem zadowolona z tego, co mi się udało osiągnąć.
