Jacek Schmidt
Jacek Schmidt – reżyser filmów dokumentalnych. Urodzony we Wrocławiu w 1955 roku. Syn aktora Tadeusza Schmidta. Absolwent Wydziału Reżyserii PWSFTviT w Łodzi. Zawodowo związany z Wytwórnią Filmów Oświatowych w Łodzi, gdzie zrealizował takie filmy, jak „Hamadria” (1981), „Harnasie” (1987), „Epilog” (1988) oraz „Trwanie” (2022). W latach 2015-2016 prezes Wytwórni Filmów Oświatowych. W 2019 otrzymał Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis”.
Ab ovo to jakby pierwsza rzecz w tym kontekście istotna to jest to że jestem synem aktora Tadeusza Schmidta. Teraz już niewielu prawdopodobnie wie kto zacz, ale był to aktor dosyć popularny i dużo grający w filmie właśnie w swoim czasie, lata pięćdziesiąte szczególnie, sześćdziesiąte to do tatusia jakoś tam należało i to od razu dygresja na początku żeby powiedzieć, żebyście wiedzieli jaki jest mój styl opowiadania. Zabawne jest to bo powiedziałem przed chwilą, że mało kojarzony w tej chwili aktor. Natomiast miałem tutaj w Wytwórni Filmów Oświatowych, w której siedzimy, mojej ulubionej macierzystej firmie, takie zdarzenie z paniami nauczycielkami które były tutaj z dziećmi podczas warsztatów, że nagle mnie dopadły na korytarzu, bo się dowiedziały od kolegów kim jestem: „Panie Jacku możemy autograf dostać?”. Ja mówię: „Nie no z jakiej racji? Ja Jestem mało znanym, niewiele co w życiu zrobiłem” – „Ale nie, ale Pan jest synem Tadeusza Schmidta”. O składałem per procura autograf w imieniu tatusia. Dość na tym, że wracając do tematu głównego, siłą rzeczy, ponieważ ojciec rzeczywiście dużo grywał w czasie kiedy ja byłem malcem, na dobrą sprawę, to myśmy często, gęsto po prostu razem z mamą, zdjęcia były często plenerowe w lecie, czyli okres wakacyjny, czyli jechało się tam gdzie tatuś aktualnie kręcił film, więc w związku z tym ja jestem jakby od od dziecka obznajomiony z samą robotą filmową. Już w wieku lat 8-9 wiedziałem z czym to się je prawda, na czym to polega, że są powtórki, że są duble, że się czeka na światło, że się czeka na słońce albo na chmurę, i tak dalej jak to wszystko wygląda. Oczywiście plan traktowałem jako zabawę, atrakcje i jeden z takich pierwszych pamiętnych dla mnie właśnie filmów ojca to był film z dzisiejszej perspektywy może dwuznaczny, albowiem to były Barwy walki na bazie wspomnień niejakiego pana skądinąd znanego – Moczara. Zresztą ponoć jest to, że tak powiem, po prostu zmyślona jakby autobiografia, gdzie tatuś grał postać, zresztą główną, która była właśnie alter ego tegoż autora, ale film był fajny dla mnie, ponieważ to się działo podczas II wojny światowej, siłą rzeczy masę broni na planie, strzelające pistolety maszynowe, tetetki i tak dalej, więc ja jako ten smarkacz to 8 lat miałem chyba mniej więcej, to było w Górach Świętokrzyskich. Baza była w Świętej Katarzynie, ja dzień w dzień byłem na planie i chodziłem najczęściej obwieszony orężem. MP, tutaj pistolet za pasem takie różne zabawy, czapka z orzełkiem, tam były konie. Było trochę takich zdarzeń, była też też fascynująca obecność na przykład na planie Pana Wołodyjowskiego Hoffmana, gdzie ojciec grał Snitkę herbu Miesiąc Zatajony i tam już był full wypas, dlatego że ja raz że byłem starszy, dwa że okoliczności przyrody były fascynujące, bo to były akurat te sceny w Chreptiowie kręcone czyli w Bieszczadach de facto, w zbudowanej dekoracji no poza tym szable, działa, takie różne historie. Też o mało mnie nie zagarnęli do jednej sceny, do jednego ujęcia, ponieważ ja się szybko w jakiś żupan przebrałem i szablę sobie przywiesiłem i tak łaziłem po tym, a ponieważ byłem wyrośniętym dwunastolatkiem to asystent reżysera mnie próbował tego: „Gdzie pan tutaj?””, myślał że jestem statystą po prostu: „Gdzie pan tutaj jest? Sceny kręcimy, ujęcie”. Ledwo się wybroniłem przyznaje. Także takie obycie z filmem w moim życiu było. Obycie z filmem, obycie z teatrem. Miałem okazję oglądać spektakle na przykład zza kulis co było też dosyć ciekawe nawet wcześniej jeszcze chyba niż pojawiłem się na planie filmowym, ale nie mogę powiedzieć, żeby to w jakiś bezpośredni sposób wpłynęło na to w jaki zawód poszedłem, czym się zająłem w życiu, bo nie miałem takich, to jest zabawne trochę, ale tak naprawdę to ja nigdy nie byłem z tych co to pół życia marzyli o tym żeby być filmowcem, żeby robić filmy, żeby dostać się do Szkoły Filmowej. Nie ja jako nastolatek chciałem iść do szkoły morskiej w Gdyni, koniecznie w Gdyni, ale za to nie chciało mi się uczyć matematyki i niestety tutaj po prostu jak przyszło co do czego, no to było wiadomo, że nie dam rady, nie wystartuje, nie zdam i tak dalej, i co podkreślam i to nie jest żadna kokieteria, a tu niedawno jeden z kolegów właśnie mnie wypytywał i się łapał za głowę jak to w ogóle możliwe. Ja do Szkoły Filmowej poszedłem z braku lepszego pomysłu. Ja nie miałem żadnej namiętności do kina. Owszem do kina chodziłem lubiłem oglądać filmy. Szalenie mi w owym okresie właśnie przypadł do gustu film Hasa, który potem został moim profesorem – Sanatorium pod klepsydrą. Byłem zachwycony owszem, potrafiłem to odczuć jakoś i tak dalej.
I pierwszy wybór to już zupełnie zabawne to było, że ja składałem papiery na aktorski, po prostu na zasadzie tradycji, do Szkoły Filmowej owszem, bo bo jest blisko pod ręką, ale na aktorski – nie mam pojęcia dlaczego. Może na zasadzie właśnie kontynuowania jakiejś tradycji. Dość na tym, że dosyć szybko mnie kolega z klasy wybił z tego pomysłu, ponieważ on był bardzo uzdolniony muzycznie, świetnie grał na fortepianie Marek Zając – nie wiem co się z nim potem działo – i u niego w domu, pamiętam, przy piwie żeśmy próbowali wycisnąć ze mnie jakieś możliwości wokalne jakieś tam i tak dalej. On się w końcu złapał za głowę i mówi: „Słuchaj. Ty nie masz w ogóle szans od tej strony”, bo się okazało że uszko troszkę dębowe. I tak dalej ja mówię: „No to co? To zrezygnować?” – „A idź na reżyserię”. Pomyślałem, że co mi za różnica. Tak samo mi było wszystko jedno czy pójdę na reżyserię czy na aktorski. Przyszedłem do domu i to jest może fajna anegdotka, nie tyle o mnie, co o ojcu. Tatuś, który dużo grywał w filmie, bo ojciec był aktorem raczej bardziej filmowym niż teatralnym na dobrą sprawę, jak usłyszał, że mam zamiar właśnie zmienić kierunek, na który chce zdawać to powiedział: „No i bardzo dobrze. Nie ciebie będą ganiali tylko ty będziesz ganiał”. Innych w sensie, właśnie tych odtwórców prawda, jako ten regista. Przeniosłem te papiery, o dziwo powiem wam, że zdałem od pierwszego razu. To był taki specyficzny okres kiedy, rok 1974, kiedy można było zdawać do Szkoły bezpośrednio po maturze, dlatego że przez dłuższy czas i wcześniej i później, zdaje się, raczej to było wszystko jako już podyplomowe i musieli to być ludzie po studiach, ja się dostałem wtedy właśnie jako świeżo upieczony maturzysta. Dwóch nas było, ja i Jacek Kowalczyk, który potem też funkcjonował w branży filmowej, nie wiem szczerze mówiąc czy jeszcze jest między nami, bo już się trochę luźno zrobiło jeśli chodzi o moich kolegów na tym świecie. Słuchajcie przypuszczam, mój domysł co do tego, że mi tak gładko poszło, a egzaminy były naprawdę ciężkie. To wspominam, że to był wielostopniowy egzamin, wielodniowy, duży stres, duże napięcie i tak dalej, a ja to właśnie przechodziłem jak taki luzak, bo mnie było wszystko jedno czy ja zdam czy ja nie zdam. Słuchajcie ja mam pełną świadomość, że wielu powie, że tu się kreuje, że tego, że tamtego. Nie, tak to mówię. Tak, jak było, tak było naprawdę. Słuchajcie, więc ja miałem luz blues i to mi to mi dało zresztą, to się potem dowiedziałem od profesorów, którzy egzaminowali, że właśnie to mi dało duże przody jakby u nich, że ja się zachowywałem swobodnie, że ja nie byłem spięty właśnie, że nie objawiałem żadnej tremy przy różnych, dosyć trudnych nawet, układach tak jak jeden z najtrudniejszych etapów egzaminu, już w końcowym etapie, to było zainscenizowane sytuacji z kilkoma aktorami na scenie i według kilku linijek dialogu po prostu. Ja to zrobiłem od tak sobie i dostałem bardzo wysoką ocenę wtedy. Dość na tym, że się do tej Szkoły właśnie w ten sposób dostałem.
Byłem, wydaje mi się, że byłem w Szkole, w jej naprawdę dobrym okresie. To teraz znowu z kolei mówię jak taki stary piernik, który twierdzi że: „No kiedyś panie to było lepiej, a teraz…”. Faktem jest, że przed kilkudziesięciu lat to była zupełnie inna Szkoła, to była zupełnie inna Szkoła, ponieważ no po dzisiaj jestem w Łodzi, bywam w szkole, mam znajomych w Szkole, mam kontakty. To jest zupełnie inna instytucja, to było skromniejsze, mniejsze, bardziej ujutne powiedziałbym, a jednocześnie to była w PRL-owskiej rzeczywistości taka enklawa innego świata. Myśmy żyli na terenie Szkoły, myśmy żyli w innym świecie, myśmy byli jakby wyobcowani z tej szarej, ponurej i nieciekawej rzeczywistości. Było naprawdę fajnie, a poza tym byli wspaniali ludzie. Ja miałem takie szczęście, że moim profesorem był Wojciech Jerzy Has, moim zdaniem jeden z największych w ogóle artystów kina na skalę światową, nie tam że polską. Moim profesorem był Andrzej Brzozowski jeśli chodzi o dokument. Też wspaniały człowiek, Henryk Kluba był moim dziekanem, nie od początku, bo w pierwszym roku Jan Rybkowski, ale zauważcie państwo jaki zestaw nazwisk. Bossak jeszcze profesorował wtedy w Szkole, Karabasz – akurat Karabasz mnie nie kochał, z wzajemnością zresztą, bo zupełnie inne miałem podejście do dokumentu i myślenia o tym, ale naprawdę był to szczęśliwy czas o tyle, że się obcowało rzeczywiście z wielkimi. Po prostu z największymi właściwie w polskim kinie i to nie wiem czy to jakoś zaprocentowało. W moim wypadku słabo zaprocentowało, bo ja należę do takich, co to się dobrze zapowiadali, ale dobrze się zapowiadałem czterdzieści parę lat temu i tak zostało do dziś dzień. Teraz się na nic nie zapowiadam, no już nie będę mówił oczywiście o tym na co się zapowiadam w sensie funeralnym prawda. Szkoła była bardzo ciekawym okresem, bardzo ciekawym, ważnym i jeżeli, tak jak mówiłem przed chwilą, jeżeli mnie to moje studiowanie w Szkole, kiedy zdawałem, niespecjalnie obchodziło czy ja będę czy nie będę to trzeba przyznać, że zbliżenie się rzeczywiście do roboty filmowej, pierwsze próby, pierwsze ćwiczenia, które się robiło, oczywiście wtedy robiło się wszystko na taśmie 35 milimetrów, optycznej, prawdziwą kamerą, na Arriflexach, z prawdziwym sprzętem. Montowało się też z fajnymi montażystkami i te pierwsze efekty, wszystko jedno jak te próby się potoczyły, lepsze, gorsze te ćwiczenia, już było poczucie takie, że coś rzeczywiście z tego wynika, że to jest po prostu fajna robota i rzeczywiście twórcza, coś można osiągnąć i jednocześnie przy tym, jak się do tego dodało właśnie te fascynujące osobowości profesorskie, bo jeszcze przecież nie wymieniłem na przykład Czesia Świrtę jeśli chodzi o sztukę operatorską, którą my jako reżyserzy też musieliśmy posiąść w pewnym stopniu na pierwszym roku, czy z fotografii taką postać legendarną praktycznie dla polskiej fotografii jak Eugeniusz Haneman. Z takimi ludźmi mieliśmy do czynienia kochani. Ja nie chcę tego, nie daj boże odnosić, do obecnej sytuacji w Szkole, bo nie jedno mógłbym powiedzieć i nie byłyby to miłe słowa, w porównaniu właśnie, ale to nie moja sprawa, to już no czas się toczy, wszystko się zmienia i tak dalej. Ba, słuchajcie no muszę, bo to trzeba oddać swoje, były tak cudowne jeszcze osoby jak Maria Kornatowska czy profesor Irena Bołtuć, nota bene córka generała wrześniowego Bołtucia, która była zresztą promotorką mojej pracy dyplomowej. Uważam, że bardzo dobrze trafiłem, bardzo dobrze trafiłem i ci wszyscy, z którymi ja studiowałem, a studiowałem na roku z Julkiem Machulskim na przykład, Januszem Kijowskim, z Leszkiem Wosiewiczem, niestety niedawno zmarłym, także byliśmy w dobrym towarzystwie powiedziałbym.
Anegdotka na temat, a propos, bo wspomniałem o nieszczególnej miłości wzajemnej między mną a profesorem Karabaszem, jeśli chodzi o podejście w ogóle do charakteru filmu dokumentalnego, miałem taką zabawną sprawę z etiudą drugoroczną, która się moja nazywała Po drugiej stronie lustra i była zupełnie od czapy, bo takie filmy lubiłem. Robiłem to z też niestety zmarłym stosunkowo niedawno jako operatorem Włodkiem Głodkiem, Włodzimierzem Głodkiem, cudownym facetem. Po prostu wymyśliłem sobie, że robimy miasto nocą, bierzemy kamerę, wysokoczułą taśmę, sun gany, czyli te akumulatorowe takie światła dosyć prymitywne podówczas i krótko trzymające i łapaliśmy różne sytuacje w nocy. Chodziliśmy po Łodzi tylko nocą. To się nazywało Po drugiej stronie lustra i wyszedł z tego przedziwny misz masz, trochę śmiesznie, trochę strasznie bo to pijaczki, kurwy – przepraszam, dość na tym, że film był przedziwny i został właśnie przez Karabasza na komisie, czyli na egzaminie komisyjnym, ocenionym w następujący sposób: „Na tym roku, w tym roku są filmy dobre złe i film Schmidta”, to miało być pejoratywne, ale co na dobrą sprawę to wiecie co to może wcale nie jest tak źle. Bossak się wyraził dosadniej, bo powiedział, że zacytuję Goebbelsa, co w jego przypadku akurat było szczególnie zabawne, że jak widzi taki film to wyjmuje pistolet i strzela w ekran, także miałem takie dosyć ciekawe opinie od profesorów. No to tyle może tytułem początków.
Po pomyślnym zdaniu egzaminów do Szkoły Filmowej, mieliśmy obowiązek wedle ówczesnych, że tak powiem PRL-owskich standardów, odbyć praktyki robotnicze, tak się to nazywało, żeby nie było tak, że nam się… Mamy zobaczyć jak pracują ludzie pracy. Tylko że ktoś niezbyt roztropnie wpadł na pomysł, że my te praktyki odbędziemy w Wytwórni Filmów Fabularnych na Łąkowej, która wtedy w roku 1974 to pracowała pełną parą i to był rzeczywiście wspaniale funkcjonujący zakład. Robiło się tam x filmów. Wtedy kończył, zdaje się, w Wytwórni właśnie zgrywać Ziemię Obiecaną Wajda. To był ten czas i w Polsce ileś tam fabuł powstawało na raz. No i myśmy tam mieli obowiązek przyjść rano, na ósmą czy nawet na siódmą, co było już zupełnym absurdem, podpisać listę obecności, wejść wejściem dla roboli, że tak powiem. Przepraszam, że tak mówię, ale tak to się wtedy określało. W każdym razie dla pracowników fizycznych, przebrać się w szatni w odpowiedni dreliczek granatowy jakiś tam straszliwy i jakieś takie buciory na grubej podeszwie. Te buciory miały swoje uzasadnienie, bo raz wlazłem na gwóźdź, ta podeszwa nic nie pomogła i tak sobie stopę przebiłem. Myśmy mieli właśnie zajmować się na przykład demontażem dekoracji na halach zdjęciowych, a tych hal było kilka – różnymi takimi sprawami. Natomiast zwyczaj był taki, że po pierwsze ci co przychodzili rzeczywiście na tę godzinę, a niewielu takich było, mieli obowiązek podpisać tę listę obecności za pozostałych kolegów, którzy wiadomo było, że albo nie przyjdą w ogóle, albo przyjdą później, więc to już był pierwszy pic na wodę. Drugie, po podpisaniu tego szliśmy do „Tramwaju” tak zwanego ci co się znają to wiedzą o czym mówię, mianowicie taki najbardziej popularny barek w fabule, w łączniku pomiędzy dwoma budynkami, między głównym budynkiem i bocznym i tam żeśmy się rozwalali, bo myśmy byli i z reżyserskiego i z operatorskiego, a wtedy bardzo dużo nas przyjęli na reżyserię, kilkanaście osób, więc myśmy wypełniali pół tego „Tramwaju” i wszyscy ci, którzy mieli akurat zdjęcia, robotę, aktorzy czasem nie mieli gdzie zjeść śniadania, bo panowie praktykanci prawda tutaj robotniczy, że tak powiem jedli śniadanko. To było pierwsze. Potem próbowali nas zatrudnić do tego cośmy mieli robić rzeczywiście, czyli była hala po zdjęciach, na której była zbudowana dekoracja. Dekoracje się robiło z tak zwanych fundusów, czyli takich części zresztą pewnie do tej pory to jest w podobny sposób robione z takich jakby płaskich klocków lego, że się składa jakąś ściankę, ona jest tam malowana, zdobiona, z tyłu jest na podpórkach. To wszystko jest mocowane gwoździami, śrubami do podłóg, podłogi są drewniane no i: „To panowie, rozbierzcie to”, no to myśmy mieliśmy te łapki takie do wyciągania z takim hakiem i młoteczki. Jak żeśmy wleźli to myśmy po prostu te podpórki, a te ściany miały tak, no hale są wysokie, na dwa piętra prawie i myśmy te ściany po prostu obalili naraz pierdut, na płasko, powstała chmura kurzu i teraz przerwa na następne dwie godziny, bo trzeba było wywietrzyć halę, czyli wszystkie wentylatory na maksa. Dość na tym, to my idziemy, gdzie idziemy, do „Tramwaju” prawda, jeszcze wchodził w grę barek też wykwintny, w dźwięku. I my mamy wolne, ale jak myśmy wrócili, tak żeśmy w trymiga rzeczywiście, bo dzięki tej naszej technologii, to szału dostali po prostu ci pracownicy rzeczywiście pracujący tam na co dzień, bo oni sobie spokojnie na taką halę to dawali kilka dni. Myśmy obrobili to w jeden dzień i to był dla nich kamyczek do ich ogródka po prostu prawda, bo nagle normy im się zmieniły, więc tam interweniowali u odpowiednich szefów i kierowników.
W związku z tym przeniesiono nas na, słuchajcie za Wytwórnią, w tę stronę gdzie jest teraz ten tam Tobaco Park i dalej te wszystkie osiedla, były ogromne takie składowiska plenerowe rekwizytów, fragmentów, głównie fragmentów dekoracji. Mieliśmy tam porządkować. Jak to było lato, chyba sierpień myśmy tam szli, to nam bardzo dogadzało. Tam myśmy sobie szli wywalaliśmy się po prostu na tych dechach, opalaliśmy. Wybrany czy wylosowany, po zrobieniu składki leciał po piwo do najbliższego sklepu i tam żeśmy spędzali resztę dnia na tym, ale to nie koniec atrakcji. Odkryliśmy szybko przez wizyty właśnie w Pałacu Dźwięku, że tam się można załapać na tak zwane sklejki. Mianowicie takie gwarki, gdzie było opracowanie filmu właśnie, w sali synchronizacyjnej, że tutaj aktorzy podkładają głos, a jest na przykład nie wiem kawiarniana scena i musi być szmerek dookoła. Stawaliśmy przy tym i za każdą sklejkę dostawało się całkiem ładne pieniądze. Jedna sklejka to było jedno kółko takie właśnie do opracowania, tych sklejek było po kilka, więc myśmy się łapali bardzo często na to. Ja się nawet i to już jest komiczne, bo ja się załapałem na sklejki, nie wiedząc o tym, przy serialu, w którym mój ojciec grał. To był Karino i tatuś też był obecny na tym i pamiętam jak mnie tatuś kopnął w tyłek właśnie bo już dali widocznie, że syn Tadzia no to: „Słuchaj to powiesz tutaj kwestie, że pan stolarek miał wypadek na przeszkodzie szóstej”, taki miałem tekst. I coś tam, pechowa była ta sklejka, bo ciągle ktoś nie trafiał w synchron. Jak wreszcie wszyscy trafili, to x razy powtarzane było. To ja stwierdziłem, że ja źle tego i mówię: „Przepraszam, ale ja chyba tu…” – „Cicho bądź, jak nic nie mówią, to nic nie mów no!”. No także bardzo bardzo owocne były powiedziałbym praktyki robotnicze. Wiem tylko, że potem już to były zdaje się ostatnie praktyki robotnicze jakie były dla studentów szkoły filmowej na Łąkowej, bo mieli po naszej grupie serdecznie dosyć co też no jakiś tam wyróżnik życiowy. Wiem, że moja żona, która… żonę poznałem z kolei, bo była na wydziale operatorskim, która zdała do Szkoły dwa lata chyba po mnie o ile dobrze pamiętam, to już miała praktyki na zasadzie pani sklepowej w Centralu. Sprzedawała bieliznę i skarpetki na stoisku w Centralu. Świetne praktyki dla przyszłego operatora filmowego nie?
Pierwszy rok był szalenie intensywny. Myśmy praktycznie siedzieli w Szkole od rana do wieczora, bo właściwie przychodziło się na zajęcia o 8:00, kończyły się zajęcia koło 20:00. Tam się właściwie jadło, żyło. Potem jak żeśmy się trochę rozwinęli to różne jeszcze i rozrywki na terenie tej szkoły też żeśmy już we własnym zakresie inicjowali. Natomiast było dużo zajęć, dużo wykładów teoretycznych. To co było najcenniejsze i to uważam cały czas, że jest chyba najcenniejsze w tego typu uczelni, to były praktyczne ćwiczenia, to że myśmy mieli dosyć szybko i już pierwsze na przykład ćwiczenie w ogóle filmowe to było ćwiczenie montażowe. Dostawaliśmy materiały obce, w naszym przypadku naszego roku to były ujęcia, odrzuty i nie tylko odrzuty, myślę że trochę surówki też skopiowali po prostu, z filmu Bodzia Dziworskiego Pięciobój nowoczesny, czyli już pierwszy kontakt jakby z Oświatówką w pewnym sensie, bo to był Bogdana film Oświatówkowy. Zresztą w ogóle te związki, generalnie mówiąc, między szkołą a Oświatówką zawsze były ścisłe przez bliskość z różnych powodów. Dość na tym, że myśmy musieli po prostu wymontować swoją jakby jakąś wersję z tego i to był pierwszy montaż. Mało tego to był montaż robiony najbardziej tradycyjną metodą. Nie robiło się sklejek Scotchem, nie kleiło się na styk sklejarką, tylko mieliśmy sklejareczki do klejenia klejem proszę państwa. Mieliśmy klej w buteleczce, tam był koreczek z pędzelkiem, trzeba było na zakładkę kleić, trzeba było skrobać żyleteczką, czyli to co się między klatkami mieści, tę przerwę i na styk klejem po prostu kleić i docisnąć. Sklejarka służyła tylko do ustabilizowania w takim korytku tej taśmy i do przyciśnięcia tego miejsca sklejenia, żeby to się trzymało jak się niewłaściwie skleiło to to nie trzymało i potrafiło puścić podczas puszczania na stole, a co gorsza na projektorze. Jak się jak puściła sklejka na projektorze to z trzydziestki piątki się robiły ósemki na przykład, bo projektor mógł przeciąć taśmę wzdłuż. No nie były to cenne materiały, tak jak mówię wtórne, to było pierwsze ćwiczenie. Były ćwiczenia pierwsze już robione kamerą przez nas. Wtedy no w myśl ówczesnych czasów. Pierwszy film jako film własny z kamerą właśnie – wtedy jeszcze operatorem moim był też niestety już post mortem Leszek Winnicki, też kolega rok wyżej z operatorskiego. Mieliśmy w pobliskich zakładach włókienniczych, tam gdzie są te beczki Grohmana, mieliśmy tam jakąś nieznaczną ilość taśmy, bo taśma droga, wywołanie drogie i tak dalej. Mieliśmy sobie wybrać stanowisko pracy, które tam istnieje i zrobić jakiś krótki filmik z tego, jakiś taki reportażyk, nie reportażyk. I to była pierwsza rzecz, którą robiliśmy w Szkole, nie tylko ja, ale wszyscy koledzy. Także Julek Machulski na przykład zrobił bardzo śmieszny film, bo zawsze miał właśnie otwartą głowę i po prostu zrobił z zaskoczki na terenie tych zakładów, tam gdzie są stawy, że wędkarz co siedzi, łowi rybki, zieleń dookoła tylko takie kłaczki się pojawiają na tej wodzie, a to były kłaczki z bawełny, po czym się rozszerza kadr i okazuje się, że to jest ta wielka koszmarna fabryka i tak dalej.
Takie rzeczy żeśmy robili na pierwszym roku. Mieliśmy też tylko, że to było takie ćwiczenie wstępne, to nawet nie wiem czy to wchodziło w skład ocen na egzaminie komisyjnym końcowym, bo mieliśmy też etiudę dokumentalną pierwszą, etiudę fabularną – wszystko na czarno białej taśmie. To też jest charakterystyczne, bo tej taśmy zawsze było mało, zawsze przydziały tej taśmy były naprawdę żenujące, bo to właściwie trzeba było robić te filmy jeden do jednego czy jeden do dwóch. A jak dla początkujących to jest szczególnie bolesne, bo po prostu jak zabraknie to zabraknie i tu się ujawniały kontakty z Wytwórnią Filmów Oświatowych bliskie między nami studentami, a Wytwórnią, a właśnie nie do nie do końca z Wytwórnią jako instytucją, tylko z niektórymi jej pracownikami. Mianowicie przychodziło się do tych pracowników, którzy mieli takie możliwości dokupić trochę taśmy na lewo. Dokupowało się taśmy na lewo, nie za dużo, bo to też kosztowało. Zresztą trzeba przyznać, że to nie był jakiś proceder, no ja tutaj jestem, że tak powiem stałym pracownikiem Wytwórni od wielu lat i bardzo ją kocham i szanuję, więc nie chcę o niej źle mówić, ani o kolegach stąd się wywodzących, dlatego że były zawsze pewne marginesy zużycia tej taśmy filmowej na próby operatorskie na przykład, na próby sensytometryczne, czyli sprawdzanie czułości taśmy i tak dalej, na próby obiektywów. Więc była jakaś pula taka z góry przewidziana poniekąd na straty i z tej puli myśmy tam potrafili coś uszczknąć, żeby mieć większy komfort przy robieniu swojego ćwiczenia. Poza tym, to też już są właśnie opowieści o rzeczach nieistniejących, bardzo cenną rzeczą, i tu też cenny wkład właśnie Henia Kluby, którego też nie ma – to jest straszne w tej opowieści powiem wam – było studio telewizyjne szkoły na Marysinie, czyli tam w stronę Bałut. Nie ma już tego, to było pomieszczenie, to było zdaje się studio zbudowane w jakimś starym budynku kinowym, o ile ja dobrze kojarzę. To już jest zburzone, już tam stoi co innego na tamtym miejscu. Kawał trzeba było dojeżdżać, ale to były bardzo cenne zajęcia, dlatego że tam mogliśmy ćwiczyć po prostu z kamerami telewizyjnymi, które były po prostu podłączone do mikserni, nie mieliśmy tam szansy montowania, jeżeli coś się robiło to montowało się po prostu na klawiszach. Jeden z kolegów siedział w tej reżyserce i przełączał z tej kamery na tą i na tamtą. I tłumaczył nam Heniu początkowo właśnie inscenizacja głębinowa, inscenizacja płaska, a zalety szerokiego obiektywu długiego i wady, no bo obiektywy też to były takie kamery ogromne, pudła niebieskie. Wszystkie z rewolwerowym takim ustrojstwem z przodu z trzema różnymi obiektywami o różnych ogniskowych, bo za moich czasów jeszcze, zdaje się, Szkoła transfokatora na tych kamerach się nie dorobiła, więc trzeba było po prostu zmieniać ogniskową, żeby uzyskać taki czy inny plan, i tam żeśmy też robili właśnie pierwsze swoje, najpierw to były tylko ćwiczenia podczas roku, natomiast na zaliczenie, na koniec roku robiliśmy też jakąś tam swoją inscenizację, krótką, telewizyjną. Najczęściej zresztą nawzajem żeśmy sobie szwenkowali, bo niby założenie Szkoły było takie, że powinni na tych kamerach telewizyjnych stać koledzy z operatorskiego. Natomiast koledzy z operatorskiego i to dosyć słusznie uważali, że to jest głupiego robota, że to ze sztuką operatorską niewiele ma wspólnego i po prostu im się nie chciało. Czasem się jeden, drugi, jeśli chodzi o ustawienie światła wtedy do tych naszych etiud, to już prędzej, to proszę bardzo światełko robimy, bo to jest praca operatora obrazu, a szwenkowanie tą kamerą telewizyjną to jest w ogóle badziew i myśmy sobie nawzajem po prostu najczęściej stawali za kamerą i tu się muszę pochwalić, że miałem dosyć dobrą markę wśród kolegów jako kamerzysta telewizyjny. Nieźle mi szło.
I tyle, no cóż każdy następny rok to były kolejne ćwiczenia, więcej taśmy, większe wymagania i tak dalej. Natomiast generalnie i pozostaje przy tej refleksji nadal. Uważam, że te 4 lata, dlatego tu wyraziłem, że tak powiem pewne zdziwienie tą pięcioletniością obecną studiów w Szkole, bo cztery lata to już było za dużo. Na dobrą sprawę intensywne zdobywanie wiedzy i ćwiczenie się, bo najcenniejsza to była jednak strona praktyczna właśnie. Robienie etiud, to studio na Marysinie. Z tego się najwięcej rzeczywiście dostawało tego, co jest potrzebne w tym zawodzie. Bo teoria to teoria. Teorie można pojąć z książek. Po dwóch latach, to już właściwie od trzeciego roku, to tak nie bardzo co było w tej Szkole robić. Na trzecim roku się robiło film tak zwany absolutoryjny, czyli ten wieńczący właściwie naukę w Szkole, ponieważ film dyplomowy to jest zupełnie inna bajka, o tym za chwilę powiem. Nie było w owym czasie w ogóle konieczności robienia filmu. Można było wyjść ze Szkoły po prostu zrobiwszy absolutorium. Nikt nie zmuszał do zrobienia dyplomu, bo teoretycznie ten czwarty rok był rokiem właśnie dyplomowym, czyli na robienie filmu dyplomowego, ale nikt nie musiał tego robić. Poza tym właściwie to jedyni, którzy robili, to byli obcokrajowcy, których sporo było w Szkole studiujących. Także Ci właśnie, którzy studiowali z zagranicy, to im zależało na tym, żeby ten dyplom zrobić, bo chodziło o to, że po prostu to był mocniejszy papier wtedy dla nich i ta Szkoła była poważana zawsze, i zawsze miała wysoką pozycję, więc to dużo znaczyło w świecie i to nie tylko w tym rejonie państw komunistycznych. A dyplom w moim przypadku to była sprawa wymuszona przez okoliczności, czyli krótko mówiąc przez widmo służby wojskowej, które nade mną wisiało. Ponieważ ja miałem odroczenie na czas studiów, a studiowałem rok dłużej jeszcze, żeby było śmieszniej, bo powtarzałem jeden rok z różnych powodów i w związku z tym ten czas odroczenia mi się skończył zanim ja skończyłem Szkołę i dostałem z Komendy Uzupełnień pisemko, że mam się pojawić w Komendzie Uzupełnień z dyplomem, bo dla nich zakończenie studiów było dopiero jako dyplom, dla szkoły niekoniecznie, dla wojska trzeba było mieć dyplom no i cóż no to mnie zmusiło do zrobienia filmu dyplomowego od razu i tym filmem dyplomowym był film, który właśnie udało mi się zrealizować dopiero w Wytwórni Filmów Oświatowych, i który zdaje się do końca moich dni pozostanie najlepszym filmem jaki zrobiłem, w każdym razie najbardziej zauważonym i najbardziej nagradzanym czyli Hamadria na motywach twórczości Witkacego, Stanisława Ignacego Witkiewicza mówiąc szerzej, a i to był początek moich kontaktów właśnie z Wytwórnią Filmów Oświatowych, w której teraz jesteśmy i która jeszcze na szczęście całe jeszcze istnieje, żyje i funkcjonuje.
Także były próby w Se-Ma-Forze, tu, ówdzie. Jakoś nikt się nie palił specjalnie do podjęcia tej produkcji, a tutaj za dyrektora Zbyszka Godlewskiego, którego zresztą wspominam czule i który na szczęście jeszcze jest między nami, i z którym się kontaktuje od czasu do czasu i jakby mamy przyjazne stosunki. Tutaj właśnie powstał mój pierwszy film. Ten film zresztą jest dosyć dziwaczny co do formuły, bo to nie wiadomo właściwie co to jest czy to jest fabuła, czy to jest dokument. Znalazł się, nie wiem dlaczego, ale fajnie, znalazł się w takiej setce polskiego filmu dokumentalnego, która była niedawno przez Stowarzyszenie jakby wybrana. Był taki wybór i takie projekcje na stulecie polskiego filmu, sto najlepszych filmów dokumentalnych to melduje posłusznie, pochwalę się mój film jest w tych stu najlepszych, rzekomo. Natomiast film ma właściwie strukturę fabularną i konwencję fabularną, dlatego że to jest film aktorski z kostiumami, ze scenografią robioną specjalnie do tego i tak dalej. Z tymże widocznie wzięto pod uwagę to, że to jest film jednak odwołujący się w znacznej mierze do twórczości Witkaca i tam na przykład w sporej ilości są użyte jego obrazy, portrety. Zresztą aktorzy są nawet stylizowani i charakteryzowani na postaci z jego portretów. Właśnie tak to było kombinowane. Potem no cóż, potem trzeba było jakoś wchodzić dalej w robotę, ale tu też ciekawostka, koincydencja historyczna, że te skrzydełka no jeszcze sobie pozwolę dodać, że ten film dostał w owym roku charakterystycznym, znamiennym roku 1981 – jak kto zna polską historię to będzie wiedział do czego zmierzam – dostał nagrodę Munka, czyli nagrodę za najlepszy debiut w owym roku, która to nagroda wtedy była naprawdę bardzo poważna i dawała tak zwanego kopa w górę, czyli było prawie pewne, że się zrobi potem co się będzie chciało, że dadzą pieniądze, tylko że dowcip polegał na tym, że nagrodę mi przyznano ósmego grudnia 1981 roku, a trzynastego grudnia pan Generał Jaruzelski swym pieściwym tenorkiem oznajmił, że mamy w Polsce stan wojenny i całe pokłosie jakby tego, ten szum, ten zgiełk medialny, który zwykle towarzyszył tej nagrodzie i windował tego laureata na piedestał poszedł się bujać, mówiąc kolokwialnie. Żadnych wywiadów, no bo był bojkot przez środowisko wszystkich gazet, telewizji. Dzwonili do mnie, prosili, namawiali, ja mówiłem: „No nie, nie wiecie państwo co się dzieje?”. Po prostu przeszło to bez echa. Przeszło to bez echa. Każdy kto tę nagrodę w owym czasie zdobywał to szedł potem w górę, rzeczywiście robił swoje debiuty fabularne i tak dalej. Mnie się nie udało. Mnie się nie udało, także to takie trochę może tłumaczenie mojego słabego dorobku życiowego z tego się bierze, ale no próbowałem dalej, ponieważ moim profesorem i mistrzem rzeczywiście, a nawet już byłem mogę powiedzieć troszkę zaprzyjaźniony z mistrzem Hasem. Has wtedy dostał w 1980 roku, po Solidarności też na tej fali, własny Zespół, więc poszedłem do mistrza do Zespołu jako tak zwany adept, czyli że te moje początki w wytwórni to był tylko epizod, początkowo krótki właśnie z tym jednym filmem. Potem byłem adeptem u mistrza, tam pisałem scenariusze na zamówienie. Znaczy na zamówienie, propozycje moje były moje własne.
Te moje pięć lat w Zespole „Rondo”, bo tak się tam nazywał ten zespół Hasa, to właściwie poza pisaniem nic się nie wydarzyło ciekawego. To była taka przerwa po tym pierwszym filmie, gdzie wszyscy mi wróżyli, że tutaj o ten, wiesz były jakieś recenzje, że „jeszcze na pewno o nim usłyszymy” i tak dalej. Dość na tym, że po tym właśnie pierwszym moim kontakcie takim zawodowym, twórczym z Wytwórnią Filmów Oświatowych i po filmie Hamadria, wszedłem w stronę fabuły zdecydowanie, bo to zresztą taki był trynd w ogóle w Szkole wtedy, że praktycznie każdy student Szkoły Filmowej, albo prawie każdy widział siebie jako fabularzystę oczywiście z nagrodami w Cannes, Oscarami i tak dalej w niedalekiej przyszłości. W związku z tym, a ponieważ powstał wtedy Zespół „Rondo” właśnie po przemianach jeszcze sierpnia 1980, Wojciechem Hasem jako szefem tego zespołu, a ponieważ to był mój mistrz i profesor, więc ja w tym zespole się zahaczyłem jako adept. Napisałem tam kilka scenariuszy, z których jeden jest nadal uważam, że bardzo dobry, na motywach Witkacego oczywiście. Nazywa się Szalona lokomotywa, to państwo ad acta będziecie mogli sobie powspominać, że coś takiego ktoś kiedyś napisał. Nie udało się go zrobić, bo oczywiście miałem zadęcie. Miałem zadęcie, że w ogóle no limits i nie interesuje mnie ile to będzie kosztowało, jakie to są trudności organizacyjne, inscenizacyjne i tak dalej – film jest szalenie rozbuchany. Kończy się w każdym razie, rzecz stała się dzieje, w pędzącym na złamanie karku pociągu wypełnionym postaciami Witkacego, z różnych rzeczy pozbieranymi, a kończy się jedną wielką katastrofą z ekspresem jadącym naprzeciwko, masakrą i tak dalej. Więc nie było to łatwe do zrobienia, w związku z tym nie powstało. Nie powstało, więc szukałem jakichś innych możliwości i tutaj nagle się okazało, że Telewizja Polska jest zainteresowana zrobieniem czegoś z Szymanowskiego, bo jakaś tam rocznica. Mówię o Szymanowskim, takim kompozytorze skądinąd znanym. Chodziło o Harnasie. Pani redaktor Barbara Pietkiewicz, że tak powiem się do tego…ja nie wiem czy ja wykorzystałem jakiś trend czy oni się do mnie zwrócili, a zdaje się, że to był mój pomysł, bo ja bardzo lubiący Tatry i tak dalej to chętnie. Miałem tę płytę, słuchałem tej muzyki i stwierdziłem, że można fajny filmik zrobić, na dodatek w górach. I znowu Wytwórnia się pojawiła. Wytwórnia się pojawiła, dlatego że ja chyba z tym projektem przyszedłem tutaj, a oni, to taka była kolejność, czyli właśnie redaktorzy tutaj z Wytwórni nawiązali kontakt z telewizorem, z pierwszym czy to był pierwszy, nie to był drugi program chyba ówczesny. Dość na tym, że telewizja płaciła, Wytwórnia wykonywała. To był jakby film zleceniowy w pewnym sensie no i zrobiłem taki filmik muzyczny na motywach właśnie baletu Szymanowskiego i z jego muzyką. I to mnie jakby przywróciło na Wytwórni łono z powrotem. Tutaj ten film był realizowany produkcyjnie, tutaj był montowany z nieżyjącą już niestety moją ukochaną montażystą wytwórnianą – Anią Nawrocką. Siedzimy tutaj prawie naprzeciwko tego miejsca, w którym była jej montażownia, w której montowałem z nią swoje filmy. I no cóż, wróciłem do Oświatówki i zacząłem robić filmy w Oświatówce, tym razem dokumentalne. Za dużo ich nie zrobiłem przyznaję, ale to też dlatego, że ciągle miałem w sobie jakąś taką owielkopańskość, co to ja nie. Mnie po prostu nie honor robić jakiś zleceniówek, filmów instruktażowych, edukacyjnych. Co, ja? Z tym moim talentem niebywałym takie pierdoły za przeproszeniem, a tutaj koledzy, którzy mieli trochę więcej rozumu ode mnie i być może skromności na owym etapie, że robili po prostu po ileś tam filmów rocznie. Ja tutaj robiłem jeden film na dwa lata. A jak już go robiłem, to go montowałem przez pół roku i tak to mniej więcej wyglądało, przy czym znowu muszę zrobić zawijas, to że ja tu przyszedłem robić filmy w roku 1980 to nie był jakiś mój pierwszy kontakt z Wytwórnią, dlatego że tak jak wspomniałem wcześniej kontakty z Wytwórnią bywały częste ze strony studentów, ze strony Szkoły. Ja to miałem jakieś po pierwszym roku, jeszcze wtedy była taka praktyka praktyk robotniczych tak zwanych, bo to bolszewia wtedy pełna PRL-owska. I trzeba było odpękać miesiąc na praktykach robotniczych niby. Przed studiami to było w Wytwórni Filmów Fabularnych, a to jest w ogóle, to by była opowieść osobna i długa to już to pominę, bo tam się działy rzeczy wielkie w tej fabule.
Natomiast tutaj byliśmy skierowani właśnie do Wytwórni, ja z Krysią Nawrocką, też nie żyjącą niestety koleżanką z roku i przyszliśmy tutaj na te praktyki, tylko nie wiem czy one jeszcze się nazywały jako robotnicze czy zawodowe czy coś takiego, gdzie po prostu nie wiedzieli co z nami zrobić. Puszczali nam filmy fajnie, zobaczyłem po raz pierwszy Bykowi chwała Papuzińskiego, cudowny film, wspaniały moim zdaniem absolutnie. Notabene Andrzej Papuziński też już nie żyje, co podkreślam z bólem. Dość na tym, że myśmy tutaj z Krysią po prostu pooglądali trochę filmów. Przychodziliśmy podpisać jakąś listę, a potem żeśmy, ponieważ to było lato, to tam pokażę dłonią kulawą już, zwyrodnienie ścięgna, pod murem daleko były maliny, były całe krzaki malin, które pięknie owocowały i myśmy chodzili na maliny i żeśmy się tam opalali głównie. Taki był mój kontakt wczesny z Wytwórnią. Natomiast właśnie filmowo to tutaj zrobiłem Hamadrię, zrobiłem Harnasie. Oba firmy przez samo h się pisze jakby kto pytał. Zrobiłem parę dokumentów i tak dotrwałem do roku, w którym właściwie niestety wytwórnia się zaczęła rozsypywać, nie na własne życzenie, tylko po prostu po przemianach gospodarczych, po przemianach politycznych 1989 roku, jakby dawna formuła zupełnie się już nie sprawdzała w tej rzeczywistości i jakby reformy Balcerowicza tutaj zadały potężny cios tej firmie, bo firma w tych latach kiedy ja tutaj pracowałem, czyli w gruncie rzeczy głównie w osiemdziesiątych była potęgą. To był potentat po prostu filmowy. Tutaj pracowało na etatach około 500 osób. Dla porównania teraz jest nas nie wiem trzynaścioro czy czternaścioro całej Wytwórni. Tutaj powstawało od stu siedemdziesięciu do stu dziewięćdziesięciu filmów rocznie. Dla porównania teraz jak zrobimy dwa i ewentualnie jeszcze jeden w koprodukcji to jest „o jak dużo” i bardzo się z tego cieszymy, że robimy, ale robimy cały czas, nie przestaliśmy co jest ważne. Natomiast sama aura, tutaj nie będę wyjątkiem, ponieważ znam opowieści kolegów tych, z którymi wtedy tutaj pracowałem. Sam robiłem taki film okolicznościowy na sześćdziesięciopięciolecie ze wspomnieniami właśnie kolegów pracowników – Krzysia Ptaka, Stasia Śliskowskiego, Leszka Czaunowskiego, o tym jaka była wytwórnia za tych naszych czasów tak zwanych to to było niezwykłe miejsce tak jak wspominałem o tym, że pewną enklawą w rzeczywistości PRL-u była Szkoła Filmowa, tak samo pewnym niezwykłym zjawiskiem na tej mapie kinematografii PRL-owskiej była Wytwórnia. Faktem jest, że ten rozmach i te możliwości produkcyjne dawał jej system, nie ukrywajmy ten PRL-owski, właśnie takiego jakby dawania pieniędzy z góry, o które niespecjalnie trzeba było zabiegać. Poza tym Wytwórnia była też właściwie jedyną, która robiła pewne rodzaje filmów właśnie edukacyjnych, które były na zapotrzebowanie pewnych ministerstw, jak Ministerstwo Oświaty, Ministerstwo Rolnictwa et cetera. Z różnych tam takich stron szły zamówienia, czyli szły też pieniądze na te filmy prawda, więc tu się dużo robiło rzeczywiście, natomiast była też w tym czasie zresztą już wcześniej, bo już w latach siedemdziesiątych a nawet zaczęło się to w sześćdziesiątych.
W latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych Wytwórnia była po prostu jedynym miejscem na dobrą sprawę w PRL-u, gdzie można było, tu zacytuję Bodzia Dziworskiego: „Robiłem filmy jakie chciałem, z kim chciałem i o czym chciałem”. I rzeczywiście tutaj była największa tolerancja, jeśli chodzi o przyjmowanie tematów do produkcji, bo co trzeba zaznaczyć ta wytwórnia tym się różniła na przykład od fabuły na Łąkowej naszej, że fabuła była przedsiębiorstwem usługowym. Fabuła świadczyła usługi tylko, czyli wykonawcą na zamówienie, na zlecenie Zespołów Filmowych. Przychodziło zamówienie, proszę chcemy wyprodukować taki a taki film. Prosimy biuro, halę zdjęciową, montażownię ewentualnie et cetera. Natomiast Wytwórnia Filmów Oświatowych zawsze była producentem tak jak jest po dziś dzień, czyli tutaj się przynosiło projekt filmu, tutaj były redakcje, redaktorki cudowne zresztą, nieżyjąca znowu Tesia Oziemska, pani Teresa Oziemska, cudowna osoba, pani Drecka, która na szczęście jest jeszcze między nami. Wspaniałe kobiety i z nimi się omawiało, dosłownie czasami wystarczyło przyjść i opowiedzieć co się chce zrobić: „A to panie Jacku, to niech pan napisze taki krótki temat”. Nie używało się wtedy słów treatment ani trailer, tylko się mówiło o szkicu, o temacie. Dobra, wkurzają mnie te obcojęzyczne wszystkie nazwy, nie wiem po jaką cholerę. Dość na tym, że po prostu zaczynało się, składało się propozycję tematyczną. Panie to czytały sobie, rozmawialiśmy, coś tam radziły. Jeżeli się podobało to załatwiało się praktycznie z dyrekcją, że jest jakieś skierowanie przynajmniej w zakresie prac literackich, już się otwierały jakieś pieniądze, umowy na dokumentację na przykład, na napisanie szkicu scenariusza, na napisanie scenariusza et cetera. Po pracach literackich – skierowanie do produkcji i robiło się film po prostu, i to wszystko przebiegało tutaj, cały proces przebiegał do końcowego odbioru, do końcowej kolaudacji, montaż, kopiowanie, ścinanie negatywu, opracowanie dźwięku. Wszystko się odbywało w ramach jednej tej instytucji. Tutaj po prost odbywał się cały proces od idei, od takich wczesnych narodzin filmu do jego końcowego odbioru po prostu. Praktycznie do premiery można powiedzieć wszystko to tutaj było robione. Inna rzecz, że gorzej było, dużo zależało od ludzi jak zawsze prawda, bo tutaj były różne okresy, tutaj właśnie wspomniałem już Zbyszka Godlewskiego, wspaniałego dyrektora, który tutaj raz był dyrektorem raz nie był, jakimi to drogami chodziło nie wiem. W każdym razie za moich czasów bywał dosyć często, i który miał właśnie świetne podejście. Był bardzo elastyczny, nie bał się przede wszystkim, bo w PRL-u różni dyrektorzy się bardzo bali i decyzje w związku z tym kontrowersyjne nie były podejmowane, a Zbyszek się nie bał tego robić. Dlatego tu dużo powstało właśnie filmów świetnych, które nigdzie indziej nie mogły powstać. Dlatego tutaj debiutowali tacy ludzie jak Szulkin, jak Dziworski właśnie, jak Koterski, jak Wiszniewski Wojtek też już nieżyjący niestety od dawna, jak Jacek Bławut. Po prostu to stąd wyszło masę fajnych ludzi fabularzystów – Kolski, można by wymieniać długo długo długo i operatorów i Piotrek Sobociński, świętej pamięci ojciec Piotra juniora i Michała przecież robił tutaj zdjęcia i do mojego filmu do Hamadri, jako szwenkier i do słynnego Szczurołapa Andrzeja Czarneckiego. Także i operatorzy wielkiej klasy, i Rybczyński przecież robił tutaj zdjęcia w filmach Bodzia Dziworskiego, Krzysiu Ptak, cudowny człowiek i wspaniały operator. Świetni ludzie pracowali jako ten personel pomocniczo twórczy, Zbyszek Bończyk asystent kamery. Jaki asystent kamery? On więcej wiedział o filmowaniu, o zdjęciach niż niejeden operator, też niestety nieżyjący. Montażyści – wspomniana właśnie przeze mnie moja montażystka Ania Nawrocka. Dźwiękowcy – Bogusia Kłopotowska, Janek Freda.
Byli wspaniali fachowcy i poza tym, słuchajcie ja mam przynajmniej takie doświadczenia, że nie było tu jakiejś takiej… nie zauważyłem, nie doszło do mnie, żeby był jakiś system podgryzania się, robienia sobie na złość, jakieś takiej niezdrowej konkurencji czy coś takiego. My jako realizatorzy na przykład to raczej żeśmy byli skłonni do takiej wzajemnej pomocy na zasadzie, że w trakcie… tam był cały szereg montażowni, 10 montażowni w jednym budynku, tam teraz rośnie zieleń. Nie ma nawet tego budynku, to jeżeli był ktoś taki jak na przykład Maciek Drygas ze swoim Usłyszcie mój krzyk, wybitnym filmem, podczas montażu, a ja siedziałem o dwie montażowe dalej. On siedział z Dorotą Wardęszkiewicz, ja z Anką to żeśmy się nawzajem zapraszali, jak nam się coś zatkało albo nie byliśmy pewni, to: „Chodź no zerknij, no zobacz ten kawałek czy to jest ok twoim zdaniem czy nie”. Po prostu na tej zasadzie myśmy sobie świadczyli jakąś pomoc, poradę w tym wszystkim i tak to naprawdę tutaj wyglądało. Tutaj było dobre miejsce, do którego się przyjemnie przychodziło. To jest słuchajcie sztuka, żeby przychodzić do pracy z przyjemnością. To jest miejsce, z którego się niechętnie wychodziło. Przyznaję szczerze, że czasem się to wiązało też z dodatkowymi, zupełnie pozaregulaminowymi rozrywkami, których żeśmy tutaj zażywali czasem, także w montażowych, totalnie wbrew oczywiście jakby wszelkim obowiązującym prawom i regulaminom i reżimowi wytwórnianemu, ale czasami dobrze się było trochę wspomóc przy ciężkiej pracy umysłowej jakimś płynem radość dającym po prostu. Mieliśmy z Anią Nawrocką taką sytuację, czy po jakimś szczególnie intensywnym dniu montażu i nie tylko montażu, przyszliśmy nazajutrz do montażowni, popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy i Anka mówi: „Schmidt kurwa. Co myśmy tam nakleili?”. Ja mówię: „Słuchaj, zobaczymy”. Założyła taśmę, oglądamy i w pytkę. No po prostu ślicznie żeśmy to zrobili, tylko nie pamiętaliśmy jak. Ale no ważne, że efekt był właściwy, ja mam takie podejście do tej kwestii także słuchajcie wspomnienia, jeśli chodzi o Wytwórnię mam jak najlepsze.
Potem trzeba było szukać, bo pierwsza rzecz w ramach reform jaką zrobiono oczywiście to było pozwalnianie z etatów twórców prawda. Od tego się zaczęło, także na początku lat dziewięćdziesiątych skończyła się moja kariera tutaj, bo miałem tutaj etat od pewnego czasu. To była tak zwana gotowość, czyli niewielkie pieniądze za sam fakt, ale takie niewielkie pieniądze za nic, za sam fakt bycia do dyspozycji jakby firmy prawda, bo jak się robiło filmy to i tak się miało umowy osobne. Też nie kokosy, nie niespecjalnie wysokie, także majątku to tutaj raczej zrobić nie można było i w pewnym momencie ostałem się zupełnie bez pracy, w związku z tym, zresztą też co zabawne, za pośrednictwem kolegów z Wytwórni, trafiłem do takiej firmy prywatnej, bo wtedy w po tym 1989 zaczęły te firmy prywatne jak grzyby po deszczu rosnąć, w Szczecinie. Po prostu, cóż Szczecin daleko owszem, ale tam zostałem przyjęty niemal na kolanach jako król i zbawca, bo oni wcześniej robili z ludźmi, którzy się wywodzili z telewizji szczecińskiej, bo i właściciel tej firmy się wywodził z tego, był jakimś tam dyrektorem administracyjnym czy coś w tym rodzaju i on tam pracował z tymi dziennikarzami telewizyjnymi, którzy robili filmyy i oni to robili w sposób prześmieszny także tam cała ta obsługa. Tam byli fajni montażyści na przykład, w tej firmie. Też telewizory, ale na przykład Grzesiu montażysta zrobił specjalnie dodatkowy, zaoczny kurs w Łodzi w szkole, żeby się dokształcić, więc byli tam ludzie wartościowi. Natomiast, jeśli chodzi o samych tak zwanych reżyserów, to to trochę wiało grozą na przykład. Także mój pierwszy montaż to niestety to było w ogóle przejście z taśmy na bete, czyli na magnetyczną taśmę i na ten sztywny montaż po prostu, dokładanie ujęcia do ujęcia. Dwa te magnetowidy, jeden rekorder i dokładanie na sztywno, bez żadnej możliwości manipulowania już zmontowanym materiałem. Okropny, ale pierwszy montaż był strasznie zabawny, bo taki technik, który tam był złota rączka i dźwiękowiec też z telewizji zapytał mnie ze zdziwieniem: „Proszę pana…”, byliśmy jeszcze na pan, „Jak pan chce zaczynać montaż…”, bo byłem po zdjęciach, „Jak jeszcze nie jest skomponowana muzyka do tego filmu? Jak Pan będzie montował?”. Ja mówię: „A co ma piernik do wiatraka?” – „Przecież rytm montażowy z czegoś pan musi uzyskać”. Ja mówię: „Panie kurczę, Panie Marku, rytm montażowy to nie jest kwestia rytmu muzycznego. Oczywiście to fajnie wygląda jak się zmontuje coś pod muzyczkę najczęściej, ale to nie jest żaden wymóg”. No to dla nich była nowość. Tak było i tam przez długie lata różne takie historie, jeżeli mam jeszcze ciągnąć dalej te swoje wywody. Udało mi się tam zrobić parę takich filmików owszem. Głównie tam się robiło filmy oczywiście na zlecenie właśnie, na rzecz jakichś firm, spółek, ale dzięki temu przynajmniej dopadło mnie to czego tak starannie unikałem pracując w oświatówce w swoim czasie. Nagle musiałem te swoje ambicje straszliwe schować do kieszeni i nagle się okazało, że tak nie chciało mi się robić o tuczu świń czymś takim, a proszę bardzo mamy gospodarstwo potentata z Pilskiego, który był bardzo hojny i bardzo mnie lubił zresztą, ja jego też przyznaję i dobrze płacił.
No dość na tym, że ta moja właśnie działalność szczecińsko- taka komercyjna trwała dosyć długo. Tłumaczę to tym, że po prostu miałem żonę i dzieci na utrzymaniu i gdzieś trzeba było coś zarabiać. Niestety, więc robiłem takie różne dziwne rzeczy. Też nie zrobiłem niestety na tym kokosów, ale dosyć długo bo do dwutysięcznego prawie piątego roku. Fajne były dla mnie takie rzeczy jak na przykład firmy o liniach promowych, bo jako niespełniony marynarz prawda, czy o Stoczni Szczecińskiej, gdzie na przykład pływałem kilka dni w próbach morskich na kontenerowcu dwieście metrów po pokładzie i to przy takiej pogodzie typu osiem stopni w skali Beauforta. To było fajne i ciekawe, ale w pewnym momencie trafiło mi się jeszcze w tym czasie jakby równolegle jeszcze takie roboty, które robiłem. Robiłem akiś film dla Telewizji Polskiej, robiłem tutaj z kolegą. Zresztą też byłym pracownikiem Oświatówki, kierownikiem z Andrzejem Pawlińskim, z jego firmą prywatną filmy takie łódzkie dla telewizji łódzkiej. Robiłem cały cykl na przykład sześciu filmów wyznaniach miasta Łodzi. Wydaje mi się, że dosyć fajny dlatego, że to było takie świadectwo rzeczywiście resztek obecnych jeszcze dzisiaj tej wielokulturowości łódzkiej, niegdysiejszej. Takie rzeczy mi się zdarzały, po czym dostałem, to jeszcze nie będzie Oświatówka, po czym dostałem propozycję od kolegi z liceum. Prywatnego, że tak powiem przedsiębiorcy wówczas bardzo succesful i majętnego, że on między innymi założył firmę producencką i zostałem prezesem tej firmy. Zresztą na okoliczność tego, że trzeba było sfinalizować kontrakt z telewizją na produkcję serialu fabularnego trzynastoodcinkowego, co mi się udało. Doprowadziłem do końca tę sprawę, wyprodukowałem ten serial jako producent wykonawczy. Ile ja lat byłem w tym Movie Maxie? Dziesięć? Nie co ja gadam pięć, niecałe sześć mniej więcej, po czym niestety zaczęło się gorzej powodzić właśnie właścicielowi tej spółki i innych i tutaj nagle, że tak powiem koło ratunkowe mi rzuciła Kasia Madaj-Kozłowska. Ówczesna szefowa Wytwórni, zresztą świeżo upieczona, nie wiem czy już była formalnym dyrektorem czy jeszcze pełniącą obowiązki po śmierci nieodżałowanego Andrzeja Traczykowskiego, bo o Andrzeju nie wspomniałem, ale Andrzej to był wspaniały facet, bo znałem go jeszcze jako kierownika produkcji tutaj z wcześniejszych czasów. Zresztą robiliśmy też jeden film razem. I tu się okazało, że była do zrobienia jedna rzecz, mianowicie zjazd rodziny Poznańskich. Ja to robiłem jako główny zarządzający, bo myśmy to robili jako notacje, ja z tego kleiłem potem taki reportaż, ale zamierzony duży film niestety nie powstał, bo PISF nam na to nie dał pieniędzy. I w tym czasie kiedy właściwie ta prywatna firma, ten Movie Max przestała mnie zatrudniać, bo nie miała z czego to tutaj byłem dla pomagiera powiedzmy sobie w Wytwórni. Także wróciłem koliście, bo to był rok 2011, skończyłem w 1991, to ile? Po trzydziestu latach. Dobrze liczę? Nie, po dwudziestu latach przerwy i nieobecności absolutnej nie tylko w wytwórni, ale i w Łodzi na dobrą sprawę, bo tylko from time to time to się pojawiałem to wróciłem do tego miejsca, z którego zacząłem na dobrą sprawę.
I tutaj pełniłem różne funkcje pomocnicze, byłem na umowę zlecenie, umowę o dzieło, bo no nie było łatwo tutaj Kasi za tych jej czasów, bo Wytwórnia była na skraju właściwie kompletnego upadku, bo nie miała za bardzo z czego funkcjonować i z czego żyć i to zresztą no Kasi zawdzięczamy to, że tutaj siedzimy. Naprawdę byłem przy tym i wiem, że to jej nieprawdopodobna energia, pracowitość i wysiłek, bo to jest kobieta torpeda po prostu, której nic nie zatrzyma. Niezwykle ambitna, niezwykle pracowita, no to śląskie pochodzenie robi swoje zdaje się, jeśli chodzi o pracowitość, przedsiębiorczość. I ona tutaj naprawdę włożyła umysł, pracę, serce w to żeby tę wytwórnię utrzymać przy życiu i utrzymała i dzięki Kasi i poszukiwaniu kogoś, kto by był tutaj jakby taką finansową lokomotywą dla tej firmy. Udało się to dopiero z Samorządem Województwa Łódzkiego, bo miasto jakoś nie bardzo było chętne do tego, bo też były takie propozycje i staliśmy się spółką samorządu czyli Urzędu Marszałkowskiego w Łodzi. I dzięki temu to jeszcze trwa. No oczywiście to już jest siłą rzeczy zupełnie inna Wytwórnia niż była. Zmieniło się, to się zaczęło zmieniać oczywiście od początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy ta formuła jakby istnienia, funkcjonowania, że gdzieś tam te pieniądze spadały z góry najczęściej i nie trzeba było się nimi specjalnie martwić jak się utrzymać, z czego robić filmy się zmieniła i staliśmy się niestety no jednym z wielu – to znaczy stety niestety, no wolna konkurencja po prostu. Namnożyło się różnych firm realizujących filmy i każda z tych firm ma takie same prawa do zabiegania o środki na przykład w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, czy z innych źródeł prawda, czy po prostu od prywatnych inwestorów. Każdy walczy o te środki, żeby nam tutaj, że już tak wyprzedzę fakty, bardzo jako Wytwórni pomaga od lat Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i to mówię zupełnie bez bez żadnego kitu, dlatego że no co prawda to są firmy jakby w jakimś sensie sprofilowane bo dotyczą zagadnień przyrodniczych i ekologicznych, ale taka też jest wieloletnia tradycja Wytwórni. Tutaj się takie filmy robiło zawsze i w pewnym sensie nawet kiedyś to była chyba jedyna taka firma w Polsce PRL-owskiej, gdzie takie filmy powstawały i to naprawdę wysokiej klasy i doceniane na świecie na festiwalach. Także zmieniło się wiele, zmieniło się no cóż w moim w moim przypadku ten powrót do wytwórni zaowocował jakby tym, że ni z gruszki ni z pietruszki zostałem jej prezesem, no bo ponieważ spółka to teraz jest formuła to prawda prezes zarządu i tak dalej. A to tylko, że prezesem zrobiła mnie znowu Katarzyna Madaj-Kozłowska w pewnym sensie, ponieważ po prostu jak ona odeszła, zresztą odeszła niby z własnej woli, ale tak naprawdę to nie do końca też jest prawda, bo okoliczności ostatnich tutaj czasów jej, no akurat byłem świadkiem tego, że jakby trochę ją do tego zmuszono. W pewnym sensie, bo Wytwórnia była naprawdę dla Kasi ważna, a poza tym no dostała bardzo korzystną propozycję zmiany z Warszawy też do jakby głośnej i znanej firmy, na wysokie stanowisko, więc przeszła. Sama się mnie pytała, czy ma to robić. Powiedziałem: „Kasiu no…”, wbrew sercu powiedziałem, że: „Oczywiście tak. Jak tu ci mają rzucać kłody pod nogi, a tam czekają na ciebie z utęsknieniem od pół roku, żebyś raczyła przyjąć propozycję, no to chyba się nie ma nad czym zastanawiać”. Także Kasia odeszła, a na odchodnym postanowiła sobie zrobić jakby przynajmniej taki dla spokoju serca i sumienia, że opuszcza tę swoją ukochaną Wytwórnię, to mówi mi tutaj na korytarzu nieopodal, mówi: „Słuchaj, oni ogłosili konkurs teraz po mojej rezygnacji. Wystartuj na prezesa”. Ja mówię: „Kasiu, chyba cię pogięło”, bo ja no byłem już prezesem jednej spółki wcześniej owszem, ale nigdy to nie było w centrum. Kariera urzędnicza mnie nie nęci, nie nęciła i nie będzie nęcić nigdy. Żadnych jakby tutaj sukcesów, które nie teges, ale Kasia mówi: „Słuchaj, wiesz kto z tobą…”, ale już nie będę wchodził tutaj w detale kto ze mną konkurował o to stanowisko, bo to już by była osobna opowieść, bardzo nieciekawa i nieprzyjemna w szczegółach. Dość na tym, że mówi: „Zrób to dla mnie” – „Kasiu dla Ciebie wszystko” – „Ja ci pomogę, ja ci będę tutaj jak zostaniesz prezesem, to ja cię tu będę wspierać. Ja ci wszystko wyjaśnię, wszystko powiem”. Oczywiście to był pic na wodę, ale skuteczny o tyle że wystartowałem rzeczywiście. Jak się okazało jak sam zebrałem te wszystkie swoje papiery konkursowe z tymi wszystkimi dorobkami, z dorobkiem filmowym, który uważam za mało imponujący, ale tak na liczbę to tego się nazbierało, tych filmów jednak w życiu na tłukłem całą masę. Duża część to takie jak mówiłem na przykład, że gdzieś tam prawda zakłady rolne także, czy tam statki na morzu, gaszenie pożaru na tym na na promie pasażerskim, bo i tak je robiłem, także liczę tutaj en masse prawda. Nie mówię o tych, które naprawdę sobie cenię, że mi się udało zrobić. No więc już kariera moja na tym stanowisku, wracając do tej prezesury, wygrałem ten konkurs. Nie bez powodu, bo miałem ku temu podstawy. Byłem wówczas jeszcze ekspertem PISF-u, akurat przy filmie animowanym co prawda, w zespole ekspertów Zbyszka Koteckiego, też związanego z naszą Wytwórnią w swoim czasie, wspaniałego operatora, a przede wszystkim autora filmów animowanych. Wygrałem. Dosyć szybko mnie, że tak powiem załatwiono, i nie będę już wchodził w te dalsze dalsze szczegóły. Dość na tym, że jakoś się przechowałem, mimo że przestałem być prezesem, byłem wiceprezesem, potem byłem pracownikiem. Teraz jestem na zlecenie. Ja myślę, że tak mnie tu trochę trzymają przez sentyment, że tak powiem i z litości. Poza tym no słusznie – jestem najstarszym ludzkim zabytkiem w tej chwili w tej firmie, więc może po to. I to tyle, no zaczynałem w Oświatówce i wszystko wskazuje na to, że w Oświatówce skończę. Zrobiłem tu zresztą jeden film, nie właściwie to trzy, ale dwa to były okolicznościowe, więc jeden większy film zrobiłem dwa lata temu. Nazywa się Trwanie, taki trochę mój łabędzi śpiew i to wszystko. Tu zacząłem, tu skończę.
