Przejdź do treści

Absolwentka V LO im. Władysława Reymonta, 1978. W 1980 podjęła pracę w Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi. Pierwotnie w redakcji jako asystent redaktora naczelnego, a następnie w pionie produkcji. Od roku 1990 specjalista w Archiwum Filmowym WFO. W roku 2011 odeszła z Wytwórni Filmów Oświatowych. Od 2020 na emeryturze.

Kiedy miałam 20 lat, trafiłam do Wytwórni Filmów Oświatowych zupełnie przypadkiem. Nigdy nie fascynowało mnie kino. Przyznam szczerze, że w ogóle kino mnie nie interesowało. Żyłam w takiej bańce, w takim świecie bardzo prostym, prymitywnym. To był dom i szkoła. Szkoła bardzo wymagająca, ponieważ ja wtedy kończyłam liceum piąte na Wspólnej i tam rzeczywiście, żeby dostać ocenę bardzo dobrą, trzeba było mocno przysiąść do książek. W związku z tym ja nigdy nie miałam czasu. Ale kiedy szukałam zatrudnienia po maturze, trafiłam w urzędzie pracy na ofertę ,,asystent redaktora naczelnego w Wytwórni Filmów Oświatowych”. To był zupełny przypadek. I pomyślałam sobie, że może warto byłoby zmienić środowisko na takie, którego nigdy nie będę miała okazji poznać. Spotkam tam ludzi nietuzinkowych, ludzi kultury, sztuki, artystów i może to miejsce będzie czymś nowym w moim życiu. I rzeczywiście tak się stało. A ponieważ nie było dużych wymagań, aby otrzymać tę posadę, tam były jedynie oceny na świadectwie i egzaminie maturalnym, oceny bardzo dobre z historii i z języka polskiego. Takie oczywiście oceny miałam.

Ukończyłam wtedy, to była taka nowość, roczny kurs dla sekretarek, scenografia, maszynopisanie, organizacja pracy biura. I trafiłam do wytwórni. Umówiłam się z dyrektorem artystycznym, redaktorem naczelnym Piotrem Szczepańskim i on przyjął mnie do pracy 1 sierpnia 1980 roku. Trafiłam tam, początkowo miałam umowę na okres próby, jak to się wtedy nazywało – na 14 dni, a potem już zostałam na czas nieokreślony. Zawsze marzyła mi się taka praca cicha i spokojna. I rzeczywiście ta praca cicha i spokojna w redakcji była, ale ona była do tego jeszcze bardzo nudna. Nic się w zasadzie tam nie działo. Najważniejszym takim elementem, najsympatyczniejszym w tej pracy były kolaudacje, na które uczęszczałam, czyli to było takie spotkanie reżysera z redakcją i tam ustalano, jakie wprowadzić zmiany w obrazie, w dźwięku, w komentarzu, żeby ten film był jak najbardziej pod względem artystycznym, merytorycznym, edukacyjnym jak najbardziej wartościowy. Co wyciąć, co przyciąć, co dołożyć ewentualnie. A ponieważ pod koniec lat 70. i 80. tych filmów Wytwórnia realizowała ponad 170 rocznie, czyli co dwa, trzy dni taki film był kolaudowany, więc coś się w moim życiu działo. A ponieważ ja, tak jak mówię, zawsze żyłam w takiej bańce pod kloszem i życia nie znałam, to to życie mogłam zobaczyć, jak ono naprawdę wygląda, poprzez obejrzenie tych filmów. Zobaczyłam, jak wygląda świat, który jest gdzieś tam wokół mnie i zaczęłam się czuć taka bardziej dojrzała, doświadczona i bardzo cieszyło mnie to, że w tej wytwórni mogę pracować. Ale gdybyś, Aniu, mnie zapytała na przykład, co mnie bardzo zaskoczyło w wytwórni, to właśnie to, że chciałam trafić do miejsca ludzi, kultury i sztuki, ale trafiłam nie do miejsca ludzi, wyjątkowo kulturalnych, ponieważ za pierwszego dnia akurat była taka scena.

Długi korytarz ciągnący się wzdłuż całego holu. Z jednej strony kierownik produkcji, na drugiej stronie korytarza reżyser, rozmowa spokojna, rzeczowa, przeplatana słowami wulgarnymi. Dla mnie to był taki szok. Ja tych słów w ogóle wtedy nie znałam. Ja myślałam, że one są zarezerwowane gdzieś tam dla nizin, takich środowisk robotniczych, ale potem szybko się przyzwyczaiłam do tego słownictwa i było mi zupełnie dobrze. W tej redakcji pracowałam niecały rok, może rok. Kiedy Andrzeja właśnie poznałam, zasugerował mi, że dobrze by było trafić na jakąś taką pracę, która będzie mi dawała większą satysfakcję, pole manewru i będzie się coś działo. Nie będzie taka nudna, nieciekawa. Poszłam do pionu produkcji. To był gdzieś mniej więcej ‘81, może połowa ‘82 roku. I rzeczywiście tu nie było ani nudno, ani smutno. Tu była praca nie do przerobienia. Ona nie była może jakaś bardzo trudna, ale praca wymagająca. To była praca pod presją czasu. Trzeba było wiedzieć, co zrobić już teraz, co można zrobić potem, co jest na już, a co może jeszcze chwilę poczekać. W pionie produkcyjnym było ponad 100 realizatorów, czyli reżyserzy, operatorzy, asystenci reżysera, asystenci operatora i oczywiście 30-kilku kierowników. No i te 170-kilka filmów rocznie. Te ekipy trzeba było przygotować do wyjazdu, wszystkie pisma, zezwolenia, zgody, delegacje, hotele. Więc tej pracy było rzeczywiście cały czas na okrągło, ale było przynajmniej miło i sympatycznie.

Od rana do godziny 16:00 cały czas praca, praca, praca, bo tych kierowników, którzy stali nad przysłowiową głową było 30-kilku. Ale to byli ludzie fantastyczni. Ja uwielbiałam tą pracę. To byli ludzie, z którymi się kolegowałam, przyjaźniłam, przyjaźnię się do dzisiaj z tymi, którzy jeszcze żyją, bo wiele niestety osób już odeszło. To byli ludzie, z którymi można było konie kraść i napić się wódki. To była naprawdę taka jedna, fantastyczna, wielka rodzina. Ale kiedy poznałam Andrzeja, to Andrzej pokazał mi, jak wygląda tak na dobrą sprawę wytwórnia, jak realizuje się film, jaki się zabiera ze sobą sprzęt na plan, jak wygląda praca w montażowni, nad tym starym stole szpulowym, jak się tnie taśmy, jak się potem ją skleja, jak się gromadzi odrzuty, jak wygląda udźwiękowienie filmu i na czym polega praca w animacji. Jak się wywołuje taśmy. Wreszcie jak się robi korektę barw. Na końcu jak się na przykład buduje dekoracje, bo przecież my mieliśmy nawet stolarnię i byliśmy samowystarczalną firmą. Ja byłam też zdziwiona, kiedy przyszłam do wytwórni, że wytwórnia jest tak olbrzymim kompleksem budynków. Tam było wszystko, łącznie właśnie z tą stolarnią. Olbrzymia baza transportowa, mnóstwo samochodów i oczywiście mnóstwo ludzi, bo kiedy ja przyszłam do pracy w 1980 roku, to było prawie 600 osób na etacie i kilkadziesiąt, a w porywach nawet 200 osób na umowach-zlecenie. Realizatorów i operatorów była ponad setka na etacie.

Także z tym się mogłam zapoznać i to mnie bardzo dziwiło. Ale atmosfera w wytwórni była rewelacyjna. To był fantastyczny czas. Czasami człowiek starszy myśli sobie: ,,Co ja złego w życiu zrobiłem, jakie bym mógł inaczej podjąć decyzję, a co fajnie mi właśnie w życiu wyszło”. To to, że trafiłam zupełnie przypadkowo do tej wytwórni, że było tak fantastycznie i tych lat nie żałuję.

Przyjmował mnie do pracy Piotr Szczepański. Piotr Szczepański był bardzo krótko, nie wiem, na początku roku ‘81 najprawdopodobniej już, z tego co pamiętam, odszedł. Później był redaktorem naczelnym Władysław Orłowski. A bezpośrednim przełożonym, kiedy byłam w pionie produkcji, był Aleksander Stojan, główny dysponent.

Każdy film miał coś innego do załatwienia. Tam gdzieś trzeba było, nie wiem, pojechać kopać kartofle, więc trzeba było załatwić zgodę gdzieś w jakimś instytucie uprawy ziemniaka. Gdzieś tam znowu jakieś przedszkole, bo były zdjęcia gdzieś w przedszkolu organizowane. Także nawet trudno mi powiedzieć, co to było, bo tych zgód i tych pozwoleń, tych papierków było mnóstwo, do każdego filmu zupełnie coś innego.

Wtedy zamiast komputerów to był teleks. To taka trochę między komputerem a telefonem i maszyną do pisania, można się było porozumiewać i właśnie za pomocą teleksu można było na przykład załatwiać, organizować jakieś imprezy, albo po prostu miejsca hotelowe rezerwować dla ekipy.

W produkcji pracowałam do roku 1989. Odeszłam z wytwórni 31 stycznia roku 1990, ponieważ to już była równia pochyła, ponieważ dyrektor Godlewski w ‘82 odszedł z wytwórni. Później był dyrektorem naczelnym Maciej Łukowski od ‘82 do ’86, z tego co pamiętam. I później znowu przyszedł dyrektor Godlewski. Nie wiem, co się wydarzyło takiego dziwnego, ponieważ wtedy była tak zwana wolna amerykanka – to, co było niezabronione, było dozwolone. Pojawiły się w wytwórni jakieś nowe działy, jakiś marketing, reklama, pojawiły się nowe osoby z pionu dyrekcji. I to była taka miotła, która zamiatała pod wiatr i wszystkie te decyzje, które były wtedy, były dziwnymi, irracjonalnymi decyzjami, które powodowały, że ta równia pochyła, ta wytwórnia, się ciągle staczała. To już były te pierwsze zwolnienia. Ja pamiętam, że właśnie pod koniec roku ‘89 jeden z nowych dyrektorów produkcji, nie będę tu już nazwisk wymieniała, zaproponował mi przejście na gotowość. Ja wtedy miałam dziecko siedmioletnie i trzeba było przecież mieć jakieś zasoby finansowe, a Andrzej też był wtedy na gotowości i to był taki trudny czas, a zaproponował mi wynagrodzenie 7000 plus umowy, żebym ja sobie jakimiś umowami jeszcze do tej pensji mogła dorobić. 7000 wtedy kosztował sweter w butiku, w związku z czym zdecydowałam się, 31 stycznia 1989 roku, odejść z wytwórni z bólem serca. Bardzo mnie to dużo kosztowało, ale to moje odejście trwało tylko 28 dni, ponieważ 1 marca wróciłam do wytwórni. Ja trafiłam w miejsce takie, które…

Nie chcę też nawet o tym mówić, bo to była taka spółka, która działała na granicy prawa i ja nie chciałam się już tam po prostu dłużej pojawiać. 1 marca 1990 roku znowu dyrektor Godlewski przyjął mnie do pracy i wtedy już trafiłam do archiwum filmowego.

Przyszłam po raz kolejny do wytwórni i pracowałam w archiwum. Wtedy było pięć osób, potem były cztery, potem były trzy, potem były dwie i tak na dobrą sprawę ja już zostałam w zasadzie na końcu sama. I w 1994 do wytwórni przyszedł nowy dyrektor Andrzej Traczykowski. wytwórnia już nie liczyła oczywiście 600 osób, bo wszyscy realizatorzy przeszli do Łódzkiego Centrum Filmowego po to tylko, żeby ich po kilku miesiącach zwolnić. Ja byłam w tej wytwórni, znaczy w archiwum filmowym. A ponieważ magazynier był w wieku ochronnym i nie można było go zwolnić, Andrzej Traczykowski zdecydował, że zwolni mnie.

A wtedy zwalniali wszystkich i wtedy rzeczywiście nigdzie nie było żadnej pracy, bo bezrobocie było ponad 20%, a tak na dobrą sprawę ja nic nie umiałam, bo cały czas w tej wytwórni. Miałam dużo szczęścia, ponieważ jedna z redaktorek, Teresa Oziemska, wstawiła się za mną, poszła do dyrektora, właśnie Andrzeja Traczykowskiego, z taką propozycją, że jeżeli chodzi mu o ten jeszcze jeden etap, bo już tam resztki zostały, 20-kilka osób w tej wytwórni już w ‘90 roku zostały, jeżeli chodzi mu jeszcze o ten jeden etap, to ona odejdzie, bo jest w wieku emerytalnym, ale żebym ja została. Tak się stało i ja zostałam. Pracowałam tam do stycznia 2011 roku.

To był taki trudny czas, kiedy w sklepach nic nie było, a ja jestem osobą, która potrafi wykorzystać znajomości dla swojego celu. A ponieważ kierownicy to byli tacy ludzie w tamtym czasie, przed którymi wszystkie sklepy, magazyny, instytucje się otwierały. Więc jeżeli był jakiś problem, a na półkach sklepowych nic nie było, to się szło do kierownika i się prosiło: ,,Słuchaj, nie mam szampana na sylwestra”, albo ,,Kartki na cukierki dla dziecka się skończyły”, albo na przykład ,,Nie mam ciśnieniomierza dla moich rodziców, którzy wymagają takiej opieki”. Wszystko zawsze było, kierownik zawsze pomógł i nie było z tym problemu. Także to takie było trochę opłacalne w tym czasie.

Największe wyzwania i trudności były właśnie w archiwum. Wtedy, kiedy trzeba było szukać ujęć, bo wytwórnia nie wypożyczała tylko filmów, najczęściej wypożyczały DKF-y, ale też sprzedawała ujęcia. Nie było komputera, ujęcia nie były spisane, wszystko się robiło po prostu na piechotę i ręcznie. Czyli jeżeli ktoś szukał, nie wiem, dzika zimową porą, czy jelenia na rykowisku, albo niedźwiedzia w górach, ktoś szukał poety, pisarza, malarza, nie wiem, kogokolwiek, to ja musiałam sobie w tych katalogach wszystko to poszukać, spisać sobie tytuły, w których ewentualnie takie ujęcia, te postaci są i na stole montażowym oglądać. Ja na tym traciłam kilka, kilkanaście godzin. Było miło i sympatycznie, jak się takie ujęcia znalazło, bo wszyscy byli zadowoleni – ja, że prace wykonałam, ktoś, komu znalazłam to ujęcie i dyrekcja, że wpłynęły pieniądze na konto. Ale dużo frustracji było wtedy, kiedy przesiedziałaś przy tym stole kilkanaście godzin, nie robiłaś czegoś innego, oglądałaś, oglądałaś, oglądałaś, nie znalazłaś niczego, co tego klienta by zadowoliło, bo znalazłaś mu tego dzika przysłowiowego, który idzie na kamerę, on ma iść na kamerę i wszystko jest w porządku, ale pada śnieg, a on tego śniegu nie potrzebuje. I cała robota na nic. Więc to takie było frustrujące, bo pracowałaś, pracowałaś, pracowałaś i w końcu wykonujesz telefon do klienta i mówisz – niestety nic nie znalazłam, a klient się denerwuje, że ja najprawdopodobniej nie do końca byłam dokładna w poszukiwaniu tego dzika. To były właśnie te największe wyzwania.

Te kolaudacje na początku też mi dużo dały, bo przecież my robiliśmy filmy z różnych dziedzin. Do tego czasami na przykład jeszcze, kiedy byłam w pionie produkcji, od czasu do czasu przychodzili realizatorzy, oczywiście nie wszyscy, było ich kilku, którzy opowiadali, dlaczego akurat robią takie, a nie inne filmy: dlaczego o narkotykach, dlaczego takie trudne właśnie o alkoholikach, o dzieciach czy o młodzieży, które mają problemy psychiczne. Właśnie dlatego, że kiedyś w młodości spotkali takich ludzi, albo sami też doświadczyli tego, znali ten temat z autopsji. Im łatwiej było realizować takie filmy, one były prawdziwe, takie realne. To nie był film gdzieś tam przeczytany, jakaś informacja w książce naukowej, jak to wygląda. Oni to znali, bo w tym siedzieli. Dlatego te filmy ich były takie prawdziwe, realne i rzeczywiście bardzo dobre. My przecież na wielu festiwalach zdobywaliśmy mnóstwo nagród. Tych nagród było ponad 1200 przez te wszystkie kilkadziesiąt lat trwania wytwórni.

Ja myślę, że wszyscy pracowali równo. Ekipy się dobierały. Zawsze reżyser dobierał sobie operatora i kierownika produkcji. To były takie klany, takie rodziny, które zawsze praktycznie – kierowca nawet – zawsze się starali, żeby ta ekipa była taka rodzinna. Wtedy wszyscy wiedzą, kto od kogo czego może się spodziewać, kto co potrafi i żeby pewne sprawy, takie może poufne, nie wychodziły poza krąg tej ekipy, która wyjechała na zdjęcia. Lubiłam Jana Kolskiego. Wtedy, kiedy Maciej Łukowski przeszedł do wytwórni w ‘82, pościągał właśnie bardzo dużo młodych ludzi ze Szkoły Filmowej. Wtedy film był realizowany inaczej. To była nowa krew, taka nowa odsłona i spojrzało się na film troszeczkę inaczej, bo my mieliśmy takich realizatorów z lat 50., 60., jak Gordon na przykład, czy Bochenek. A tu weszli młodzi, nowi, którzy trochę inaczej uczyli się. Nawet operatorzy inaczej kadrowali obraz, niż ci starsi, bo wtedy to był taki dojazd-odjazd, dojazd-odjazd, trochę na lewo, trochę na prawo. A po ‘82 właśnie pojawili się nowi i ten obraz był rzeczywiście trochę inaczej realizowany.

To był taki czas PRL-owskiej siermiężnej pracy. To były maszyny do pisania starego typu. Nie było wtedy jeszcze maszyn elektrycznych. O komputerach to nie było mowy. Były stare biurka, stare szafy, stare segregatory. Ale my nawet nie wiedzieliśmy, że może być inaczej, że może być wygodniej. Także nikomu to nie przeszkadzało, że tam gdzieś jakieś drzwiczki w szafie ciągle wypadały albo, nie wiem, firanki się zrywały. Był bufet. W tym bufecie się wszyscy spotykali. Kierownicy produkcji mieli bardzo fatalne warunki pracy, bo to były bardzo maleńkie pokoiki, w których było po kilkanaście osób. Każdy kierownik produkcji miał pół biurka. To były taki mały sekretarzyki. Pół biurka było jego, a pół kolegi i oni się tam cały czas popychali, przepychali i jeżeli ktoś miał więcej pracy, to po prostu schodził do bufetu i tam robił te swoje kosztorysy, i przygotowywał się do zdjęć. Warunki były fatalne. I mnóstwo papierosów, które były na porządku dziennym tam, że ciężko było nawet w takich warunkach pracować. Działeczki nawet były. Ja z Andrzejem uprawiałam pomidorki na końcu wytwórni. Takie niewielkie działeczki zaanektowane właśnie były pod uprawy.

Cóż ci mogę powiedzieć. Siedziałyśmy zawsze albo we dwie, albo we trzy. Nie było takich warunków jak w tej chwili są, że jest jakaś tam hala wielka i siedzi 200 osób na tej hali, i każdy ma taki mały boksik. Tak to wyglądało. Był bufecik, ale w tym bufeciku w tamtych czasach to raczej nic nie można było specjalnie kupić, nie było niczego do jedzenia, także to po prostu było takie miejsce spotkania kadry realizatorskiej. Jak kogoś nie mogłaś trafić u siebie w pokoju, to wchodziłaś do bufetu, żeby tam go ewentualnie spotkać.Dostawaliśmy ręczniki, mydło, herbatę. To takie były przydziały comiesięczne. Czajnik był na korytarzu. Wtedy nie było czajników elektrycznych takich, jak są teraz, więc był taki olbrzymi czajnik, nawet dwa takie olbrzymie kilkunastolitrowe, olbrzymie te czajniki, tam był podłączony gaz, albo prąd i cały czas ta woda się gotowała. I żeby sobie zrobić herbatę, to trzeba było przejść przez cały korytarz, nalać sobie szklaneczkę i wrócić do pokoju, bo robota czeka.

Ja akurat ze swojego okna miałam, kiedy pracowałam w produkcji, piękny kasztan i zaraz tam było przedszkole, do którego uczęszczał mój syn, więc od czasu do czasu mogliśmy sobie pomachać. On stał przy płocie, ja pod oknem i sobie tam machaliśmy. A jak pracowałam w archiwum filmowym na końcu wytwórni, jeszcze wtedy na początku, to w moje okna wchodziły winogrona i można było sobie pojeść takiego dzikiego winogrona.

To była taka przestrzeń na końcu wytwórni. Na końcu wytwórni był tak zwany ,,bunkier” i przy nim było sporo tych działeczek. To po prostu był wolny teren. Dlatego przed bunkrem i za bunkrem była duża przestrzeń, ponieważ w bunkrze gromadzona była taśma łatwopalna. Taśma, której niczym nie można było ugasić. Przecież w latach 40., 50. wszystkie taśmy były łatwopalne, nie było innych nośników. I to był taki bunkier, jeden taki półokrągły korytarz i małe boksy, takie kilkunasto- może dwunasto -, trzynastometrowe półeczki i tam były te filmy, takie grube, stalowe jak w bunkrze. I oczywiście przed tym właśnie bunkrem były te działeczki. To było takie miejsce, jeszcze ogrodzone, do którego pracownicy tak na dobrą sprawę nie mieli wstępu.

Ja się zawsze zastanawiałam, jak odbywały się projekcje na takiej taśmie, kiedy wystarczyło cokolwiek, jakaś wyższa temperatura, żeby taśma się zapaliła. Przecież na stole montażowym te taśmy też były oglądane, więc zawsze się zastanawiałam, jak to się działo, że nigdy nie było samozapłonu. Ale nie było. Działałaś pod taką presją, żeby jednak uważać, żeby się nic nie stało, nic się nie zadziało. Podobno tej taśmy niczym nie można było ugasić. Czasami sprawdzaliśmy, odcinaliśmy kawałek taśmy i wtedy trzeba było ją tam butem mocno poprzygniatać, ale to takie małe kawałeczki się gniotło i dalej się paliła, żeby sprawdzić, która taśma jest łatwopalna, a która nie.

Być może choinki były, ale ja byłam tylko na jednej choince. Mój syn miał wtedy około czterech-pięciu lat. To była końcówka lat 80. To była jedna taka organizowana choinka poza wytwórnią. Ale od czasu do czasu pamiętam, że były organizowane takie na terenie wytwórni. Ale ja nie wiem czy ja byłam jakaś aspołeczna, w każdym razie jakoś nie uczestniczyłam w takich wydarzeniach. Natomiast jeżeli chodzi o wczasy, to mieliśmy domki. Też te domki były takie drewniane, siermiężne, one były z wody, tam jakaś była studnia, gdzieś niedaleko Łodzi za Tuszynem, w Rydzynkach. Ale ja też tam nigdy nie byłam. I wiem, że były też wczasy nad morzem. Najprawdopodobniej mieliśmy jakąś umowę podpisaną z domem wczasowym, ale nawet nie wiem, jakie to było miasto, bo ja też z tego nigdy nie korzystałam. Były premie. Wytwórnia była taką instytucją bogatą, która nie szczędziła pieniędzy, jeśli takowe miała. Ta produkcja była duża, więc te pieniądze rzeczywiście też były spore. Nie pamiętam, czy to były premie kwartalne czy miesięczne, ale były. Były dla twórców nagrody. Przecież nagrody po skończeniu filmu, nagroda artystyczna, nagroda ekonomiczna. I ta nagroda ekonomiczna najbardziej była przydatna wtedy, kiedy kierownik produkcji zaoszczędził na realizacji filmu, więc każdemu zależało na tym, żeby trochę tych pieniędzy zaoszczędzić, bo te pieniądze były częściowo przekazywane na konto wytwórni, ale generalnie większość trafiała do członków ekipy. Więc to też był taki miły na koniec prezent.

I na koniec roku zawsze była aktywizacja, spora premia dla wszystkich pracowników biurowych, bardzo transparentna, bardzo sprawiedliwa. Były wywieszane listy wszystkich pracowników na parterze w gablocie: dział, nazwisko i kwota. Także nikt nie mógł stwierdzić, tak jak dzisiaj, że ten dostał nagrodę większą, a ten pracownik został potraktowany jakoś mniej sprawiedliwie. Wszyscy wisieli. Ja pamiętam taki rok, kiedy zostałam pozbawiona 50% aktywizacji i wisiałam na takiej osobnej liście z największymi pijakami wytwórni, ponieważ wtedy dyrektor Łukowski, który bardzo walczył z alkoholem, natrafił na taką grupę redakcji, która po prostu raczyła się alkoholem, ale w niewielkich ilościach, to były jakieś tam imieniny, coś takiego.

A ponieważ dyrektor był osobą niepijącą, był abstynentem, więc alkohol i zapach alkoholu mu przeszkadzał. W związku z tym ci pracownicy zostali pozbawieni 50% pensji, a ja, ponieważ nie wykonałam jakiegoś zadania na czas, również zostałam pozbawiona części pensji. Do dzisiaj pamiętam i ubolewam, ponieważ ja jestem praktycznie abstynentem i wisiałam z tymi największymi pijakami, i mówię: „Boże, to jest dla mnie strasznie niesprawiedliwe”. Ja to do dzisiaj pamiętam.

My też się poznaliśmy zupełnie przypadkowo. Jakoś tak zaiskrzyło, tak się zdarzyło i tak wyszło. Ja po roku pracy, dokładnie w pierwszą rocznicę pracy w wytwórni wyszłam za mąż. To był 1 sierpnia 1981 roku. Tylko nie pamiętam, czy wtedy jeszcze pracowałam w redakcji, czy już pracowałam w pionie produkcji. Czasami los płata nam figle i jakiś przypadek rządzi naszym życiem, bo gdybym nie trafiła do wytwórni, nie poznałabym Andrzeja, nie miałabym takiego fantastycznego syna, jakiego mam. Także trochę się działo. Było kilka małżeństw, ale to takich filmowych, bo ja przecież byłam pracownikiem produkcji czy pracownikiem biurowym, więc my nie do końca byliśmy takim małżeństwem filmowym. Ale była Basia Bartman-Czecz, reżyser, Janusz Czecz, operator, Ela Skrzydło, montażystka, Leszek Skrzydło, reżyser, Hania Kisiela, montażystka, nie pamiętam, jak jej mąż miał na imię, on był chyba operatorem, Hanka Nawrocka, też montażystka, Andrzej Nawrocki, operator. Trochę tych małżeństw filmowych było w wytwórni.