Henryk Spychała
Henryk Spychała – pracownik budowy dekoracji filmowej. Zawodowo związany z Wytwórnią Filmów Fabularnych w Łodzi, gdzie w Wydziale Budowy Dekoracji pracował przy takich filmach, jak „Zamach stanu” (1980) w reżyserii Ryszarda Filipskiego, „Seksmisja” (1983) i „Kingsajz” (1987) w reżyserii Juliusza Machulskiego. Pracował także przy tworzeniu dekoracji do chociażby „Hiszpanki” (2015) w reżyserii Łukasza Barczyka, „Powidoków” (2016) w reżyserii Andrzeja Wajdy, „Zimnej wojny” (2018) w reżyserii Pawła Pawlikowskiego oraz „Akademii Pana Kleksa” (2023) w reżyserii Macieja Kawulskiego. Jego syn Marek Spychała jest kierownikiem budowy dekoracji filmowej.
Do Wytwórni trafiłem w 1962 roku przez czysty przypadek. Szukałem pracy i trafiłem do Wydziału Budowy Dekoracji. Miałem to szczęście, że przeleciałem prawie wszystkie pracownie i oddziały w Wydziale, przez co zdobyłem sporo doświadczenia i umiejętności. Dlatego dla mnie praca w Wydziale Budowy nie miała żadnych tajemnic, nie było dla mnie problemów. Udało mi się tego chwytać i nabierać doświadczenia, bo dość szybko awansowałem i gdzieś tam poleciałem do góry. Żeby scharakteryzować jakoś Wydział Budowy Dekoracji to opowiem jakoś o zapleczu i realizacji tego wydziału. Wydział Budowy Dekoracji składał się z wielu pracowni i oddziałów. Spróbuję wymienić te jednostki organizacyjne. To było tak: stolarnia, malarnia, makieciarnia, tworzywa sztuczne, sztukatornia, plastyczna, przygotowanie produkcji i rozliczeń, szklarnia, tapicernia i montażownia. Poza tym w skład Wydziału Dekoracji wchodziły hale zdjęciowe. Tych hal mieliśmy pięć. Niektóre były wyposażone w zapadnie, pomosty, wciągarki, elektrowciągi. Dzięki temu, że te hale były tak wyposażone, mogliśmy robić ciekawe dekoracje. W zapadniach robiliśmy baseny, dekoracje można było budować na poziomie podłogi i pokazać zejście schodowe czy inne w dół, bez potrzeby budowania pomostów, żeby wynieść dekoracje w górę. Było taniej i szybciej. Poza tym w Wydziale mieliśmy tzw. magazyny Fundusu. Dziwnie się nazywały. W tych magazynach mieliśmy przeróżne rzeczy: zastawki, ścianki do budowy dekoracji, drzwi, okna, drabiny różnego rodzaju, elementy do budowy pomostów i wiele rzeczy do wykończeń dekoracji. Większość tych elementów to była nasza robota, nasze dzieło, chociaż trafiały się też rzeczy zdobyczne. To były rzeczy, które pozyskiwaliśmy z rozbiórek starych domów, a były ciekawe rzeczy wprost od ludzi. Poza tym w Wytwórni mieliśmy Dział Zaopatrzenia i magazyn centralny. W tym magazynie były wszystkie materiały, które potrzebne były nie tylko przy budowie, ale przy innych pracach. Myśmy bardzo często korzystali z magazynu centralnego, tam pobieraliśmy materiały do budowy dekoracji. Także wystarczyło sobie zamówić w zaopatrzeniu określony materiał, i nam to ściągali. Oczywiście nie było to z dnia na dzień, ale ściągali nam to, co potrzebowaliśmy. To tyle, jeżeli chodzi o zaplecze Wydziału.
W Wytwórni pracowało w granicach 1200 osób, natomiast w Wydziale mieliśmy 120-200 osób. Z czego wynikała ta różnica? Zależało to od zakresu prac. Często korzystaliśmy z pomocy wojska, panów z zakładów karnych, pracowników sezonowych. Często nam bardzo dużo pomagali w tej pracy. Teraz można by powiedzieć o zakresie prac naszego wydziału. Co należało do naszych obowiązków: budowa dekoracji w halach, plenerach, różnego rodzaju transformacje, adaptacje i oczywiście później likwidacje tych wszystkich rzeczy. Na te likwidacje trzeba szczególnie uważać w plenerach. Trzeba było tak rozebrać, w miarę spokojnie i czysto, żeby nie zostawić za sobą jakiejś plamy, bo można było wrócić w to samo miejsce. Poza tym Wydział Budowy obsługiwał zdjęcia, czyli obsługa zdjęć, tzw. dyżurni. To leżało w gestii Wydziału Budowy Dekoracji. Poza tym robiliśmy masę rekwizytów. Robiliśmy meble, komody, broń, armaty i wiele różnych rzeczy. Masę rzeczy, które potrzebne były nie bezpośrednio jako budowa dekoracji, ale wyposażenie, i my to robiliśmy. Odbywało to się tak: jak film został skierowany do produkcji, następowało spotkanie scenografii z wydziałem. Tam się ustalało zakres prac, wielkość prac i dochodziliśmy do jakichś tam wniosków – czy da się to zrobić, czy nie w określonym czasie, bo terminy zdjęć były zawsze z góry ustalane. Po takich rozmowach musieliśmy dość precyzyjnie te prace podzielić na poszczególne pracownie i oddziały. Trzeba było to tak zorganizować, dość sprytnie, że po zrobieniu tych poszczególnych elementów do dekoracji, żeby to się dało w jednym czasie jakoś skleić, żeby powstał ten produkt, który chcieliśmy zrobić, czyli całą dekorację. To było dość skomplikowane. Jeżeli gdzieś było za dużo pracy, tu za mało, to można było pozmieniać – temu dać więcej roboty, temu dać mniej. Można było zrobić coś wypraską w makieciarni, albo wytłoczkę z formy gipsowej w sztukatorni. Ale to już była nasza sprawa, sprawa Wydziału. Oczywiście przy budowie dekoracji od początku do końca była scenografia. To nie tak, że sobie sami robiliśmy, ta współpraca była cały czas. Wtedy, kiedy my robiliśmy, to oni najczęściej byli i sobie to dogadywaliśmy raz przyjemnie, raz nie, ale zawsze jakiś konsensus się znalazło.
Na pewno pierwsze lata to, co robili wszyscy pracownicy fizyczni. Jednym z pierwszych to chyba Faraon. Był kręcony w całej Europie chyba, ale myśmy w Wytwórni też robili. Ale to nie ja zrobiłem takie filmy. Byłem jakimś pionkiem, który pomaga przy robocie. To wszystko było w zasadzie dzięki załodze, jaką mieliśmy. Dzięki tym ludziom można było zrobić masę pięknych dekoracji. Faraon, Panienka z okienka, Rodzina Połanieckich, Królowa Bona, dużo dekoracji w Zamach stanu, później przy końcu Seksmisja. Także tych filmów było sporo. Moja praca polegała na tym, że raz pracowałem tu, mniej pracy fizycznej, a więcej nadzorczej. Właśnie te filmy, o których powiedziałem, to były dekoracje dość skomplikowane i ładne. Nawet dzisiaj, jak się to ogląda, to się to podoba. To było takie wyzwanie, że wszyscy musieliśmy grać w jedną trąbkę. To nie była praca, że poszczególny oddział czy pracownia coś sobie robiła sama. To musiało być zgrane, oczywiście kontrolowane to było, żeby wszystko to się trzymało. Właśnie przy tych filmach było bardzo dużo roboty. [Seksmisja] To była duża dekoracja. Z tego, co pamiętam, większość tych dekoracji była w hali 4 i tam właśnie mieliśmy te pomosty boczne, górne, wciągarki, elektrowciągi. Dekoracja była od podłogi do sufitu, a ta hala ma chyba 10,5 m wysokości, czyli dość wysoka. My zabudowaliśmy całą halę. Do tej dekoracji kupiliśmy też tzw. MPR. To był taki mechaniczny pomost roboczy, jak się używało na budowach. One mają dużą rozpiętość i dojeżdżają do sufitu. Tam właśnie widać było, jeżeli ktoś jest podnoszony czy dojeżdża do tych sal porodowych, to właśnie tym pomostem. To była dość precyzyjna i niebezpieczna robota, bo to było większość na wysokości. A wiadomo – jak się pracuje, to nie zawsze się przestrzega tych przepisów. Chodzi o to, żeby zrobić szybciej i oddać robotę.
Tak, byłem już kierownikiem. Właściwie nie pracowałem, ale miałem nadzór nad tym [Kingsajz]. To też była bardzo duża robota, jedna z większych. To wszystko było wielkie. Tam też chyba zatrudnialiśmy dodatkowych ludzi, bo to było tyle roboty, że nie można było tego przerobić. Nietypowa była, bo co innego zrobić taką rzecz, a co innego taką. Robiliśmy to często w częściach w pracowniach czy oddziałach, a na hali to sklejaliśmy w jedną całość. Piękna robota dzięki tej załodze, bo samo to się nie zrobi, a załogę, ogólnie mówiąc, mieliśmy dobrą. To byli ludzie, którzy byli przygotowani zawodowo w swoich zawodach, a to nie o to chodziło. Chodziło o to, że ci ludzie musieli w sobie mieć jeszcze coś. Człowiek, który robi takie dekoracje, musi czuć, że robi dekoracje sprzed 200-300 lat, a dekoracje, które robi na dzisiaj albo wczoraj. To jest duża umiejętność, to nie jest takie proste. Tutaj dam przykład. Bywało tak, że w nawale pracy myśmy zatrudniali firmy zewnętrzne, związane niby z budownictwem, ale nie związane z filmem. Bywało tak, że daliśmy tą pracę, oni zrobili tą robotę, a my na koniec mówimy: „Słuchajcie, teraz trzeba spatynować, zepsuć, żeby odnosiło się wrażenie, że ta dekoracja używana jest 20-50 lat”. Na tym kończyła się praca tych firm. Resztę musieliśmy się spinać i sami robić, bo jak ja im mówiłem o patynacji, jakimś zabrudzeniu, pajęczyny – oni patrzyli na mnie jak na wariata, nie wiedzieli, co to jest. To tajemnica zawodowa. Ale teraz się robi inaczej zupełnie. Wtedy to [pajęczyny] robiliśmy na bazie butaprenu. Rozrzedzało się butapren, pistolet do malowania. Na to trzeba wiedzieć, jak to zrobić, gdzie prysnąć, jak, żeby stworzyć wrażenie pajęczyny. To już zawodowe tajemnice, a ich się ludzie uczyli przez całe życie. Bywało też tak, że na początku mojej pracy pracowało też sporo ludzi starszych, którzy mieli jeszcze przedwojenne doświadczenie. Oni nie byli skorzy przekazywać pewnych rzeczy, bo oni się uczyli ileś lat i przez godzinę komuś powie, jak to się robi? Bywały takie przypadki, rzadkie, że taki starszy pan wykorzystał moment – przerwa śniadaniowa – wskakiwał na halę i zrobił robotę, że nikt nie widział. Myślę w tym momencie o mazerowaniu, bo w tym momencie to żaden problem, to jest na tyle powszechne, że każdy wie, jak to się robi. Wtedy to były trochę tajemnice. Ci młodzi ludzie musieli podpatrywać, dowiadywać się, czy może w inny sposób. Po latach wszyscy to opanowali i nie ma problemu. Tak to niestety było. Załoga była wspaniała. Zresztą nigdy nie ma tak, że ludzie są idealni. Ale żeby zgrać to wszystko, to można było z tymi ludźmi coś zrobić. Poza tym było tak, że była masa plenerów. Wtedy się robiło dużo filmów w ciągu roku 10-12 w Wytwórni, więc masa wyjazdów. Bywało tak, że koledzy nie widzieli się rok czy dwa, bo się mijali. Ten był w tym plenerze, ten w tym. Za chwilę ten przyszedł, to ten pojechał tam. Także nie widzieli się kawał czasu. To była taka specyficzna robota. Ale niektórym wychodziło to na dobre, bo przywozili sobie żony z plenerów. Też takie przypadki bywały.
Pewne elementy przechowaliśmy. Mieliśmy magazyn Fundusu, czyli różnego rodzaju zastawki, drzwi, okna, jakieś kraty, rzeczy niewielkie. Chowaliśmy je do magazynu Fundusu. Natomiast resztę elementów: dużych ścian, podłóg czy sufitów, nie przechowaliśmy, po prostu to likwidowaliśmy. Nie sposób chyba tych dekoracji przechować, to trzeba pół Łodzi zająć tym magazynem. Ale niektóre rzeczy rzeczywiście przechowaliśmy. Bywało tak, że to, co się dało odzyskać, np. te ścianki – wtedy były one wielokrotnego użytku. To się zbierało, fakturę z wierzchu się wyrzucało, a to do magazynu, i się to używało ileś tam razy. Natomiast takie podstawowe rzeczy jak drewno, dechy – czyściliśmy to i oddawaliśmy do magazynu centralnego. Były takie magazyny, składy drewna i tam się oddawało. Jak było potrzeba, to często pobieraliśmy i to się użytkowało też ileś tam razy. Aż zostało nic i na ogień poszło. Ta praca w ogóle była specyficzna. Trzeba było być albo pasjonatem, albo wariatem, żeby pracować w tej branży. Kiedyś przyjąłem takiego pana do pracy. Po przepytaniu co umie, co wie, zorientowałem się, że nie jest zły, więc zaproponowałem mu pracę. Oczywiście ją przyjął. Ja mu opowiedziałem, jakie są jej dobrodziejstwa, bo to wtedy były bilety do kina, które dostawaliśmy – tych biletów było bardzo dużo na miesiąc, 18 chyba. Człowiek się zgodził, no i fajnie. Codziennie się tych ludzi przydzielało do różnych prac. To nie, że zaczął film i skończył. Co było zrobione, to część załogi przychodziła na drugą dekorację i to takie chodzenie w kółko. Pan trafiał na budowy, rzeczywiście pracował dobrze, był dobrym rzemieślnikiem w swoim zawodzie. Po pewnym czasie trafił na rozbiórkę. Przyszedł do mnie i mówi: „Proszę pana, ja taką pracę to mam gdzieś” – „Ale o co panu chodzi? Co się stało?” – „Ja włożyłem serce, tyle wysiłku, żeby coś zrobić, a pan mi to każe rozwalać? Nie, ja tą pracę mam gdzieś”. I odszedł, nawet nie wziął karty obiegowej. Może ja mu źle wytłumaczyłem, na czym polega ta praca, może on źle zrozumiał – nie wiem. Ta praca była dość specyficzna. Była trudna, nieraz była łatwiejsza. Ja zawsze twierdziłem, jak miałem dyskusję z chłopakami: „A to jest za ciężkie, za trudne” – „Człowieku, praca w filmie, Wydziale Budowy Dekoracji, powoduje to, że mózg ci nie rdzewieje”. Do nich to trafiało, albo nie.
To zależało od wydziału czy pracowni, robiło się różne półfabrykaty. Z tego co pamiętam, dla nas nie było problemu. Ja jeszcze byłem początkujący. Robiliśmy cegły, węgiel, śnieg, kamienie – takie rzeczy w tych pracowniach. Część takich rzeczy można było robić w makieciarni, można było robić też w sztukatorni czy stolarni zależnie od tego, z czego to chcieliśmy zrobić. Albo było tak, że jeśli tutaj był nawał prac i nie można było tego przerobić, to na szybko zwijaliśmy technikę wykonania tego, że można by to zrobić z czegoś innego. Dawno temu ten śnieg robiliśmy z tzw. pianizolu. To było coś, czego się nie używa, bo to jest szkodliwe dla zdrowia. To kiedyś używano w budownictwie jako ocieplenie czy wygłuszenie między ścianami, ale to wycofano, i w to miejsce wszedł styropian. Robiliśmy takie wałki z gwoździami, które wystawały z tych wałków. To za pomocą korby – pianizol był dość miękkim materiałem – dociskało się do gwoździ i kręciło się wałkiem. Wychodziły takie drobinki, czyli ten śnieg. To wtedy mniej się na to uwagę zwracało, nikt nie krzyczał za dużo, ale jak ten śnieg się robiło na hali, można było to sprzątnąć w dzień, dwa, tydzień. Natomiast w plenerach było gorzej, bo jak ten śnieg się rozsypało, to lekki wiaterek i to się roznosiło. A ten pianizol czy styropian tak szybko się nie ulatnia niestety. Później było tak, że robiliśmy to ze styropianu, to robiliśmy na piłach tarczowych. Składaliśmy trzy piły, te składaliśmy w dziurę, gdzie wchodzi piła, żeby więcej na raz brało. Włączaliśmy i cieliśmy to. Tez wychodziły takie drobinki śniegu. Potworna robota, oczy szczypały, człowiek musiał zakładać maski, a one nie są zbyt dobre przy pracy. Dzisiaj się robi inaczej – przyjeżdża pan pirotechnik ze swoją maszynerią i za pomocą swojego pistoletu czy węża robi śnieg. Ale to już jest śnieg celulozowy. On już nie jest szkodliwy, także zupełnie inne światy. Też były różne sposoby. To można było robić na hali. Kiedyś mieliśmy sposób na robienie tzw. zimoliny. To jest dość skomplikowane, bo to jest ileś składników i powstawała taka galaretka. To można było próbować zabarwić. To robiło się potem taki lodzik, bo nie dało się potem po tym specjalnie łazić. Później robiliśmy – to był mój wymysł akurat – z takiego materiału jak polastosil. Są różne – przezroczyste albo białe, teraz również inne kolory. My to wylewaliśmy, to zaczęło lekko stygnąć, wtedy na to wylewaliśmy część tego białego i patyczkiem to się rozprowadzało. Jak to zastygło, to był taki lód z powłoczką śniegową. Ale to też metodą prób czy na wariata i coś tam wychodziło. Kiedyś mieliśmy taki numer, nie mieliśmy jakoś tak odlewania i robiliśmy takie boje, które jechały do Gdańska i miały pływać. Mieliśmy je pomalować, a wieczorem miał przyjechać samochód, a kiedy to wyschnie – nie da rady, to trzeba przemalować 2-3 razy. Ja też wpadłem na głupi pomysł i mówię: „Chłopcy, bierzemy to – a robiliśmy to w takim pomieszczeniu stolarni – wyrzucamy to na zewnątrz na mróz”. A mróz był taki siarczysty. Ten mróz spowodował to, że ta farba próbowała jakoś zamarzać na tym. Jak zamarzła, to my jeszcze raz malujemy i na mróz. Na wieczór to stanowiło już jakąś bryłę z tym kolorem. Podjechały samochody, my na nie to wrzuciliśmy te boje, w samochodzie też zimno. Pojechali nad morze, dzwonią po jakimś czasie: „Piękna rzecz, jakie to śliczne”. A to było ryzyko, bo mogło to się rozpuścić i spłynąć z tym lodem. Udało się.
Jak budowaliśmy dekoracje gdzieś w plenerach, to ludzie mogli to oglądać tylko z daleka, dlatego że były obawy, że gdzieś wejdzie, coś zrobi albo jemu coś się stanie, także tego przestrzegaliśmy. Na lotnisku było tak, że konstrukcja była drewniana. To były wtedy inne technologie – obijało się jutą, naciągało się gips, później się robiło fakturkę. To nie był blok, tylko takie dekoracyjki trochę starsze. Duże dekoracje robiliśmy też w Zamachu stanu na Zdrowiu, to był Pałac Saski. Duża dekoracja, miała chyba 16 metrów w górę. To też była konstrukcja drewniana, też obijana jutami i innymi rzeczami i zaciągana, do tego okienka, konik, na którym siedział Poniatowski. Tylko konia rzeźbił pan ze Szkoły Plastycznej, nazywał się Kowalczyk, a jego syn dzisiaj wykłada w tej szkole, także widać, że takie zdolności rodzinne. Bywały takie przypadki. Jeżeli pamiętam, to był taki klan Musielewicz, Rogala. Poza tym mój syn od iluś tam lat jest kierownikiem budowy, już zrobił tych filmów sporo. Też tak się zaraził, miał zupełnie inny zawód i on po trochu dorabiał po godzinach. Później się wciągnął i teraz jest jednym z lepszych kierowników budowy. Ja dość szybko awansowałem, już łapami nie pracowałem. Moja praca polegała na koordynacji wszystkiego, a to nie było takie proste, bo te hale, plenery, ci ludzie wyjeżdżali, przyjeżdżali. To było dość poważne wyzwanie, bo nie można było zrobić tak, że: „Słuchajcie chłopcy, robimy sobie coś, wy sobie róbcie”, później dochodzi termin zdjęć, a to nie zrobione. To trzeba było kontrolować na bieżąco, żeby wszystko się zgrywało. Takich przypadków nie mieliśmy. Jeżeli chodzi o solidność wykonania, to robiliśmy to w miarę solidnie. Uważaliśmy na to, żeby się nie stało coś ludziom w czasie pracy, a co gorsze – gdyby stało się coś w czasie zdjęć – nie dlatego, że komuś się uszkodzi główkę czy rączkę, ale za tym jeszcze wisiała groźba kryminału. Także człowiek to miał z tyłu głowy, że to musi być solidnie wykonane, tu się nic nie może stać. Nie mówię o takich drobnych rzeczach, że był wiatr i coś zrzucił. Takich numerów nie było. Sprawa patynacji, czyli zepsucia dekoracji, to jest dość skomplikowana procedura. Trzeba wiedzieć, co się robi, żeby to było bezpieczne, a żeby to dawało efekt. Kiedyś robiliśmy taką dekorację, dość dużą, która się miała zarwać i być zniszczona. To była taka osada, normalna chata wiejska, wielka obora, stodoła. My to robimy, przychodzi do mnie kierownik produkcji i mówi: „Słuchaj, co ty robisz?” – „Robię to, co mam do zrobienia” – „Ale to ma się walić” – „A to mam zrobić takie walące? Proszę bardzo, ja mogę odejść” – „A to się nie da zrobić, że to się wali?” – „Nie da się”. Trzeba zrobić to normalnie tak, jak trzeba. Wtedy zastanowić się, gdzie to podciąć, uszkodzić, żeby to się przewróciło. Wtedy braliśmy ciągniki, one to rozrywały naturalnie, widać było, że to się zawaliło, także to jest jakaś umiejętność. Poza tym jest jeszcze to, że te dekoracje robiliśmy na miesiąc-dwa, i to jest też umiejętność zrobić dekorację na dwa miesiące, bo tyle ma wytrzymać, i to się rozbierało. Normalnie taką dekorację robił dłużej i tak stabilnie, że później ciężko było rozebrać, i po co te wydatki? To też jest jedna z większych umiejętności – jak to zrobić, że to ma stać dzień na przykład.
