Przejdź do treści

Jerzy Rezakiewicz – rekwizytor. Urodzony w Łodzi. Zawodowo związany z Wytwórnią Filmów Fabularnych w Łodzi. Początkowo występował jako statysta na planach filmowych, m.in. podczas kręcenia „Krzyżaków” (1960) w reżyserii Aleksandra Forda. Następnie  pracował jako rekwizytor przy realizacji takich filmów, jak „Przypadek Pekosińskiego” (1993) w reżyserii Grzegorza Królikiewicza, „Łagodna” (1995) w reżyserii Mariusza Trelińskiego, „Kariera Nikosia Dyzmy” (2002) w reżyserii Jacka Bromskiego, „Zróbmy sobie wnuka” (2003) w reżyserii Piotra Wereśniaka, „Zabić bobra” (2012) w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego.

Nazywam się Jerzy Rezakiewicz. Mieszkam w Łodzi. Tutaj, gdzie mieszkam, to jest po rodzicach posiadłość. Z zawodu jestem technikiem ekonomistą, kaletnikiem. Mama chciała, żebym krawcem był, ale niestety na rogu Kilińskiego, pamiętam do dziś tę kamienicę, chodziłem w czynsz i pan krawiec, jak mama przyszła, już po kilku tygodniach, to mówi – ja słyszałem, drzwi były otwarte – mówi, że: „Wie pani, on chyba to dla pani robi, bo on się stara, ale z niego krawiec nie będzie”. No i potem poszedłem na kurs. Chciałem mieć jakiś zawód. Mama strasznie chciała, żebym miał zawód, jak to starsi ludzie. No to zrobiłem kurs dwuletni, kaletniczy galanterii skórzanej, dokładnie. No i potem w 1960 roku w styczniu nie było pracy. Kręciłem się po Łodzi. Koledzy tam, gdzie mieszkałem, na Berlińskiego, dawniej Pieprzowa, było to na Bałutach, w takiej studni, bo tutaj mieliśmy wypadek. Pożar był, spalił się dom nam. I tam mieszkaliśmy pięć lat. I koledzy mówią: „Ty powinieneś statystować, ty brodę masz…”. I zapisałem się. Była taka agencja – to nie była agencja – to było Biuro Ewidencji Statystów. Pani Wyglińska była, na Łąkowej. Fajnie było tam. I zapisałem się, dostałem natychmiast wyzwanie. I widocznie fotogeniczny byłem. Często statystowałem. No i po prostu zakochałem się, jak zobaczyłem tak zwany „Tramwaj” kiedyś w Wytwórni Filmów Fabularnych. I w tym „Tramwaju” było stolików pełno i tam wszyscy aktorzy siedzieli. Aktorzy kawkę pili, bar był po prawej stronie. No to było cudowne. Tam Niemczyk, Karewicz, jak dzisiaj przypominam, Kalenik. Byłem zafascynowany. I postanowiłem sobie, że muszę tutaj pracować. I po statystowaniu, po tym drugim i wiosną, zaczynają się sezony filmowe. I chłopaki mówią: „Jurek…” – bo w gazecie przeczytali, w dzienniku jakimś łódzkim, że potrzebują tam na sezon do sztukatorni – „No idź, zobaczysz co”. No i poszedłem, zgłosiłem się. Przyjęli mnie, pracowałem na sezon, a ponieważ się dobrze spisywałem i pojęty byłem, to na drugi sezon znowu zadzwonili, a trzeci raz to już mnie przyjęli na stałe w sztukatorni. I pracowałem chyba cztery lata w sztukatorni. Budowaliśmy przepiękne dekoracje. To było prawdziwe atelier wtedy. Wycieczki przyjeżdżały, oglądały dekoracje do Marysi i Napoleona. Sala balowa. Zarzycki kręcił film Klub kawalerów, pamiętam na tej największej hali, już nie pamiętam, która to hala, zrobili dwie ulice w Krakowie. I z Drezna ściągnęli samochód taki spalinowy, z początku XIX wieku. I ten samochód jeździł. Tam duża brama jest na tej hali. I jeździł. Przepiękny. Brusikiewicz grał tam, pamiętam, Kobuszewski, Maj. Najcudowniejszy okres w moim życiu. Wtedy w filmie, w Wytwórni filmów. I ze sztukatorni przeszedłem do inscenizacji. Prowadziłem ten ogromny skład rekwizytów, ale to roznosiło mnie trochę. Ja dbałem, konserwowałem te rekwizyty, naprawialiśmy i przeszedłem do inscenizacji na rekwizytora. Jeździłem z ekipami, parę filmów zrobiłem, ale małżonka mówiła, że chciała w domu, żebym był, bo córeczka się urodziła. No i postanowiłem, że w domu zostanę. A w filmie pracowałem w dalszym ciągu. Na stałe znowu wróciłem do składu rekwizytów. No i pracowałem do 1999 roku.

I statystowałem w tych Krzyżakach. Krzyżaka statystowałem. „U wielkiego mistrza, pamiętacie, bo chcę sobie zdjęcie zrobić”, żeby zatrzymali film i chcę… Mówią, że można klatkę złapać, prawda. I chcę sobie do swojej kolekcji wstawić to. Ja do szkoły muzycznej też chodziłem, bo grałem na akordeonie, to kierownik produkcji pytał się, kto jest ze szkoły muzycznej. No to ja też podniosłem rękę. Bo tam na fujarkach graliśmy. Jesteśmy u wielkiego mistrza i tam ci lilipuci tańczą po tych stołach. Muzyka gra na tych lutniach. No i tak jak pani mówi, że po tym filmie, to sobie przyrzekłem, że muszę tutaj pracować i pracowałem. Do 2000 roku. A bo mówiłem, że z Łodzi jestem, tak? Że tutaj stąd. Tylko w 1945 roku rodzice wyjechali, bo tu ciężko w Łodzi było i wyjechaliśmy na ziemie odzyskane. Do Bielawy, taka miejscowość w powiecie Dzierżoniowskim. Szkołę podstawową ukończyłem, technikum zawodowe, mechaniczne też. I rodzice wrócili tutaj. Tam mieszkaliśmy od 1945 roku po wyzwoleniu. W 1958 w grudniu, jak dzisiaj pamiętam, wyjeżdżałem stamtąd ze łzami w oczach, bo tam dzieciństwo spędziłem i szkołę podstawową i technikum. A tu nikogo nie znałem, bo wróciliśmy i wyjechaliśmy z Łodzi w 1945. To już mówiłem, że właśnie pracy nie było, to trafiłem do statystowania w Krzyżakach. Potem w różnych wielu filmach statystowałem. To była przyjemność, no i też zawsze parę groszy wpadło. Ciężkie czasy wtedy były, przecież w latach 1971-1972. Bardzo dużo ich… Biuro Angażowania Statystów chętnie zatrudniało, bo wiedziało z kim mają do czynienia, jak nikt obcy nie przychodził. Sami koleżanki i koledzy. W Thaisie też bardzo dużo statystowało dziewczyn naszych z Wytwórni. Urlop się brało. Albo tam nieraz poprosiło kierownika na dwie godziny, bo statystowanie to nie było cały dzień nieraz. Nieraz tylko w mieście trzeba było pojechać. W niedzielę się statystowało, grali. Przyjemne to było, zresztą nie wyobrażam sobie innej pracy w życiu. I teraz w dalszym ciągu to we mnie jest. Chodzę po pchlim targu, skupuję rekwizyty. Żona krzyczy, że: „Pojechałeś po popielniczkę albo po garnuszek?”. Mówię: „Tak, po garnuszek pojechałem”. A nieraz się coś trafi fajnego, ciekawego. Ludzie z domu wynoszą na pchli targ. Książkę kupiłem… nie wziąłem tutaj. Książkę bardzo ciężko zdobyłem. To jest wyposażenie chaty wiejskiej w latach –  koniec XIX wieku. Bardzo ciężko zdobyłem. Syn mi zdobył na Allegro i tam nawet używał. I z tej książki to odtwarzam rekwizyty. Takie, których rekwizytorzy nie mają. Bo ponieważ jest duża konkurencja, no to chcę mieć inne rzeczy po prostu. Co na rynku nie ma tego i ciężko znaleźć jest.

Jak ja zostałem zwolniony, to ja strasznie to przeżyłem. Bo ja tylko jeden taki z magazynu zostałem zwolniony. Przeżyłem to strasznie i po tygodniu doszedłem do siebie, ale musiałem się otrząsnąć jakoś jednak. I zacząłem właśnie działać prywatnie, tak jak wielu innych kolegów. A firmę to założyłem na małżonkę, dlatego że ona po prostu w księgowości jest lepsza i pilnuje, jest dokładna w tych rzeczach. I na miejscu cały czas jest. A jak nieraz wyjadę gdzieś, to przyjadą koledzy. Otóż naszykowałem kolegom rekwizyty. Dzwonią i „naszykowane dla Rzepeckiego”. Zna pani Rzepeckiego Grzegorza? Na pewno, ze słyszenia. To jest rekwizytor, który zrobił chyba najwięcej filmów w Polsce. Właśnie do mnie lubią przyjeżdżać dekoratorzy i scenografowie. Bo mówią, że: „U Pana to jest tak tematycznie, jak są garnki z XIX wieku, emaliowane pekaty, których już teraz nie ma nigdzie, to wszystkie garnki są w jednym”. I jak dekorator przyjeżdża, to nie męczy się. I często mi się to ostatnio zdarza, że nawet jak Niemcy byli, to powiedzieli, że nie widzieli takiego, no już mówiłem właśnie, że tematycznie poukładanych rekwizytów. Rekwizyty tak. No wszystkie gromadzę. Tylko tak jak powiedziałem, że tematycznie poukładane, żeby nie mieli kłopotów scenografowie i dyrektorzy wnętrz. Na przykład tam jest półka, tam jest taka ściana i na tej ścianie są wszystkie półkowieszaki. I on sobie przychodzi i mówi: „Boże, jak fajnie”. On mówi: „O to sobie wezmę to i tamto”. A koledzy, niektórzy nie mają czasu na to, bo oni mają wypożyczalnie rekwizytów, kiedyś nie mieli. I robią film i puszczają swoich rekwizytorów tam: „Idź tam, poszukaj sobie, znajdź sobie”, tam każdy bierze. Potem jak zdają, nie mają czasu. Jest taki rekwizytor, bardzo dobry rekwizytor Żuberek Eryk, znany to jest potentat rekwizytorski, jak Rzepecki. No to oni nie mają czasu na układanie. Na sprzątanie, na układanie i tam rzucają. A ja to sobie chodzę. Sprzątam wieczorami, rano wstaję, o godzinie 24:00 się kładę spać, o 6:00 rano wstaję.

Ja to byłem jedynym chyba, może z niewielu jedynych, co się dostał przez przypadek, tak jak ja mówiłem, że postanowiłem sobie tu pracować. Ale potem, jak dłuższy czas pracowałem, to czuło się i widziało się, że to wuje, tam ciotka, tam szwagier. Całe rodziny prawie pracowały. Jak to się rozpadało, dopiero się potem też jeszcze to wszystko wyklarowało. Bo może nie wiedziałem, że to rodzina jest. Przecież małżeństwa były, które wyjeżdżały razem. Często razem wyjeżdżały. Kostiumograf, charakteryzatorka, scenograf. Fajnych ludzi lubiłem. Bolesław Kamykowski, nie wiem, czy słyszała pani. Niesamowity człowiek. I małżonka była charakteryzatorką jego. Zapomniałem, że się nazywa Hanna. Miło się wspomina tych ludzi, Kamykowskich, Wybult, scenograf Wybult. [Koleżanki] W plener wyjeżdżały. Brały tam opiekunki różne, pamiętam sobie panie charakteryzatorki, babcie jechały, wynajmowały im pokoje i w plenerach były całe rodzinki. No takie fajne życie filmowe, rodzinne. W ogóle film to taka wielka rodzina, bo to dużo spędzają [czasu] na planie. Ja w sztukatorni pracowałem, to byli tacy starsi sztukatorzy, którzy z pokolenia na pokolenie były sztukatorami w Łodzi. To byli Osmulscy, taki klan Osmulskich, ale to byli wybitni fachowcy. Takich już teraz nie ma. Później Krauze Jurek – to stolarze byli. Rozmawialiśmy, że całe rodziny pracowały i zawody powielały. Niektórzy studiowali, dzieci zostały operatorami. Piękny okres w moim życiu, najpiękniejszy. Ale ja sobie teraz nadrabiam tym wszystkim. Jak robię te rekwizyty, naprawiam, to miłe wspomnienia są. I wtedy wiem, że moja praca tam jeszcze będzie żywa gdzieś. Przy jakimś filmie. Znajomi przyjeżdżają i mówią: „Słuchaj, widzieliśmy, co tam spaliśmy u ciebie na tym łóżku”. Przy filmie. Film oglądali.

Tak jak pani mówiłem, zafascynowała mnie ta atmosfera, jak statystowałem w lutym 1960 roku. W 1960 roku. To końcówka była kręcenia Krzyżaków. Końcówka, tak pamiętam, końcówka. Potem premiera była chyba w marcu, to poszliśmy na to z kolegą. Jak tam właśnie statystowałem, ja zobaczyłem tę atmosferę filmową tych aktorów, to tak jak mówiłem, przyrzekłem sobie, że tu muszę pracować. No i tak się starałem, że pracowałem. A jak mieszkałem na tych terenach zachodnich, to lubiłem bardzo filmy. Nie wiem, pani nie kojarzy. Taki film był Czerwone łąki. Nie pamiętam, to był NRD-owski film. Niesamowity film. Czerwone łąki. O maltretowaniu, torturowaniu więźniów w obozach. No Upadek Berlina. Nie wiem, czy pani kojarzy taką historię Upadek Berlina. Wszyscy lataliśmy z karabinami maszynowymi. „Alosza, hura!”. Tam, gdzie mieszkałem, w tej miejscowości, w Bielawie, to były dwa kina. To przepiękna miejscowość w Górach Stołowych. Kino Ludowe i kino Słowianin. Ja mieszkałem na Górnej Bielawie, przy Placu Kościelnym, to było kino Słowianin. Żadnego kina już nie ma, tam jest teraz plebania, w tym kinie Ludowym. No to miałem kino pod nosem. A bileterka, to sąsiadka nasza była, bileterka, co wpuszczała do kina. Albo dziurkę taką robiliśmy, jak balkon był, to z drugiej strony było wejście i dziurkę wywiercili i patrzyliśmy się na ekran, jak nie chcieli nas wpuścić. No takie urwisy trochę byliśmy z kolegami. No bardzo dużo do kina chodziłem w tej Bielawie. Wszystkie filmy lubiłem. Ale najbardziej to były takie melodramaty. Nie wiem, może to śmieszne, ale mówię pani, oglądam Znachora kilkadziesiąt lat. W święta. I się śmieje rodzina ze mnie. „Tata, no przecież ty już kilkadziesiąt lat oglądasz”. I przychodzi ten moment, tam w tych dialogach, ja mięknę i nie wiem. Tylko się chowam albo zaciskam [mężczyzna zakrywa oczy] i udaję, że się poprawiam. Taki miękki jestem. No… ja przyjechałem z tej Bielawy, to byłem na filmie Człowiek z zaświatów. Pamiętam ten film, bo to o takich dwóch podobnych facetach, którzy się zgubili. Bliźniacy to byli. Jeden był dobrym człowiekiem, a drugi zły. Pamiętam, pierwszy raz widziałem film panoramiczny i kolorowy w życiu. W życiu wtedy, bo w Bielawie to nie było takich ekranów. Facet, który szedł śniegiem w takim zamku przez komin wchodził i spadł, i wkręcił się do rodziny. Piękny, ogromny film, stylowy, tradycyjny. Kina – do Bałtyku, do Wolności. Do tych dwóch kin najbardziej chodziłem. Tam było takie kino letnie, chyba Tatry się nazywało, tak? Właśnie pamiętam jednak. To na Sienkiewicza było kino letnie, tak. A zdarzało mi się, jak tu gdzieś do remizy poszliśmy, tak dla hecy poszliśmy. Film leciał, nie pamiętam, nie wiedziałem co robić, skoro poszliśmy do remizy, ale w pewnym momencie przerwali, bo pożar był. Przerwali, ekran zdjęli i do pożaru wyjechali.

Mieliśmy bilety pracownicze. Cztery, podwójne, bez kolejki. I wkładka była pracownicza, było dziesięć kuponików. No bilety to była fajna sprawa, bo to taki człowiek był dumny. Bez kolejki to się chodziło, nie zawsze tam ktoś marudził, ale ja zawsze grzecznie, spokojnie podchodziłem. I za te bilety to się dużo rzeczy załatwiało. Gdzie się pojechało, to był bilecik. Każdy był zadowolony. Ale to były inne czasy, ludzie bardzo życzliwi byli. Jak z filmu, no to trzeba pomóc. Teraz to nawet się zdarza, że zatrzasną, jak powiedzą z filmu, przed nosem w drzwi, bo nie chcą pożyczać. To wina rekwizytorów, bo po prostu zdają im nieuczciwie, nie dbają o rekwizyty. Ludzie nie chcą mieć pieniędzy, tylko żeby nie niszczyli. Ja miałem taki przypadek, taki byłem z siebie zadowolony, bo kolega mówi: „Ja cię zaprowadzę do Grand Hotelu, bo ja tam często pożyczam”, mówi. Pojechaliśmy i mówię, no bo ja coś już robiłem, nie pamiętam co. I on mówi: „A pan? A pan co tutaj?”. A to mi wstydu narobił właśnie. Ja mówię, że daję sobie spokój. On obrusy pożyczał do jakiegoś filmu, z Grand Hotelu, z kawiarni i poplamił je winem. I złożył, i nie powiedział tego. No, a ja pożyczyłem, potem ja go oddawałem. Mówię, czy mogę. Kiedyś pojechałem z kwiatami i jeszcze coś pani załatwiłem. Pan mówi, że zawsze mogę przyjechać. To tak się człowiek dobrze czuł. Wyrobiłem sobie miejsce do wypożyczania rekwizytów. Dużo miejsc, kolekcjonerów prywatnych. Jak pojechałem, to bez żadnego problemu miałem pożyczone. Opakowałem ładnie, elegancko. Nawet jak kiedyś pożyczałem, taki był profesor Zagrodzki, nie wiem, czy on żyje. Janusz Zagrodzki, scenograf. Na Sienkiewicza mieszkał. Fajny facet, niesamowity. I pożyczyliśmy od niego komplet mebli gdańskich, fotele i krzesła. Ja go spotkałem na ulicy. Wyszedłem na ulicę, a on szedł Piotrkowską i mówię: „Wie pan co, czy możemy obić tym innym materiałem, a potem doprowadzimy do tego stanu?”. A on mówi: „No oczywiście”. Potem mnie na wódkę zaprosił. Ja powinienem postawić wódkę, a on postawił, tak się cieszył, że mnie poznał. Pierwszy raz się rekwizytor zapytał, czy można obić i do jakiego stanu doprowadzi. Janusz Zagrodzki. Fajnych ludzi się spotykało. Niesamowitych. Pracując przy filmie jako rekwizytor też. Bo się jeździło po kolekcjonerach różnych, po zakładach pracy, po muzeach. No to fajna praca. Nie wyobrażam sobie… kolega też mój, Grzesiu Giercuszkiewicz. Czy pani słyszała o nim? Fajny człowiek, żeśmy razem pracowali z nim, to jemu też właśnie, jak powiedziałem, że z Grzesiem pracuje, to nie ma sprawy. Taki kolekcjoner słynny w Łodzi, Rudolf Wacek, nie słyszała pani? On ma galerię na Tuwima, galerię Rudolfa. Jakie on miał rzeczy, to jest coś niesamowitego. To w niektórych muzeach nawet nie ma takich. On nie żyje, córka prowadzi galerię Rudolf. Na rogu Piotrkowskiej i Andrzeja, jest taka piękna kamienica secesyjna, gotycka chyba trochę, takie małe elementy. I on piętro wykupił i ma całą galerię. I po przeciwnej stronie ma galerię. Córka ma, bo on zmarł.

No to właśnie kurs, profesor Bożym. On w środowisku to był niesamowity człowiek tak jak Sosnowski, ten Wybult, to byli o wysokiej kulturze ludzie. I o wiedzy wielkiej też. Byli z takim jeszcze przedwojennym smakiem. A taki był też Rafał Potocki. Wacław Potocki, przepraszam. Małgosia Potocka, to jest jego córka. I ona przychodziła do makieciarni i my się znamy, jak jeszcze do szkoły do liceum chodziła. To był taki kurs… Tak, dwuletni kurs, organizowany przez Wytwórnię, przez scenografów i ten profesor Bożym. On miał synów dwóch i nic nigdy nie słyszałem o nim. No bo to wtedy był… ja byłem taki jak… może nawet synowie byli starsi, fajni chłopcy. Bożym, profesor Bożym. Uroczy człowiek. Były produkcje i produkcje kupowały i wszystko po skończonym filmie szło do magazynu w Wytwórni. Wszystko. To właśnie była własność produkcji, ale to wszystko nie działało tak. Produkcja potem miała trochę potencje czasami, bo Wytwórnia zarabiała, to oni kiedyś jak kupili, to zostawili. Nie uregulowali tego, żeby dana produkcja w tym czasie sobie brała te rekwizyty bezpłatnie. Trzeba było za jakieś tam… I to wszystko szło po skończonym filmie. No niektórych faktur nie było, bo to film, tu szybko tego, inaczej nie można było zapłacić nieraz. Nieraz trzeba było bilet dać albo coś w łapę, bo to ciężkie czasy były, nie? To szło wszystko do magazynu. To Wytwórnia zarabiała na tych filmach, co produkcja zdawała wszystko, bo produkcja nie miała magazynów. Były skupy, tak zwane. To fajna rzecz, bo te skupy w tych czasach, no bo to… jak tacy, co zbierają rzeczy, to się przy okazji filmu, to się obkupili. W Krakowie, w Poznaniu, w tych miejscach takich kulturalnych właśnie jak Kraków. Na wsiach też skupy robili, na wsiach organizowali. W małych miasteczakch, kiedy jeszcze u burmistrza, nie wiem, inaczej było, w prezydium załatwiali pozwolenie, że chcą organizować skup w tym i tym dniu, ogłaszali ogłoszenia w małej miejscowości i ludzie znosili rekwizyty. Przepiękne. Z domu przynosili. Rekwizytor i dekorator wnętrz. Rekwizytor i dekorator wnętrz [jeździli]. I księgowa, tak, bo musiała pisać, rachunki wypisywać. Rekwizytor nieraz też prosił, wrzucił, wiesz, dali mu blankiecik i kupował. Do Poznania wozili. Ja też byłem na takim skupie raz z panią Karmolińską Marią. To kostiumografka. A małżonek był kierownikiem produkcji, Karmoliński. A Ela Karmolińska, to nie wiem, czy ona jeszcze pracuje, bo ona w moim wieku jest. Młodsza może jest dwa lata. Ona charakteryzatorką była. Ela Karmolińska. Nie słyszała pani, nie? Nie. Może już nawet nie pracuje.

No oczywiście nauczyłem… ja wiem, jak się rekwizytorem jest, to ja starałem się zawsze być, żeby reżyser był ze mnie zadowolony. To ja o niczym innym nie myślałem. Jak niektórzy mówili: „To czemu ty zdjęć nie robisz?”. Bo inni robili tak, jak kolega sobie ustawił lampy, to zrobił zdjęcia. A ja musiałem pilnować rekwizytów, a nie myśleć, że zrobię zdjęcia. Żałuję teraz momentami. Żeby czasem, jak statystów było dużo zginęło mi parę rzeczy, tak. Na własnym planie mi zginęły rzeczy, mój rekwizyt zginął mi. I to nie mały rekwizyt, duży. Zatrzymałem… byliśmy z Amerykanami, robiliśmy film i zatrzymałem nas w ochronie. Poprosiłem ochroniarza, żeby nie puszczali samochodów. Bo ja chcę sprawdzić, bo mi zginął rekwizyt. Duży, mosiężny. Nie będę już mówił co. I kierownik produkcji mówił: „Daj sobie spokój, to się znajdzie, może gdzieś leży”. A ja tak szukałem tego. Nie znalazł się, zapłacili mi. Ja odtworzyłem te rekwizyty, bo to były krany, nalewaki do piwa z filmu Popiół i diament. To było dla mnie tak cenne. I nie chciałem tego zrzucić. Jak Zbyszek tam w tym barze jest i piwko pije. I odtworzyłem ten nalewak. Mówię Pani, że ten nalewak zginął podczas tego planu, ale to zwinął z produkcji. To ja wiem już. Po latach się dowiedziałem. Przypadek zrządził. No są kleptomanii, jak wszędzie. Raz robiliśmy Bruno Schulza w starej fabryce, tam na Wólczańskiej i kręcił się aktor. Zginęło mi żelazko austriackie. Przepiękne żelazko, takiego jeszcze w życiu nie widziałem, z rozpylaczem takim na wodę. Pierwsze w życiu takie żelazko widziałem. I mi zginęło na moim planie, bo pomocnicy jakoś nie patrzyli się. Scenografów, o których pani mówiłem – Wybulta, Sosnowskiego. A reżyserów, no to Zanussi. Później z Kolskim, lubiłem go. Ale trochę mi przeszło. I jeszcze z Barańskim bardzo lubiłem pracować. Niesamowity facet. A małżonka to była Balbina Barańska. Energiczna kobieta. On spokojny bardzo. No i z Sewerynem. Bardzo też niesamowity facet. Spokojny, bezstresowy. Na planie to się czuło jak… takie filmy chciałem robić. Robiłem Człowieka, który nie żył [Kto nigdy nie żył]. No, to był najprzyjemniejszy i najlżejszy film w moim życiu. To był wypoczynek, to z tymi ludźmi.