Maciej Gudowski
Maciej Gudowski – lektor filmowy. Urodzony w Warszawie w 1955 roku. Ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki w Warszawie. Przez kilkanaście lat prowadził w Polskim Radiu programy, audycje koncertowe, czytał wiadomości i zapowiedzi. Od 1986 lektor filmów i seriali, m.in. „Dynastii” (1981-1989), „Z archiwum X” (1993-2002), „Co ludzie powiedzą?” (1990-1995). Czytał listy dialogowe do takich filmów, jak „Chiński syndrom” (1970) w reżyserii Jamesa Bridgesa, „Pulp Fiction” (1994) w reżyserii Quentina Tarantino, filmów z Jamesem Bondem, cyklu „Władca Pierścieni” (2001-2003) w reżyserii Petera Jacksona. W latach 90. lektor i prezenter „Teleexpressu”.
Zacznę od razu od tego, że tak, ten początek to był nieco wcześniej. To była właściwie druga połowa lat osiemdziesiątych – dlaczego to mi się utrwaliło? Ja swój pierwszy w życiu film przeczytałem w roku 1986 w styczniu i zaraz potem, dosłownie to była kwestia miesięcy, już zaczęły powstawać pierwsze studia, gdzie dokonywało się nagranie na kasety VHS, a sprzęt wtedy to na początku, prawdopodobnie ja już się na to nie załapałem, były takie zwykłe, podstawowe magnetowidy z możliwością wprowadzenia dźwięku z zewnątrz, a potem troszeczkę to ewoluowało sobie i ten sprzęt sprawiał wrażenie bardziej wyrafinowanego. Bo widziałem takie wielkie maszyny, na których można było już różne cudeńka robić, które z kolei chyba się nie nadawały do użytku domowego, bo były za bardzo skomplikowane technicznie. Jeszcze wrócę właśnie do początków, do tych, do tego sprzętu, który no był daleki od doskonałości oczywiście, bo to były pierwsze rzeczy. Te pierwsze filmy, które ja jeszcze pamiętam, które oglądałem jako widz na kasetach vhs charakteryzowały się tym, że tak jak były dialogi oryginalne i polski lektor, to jeżeli lektor czytał było wszystko ok, po czym nagle jak lektor kończył swoją kwestię, to dźwięk na zasadzie takiego odrzutowca czy silnika samochodowego leciał do góry, że takie „szuuuuuuuu” się robiło i potem znowu jak lektor otwierał mikrofon i czytał to wszystko wracało do normalności do normalnego poziomu, więc tak ten sprzęt to były oczywiście nie było wtedy monitorów, tylko były telewizory. To były małe telewizory, na ogół czarnobiałe jeszcze, bo rewolucji kolorowej w telewizji, jeszcze chyba wtedy nie było. Były tak jak mówiłem te magnetowidy takie bardzo, bardzo podstawowe, bardzo archaiczne, no i były mikrofony. Na czym to się nie czytało? To były mikrofony nawet takie od podstawowych takich magnetofonów kasetowych, czyli coś, co w ogóle nie miało prawa zbierać dźwięku, a jednak się na czymś takim nagrywało.
Skoro mówimy o sprzęcie, to pewnie będziemy za chwilkę mówili, to ja już ucieknę do przodu i opowiem o studiach. Wtedy studia nagraniowe mieściły się w piwnicach, garażach starych pralniach, które były poniżej parteru. Ja w każdym razie w takich miejscach na pewno nagrywałem w studiu, które mieściło się w piwnicy, gdzie się przechodziło w ogóle obok różnych innych piwnic wykorzystywanych przez mieszkańców, do tego, do czego są piwnice. Nagrywałem w garażu – w garażu przerobionym na studio nagraniowe i nagrywałem, chyba w jakiejś jakimś pomieszczeniu po pralni czy czymś takim. Kabina lektorska miała – no była tylko nieco większa od pudełka po butach, ale tam trzeba było siedzieć, jakoś to wszystko robić. One oczywiście były potem budowane, nie powiem, że na miarę, ale tworzone tak, żeby tam jeden człowiek wytrzymał jakiś czas. W lecie było bardzo ciężko, bo to się bardzo nagrzewało natychmiast. Trzeba było robić przerwy, wietrzyć to schładzać jakoś no i się kontrolowało nagranie – tak to wyglądało wtedy. Bo to było wszystko tworzone takim sumptem określimy go domowym. Każdy, kto czuł wewnętrzną potrzebę bycia właścicielem studia nagraniowego – no to tak robił, a robiło się to wiadomo po jak najniższym koszcie, więc pomieszczenie, no to co było piwnica to była, no trzeba było tylko to jakoś tam to wygłuszyć w miarę – to te legendarne już opakowania po jajkach. Nie wiem, ile w tym było uroku, ile było w tym praktyczności, ale wiem dużej liczbie miejsc, widziałem właśnie to jako wytłumienie ścian. Były oczywiście jakieś kotary, jakieś zasłony, jakieś kawałki wykładziny podłogowej, kładzione na stół, żeby nie było słychać odstawianej szklanki z wodą czy filiżanki z kawą, herbatą. No tak, to się to wszystko organizowało. No takie to było. Po pierwsze właśnie chodziło przede wszystkim chyba o taniość. Drugie o to, że to się wszystko rodziło, a po trzecie to to wszystko nie było objęte żadnymi regułami prawnymi. To znaczy generalnie reguły prawa istniały. Które, zdaje się, że ktoś sprytnie wtedy wykorzystywał pewne niedopowiedzenia albo takie nie dość precyzyjne określenia w prawie, jak coś takiego powinno działać i czy w ogóle czemuś takiemu wolno funkcjonować jak studio nagraniowe. No ale funkcjonowały, działały, było ich mnóstwo.
To było, to się działo do momentu, to było kilka lat, ale to się działo do momentu, dopóki się nie wzięto od strony prawnej za porządkowanie tego, czyli za prawa własności do filmu do tego, że jeżeli ktoś sprowadza, płaci kolosalne pieniądze dystrybutorowi za granicą i sprowadza film oficjalnie, z zachowaniem wszelkich reguł prawa handlu i ekonomii do Polski, no to nie może być poszkodowany wtedy, kiedy ktoś przegra film z telewizji na ogół, to się ściągało z satelity i wtedy królowały wersje niemieckie – dubbingu niemieckiego w filmach, które się w Polsce oglądało i robi to, no mówiono o tym, że jest to piractwo, bo to było piractwo. Była taka furteczka prawna, chyba która pozwalała na potrzeby własne tylko to robić, ale z tych potrzeb własnych to się za chwilę zbudowały wypożyczalnie kaset, gdzie w piątkowe wieczory ustawiały się sznury, na początku oczywiście, sznury ludzi do tego, żeby wypożyczyć coś na weekend. Rodzina siedziała w domu spragniona nieważne jedzenie, nieważna impreza, ważne, żeby film oglądać i tych filmów brali ludzie walizki. Nie wiem, czy oni byli w stanie to wszystko obejrzeć w ciągu tak krótkiego czasu, jakim jest sobota i niedziela, no ale brali. Ustawiały się naprawdę kolejki sam to widziałem, bo w jednym ze studiów, z którymi współpracowałem wtedy, było o ścianę dosłownie z tak zwanym sklepem czy wypożyczalnią – mnóstwo ludzi. W ogóle praca lektora polega na tym, że, że on musi być osłuchany ze wszystkimi językami świata, bo przecież czytamy filmy chińskie, japońskie, malezyjskie, no już nie mówię oczywiście o językach europejskich, a i zdarzają się jakieś afrykańskie produkcje też. Oj, to jest tak troszeczkę, to przypomina pociąg, który lekko zwalnia wjeżdżając na stację i ten dyżurny ruchu czy główny konduktor pociągu mówi słuchajcie: „Jedzie pociąg – języki takie, a takie, umiejętność czytania pod takie języki. Jak ktoś chce to hop wsiadamy, bo jak nie to pociąg jedzie dalej” i to była taka naturalna selekcja. Ktoś się nie załapał, nie wyrabiał się, nie był w stanie pogodzić tego, że tu jakiś język nie polski do niego dociera, tu jest kartka papieru z polskim tekstem, tu jest mikrofon, do którego trzeba czytać po polsku skoordynowanie tych wszystkich rzeczy, jeżeli ktoś tego nie był w stanie kupić i robić w tych warunkach – to odpadał. W ogóle nie było czegoś takiego jak dystrybutorzy, którzy wchodziliby na rynek, w pierwszym momencie oczywiście, kaset VHS. To było wszystko tak, jak powiedziałem wcześniej, to było wszystko, to ocierało się o piractwo, wznieśmy się na szczyty dyplomacji. Ocierało się to o piractwo i tutaj, dystrybutor był sprowadzony do zera, w ogóle jego nie było. Dopiero potem po pewnym czasie, tak jak powiedziałem, ktoś się wziął za porządkowanie praw autorskich, za podporządkowanie praw handlowych i bardzo dobrze. No pierwszą taką firmą to była chyba firma ITI, która wtedy uruchomiła właśnie nagrywanie. Mało tego, on już technicznie poszli troszeczkę do przodu, bo tam się nie nagrywało na kasety VHS, tylko na U-matic. To był troszeczkę, dawał to gwarancję nieco wyższej jakości filmu, jako już tego, potem przegranego, co prawda na VHS w wypożyczalniach, ale to już było coś. Także oni zaczęli porządkować i wtedy też tworzyły się chyba jakieś rady, które porządkowały to od strony praw autorskich. Mało tego, po jakimś czasie okazało się, że właśnie takie piractwo polegające na tym, że kradnie się prawa do filmu i sprowadza się go na polski rynek, w bardzo nieoficjalny sposób. Zaczęło to być chyba już tropione w jakiś tam sposób ścigane. Było to karane i tutaj padł strach na te branże ludzie zaczęli, ja już sam przeżyłem początek tej zmiany tego przestawienia się, bo studio, z którym współpracowałem właśnie działa na takich zasadach pirackich. Potem okazało się, że jednak po pierwsze tak ludzie zaczęli jeździć na targi filmowe. Zaczęli tam oficjalnie kupować prawa do sprowadzenia do Polski filmu, udźwiękowienia go i sprzedaży tutaj w wypożyczalniach, czy tam na wolnym rynku. Czyli to troszeczkę, no nie troszeczkę, to się z tego zrobił już całkiem normalny, legalny interes.
Była swoboda. Nie było czegoś takiego jak deklaracja lojalności, że ja jestem przywiązany do tego dystrybutora i on no działa, to jest to jest sprawa działająca w obie strony zwrotna, że on mnie zatrudnia i mi płaci, a ja czytam tylko dla niego – nie. Z czymś takim się nie spotkałem ja, ani żaden chyba z bliższych mi kolegów, z którymi wtedy miałem kontakt i rozmawialiśmy na temat naszej pracy. Po prostu pracowaliśmy dla wszystkich, to było telefon: „Masz czas o tej i o tej godzinie?” – „No tak” – „No to przyjdź, bo mam dla ciebie film albo mam dla ciebie dwa filmy”. Nie wiem, w ciągu dnia, wieczorem, w niedzielę, w sobotę. Sprawa była otwarta. Można to było robić o dowolnej wybranej porze, kiedy to pasowało i studiu, i lektorowi. Także nie było, nie było czegoś takiego jak przywiązanie głosu do konkretnego studia czy dystrybutora. Owszem, ja podejrzewam, że jeżeli chodziło no, jakieś no naprawdę takie wystrzałowe tytuły, to właściciele studiów no mogli się sugerować tym, że chcą tego lektora, a nie kogoś innego i to oni decydowali. No to, że ktoś dzwonił do mnie z propozycją nagrania, to już był ten finalny pomysł. Ten finalny projekt, że to ja mam czytać i tylko czy będę miał czas tego i tego dnia o tej godzinie czy nie. A, różnie, różnie. Ja zacząłem swoją pracę, od oczywiście czytania w telewizji. To był czas, kiedy była tylko był tylko jeden program telewizji, potem był drugi program telewizyjny i tu istniało grono tłumaczy, którzy byli związani i z telewizją i z tak zwanym studiem, które już chyba nie istnieje, chyba nawet na pewno nie istnieje. To było, to był SOF, czyli Studio Opracowań Filmów – genialni ludzie. Omnibusy o niebywałej wiedzy – to było po kilka języków. Oni znali po kilka języków i potrafili tłumaczyć właściwie wszystko. Mało tego, oni dokonywali czarów i cudów, a to można określić jednym słowem – opracowanie, czyli dostosowanie takiego bardzo surowego tłumaczenia do tego, żeby to po pierwsze można było przeczytać, żeby lektor mógł to przeczytać, a po drugie, żeby to było zrozumiałe. Przełożenie jeden do jednego z angielskiego na polski może owocować wyłącznie katastrofą i bzdurą. Trzeba to opracować, trzeba to zrobić tak, żeby tekst angielski był dostosowany do polskiego rozumienia, do polskiej głowy. I to byli genialni ludzie. To były dwie dosyć blisko ze sobą współpracujące firmy, czyli TVP i Studio Opracowań Filmów i potem to wszystko w miarę, przybywania możliwości, zwiększenie, po pierwsze liczba kanałów telewizyjnych, czyli wzrastała liczba studiów, były większe potrzeby, do tego zawodu zaczęli docierać nowi ludzie. Jeszcze na początku to było tak, że mówimy o tłumaczach, że było tak, że po prostu było takie pokoleniowe wychowanie następnych tłumaczy oni dostawali się pod skrzydła starszych, doświadczonych kolegów – ci ich uczyli, pokazywali na czym ten zawód polega, to trwało latami. To jest naprawdę bardzo jeszcze, w dalszym ciągu jest, bo zostać dobrym tłumaczem jest nie jest łatwo. W każdym razie, trwało to bardzo, bardzo długo i po takiej obróbce świat filmowy świat Polski dostawał naprawdę doskonałego tłumacza, który radził sobie w każdej sytuacji. Tak to było na początku, potem tak jak już zacząłem o tym mówić, przybywało studiów, przybywało stacji telewizyjnych i drzwi do tego zawodu zostały, no nieco szerzej uchylone, żeby nie powiedzieć otwarte i tutaj niestety, ale to zaczęło mieć wpływ na jakość tłumaczeń. No bo już nie było tych – znaczy mistrzów, jeszcze nawet kilku do dzisiaj zostało i oni mogliby nauczyć, ale to nie dla tych potrzeb – i wtedy okazało się, że troszeczkę jakość tłumaczeń zjechała. Sporo spadło z tego, sporo troski podczas nagrań spadło na lektorów, żeśmy musieli czasami poprawiać i do dzisiaj właściwie to robimy, wyciągać te teksty w ramach oczywiście przez nas posiadanej wiedzy. Pewne rzeczy, takie generalia wiemy, że tak nie może być po polsku, a inaczej mamy to wbite w głowę. Kierujemy się tym. No ale jest mnóstwo takich, którzy tego nie robią i to niestety słychać. To niestety słychać.
To była pełna spontaniczność. Tam się dostawali najróżniejsi ludzie i to było właśnie niestety najgorsze było w tym to, że to było czytanie z surowych tłumaczeń, czyli dla lektora gonitwa za tekstem. Ale też to też z kolei nas uczyło pewnych rzeczy, bo myśmy tu dokonywali w locie redakcji tego tekstu, o ile oczywiście się dało. Trzeba było poprawiać. Trzeba właśnie przenosić na język polski różne takie chropowate tłumaczenia, które nijak po polsku to nie miało żadnego sensu. I cóż, to czegoś nas też nauczyło. Ja w każdym razie jakoś tam korzyść z tego chyba wyniosłem i dzięki temu zdaje się, że potem było mi łatwiej pracować w latach następnych. To już wtedy to sito jakości było na tyle gęste, że nie było czegoś takiego, a ta VHS czy tam kasety to nie, to może być gorzej, a telewizja to może być lepiej. Nie, nie, nie, to już wtedy się rzeczywiście – mówimy o czasie, kiedy już te prawne sytuacje zostały uporządkowane, a kaseta VHS z nagranym filmem już, za którą trzeba było zapłacić, musiała być określony jakości. To już towar byle jakiej jakości nie miał prawa dotrzeć na rynek. Na kasety, na kasety chyba się zdarzało, troszeczkę pofolgować tłumaczom. Natomiast ja, który cały czas byłem między jednym a drugim światem i potem te pamiętajmy, że te kasety potem ewoluowały sobie w płyty CD, bo film przecież na takich też się kiedyś ukazywały i tutaj dla mnie było o tyle ważne, że jeżeli czytam i puszczam coś w TVP, w tych listach, to to samo dotyczy również i moich produkcji. Ja miałem kiedyś z taką firmą z dystrybutorem na rynku polskim do czynienia, który zatrudniał tłumacza, dla którego, tak zwane wyrazy, w co drugim zdaniu to leciało. Owszem, ja rozumiem specyfikę – gangi nowojorskie, mroczna atmosfera, lata współczesne, to żadna prehistoria i tam rzeczywiście no słyszałem oryginał. Słyszałem, że oni tak mówią tylko na rany boskie, no nie róbmy z ucha polskich widzów rynsztoku. Nie każdy lubi być tak kąsany przez te dosadne określenia co minutę, czy co 3 minuty, więc ja to na swoją prywatną odpowiedzialność na swoje prywatne ryzyko zawsze troszeczkę czyściłem. Czyściłem, a poza tym, wiele razy tłumaczyłem przy różnego rodzaju spotkaniach, że jest takie jedno słowo angielskie, które w tym momencie przy tej znajomości języka angielskiego w Polsce jak się wypuści w oryginale i tak wszyscy wiedzą o co chodzi. I czasami to nawet to podbija, podbija no, fajniej akcentuje atmosferę filmu, kiedy aktor z ekranu to walnie i ten „fuck” poleci tak jak trzeba i wszyscy wiedzą o co chodzi.
Na początku to było tak, że no tak jak mówiłem, był jeden program telewizyjny, potem powstał drugi i to właściwie był koniec możliwości dla lektorów w Polsce. Nagrywania oczywiście były jakieś, była wytwórnia czołówka, gdzie czytało się film o armii dla armii, ale to były dokumenty albo instrukcja, jak się rzuca granatem. No, ale lektor jest od tego, żeby czytał, więc czytaliśmy też i takie rzeczy. Możliwości pracy w tamtym czasie były właściwie ograniczone. Lektorów w Polsce, takich lektorów – list dialogowych nawet chyba nie było 30. Może 20-parę osób i to było wszystko. Pełna lista nazwisk. Natomiast dla nas pojawienie się otworzenie się rynku kaset stanowiło to, że nagle ja zniknąłem z domu na cały dzień, bo w studiu przygotowali dla mnie na przykład cztery filmy, czyli to jest mniej więcej osiem godzin czystego czytania. Oczywiście wychodziłem po takim nagraniu, kręciło mi się w głowie, nie byłem w stanie skoordynować przez pierwszych kilka kroków moich ruchów, ale potem się wracało do normalności. Także to po pierwsze tak – możliwość, a nie ukrywajmy zarobku to były pieniądze przecież które zarabialiśmy wtedy. Dla mnie na początku mojej drogi zawodowej to było łapanie doświadczenia. Ja się uczyłem, byłem i jestem za to losowi wdzięcznym do tej pory, że nagle dano mi możliwość czytania i to różnych tekstów właśnie tak, jak mówiliśmy nie tylko tych wspaniałych wypieszczonych, wypielęgnowanych przez znakomitych kolegów znakomitych tłumaczy tylko taka chropowacizna, z którą trzeba było sobie radzić, bo przecież film jak się już usiadło i zaczęło go czytać, no to trzeba go skończyć. Uczyliśmy się różnych stylów tłumaczenia, bo to nie ma tak, że jest jeden obowiązujący wzór i wszyscy nim lecą. Nie, jeden tłumaczył tak, drugi wypuszczał troszeczkę więcej i trzeba było naprawdę wsłuchiwać się w oryginał, żeby umiejętnie włożyć Polski tekst tam, gdzie było trzeba, żeby oryginał wybrzmiał trochę na początku, trochę na końcu, a w środku, żeby było okej. Także, no taka to była, nie wiem, różnica między tłumaczeniami chyba nie różnica, ale to to też sobie ewoluowało. W przypadku takich dużych produkcji nie. Znaczy był moment, kiedy… nie wiem jak jest teraz, ale jeszcze, nie wiem, dziesięć do piętnastu lat wstecz, to było tak, że film był sprowadzany do Polski i już wtedy nagrywano jego wersję najpierw na kastę, a potem na CD. I on potem dopiero sobie trafiał do kin, a czasami było tak, że najpierw trafiał do kina, dopiero potem się nagrywało te wersje dla wypożyczalni i sklepów. Różnie to było. Natomiast to, o co pan pyta, czy byłem pytany o to, co się tam będzie działo, to dotyczyło w warunkach polskich seriali i to dwie takie sprawy mam do dzisiaj w głowie. Pierwszy to oczywiście Dynastia, gdzie jak to było emitowane, no to też mówimy o latach osiemdziesiątych przecież, druga połowa lat osiemdziesiątych i pamiętam emisja odcinka w niedziele kończył się odcinek i słyszałem „Tup Tup Tup Tup Tup Tup Tup” po schodach schodowej sąsiadki przychodziły i tak: „No i co dalej będzie, co dalej? Wyjdą z tego, wyjdą z tego?”. To było jedno, a drugie to była Z archiwum X. Ten serial jakoś tak dziwnie w ogóle był wprowadzony do Polski, bo on tak najpierw po cichu gdzieś tam boczkiem, boczkiem, pod transmisją meczu na programie pierwszym był emitowany. Trafiło na mnie za co też jestem losowi bardzo wdzięczny, bo to strasznie fajny serial, do dzisiaj go bardzo lubię. I potem były właśnie telefony: „No a co dalej? Co będzie dalej? Opowiedz, opowiedz”. Różni obcy i znajomi także tak to wyglądało w przypadku seriali jest to łatwiejsze, bo jest ciąg dalszy, natomiast to, żeby streszczać fabułę ona i tak się doczeka swojej emisji i tak się pójdzie albo do kina albo się potem kupi kasetę albo płytę i będzie to można obejrzeć.
Znowu trzeba się cofnąć do lat osiemdziesiątych. Najważniejszy argument w tym momencie to było to, że lektor był, jest i będzie zawsze tańszy niż dubbing. Dlatego to po pierwsze, a po drugie, dopiero potem zaczęło się, rzeczywiście, już nie mówię o uruchamianiu specjalnych kanałów dla dzieci. Dzisiaj jest ich mnóstwo i tam rzeczywiście pracę ma rzesza aktorów, rzesza reżyserów dźwiękowców, natomiast kiedyś było tego znacznie mniej, to były na przykład dobranocki w TVP. No i tam były te filmy dubbingowane, na ogół zresztą bardzo dobrze. No Pszczółka Maja, Gumisie i tak dalej, i tak dalej. Natomiast nawet w tym momencie w tym okresie ostały się rzeczy, które mam nadzieję, że przetrwają wieki i oby przetrwają, bo życzę im tego z całego serca. Takie nagrania, jak na przykład Struś Pędziwiatr w wykonaniu Andrzeja Matula. Mimo całego mojego ogromnego szacunku i dokonań aktorskich aktorów, którzy pracują w dubbingu, są to wspaniali ludzie, genialni, geniusze mikrofonu, geniusze, dubbingu, ale to, co ze Strusia Pędziwiatra zrobił Andrzej Matul, to po prostu powstała jakaś nowa jakość, jakieś nowe życie. Myśmy nawet pamiętam, wtedy się nagrywało dla telewizji, też w studiu na Myśliwieckiej, w telewizyjnych studiach dźwięku, to funkcjonowało w pewnym okręgu towarzyskim, cytaty z tego, co tam Andrzej wyprawiał w tych filmach to było coś niesamowitego. Także, ale to taki no pojedynczy przypadek. Natomiast to od czego zacząłem wersja lektorska zawsze była tańsza i dlatego się najpierw pewnie robiło z lektorem, a potem tak, jak było zresztą z Disneyem z Kaczorem Donaldem, z Myszką Miki i tak dalej i tak dalej. Sam parę razy czytałem to jako lektor, no ale potem trafiło do dubbingu. To wszystko chyba zależało od miejsca od studia od stacji telewizyjnej. Może oni mieli jakieś swoje szufladki, a do dzisiaj uważam, że dobry lektor czyta wszystko. Bo jest lektorem no i już – instrukcja kosiarki i przepis na ciasto czy na chlebek, że jak to upiec, też powinien przeczytać. Natomiast to co powiedział Pan o Tomku, że, że komedia romantyczna, jakiś czas, no już to oczywiście lata, no Tomek nie żyje już, ile czasu, ale jeszcze jak Tomasz był razem z nami, to w środowisku funkcjonowała taka szeptana historia, że Tomek czyta też takie filmy dla powiedzmy bardziej dorosłych ludzi – „Obejrzyj, wielka zabawa”. Ja tego nigdy nie widziałem, jakoś, no tak się nie złożyło, ale wie, że ludziom, którzy mi to polecali, bo znali się na tym, znali się na czytaniu filmów i to podobno było przeżycie. Także z tym z takim z tymi szufladkami bym… nie wiem. Najlepiej to decydują o tym widzowie, którzy czasami potrafią wyrazić, że no ten głos to i nie bardzo pasuje, do tego rodzaju filmów zmieńcie albo weźcie kogoś innego. Spróbujcie, bo tak, no nie idzie słuchać tam. Ja nigdy nie widziałem to im polecała moja taka bardzo bliska znajoma, dla której kiedyś przed laty czytałem i ona mówiła, że to po prostu większej zabawy w życiu nie miała. A Tomek tak się z tego bardzo cieszył, bo z nim też gadałem na ten temat i on się bardzo cieszył, bo mówił, słuchaj, tam są za 3 strony tekstu, może 4 – to jest wszystko.
Sama sprawa była tak, jak dla mnie jakoś tak z zaskoczenia mnie wzięli, bo to było nagranie w ITI, dali mi jakąś kartkę papieru: „Słuchaj, ale na razie to usiądź i przeczytaj to tutaj taki kawałek filmu masz”. No dobra, przeczytałem i ja w ogóle zapomniałem o tym, co zrobiłem, po czym się po jakimś czasie, nie pamiętam dokładnie, czy to były tygodnie czy miesiące, ale okazało, że właśnie no będzie Władca Pierścieni i te wszystkie filmy trzeba nagrać i przeczytać. No i a nie powiem, los mi zgotował taką fajną dobrą, szczęśliwą niespodziankę, za co jestem mu wdzięczny, bo to rzeczywiście było fajne przeżycie. Znakomite tłumaczenie pani Elżbiety Gałązki. Bardzo dobrze mi się pracowało z tym tekstem – same przyjemności. Nie wiem, nie wiem, bo przypuszczam, no myślę, że ingerowali również dystrybutorzy na Europę, znając już naszą specyfikę, że lektor to, to prawdopodobnie większej liczbie przypadków podejmowali takie decyzje. Tak mi się wydaje. Ja akurat miałem kontakt z Władcą Pierścieni. Wspominam ją na swój prywatny użytek bardzo dobrze, bo po pierwsze byłem kilkadziesiąt lat młodszy. Miałem siły pracować doskonale i długo, i bardzo mi się to podobało, a wtedy byłem tak jak mówiłem, to jest ten czas chłonięcia uczenia się. Ja właściwie to do nagrań VHS-owych podchodziłem tak, jakbym szedł na uczelnię i za każdym razem za każdym dniem, za każdym filmem coś tam nowego łapał czy coś nowego wynosiłem z tego dla siebie – oczywiście. Nikt by mi wtedy nie zafundował takiej nauki, nikt, na pewno. Ja po pewnym czasie zacząłem wsłuchiwać się w to jak czytam, co robię źle, co bym zmienił, co bym poprawił i to była właśnie ta taka fajna szkoła. Także za to jestem VHS-owi wdzięczny. To co kiedyś dawał VHS, mówię o liczbie filmów, to teraz mamy wszystko w stacjach telewizyjnych. Jest ich, ja nawet nie wiem sam, ile mam w swojej telewizji kablowej, bo ja nie oglądam telewizji od kilkudziesięciu lat, ale jest tego naprawdę bardzo, bardzo dużo, po liczbie wyskakującymi na dekoderze, orientuję się także 200, coś tam czegoś wyskakuje. No kto jest w stanie to obejrzeć? Ale to świadczy o tym, że potrzeby są bardzo duże. Mało tego, poza filmami pojawiły się takie programy jak „kopie swój ogródek”, „urządzam swoją sypialnię”, „kupuję meble”, no tam też trzeba to przeczytać, bo jeżeli jest to jest to sprowadzone, z nie wiem – jest to film angielski na ogół, a no to są to są angielskie albo amerykańskie rzeczy, ale francuskie, chyba też widziałem. No to ktoś to musi przeczytać, więc potrzeby rynku są olbrzymie. Ktoś to musi zrobić, skądś ci lektorzy muszą się brać? A bo za każdym razem jak się kupuje prawa do emisji telewizyjnej albo wydania na płytach, czy też wcześniej na kasetach, to się w zasadzie zaczyna ten proces od nowa. To trzeba wykupić prawa i już wtedy można się poruszać w tym obszarze. To znaczy tak, dobrać sobie tłumacza dobrać sobie lektora. To nie jest tak, że wchodzi na polski rynek film przeczyta go iksiński i to już tak do końca świata leci z jego głosem. Nie, nie, nie, to się zmienia. To może i lepiej, bo to daje możliwość. No sprawdzenia się w, nie chcę powiedzieć, że w tej rywalizacji czy walce, ale sprawdzenia się różnym ludziom w tym gatunku – ten wybrzmi tak, ten wybrzmi inaczej ten da od siebie. To ten z kolei coś innego, tak się dzieje.
