Przejdź do treści

Lech Dyblik – aktor. Urodzony w Złocieńcu w 1956 roku. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie (1981). Po raz pierwszy na wielkim ekranie pojawił się w 1982 w filmie fabularnym „Noc poślubna w biały dzień” w reżyserii Jerzego Gruzy. Sympatię widzów zyskał m.in. dzięki wyrazistym kreacjom w filmach Wojciecha Smarzowskiego: „Weselu” (2004), „Domu złym” (2009), „Róży” (2011), „Drogówce” (2013). Pojawił się także w „Wołyniu” (2016) w roli Hawryluka. Można go oglądać w filmach „Kroll” (1991) i „Pokłosie” (2012) w reżyserii Władysława Pasikowskiego, „Kiler” (1997) w reżyserii Juliusza Machulskiego, „Pan Tadeusz” (1999) i „Zemsta” (2002) w reżyserii Andrzeja Wajdy, „Ogniem i mieczem” (1999) w reżyserii Jerzego Hoffmana, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” (2006) w reżyserii Marka Koterskiego, „Mała Moskwa” (2008) w reżyserii Waldemara Krzystka, „Dolina Bogów” (2019) w reżyserii Lecha Majewskiego oraz w serialach „Boża podszewka”, „Sukces”, „Wiedźmin”, „Blondynka”. W latach 2010–2021 grał złomiarza-filozofa Kazimierza Badury w serialu komediowym „Świat według Kiepskich”, w którym wcześniej występował w rolach epizodycznych.

W szkole średniej najpierw grałem w koszykówkę, zacząłem w bardzo dobrej drużynie, a później trafiłem do takiego amatorskiego teatru i pani, która prowadziła ten teatr stwierdziła, że w zasadzie to mógłbym spróbować zdawać do szkoły teatralnej, bo jej zdaniem miałem jakieś tam kwalifikacje. Ona mnie przygotowała do egzaminu i równocześnie przygotowała Edka Żentarę, bo Edek też mieszkał w Koszalinie, chodził do liceum Broniewskiego. I o dziwo obaj dostaliśmy się: Edward do Łodzi, ja do Krakowa. Ja w takim poczuciu sukcesów byłem, że się udało, a ona mi wtedy powiedziała, że „Z Żentary to będzie aktor, a z ciebie to nie, bo aktorzy nie mogą być zbyt inteligentni”. Bardzo mnie to ubodło na wiele lat, bo to się wszystko sprawdzało, że rzeczywiście Edward robi karierę ogromną, gra główne role w filmach, a o mnie nic nie słychać. Także to było takie przekleństwo, że ona to przepowiedziała na samym początku. Natomiast po latach zgadzam się z tym, że w tym zawodzie inteligencja nie pomaga. Śmiała teza, ale… Człowiek inteligentny ma od razu otwarte 50 ścieżek w tę i z powrotem, trudno wybrać, trudno się zdecydować, a to powinny być, jak to teraz widzę, proste ruchy, proste wybory, konkretne i rezygnacja z innych możliwości. Mówię trochę, jak menadżerowie mówią o prowadzeniu firm, ale coś w tym jest, że trzeba decydować. Zresztą ciekawe, bo teraz sobie uświadomiłem, jak małe rzeczy, te moje zadania w filmach są proste, krótkie. W związku z tym musi być konkret, że żadne specjalne subtelności. To musi być konkret, na przykład jeden kostium, że jak grasz niewielką rolę, to nie przebierasz się do każdej sceny, tylko jeden kostium, żeby widzowie mogli cię łatwiej zapamiętać, takie coś.

Ja nie miałem specjalnych doświadczeń filmowych. Ciekawostka – będąc w szkole teatralnej zagrałem w takim serialu o budowie Huty Katowice. Studiowałem, mieszkałem w Krakowie, a kręciliśmy to w Katowicach. I to był mój pierwszy kontakt z filmem – to akurat serial – i bardzo uważnie się przyglądałem temu, jak się to odbywa i odkryłem ważną rzecz na początek właśnie w tych Katowicach, że jak aktor mówi, że wieczorem ma spektakl, to żaden pociąg, nic, tylko po prostu jest taksówka i facet na złamanie karku mnie wiezie. Też tak zwróciłem uwagę na to, że oni w ogóle tego nie sprawdzają, czy rzeczywiście jest zajęty, czy nie – wystarczy powiedzieć. Ja raz spróbowałem, bo nie chciało mi się pociągami jeździć z Katowic do Krakowa, że ja muszę być w szkole, bo mam coś wieczorem i oni rzeczywiście: już maszyna ruszała, samochód, pan Kaziu mnie zawiezie, „O której, panie Lechu?”. Po prostu bezkarnie korzystałem z tego, już notorycznie byłem zajęty. Bardzo mnie to cieszyło, że to takie proste, nie do uwierzenia. Praca w filmie jest pasmem różnych przyjemności. To była jedna z przyjemności związanych z pracą w filmie. Drugą przyjemnością związaną z pracą w filmie jest darmowe jedzenie. A później nie dość, że zagrasz, to jeszcze ci zapłacą.

Ja to bardzo lubię, ale teraz też mam nadzieję, że to nie zaprowadzi mnie na manowce, ale mam takie poczucie, że ja już coś na ten temat wiem w tej wąskiej dziedzinie, w której pracuję, czyli menele, alkoholicy i działacze partyjni niższego szczebla. W Internecie tak ktoś napisał. Myślę, że w punkt mnie scharakteryzował. Cytuję: „Doskonały w rolach rolników, alkoholików i działaczy partyjnych niższego szczebla”. Umiem to zrobić, coś wiem. Jest duża satysfakcja. Z racji tego, że ja nie przykładam jakiejś specjalnej wagi do znaczenia mojej osoby w historii kultury polskiej, więc dość lekko podchodzę do tego i jeżeli mam szansę coś ciekawego zagrać czy dołożyć od siebie, to wszystko lubię. Nie chcę się jakoś specjalnie zapisywać w pamięci następnych pokoleń, także śpię spokojnie. To znaczy taką pasją ostatnich lat jest śpiewanie. Teoretycznie nie powinienem śpiewać, ponieważ w szkole w Krakowie miałem 3 z dwoma [minusami] z piosenki, ale ja lubię takie nielogiczne wyzwania, że skoro nie umiem śpiewać, to zostanę piosenkarzem. Jako polski patriota nie znałem rosyjskiego, więc będę śpiewał po rosyjsku. Bardzo mnie ten brak logiki pociąga, że z jakichś powodów założyłem sobie, że nie, więc skoro nie, to ja spróbuję jednak penetrować tą dziedzinę. W każdym razie śpiewam od wielu lat, prawie wyłącznie po rosyjsku i teraz pewnie niedługo wyjdzie taki serial TVP i HBO „Erynie” i tam mam scenę, gdzie śpiewam i myślę, że to zostało tak najpełniej pokazane. Borys Lankosz reżyserował i uważam, że on niegłupio wymyślił, żeby z tego skorzystać, bo ja to robię dobrze. Może nie z tego powodu, że jestem jakoś szczególnie utalentowany, natomiast robię to dobrze dlatego, że się tym poważnie zająłem. Odnoszę wrażenie, że kultura rosyjska, piosenka rosyjska jest tak traktowana w Polsce po macoszemu. Zresztą to prawdopodobnie wynika z tego, że wyzwala w ludziach takie poczucie wyższości, że będąc Polakami mierzymy do kultury zachodniej, a tam gdzieś w okolicach Hrebennego i dalej na wschód to już jest Azja. To jest niesłuszne, oczywiście, podejście. Więc ja to poważnie traktuję. Wychodzi to nieźle, wiem to od Rosjan. No i Lankosz, sprytna gapa, skorzystał z tego. A ja się bardzo cieszę. Parę dni temu widziałem się z producentem. Mówił mi, że to weszło, że wszystko gra. Nawet z tej okazji zagrałem na takiej radzieckiej gitarze, taką mam, wyprodukowanej w Czernihowie. Jest cena w pudle: pięć rubli, 20 kopiejek.

Obecnie to inaczej wygląda. W czasach, kiedy ja kończyłem szkołę, wyglądało to inaczej. Mało tego, bo skończyłem szkołę w 1981 roku i to był stan wojenny, więc nie robiło się dużo. W zasadzie nie należało grać w filmach ani w telewizji, ponieważ to się nazywało wtedy kolaboracją. Ja miałem takie poczucie buntu przeciwko temu, bo to polegało na tym, żeby jakieś elitarne towarzystwo orzekło, że nie będziemy grali, nie będziemy wspierali tego rządu. A prawda jest taka – wtedy byłem w Teatrze Narodowym w Warszawie – że straszne deklaracje były, wszyscy aktorzy bojkotują film, telewizję, ale spotykali się z działaczami partyjnymi na przyjęciach w ambasadach, dzieci wspólnie prowadzali do liceum francuskiego, albo do przedszkola przy ambasadzie amerykańskiej. To była taka gra towarzyska, ale wielu ludzi się oczywiście na to nabrało. Więc ta droga była trudna. Ja od czasu do czasu grywałem jakieś epizody. Zresztą byłem szczęśliwy z tego powodu, bo to za jeden dzień zdjęciowy dostawałem mniej więcej tyle, ile przez miesiąc zarabiałem w teatrze. Wtedy było śmiesznie, bo była taka książka, dość gruba i tam byli wszyscy aktorzy w tej książce i napisane było ile kto zarabia, jaką ma stawkę. Więc ja miałem oczywiście najniższą, jedną z najniższych w tamtych czasach, a miałem ogromne nadzieje, że z biegiem lat będę gdzieś na górze tej listy. Zlikwidowali w międzyczasie te książki. Zarabiam bardzo dobrze, za te role działaczy partyjnych niższego szczebla płacą coraz więcej.

Myślę, że takiego wpływu nie ma i sądzę, że duże znaczenie w tym zawodzie, może również w innych, ma splot sprzyjających okoliczności. Co myślę o tym w tej chwili: że jak coś takiego zdarza się w życiu, to warto to wykorzystać świadomie, spokojnie. Wykorzystać to, że raptem jesteś w polu zainteresowania, że ludzie zwracają na ciebie uwagę. Skorzystaj z tego, a niech to nie będzie jakimś kamieniem u szyi, który pociągnie cię na dno, bo to też bardzo często się obserwuje, że człowiek osiąga sukces i później, po paru latach dowiadujemy się, że po raz kolejny był na odwyku, że rozwiódł się już w międzyczasie trzy razy i że jest nieszczęśliwy. Tak a propos tego „nieszczęśliwy”: jestem z tego, jak się rozwija moja kariera, ona się bardzo spokojnie rozwija. Mam dużo ciekawej pracy, ale to nie jest spektakularne. Kiedyś grałem w takiej produkcji międzynarodowej Wojna i pokój, taki serial telewizyjny włoski i główną rolę grał tam Malcolm McDowell. Mieliśmy tam parę dni zdjęciowych razem i on mnie w pewnym momencie spytał: „Czy jesteś zadowolony z tego filmu?”. Ja mówię: „Jeszcze i to jak! Hotele pięciogwiazdkowe, samoloty i taka kasa”. A on tak przyglądał mi się i tak się uśmiechał pod nosem, bo jaką ja kasę zarabiałem w porównaniu z nim. Ale spodobało się chłopu, że jestem zadowolony. Opowiedział mi taką historię, że w Hollywood jest takie powiedzenie, że chcesz tragedii, daj aktorowi pracę, bo najpierw to nie ma za co płacić rachunków. Dostał rolę, dostał pracę. To się okazuje, że za mało tych dni zdjęciowych, że w ogóle mnie nie szanują, bo te pieniądze też są marne i że w ogóle dostał robotę, a tutaj mamy nieszczęście. Staram się unikać w życiu takich sytuacji. Poza tym to jest w ramach trenowania pokory, że nawet jak dostaję propozycje, które są mniej atrakcyjne finansowo – bardzo dziękuję, że pamiętano o mnie. To jest sprytne. To jest zawód, który daje szansę przyjrzenia się, jak to u mnie z tą pokorą jest. On wymaga pokory. Zresztą tak jak życie wymaga pokory. Ja wiele lat życia spędziłem w takim poczuciu, że jestem niedoceniany, że jestem kimś wyjątkowym, oczywiście wybitnym, niezwykle przystojnym, państwo widzą, sprytnym i że tego świat nie docenia. To było takie życie w poczuciu klęski na całej linii, bo miałem jakieś duże uwagi do swojej żony, że koledzy mają takie fajne żony, a moja jest wredna, w pracy mnie nie doceniają i to była taka klęska. Ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że wszystko gra, że nie jestem wprawdzie doceniany przez prasę światową, bo prasa światowa o mnie nic nie wie. Natomiast w tym wąskim kręgu ludzi, którzy zajmują się filmem, jestem człowiekiem znanym, że mają do mnie zaufanie, że jak się pojawia szansa zatrudnienia mnie, to chętnie korzystają, że – mówiąc kolokwialnie – „nie daję ciała”, tylko coś z tego wynika. Także to zacząłem zauważać i cieszyć się takimi drobnymi zdarzeniami, o których nie trzeba zawiadamiać prasy światowej.

Najczęściej w sumie pracowałem z Wojtkiem Smarzowskim. Zresztą bardzo tą pracę lubię i cenię. My nadajemy na podobnych falach i czym to się objawia – podobnym poczuciem humoru, bo wbrew temu, co widać na ekranie – to są ciężkie filmy, które on robi – ma ogromne poczucie humoru i dobrze nam się pracuje. Mówimy tym samym językiem. Czasami aktor trafia na reżysera, który się zakochał i tak było, czy jest między Wojtkiem Smarzowskim a Dziędzielem. On się w Marianie zakochał. Zresztą Marian dzięki temu jest trwałą postacią kultury polskiej. Ja chyba nikogo takiego nie mam, zresztą nie wiem, czy chciałbym. Ale reżyserzy do mnie wracają, np. Borys Lankosz. Zagrałem epizod w Ziarnie prawdy i on wrócił do mnie w serialu Erynie z zadaniem może niewielkim, ale wyraźnym – mówię o tym śpiewaniu po rosyjsku. Także myślę, że gość mnie poważnie traktuje. Do kopania Malkovicha po tyłku nie doszło, ponieważ ta scena, w której razem graliśmy, polegała na tym, że on uciekał, a ja go ganiałem i z racji tego, że to był John Malkovich, więc biegaliśmy całą noc, gdyż musiało to zostać nakręcone każdym rozmiarem obiektywu. Później film widziałem i oczywiście, jak zwykle, nie jest to duża czy znacząca scena, ale oczywiście gdyby była możliwość, chętnie bym z chłopem pogadał, ale było to niekomfortowe. Była noc, jest chyba odrobinę starszy ode mnie, ale to nie było przyjemne bieganie po nocy. Ciekawa rzecz: on miał dublera. Biegał z kapturem założonym na głowę, więc spokojnie dubler mógł za niego biegać, ponieważ dubler biegał nawet tak, jak on biega. On z jakiegoś powodu zdecydował się, że będzie sam biegał. Myśmy tak biegali całą noc. Stwierdziłem, że nie będę chłopu głowy zawracał, bo to nie jest miejsce na przyjemne rozmowy. W browarze we Wrocławiu biegamy i w ogóle do niego nie podchodziłem. Lech Majewski nas przedstawił sobie, powiedział, że jest John, ja powiedziałem, że jestem Lech i tyle. Po paru godzinach się trochę zaniepokoił chyba, że nie podchodzę do niego i nie zawracam mu głowy, bo spytał mnie: „Are you ok?”. Mówię: „Kurde, gitara”. Ale nie było powodu. Zresztą rozumiem jego trudną sytuację, bo np. jak skończyliśmy nad ranem zdjęcia – to chyba był jego ostatni dzień – i cała ekipa, wielu ludzi chciało sobie zrobić z nim zdjęcie, dawał autografy. Ja nigdy nie robię sobie z nikim zdjęć na planie z własnej inicjatywy. Stałem i przyglądałem się. Po prostu on mężnie, mimo że był zmęczony, że była to czwarta rano – z każdym się sfotografował, wszystkim, którzy chcieli, dawał autograf, był uprzejmy. Odniosłem wrażenie, ponieważ stałem naprzeciwko i patrzyłem na to, że patrzy na mnie z wdzięcznością, że ja jeden rozumiem jego trudną sytuację w tej chwili.

Robię to samo, czyli bez względu na to, czy jestem zmęczony, czy nie jestem, staram się być uprzejmy. Pytają mnie czasami, szczególnie jak gram na ulicy: „Panie Lechu, a ile kosztuje zdjęcie z panem”. Ja mówię, że zdjęcia są za darmo, ponieważ mnie na to stać. Staram się być uprzejmy, bo ludzie mają przyjemność z tego powodu, że mogą chwilę ze mną porozmawiać, zrobić sobie zdjęcie. Ludzie czasami marudzą, że dzięki jakiejś tam roli w serialu zostali zaszufladkowani. Ja jestem wdzięczny losowi za to, że zagrałem postać Kazimierza Badury w Świecie według Kiepskich, ponieważ w ten sposób wszedłem do historii kultury polskiej. Tego nie można nie doceniać. Rok temu pojawiła się informacja, że kolejny aktor z Kiepskich umarł, że Lech Dyblik i że o czwartej nad ranem w szpitalu wojskowym, prawdopodobnie w Warszawie. Ale zdaje się, są takie strony, gdzie się kliknie i jakieś wirusy się tam otwierają. Ale przy tej okazji, jak ukazała się wiadomość, że Lech Dyblik umarł, to dostałem wiele telefonów sprawdzających. W zasadzie bardzo miło, bo odezwali się ludzie, z którymi nie miałem dość długo kontaktu. Też taka bardzo wzruszająca rzecz, to mam taki zaprzyjaźniony dom dziecka koło Zielonej Góry, prowadzony przez siostry zakonne. Siostra, która to prowadzi, zadzwoniła do mnie z duszą na ramieniu, żeby sprawdzić, co się stało. Okazało się, że żyję, odetchnęła z ulgą i mówi: „Bo dzieci wszystkie płaczą i modlimy się za ciebie’. Także bardzo było pięknie.

Powiem szczerze, że nie mogę powiedzieć, który film jest dla mnie najważniejszy, ponieważ ja się specjalnie nad tym, co robiłem, nie rozczulam. Od wielu lat nie mam telewizora. W zasadzie nie bywam na premierach swoich filmów, staram się unikać tego typu zgromadzeń. Ja lubię swoją robotę, ale jadę, robię i wracam do swojego życia, które nie jest życiem znanego aktora czy celebryty. Mam zwyczajnych kolegów, zwyczajne życie i staram się tego pilnować. Towarzysko na przykład nie koleguję się z ludźmi z show biznesu. Ja lubię pracować oczywiście, robić to z nimi, nawet w hotelu po zdjęciach pogadać. Ale trochę szkoda mi czasu na to, bo często te rozmowy polegają na tym, że ludzie się popisują przed sobą nawzajem, chwalą. A ja już jestem stary lis i wiem, tak słuchając tych opowieści, że gdzieś pod spodem jest jakiś lęk, czy przypadkiem się nie kończy. Jeden z moich znanych kolegów, nie powiem nazwiska, robiący fantastyczną karierę, zwierzył mi się, że jak dwa dni telefon do niego nie dzwoni, to on już wpada w panikę. Nie ma podstaw do tej paniki. Użył takiego sformułowania: „Chyba się kończę”. Wcale się nie kończy. Ja patrzę z ufnością w moje życie i jestem wdzięczny za to, co dostaję, a specjalnie mnie nie interesuje, co dostanę. To mnie nie interesuje. Ja mam bardzo dużo pracy, są różne rzeczy, które robię. Wszystko jest w najlepszym porządku. To też może wynikać z tego, że jestem człowiekiem wierzącym i ufam Panu Bogu. Znaczy nie mam wątpliwości, że on mnie kocha. A jak mnie kocha, to nie zrobi mi krzywdy.

Z racji pandemii to zostało przerwane w ramach procedur bezpieczeństwa, ale jeżeli będzie można wrócić do tego, to z przyjemnością wrócę. Tak, ja to lubię. Też mam takie poczucie, że ja mam sporo do powiedzenia tym ludziom, którzy siedzą w kryminale. To, co mam do powiedzenia, to jest w sumie prosta rzecz, że w życiu można dużo zmienić, że to się da, że to nie są bajki. Opowiadam im po prostu o sobie, ile udało mi się zmienić i że można doprowadzić swoje życie do takiego momentu, kiedy ono przestaje być koszmarem, a zacznie dawać po prostu od groma satysfakcji. Mam poczucie, że moje życie daje mi dużo satysfakcji i na tym jadę.