Przejdź do treści

Henryk Kuźniak – prof. zw. dr hab. polski kompozytor, muzykolog, pedagog. Przede wszystkim komponuje muzykę filmową i telewizyjną. W latach 1959-79 pracownik Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Przez 50 lat wykładowca w PWSFTViT w Łodzi, profesor Wydziału Reżyserii Filmowej. Znany głównie z muzyki do „Seksmisji” (1983) i „Vabanku” (1981).

Henryk Kuźniak: Nazywam się Henryk Kuźniak. Nazwisko nic wam nie powie i udzielam wywiadu.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie są Pana pierwsze wspomnienia związane z kinem?]

Urodziłem się w ‘36 roku. Kiedy wojna wybuchła w ‘39 i zanim chodziłem do kina, to musiałem jeszcze przeżyć oblężenie. Ja mieszkałem w Czeladzi. Moja mama tam też mieszkała, rodzice mieszkali i w trosce o zapewnienie jakiegoś lepszego… Pobytu lepszego, nawet jedzenia to mama i rodzice zrealizowali i wywieźli mnie do Stopnicy… Stopnica jest 16 km od Buska do ciotki. To był już to był ’43 rok. Nieszczęście polega na tym, że tutaj właśnie była główna linia frontu. W lipcu ‘43 roku do Stopnicy wjechało 7 czołgów, no i wyzwolenie. Wieczorem nadleciały samoloty niemieckie dokumentowały następnego dnia od rana bombardowanie. W związku z tym, no co my mogliśmy robić. Uciekamy! Gdzie? Do klasztoru, bo w klasztorze 4-metrowe mury i tam przeszedłem to oblężenie. Niemcy odbili tą Stopnicę i wyszliśmy… Miasto zniszczone. I tutaj zaczął się taki okres, że ja z tą swoją rodziną: ciotką, wujkiem byłem… Takim emigrantem, żeśmy się po tutaj po wioskach gdzieś włóczyli, zatrzymaliśmy się na Podlasku te 3 km przed Stopnicą i w ’44 roku w listopadzie przenieśliśmy się do Buska. Przenieśliśmy się to znaczy – szliśmy pieszo. Krowa ciągnęła taki wózek z bagażem. Przyjechaliśmy tu do Buska i tutaj zamieszkaliśmy.
W styczniu Busko zostało wyzwolone. Ja byłem jednym z tych, którzy witali Rosjan tutaj także… No i dlatego do kina jeszcze daleko. Po mnie mama przyjechała w ’45 rok, to był nie luty, coś koło marca. Komunikacja była utrudniona. Jak przyjechała do Kielc to musiała jeszcze pieszo 64 km, bo nie było komunikacji. Ja z mamą wróciłem do mojego rodzinnego miasta i tutaj to już był ‘45 rok. Po pierwsze… Pierwszą klasę skończyłem w Stopnicy i w Czeladzi poszedłem do drugiej klasy. I nauczycielka mówi, mojej mamie: ,,On jest bardzo grzeczny, ale on jest analfabetą’’. A ja umiałem czytać i pisać przed szkołą, ale potem zapomniałem… Ale za to podczas tego pobytu na froncie umiałem rozbierać pociski, bo tam były… W nylonowych takich – to wartość miał ten nylon. Wiedziałem też gdzie są miny. Jak żeśmy z wujkiem w lutym wrócili z Buska z krową to na ich polu był bunkier oficerski. Myśmy tam zamieszkali: wujek, ja i krowa. I wszędzie były miny, no i tam no i wszędzie były mi tak, że ja byłem ,,au courant’’ w tym wszystkim. Natomiast czytać i pisać zapomniałem. Wróciłem już do Czeladzi. Przyjęła mnie ta nauczycielka do szkoły do 2 klasy, chociaż powiedziała, że jestem analfabetą. Całe szczęście, bo nie straciłem roku. I to był okres ‘46, ‘47… Tak, i tu zacząłem chodzić do kina i tu, no to były to były filmy radzieckie: Zwariowane lotnisko; Wołga, wołga; 800 lat… Innych nie było po prostu, a ja chodziłem po parę razy. Jak tylko miałem 5 zł to szedłem do kina. Muszę powiedzieć, że to w jakiś sposób, że kino mi imponowało. Kino było czymś takim jak bajką i nawet tak pamiętam, że…. nieraz z kimś tam, że szkoda, że tak w domu jest tylko radio, żeby było… myślałem o telewizji. Nie wiedziałem, bo jeszcze telewizji też nie było. Moim jedynym zajęciem wtedy kiedy miałem 8-9 lat już. To było chodzenie do kina.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Skąd w Pana życiu wzięła się muzyka?]
Ja zacząłem się uczyć muzyki, mając 12 lat to jak na muzyka to… Stąd gdzieś w jakimś wywiadzie powiedziałem, że miałem być muzykantem, a nie muzykiem, bo ja nie uczyłem się po to, żeby chodzić do filharmonii Nauczyłem się no akordeonie po prostu, bo był jedyny dostępny instrument, chociaż ten, który miałem, to był trochę zabawką, który jako dziecko miałem, pamiętam jeszcze przed wyjazdem do tej Stopnicy zabawki: bębenek, harmonijka, trąbka. Pamiętam, że ta harmonijka mi imponowała, że to gra. Chciałem zobaczyć co tam gra wewnątrz to rozciąłem przeciąłem, także już potem nigdy do wewnątrz instrumentów nie zaglądałem.

Ale mieszkaliśmy w Czeladzi z moją mamą ze sobą. W międzyczasie mój ojciec zmarł podczas okupacji. Zapomniałem powiedzieć. I mieszkaliśmy z mamą… Naprzeciwko nas mieszkał organista i ja tam często śpiewałem i on mówi: ,,Wie pani, ten chłopak to tak ładnie śpiewa pani, warto by go uczyć’’. I to był taki pierwszy sygnał, ja z resztą lubiłem muzykę. Muzyka mnie wzruszała, niekiedy jak słyszałem, że ktoś gra na skrzypcach, to płakać mi się chciało. Rodzice kupili mi akordeon 12-basowy, no to jest zabawka. Dlaczego zabawka? Dlatego, że tam można było grać tylko utwory w tonacjach durowych. Jak w prawej ręce można było grać w tonację molową, to w lewej była durowa i to już była bitonalność, także wyprzedzenie pewnego rodzaju. Jakoś tam się rodzina spędziła i miałem akordeon 80-basowy. Wtedy poszedłem do szkoły muzycznej, bo tak to mnie ktoś tam uczył grać. I to był ’49 rok zeszłego stulecia. Wtedy już zacząłem tam jakieś sukcesy, popisy. W gimnazjum, w tym czasie skończyłem tą szkołę podstawową. Dzięki tej nauczycielce, która mnie nie dopuściła do tego, żeby jakoś… Miałem kłopoty z matematyki, z polskiego. Z dysleksją, ale to nikt jeszcze nie wiedział… To szło na konto ortografii, że nie umiem pisać. Jakoś to przebrałem, byłem w gimnazjum. W gimnazjum mieliśmy oczywiście zespół. Zespół muzyczny, który z jednej strony to taka orkiestra, gdzie na akademiach, na 1 maja na pochodzie graliśmy. To byli koledzy, którzy schodzili do szkoły muzycznej. I ja grałem w obydwu zespołach. I tam był też mój przyjaciel Rysio Dudek. Dlaczego wymienię jego nazwisko, bo powiem za chwilę. Graliśmy na tych wieczorkach to było największe zainteresowanie, wieczorki w sobotę, bo to było męskie gimnazjum Mikołaja Kopernika, ale na wieczorki koleżanki przychodziły. No to już była inna zabawa. Ale nie było co grać, bo orkiestrówki niemieckie były na duże zespoły. Rysio Dudek pisał jakieś utworki i ja też tam pisałem. Jeden z resztą to był takim pierwowzorem, potem w Vabanku ten pakietowy fokstrot to ja napisałem jako 17-latek, ale po to żeby był… Co myśmy pisali? Tango, fokstrota, walca. Bo nie było co grać, a poza tym wtedy… Chcieliśmy coś grać, ale po pierwsze nie umieliśmy – nie było nut. Ja kiedyś jakąś dostałem okładkę z Francji, jakieś takie… Na plaży dziewczyna i położyliśmy to tak na wabia i gramy, a dyrektor szkoły: ,,Co wy gracie?!’’.  Ja mówię: ,,Nie z nut gramy!’’ Bo to była kolorowa okładka, a tam wtedy to tak trzeba było… Nie wiem… „Kwiaty rewolucji”, takie różne rzeczy. Muszę tutaj się pochwalić, że będąc w 10. klasie byłem dość sprawny na tym akordeonie i miałem tam jakieś popisy i w Czeladzi mieszkał taki jak akordeonista, który z Francji przyjechał – Zygmunt Dziedzic. No nie wiem, może miał 30, 40 lat plus? Nie mi to ocenić… I on mnie wziął do duetu… A był na tyle sławny, że grał z Ciukszą przez Radio z Łodzi. Ciuksza miał orkiestrę mandolinistów. On mówi:,,Słuchaj, zagramy. Załatwiłem nagranie w Katowicach w Polskim Radio”. Myśmy mieli to i nawet mój jakiś utworek… Stajerek Zagłębiowski czy coś… W tym duecie, on jakoś tak nie akceptował… Bo on był świetny muzyk. No, ale ja byłem bardzo zadowolony, że zagramy w Katowicach w Radio i koleżanki będą słuchały mnie przez Radio. Oczywiście Radia nie było tylko kołchoźniki. Radio miała może jedna osoba na 10. I było to nagranie się odbyło. Ciekawa data: 3 marca 1953 rok. Czy coś wam mówi ta data? Stalin umarł i pech, że 3 miesiące żałoba, a ta muzyka nie może iść. Dlatego to opowiadam, że przez 3 miesiące nie miałem tej satysfakcji. Potem, kiedy już tego, to koleżanki były na wakacjach, bo były lipiec-sierpień, wakacje. Takie były moje początki. Skończyłem tą szkołę muzyczną. Miałam jeszcze rok do matury. No to poszedłem do szkoły na flet. Na flet dla… No żebym tak. No i grałem na tym flecie i był problem na jakie studia pójść. Mama moja mówi: ,,Słuchaj, może byś poszedł do szkoły leśniczej? W lesie to jest takie świeże powietrze’’. No nie bardzo mi to, ale nie miałem gdzie, bo tak podstawowa szkoła muzyczna, a to wyższe studia to trzeba mieć średnią szkołę muzyczną. Co 5 lat jeszcze w średniej szkole muzycznej, żeby…? Miałem kuzynkę, która wówczas studiowała prawo w Warszawie. Już nawet nie pamiętam, jak myśmy porozumiewali, no chyba pisemnie. Ja się jej zwierzyłem, bo ona była starsza ode mnie. Z resztą żyje jeszcze mieszka w Opolu. I ona mi doradziła: ,,Słuchaj w Warszawie na Uniwersytecie jest muzykologia’’. Ona wiedziała, że nie mam średniej szkoły i mówi: ,,Nie trzeba mieć średniej szkoły, tylko trzeba zdać egzamin’’. Bardzo pięknie, tylko jak ktoś by chciał iść na Politechnikę i po podstawowej szkole zdać egzamin na Politechnikę? Najważniejsze ona mi napisała, bo się dowiedziała… Najważniejszy egzamin jest harmonii, ale nie z instrumentu, że się gra na instrumencie, tylko z elementu muzyki. No to harmonia jest ważnym takim kręgosłupem muzyki. To już nie będę się nad tym rozwodził. Ja się zdecydowałem na tą muzykologię. I oczywiście, któregoś tam złożyłem papiery, dostałem powiadomienie, że jest egzamin, żeby przyjechać do Warszawy. Wsiadam w Katowicach o 10 w jakiś pociąg, jadę całą noc gdzieś przy ubikacji, bo nie ma miejsc. Sam bez kolegów, bo nikt nie jedzie tylko ja do Warszawy pierwszy raz w życiu. Nigdy nie byłem w Warszawie. No i przyjeżdżam na Dworzec Główny wychodzę no i pytam się: ,,Gdzie tu na Uniwersytet droga?’’. Dotarłem do tego Uniwersytetu. Przychodzę tuż za bramę, tam jest portier. Ja mówię: ,,Panie na muzykologię tu?’. A portier taki: ,,Panie to chyba nie w tej bramie’’. No, ale w końcu znalazłem. Tam odesłali mnie do dziekanatu, załatwiłem sobie ten akademik. Tam poznałem pierwszego kolegę, który też zdawał. Wtedy ja byłem, powiedzmy, niski, on był wysoki, wyglądaliśmy… Antek Wroński zresztą. Mówię o tym dlatego, że potem po latach po skończonych studiach on wiele lat pracował w Polskim Radio jako redaktor muzyczny. Przyjaźniliśmy się wiele lat, no niestety już nie żyje. No i tam była taka ciekawostka, że dali nam to skierowanie do akademika. Dużego akademika na placu Narutowicza. I tam były materace, ale nie było kocy, żeby się przykryć. Ale to było lato, bo ten egzamin był w lipcu, daliśmy radę. Zaczęło się te egzaminy. Ogólna część z polskiego itd., nie było problemu. Ale ten egzamin z harmonii to był ważny egzamin, który zdecydował. No, a wtedy szefową, jak gdyby dyrektorem tego… To nie był instytut jeszcze, to był zakład muzykologii. Była pani profesor Zofia Lissa.

Osoba bardzo, powiedzmy taka, że tam nie było żartów. Profesor doktor habilitowany, ksiądz profesor Feicht, ale proszę sobie wyobrazić ksiądz w ’54 roku profesorem na Uniwersytecie. Dlaczego to możliwe? Bo Lissa była na tyle silna, że powiedziała: ,,To jest największy specjalista od polskiej muzyki i on musi…’’. I on był, a mieszkał w kościele Świętego Krzyża. No i u tego księdza tą harmonię zdaje. To co powiem teraz nie nie dla wszystkich państwa będzie czytelne. Ponieważ miałem zadanie żeby zrobić modulację, czyli przejście z tonacji es-dur do fis-moll. To jest ciekawe, że 70 lat minęło, a ja pamiętam co miałem na egzaminie. Jakie to wielkie u mnie wrażenie robiło, przeżycie. I trzeba było zrobić to w 4 taktach, a mnie nie wychodziło. Ja musiałem w 8 taktach, dłuższe, ale 2 czy 3 wersje zrobiłem. Ksiądz Feicht miał taki niski głos, ale nie mówił: ,,Co ty tu robisz?’’, tylko: ,,Panie, czy pan nie jest organistą?’’. Ja mówię: ,,Nie, nie..’’, ale nie powiedziałem, że akordeonistą. Bo co, gdzie z akordeonistą na muzykologię? On poklepał mnie i śmiał się i mówi: ,,Co to nie było, organiści tak robią’’. No dobra, zdałem ten egzamin. Dzisiaj jeżeli ktoś mnie pyta jaki jest mój największy sukces. To największy sukces, że zdałem ten egzamin, bo inaczej wylądowałbym jako instruktor w Domu Kultury, co najwyżej. Także to jest największy… Jeżeli chodzi o księdza Feichta to, już kiedy pracowałem, dojdę do tego… W Wytwórni Filmów Dokumentalnych, gdzie robiłem opracowania muzyczne i kroniki filmowej. I filmów, bo zacząłem od tego… To koleżanka jakaś z kolei: ,,Słuchaj, ty pracujesz w szkolnictwie jak ksiądz, a to już minęło z 8 lat…’’. Mówi: ,,Bo ksiądz Feicht ma 60. lecie to może byś załatwił kronikę?’’ No to ja poszedłem do pani Heleny Lemańskiej, która była szefową kronik. Proszę sobie wyobrazić: szefowa kroniki. Kiedy nie było „Dziennika telewizyjnego” kronika dwukrotnie wchodziła w tygodniu do kina. To był dziennik ten na te czasy. Mówię, że: ,,Jestem uczniem księdza Feichta czy on…?’’. Zarządziła, że kronika kręci ten temat i jest nakręcony. Potem jeszcze jak na uroczystości byłem, to z operatorem pojechaliśmy do Świętego Krzyża do niego. Tam gdzie on mieszkał, skromniutko w małym pokoiku. I ksiądz mówi do mnie:,, Heniek, weź, no tą książkę wyjmij, tam taką grubą’’. Ja mówię:,, Ksiądz mnie pytał będzie tu, a tutaj koledzy – ci operatorzy’’. Bo kto to był, wtedy? No, w każdym razie… Ja wyciągam książkę, a on: „Weź tam, potem jest butelka koniaku.” Mówię, chowam, bo jakby przyszedł Krzysiek…’’. On był z mojego roku, Biegański też niestety zginął. No i oczywiście zakończyliśmy, także to był mój rewanż za to, że mnie poklepał i za ten egzamin.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała Pana praca w instytucjach filmowych?]

Natomiast jeżeli chodzi o pracę to po skończonych studiach w ’59 roku zacząłem pracować w Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Dokładnie pamiętam, kiedy to był 4 maja poniedziałek ’59 rok. No przyjechałem, dostałem się do pracy jako redaktor do fonoteki. Redaktor ważna funkcja. Trzeba było zdjąć taśmy z półki, potem je przynieść i odstawić z powrotem także, ale byłem zadowolony, bo miałem blisko do filmu. Mogłem oglądać tam filmy na szczęście po 3 miesiącach ktoś się w produkcji zwolnił się w montażu i zaproponowali, a ja z największą chęcią. Asystent montażysty dźwięku. No, ale ja oczywiście szybko awansowałem do samodzielnej pracy. Robiłem filmy dokumentalne, a wówczas Wytwórnia Filmów Dokumentalnych, to była… To był film dokumentalny to było pierwsze kino w Polsce i kronika filmowa, na czele tego profesor Bossak, redaktor naczelny. Na czele kroniki pani Helena Lemańska. I operatorzy i reżyserzy – Pelski. Kto tam nie był… Cała masa [był to czas kiedy działali tam wtedy Jerzy Hoffman, Edward Skórzewski, Bohdan Kosiński i inni]. No i ja tam zacząłem te filmy robić jakoś tak i nawet Bossakowi jakieś robiłem opracowanie. Tak, że miałem dobrą renomę, szybko awansowałem, że montażysta. Wtedy się mówiło reżyser montażu dźwięku, nieważne nazwy. Ja się uczyłem filmu, ponieważ tam każda kolaudacja to było seminarium. Czy robiłem film, czy nie, to człowiek się czegoś nauczy. Dlatego chcę powiedzieć, że moim filmowym wykształceniem to była Wytwórnia Filmów Dokumentalnych. I ja po latach uważam się za filmowca. Tak jak filmowcem jest operator, montażysta, scenarzysta. Ja jestem kompozytorem. I dlaczego, dlaczego tak, bo ja nie myślę w kategoriach muzyki filmowej, muzyką… Tylko filmem, jako przykład dam to, że kompozytorzy piszący utwory na scenę, na estradę stroją fortepian, a ja rozstrajam. Bo to jest bardziej… Jeżeli w Vabanku rozstroiłem fortepian, to po to, że ten rozstrojony jest bliższy widzowi. Tego brzmienia, który jest bliższy straży pożarnej niż filharmonii. I tak było z innymi rzeczami zresztą. Po prostu nie tylko opracowanie muzyczne, ale też i opracowywanie dźwiękowe i zwracałem na to uwagę. Potem, kiedy zacząłem pisać muzykę, pierwszy film to był Siedliszcze Gryczełowskiej 3 minuty muzyka, ale przeżycie to to już był ’59, ’61 rok czy ‘60? Ale przeżycie, bo tak sam nagrałem na flecie, ale na chińskim flecie dokonałem pewnych takich przetworzeń, a to było taki… Kiedyś był temat skręcony o miejscowości Siedliszcze, gdzie otwierano basen i po latach on był zdewastowany i to było o tym. No, ale to było dla mnie wielkie. Potem pisałem dla Janusza Kidawy, dla Bogdana Kosińskiego, no i dla innych kolegów. W Wytwórni  Filmów Dokumentalnych… Dokumentalnych i Fabularnych, bo ona się zmieniła. Pracowałem do ‘73 roku. I potem odszedłem do telewizji, najpierw do Komitetu Radia i Telewizji, gdzie zająłem stanowisko głównego specjalisty do spraw muzycznych. Tak to, już było. Ale! Już jak byłem jeszcze w dokumencie to był już jakieś 6 lat pracowałem to… Profesor Bossak, który był jednocześnie profesorem w szkole i dziekanem wydziału reżyserii. Zaangażował mnie do szkoły filmowej, bo tam była kiedyś konsultantka, która zmarła i on mnie zaangażował. Bossak do szkoły filmowej, no i ja pojechałem do tej szkoły. Dlaczego o tym mówię, że od tego czasu pracowałem zawsze na 2 etatach, wytwórnia i szkoła, albo szkoła i telewizja to tak do końca. Końcówkę miałem taką, że odszedłem z telewizji na emeryturę, ale jeszcze pracowałem, w szkole. Z telewizji odszedłem, ale jak się odchodzi na emeryturę, musiałem odejść z dwóch miejsc. Natomiast w 3 dni mnie zaangażowali na umowę o pracę i tam pracowałem jeszcze 12 lat w szkole, ale sam się zwolniłem, nie zwolnili mnie. Teraz, jeśli chodzi o tą telewizję.

Oczywiście 2- 3 dni w szkole, ale ponieważ to była współpraca, miałem czas nienormowany. Nie było problemu, że ja jadę do szkoły na 2 dni i ja pracowałem w szkole filmowej 50 lat. To znaczy zacząłem w 1964, a skończyłem w 2012. Szmat czasu, no poznałem tam setki uczniów, słuchaczy. Wszyscy reżyserzy właściwie przechodzili przez moje ręce. Jak przyszedłem do szkoły filmowej to… to tam nawet nie było biuletynu takiego czy coś. Przedmiot się nazywał muzyka filmowa i koniec. I ja na każdy wykład jadąc, wpisałem sobie wykład. I w pierwszym roku pisałem, w drugim roku już tylko poszerzałem. Kiedyś po 10 latach, jak już wyjąłem te kartki, one były żółte i studenci:,,A dlaczego pan na tym takim żółtym papierze pisze?’’. Bo to już ze starości zżółkły. Ja byłem dosyć takim profesorem… No nie chcę siebie oceniać, ale… Nie byłem ani brat łata, ani ze studentami, ale też nie byłem taki ,,Słuchajcie muzyka to cudowna rzecz, jak nie będziecie tu…’’. Tylko raczej zaczynałem zajęcia od tego, że przycisnąłem dźwięk klawisza A ten który skąd go znacie, a potem powiedziałem, ze stroją się do tego muzycy i klapnąłem klawisze. ,,Jaka różnica między jednymi a drugim dźwiękiem?’’. Uczyłem ich słuchać i wyciągać wnioski, i zresztą muszę powiedzieć, że no kiedyś na ich nawet w tych swoich papierach znalazłem z 15 czy 20 list studentów, którzy… kto chodził, kto nie chodził. Ja często wolałem stosować jakieś testy, nie lubiłem oceniać, ale musiałem, no bo przecież ktoś albo zdał albo nie zdał. Tam sporo było studentów zagranicznych i z różnych krajów wie pani i Norwegia i Algieria i Mongolia. Miałem takiego studenta z Mongolii, taki był zasadniczy. Oni na ogół kiepsko mówią po polsku, to wiedziałem o tym. No ale wiedziałem, że ten to i mówię do niego: ,,No to powiedz, co to jest muzyka’’. ,,Muzyka to jest najpiękniejsza rzecz na świecie’’. ,,Skończyłeś?’’. ,,Tak’’. No mówię: ,,Ale nie zdałeś’’. I kupę było takich zresztą studentów, no ten. Magnus von Horn, który teraz zrobił wspaniały film, zresztą z doskonałą muzyką też był moim studentem. Bardzo taki sympatyczny. On w Polsce mieszka, bardzo sympatyczny gość i świetna muzyka, tam dziewczyna mu napisała świetną muzykę, nawet mu pogratulowałem. Jeżeli chodzi o moje te relacje ze studentami, no to one były dobre, ale bez takiego… nikomu nie mówiłem po imieniu. Oni mnie też nie.

Co ciekawego? No profesorowie byli tam, Jahoda… Cała masa w ogóle ludzi. Jak przyjechałem na taką rozmowę do szkoły filmowej to prorektorem był Jerzy Mierzejewski – malarz. Przyjechałem, no i on mi mówi: ,,To proszę pójść do pana rektora Wajdowicza”, bo on się zajmował dźwiękiem. No to poszedłem i Wajdowicz już: ,,No to proszę powiedzieć’’. No, a ja: ,,Jestem magistrem muzykologii’’. ,,No to dziękuję’’. Koniec rozmowy i muszę powiedzieć, że Wajdowicz nigdy ani nie prosił, żebym ja… napisałem program, czego chcę uczyć. Jak na początku byłem nauczycielem tylko na reżyserii i nie miałem etatu, tylko godziny. I tak rano przyjeżdżałem, miałem wykład i jechałem do domu. W miarę upływu czasu, to potem i operatorzy, montażyści, animacja i produkcja. Także musiałem siedzieć 3 dni, tak bywało. Różnie, no ale… W szkole mieliśmy hotelik, taki hotelik, w którym mieszkaliśmy i tam przyjeżdżała Jakubowska. Kiedyś Jakubowska była taka… Ja przychodzę, Jakubowska już była tam: ,,Co pan taki kolego dzisiaj wesoły?’’. Ja mówię: ,,Pani profesor, bo mi się urodził syn’’. ,,No wiedziałam!’’ Co ona wiedziała? Ona idzie i wyciąga pół litra. Może to nie jest do tego, ale mówi: ,,Wiedziałam!” A ja też miałem coś w zanadrzu. Bossak tam nocował, Jahoda i Nowicki. Cała masa ludzi nie sposób nawet sobie tego wszystkiego przypomnieć. Także to życie towarzyskie po zajęciach. Szczególnie jak siedziałem, gdzie jeden dzień to rano i wyjeżdżałem, a tak to kilka. I teraz chcę powiedzieć, że ja w szkole nie pełniłem żadnej funkcji, takiej, ani dziekan, ani prodziekan, ani… Byłem członkiem rady wydziału i byłem członkiem senatu. Jako na początku jako wykładowca i starszy wykładowca. Potem po przewodzie docent, oczywiście, no i potem wreszcie po przewodzie profesor. No ja nie pełniłem żadnej funkcji, ale od pewnego momentu po latach z doświadczenia… Tylko nie wiem, to chyba wtedy prorektorem był Marek Nowicki. Mówi: ,,Słuchaj, ty musisz nas reprezentować na zewnątrz’’. Jak, muszę, to muszę. I byłem przedstawicielem szkoły filmowej. Jest to ważna funkcja, jaką pełniłem, ale nie tylko dla mnie. Zostałem wysłany do Warszawy jako reprezentant, reprezentujący szkołę. Nie pamiętam czy to głosowanie senatu było, chyba tak. Nawet jak było to… Rada Wyższego Szkolnictwa Artystycznego była takim organem przedstawicielskim, tak jak Rada Główna w ogóle z tym, że rada jednocześnie… Rada RWSA była sekcją rady głównej, a Rada Główna o wszystkim decydowała. Ja też jako członek, ale później jako wiceprzewodniczący i przewodniczący jeździłem tam do tej Rady Głównej. I tu muszę powiedzieć, że rola tej Rady Wyższego Szkolnictwa była duża, bo ona decydowała o nominacjach, zatwierdzeniu tych przewodów kwalifikacyjnych. Ważny organ i nie tylko. I właśnie w tej Radzie byłem wiele lat. Albo jako członek albo jako ekspert. No już tak się przyzwyczaili. Kto tam był? Każda uczelnia, było ich wtedy bodajże 20 albo 21. Nie pamiętam. Miała swojego przedstawiciela i ci przedstawiciele wybierali z tego przewodniczącego, sekretarza… Jak jeździłem na początku, tak żeby demokratycznie było to zawsze kogoś jeszcze… Ktoś jeszcze musiał kandydować, bo był kandydat już wymyślony. I zawsze mówię, no to może kolega? Wiedziałem, że nie i mnie zawsze brali. Oczywiście byłem. Miałem tam 2 czy 3 głosy i poza którymś razem mówię nie, bo jak historyk będzie czytał i mówił. Pomyśli, że jestem jakimś megalomanem, że ciągle się zgłaszałem, a nie odmówiłem. Ale miałem tam funkcję wiceprzewodniczącego, no przede mną był Krystyn Zieliński z Łodzi – plastyk z dużej uczelni. I on odchodząc jak gdyby, chciał, żebym ja został. Oczywiście wybrała mnie ta Rada. Dlaczego o tym mówię? Bo to była ostatnia kadencja Rady Wyższego Szkolnictwa. Potem te funkcje przyjęła Rada Główna już po, bo to już było po zmianach, po ‘89 roku. Ale dlaczego ona jest ważna? Bo ten wiceprzewodniczący wtedy był Lech Puchnowski, ale on wielokrotnie był też członek – wybitny akordeonista, który zmobilitował ten instrument dla świata w Polsce. Trudny zresztą człowiek, dla mnie nie, ale wszyscy mówili: ,,Oj, z tym Puchnowskim to będziesz miał’’. Jak byłem przewodniczącym, ale miałem być i pytam go: ,,Słuchaj, chcesz być przewodniczącym?’’. ,,Nie’’. ,,No to, a wice?’’. ,,Mogę być’’. Jak miałem trudną sprawę to mówię: ,,Lechu…’’. On trochę starszy ode mnie był. ,,…to opracuj’’. To on pisał na 3-4 strony, ale bardzo dobrze znał prawo sprzed wojny jeszcze. Ja mówię: ,,Słuchaj, to jest 3 strony, kto to będzie czytał? To musi być na jedną stronę’’. ,,Ja nie będę tego poprawiał’’. ,,A ja?”.  ,,No to popraw’’. Dlaczego wspominam? Bo wlaśnie z tym Puchnowskim… Jak się pojawiła możliwość powstania ustawy i nowelizacji, to myśmy złapali wiatr w żagle. Chcieliśmy wprowadzić stopnie doktora równorzędne z nauką. A to nie było takie proste, nie było takie proste. Już nie będę tego tak dokładnie tłumaczył, ale odwołuję się tutaj 20 lat po zaistnieniu tej ustawy miałem taki wywiad i wszystko dokładnie o tym mówię. ,,Forum Akademickie’’ numer 5 rok 2023. Ale myśmy… ja byłem członkiem Rady Głównej szukaliśmy poparcia. Główna kwalifikacja nie zgadza się na to, bo chcieli, żebyśmy byli… Był taki profesor, który w taką tezę formułował, że powinniśmy być autorami albo edukatorami. Tak ni w 5 ni w 3, wszyscy traktując nas jako młodszych braci w rozwoju. My chcieliśmy mieć ten sam stopień, niekoniecznie, żeby on się był stopniem naukowym, ale stopniem w sztuce równorzędnym. I w tej ustawie z 2003 tak się stało. Jest to ustawa o stopniach naukowych i tytule, i o stopniach w sztuce – równorzędnych. Od tego czasu ludzie sztuki już nie są, nauczycielami z kwalifikacjami jakimiś. Bo przed tym były te kwalifikacje pierwszego, drugiego stopnia. Ktoś przyjechał do Polski robić doktorat, a wyjechał z kwalifikacjami. Tam za granicą mówić: ,,Przecież miałeś doktorat zrobić, a nie kwalifikacje jakieś’’. Także to jest wielka zasługa tej ustawy. Nie chcę powiedzieć, że moja, ale ja byłem ostatnim przewodniczącym. I z Puchnowskim myśmy rozmawiali i z Tazbirem. Dawaliśmy słowo honoru, bo oni wszyscy się bali, że to będzie jakieś oszustwo, a myśmy według tych samych ustaleń, które są w ustawie, no dotyczące nauki wszystko. Z tą różnicą, że nie jest jako praca kwalifikacyjna, praca naukowa tylko dzieło sztuki. I żeśmy rozmawiali z Tazbirem i z Łybacką rozmawialiśmy. Ja – jako człowiek Rady Głównej, pewnego razu przewodniczącym, rewelacyjny matematyk – Pelczar, głowa kwadratowa. Mieliśmy przerwę i on mi: ,,Kolego, to proszę przyjść na prezydium…’’.  Ja jako członek rady nie, nie byłem członkiem prezydium Rady Głównej. ,,..bo będzie pan profesor…’’. Już nie wymienię nazwiska. ,,…odnośnie właśnie stopni w sztuce’’. Ja mówię: ,, No nie…’’. Jestem w Radzie Głównej jedną osobą i na tym prezydium jest 20 profesorów z nauki i ja jestem jeden. Ten przychodzi, wyciąga papiery duka, bo nawet nie, nie duka… Tak to żeby tym edukatorem zostać. Ja wiem jedno, ja muszę pierwszy zabrać głos. I mówię tak: ,,Panie profesorze, pan tu odczytał, ale boję się, że panie i panowie profesorowie, nie bardzo mogli to zrozumieć. A gdyby pan od siebie w prostych słowach powiedział’’. Tyle. Nic, zatkało go. I jakiś astronom siada tak, mówi: ,,No, to co profesor Kuźniak mówi, to my wiemy, to tak’’. I tam jeszcze parę głosów, ale to mówię od rzeczy, bo archeolog. I co Pelczar mówi wtedy, a ja mam tutaj parę ton na głowie siedząc tam, bo nie ma mnie kto wesprzeć. Jeżeli ja źle opowiem, to leży. Pelczar powiedział: ,,Tak, zostajemy przy naszej decyzji, bo Rada Główna już podjęła kiedyś decyzję, że popiera’’. I to był mój najcięższy dzień w Radzie. Teraz jeszcze chcę powiedzieć. Jak to było? Bo to sprawa niezakończona, bo to się przewija, żeby jeszcze w Sejmie nie było. Ja jako przewodniczący Wyższej Rady Szkolnictwa Artystycznego przychodziłem zaproszony przez prezydenta Kwaśniewskiego na nominację nowych profesorów. Tam był ktoś z Rady Głównej z Centralnej Komisji i z nazwiska nas przedstawiali. I ja przychodzę, to było jeszcze przed, a niedługo miała być ta ustawa w Sejmie. Ja przychodzę, a Kwaśniewski do mnie prawie zły: ,,Czytał pan, bo w prasie się ukazała notatka, że będzie Rada Główna, no i 20 profesorów, bo sztuce łatwiej, bo to za zasługi’’. On wkurzony, że on… Że my go tutaj, profesorów za zasługi. Ja mówię: ,,Czytałem i moje napisałem już odwołanie’’. Był wściekły. Wściekły. Ja napisałem do kto w „Polityce” to to też jest. Mam te w razie czego ten ten wie pani. I napisałem w ,,Polityce’’, że ten redaktor nie ma zielonego pojęcia, bo nawet nie przestał ustawy, nie wie o czym pisze. I obawiam się, nie opisywali mi długo, że dopiero Kwaśniewski zainterweniował taka okrągła notatka, no ale ten był zirytowany co to jest i ja kończyłem już swoją kadencję tam. I też podchodzę już po… To nie było na tym samym spotkaniu. Tam była różnica parę miesięcy. I mówię: ,,Panie prezydencie, chciałem się z panem pożegnać, bo ja już kończę kadencję’’. Bo to miała być przejść Rada Główna do… RWSA do Rady Głównej. I on mówi: ,,A to pan do mnie przyjdzie’’. No dobra, ale myślę sobie, wychodzę, wiem gdzie, powiem ci prezydent pamiętał, wychodzę. Jakaś panienka: ,,Panie profesorze, bo pan prezydent powiedział, chce, żeby pan do niego przyszedł’’. Mówi: ,,Kiedy pan może?’’. ,,Proszę pani, na razie to pan prezydent jest bardziej zajęty niż ja, to ja przyjdę wtedy, kiedy pan prezydent może’’. Przyszedłem po południu, nikogo nie ma. I mówię, spojrzałem: ,, Panie prezydencie. Pan się w ‘54 roku urodził, a ja w ‘54 roku byłem już na 1. roku studiów’’. To go rozśmieszyło. Był świetny, miałem dobre serce takie i takie było na moje pożegnanie. I taka była rola tego, bo ukazała się jeszcze jakaś notatka, na którą odpowiedział Lech Puchnowski. Jakiś rolnik napisał, że a to jakieś albo nieporozumienie z tymi profesorami albo jakiś, no taki nacisk, tak. No, to temu odpisał także niech się raczej rolnictwem zajmuje. No to była moja rola, jak gdyby taka zewnętrzna, bo powiedziałem, że nie nigdy nie prowadziłem żadnych… Ani wydziału, ani nic. Ale to jest ważne, bo dzięki tej RWSA, no dzisiaj cała… Nikt nie zresztą o tym nie pamięta, dlatego prof. Andrzej [Pelczar[1]] Chciał, żeby chociaż wywiad[2] ukazał i zostało to przypomniane, jakoś wie pani, że myśmy to nikt nam tego nie dał, myśmy to sami wywalczyli i najczęściej politycy tutaj się nie wtrącali. Mało tego, powiem więcej, że w Ministerstwie Kultury. Pracował wtedy Maksymilian Celeda był dyrektorem, i on współpracował z nami, z tą Radą. To przyjaciel ludzi sztuki. Do dnia dzisiejszego zresztą mamy z nim kontakt, świetny gość. Myślę, że gdyby ktoś się zdecydował napisać pracę doktorską o Radzie Wyższego Szkolnictwa, to byłoby o czym, bo tak… Żyje panu profesorów, którzy byli. Żyje pani Marczuk, która była z ramienia Ministerstwa Kultury sekretarzem. Żyje Celeda ten, który był świetnym przyjacielem. Także, ale jakoś, bo to można napisać na uczelni artystycznej, to nie jest sprawa w ramach, a to instytucja kultury była. Zresztą wiem, że w 2018 powstała nowa taka, ale już nic na jej temat nie wiem, bo w to nie wchodziłem i nie łączyłem się.

[1] Matematyk, profesor, w latach 1996–2002 przewodniczącym Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego.

[2] Doktorzy – auktorzy, czyli gra vabank [w:] “Forum Akademickie” nr 5/2025, wywiad przeprowadzony przez Krystynę Matuszewską.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy miał Pan kontakt z Muzeum Kinematografii?]

A teraz jeszcze trzeba by wrócić do muzeum, bo tak mówimy o wszystkim. Otóż Miałem dobry kontakt z muzeum. Nie wiem, może dlatego, że to blisko było, bo szkoła filmowa na Targowej, a muzeum nie wiem czy też targowa czy inna ulica. Jak przyjeżdżałem na te wykłady jednodniowe… Rano przyjechałem, potem szedłem do Grandu na obiad. Tam w tym Grandzie spotykałem profesora tak Toeplitza. No tak było, że jadłem obiad, tam miałem zwrot kosztów. Pierwszą trasą to zjadłem obiad jeszcze zapraszam jakiś koleżanki czy coś, także jechałem do domu. Natomiast już jak zacząłem 2 dni być 3 dni. Poznałam Elżbietę Czarnecką, która mnie tam zapraszała, no to jak były jakieś 2 kroki blisko do hotelu, to byłem. No ja muszę tutaj przyznać, że zawdzięczam… muzeum w tym czasie było takim ośrodkiem bardzo prężnie działającym na co dzień. Festiwal Muzyki Filmowej, 15 wydań bodajże. Jeżeli pamiętam ile, mój był 9. Ja tam na którymś byłem i Elżbieta mi mówiła: ,, Zrobimy ci festiwal’’. Myślałem nic z tego nie będzie, no ale to nic nie mówiłem, bo myślałem, że nic z tego nie będzie. Elżbieta ma taki charakter, że jak do niej poszedł i powiedział: ,,Zrób mi festiwal’’. A ona: ,,Lepsi są od siebie, co ty mi tu…’’. Jak ja mówię: ,,Że nie, nie’’. To ona tak. No i rzeczywiście wyszedł ten festiwal. Podobna sytuacja była z gwiazdą, bo ona była tam w tej jury, też mi mówi o tych gwiazdach. Ja mówię nic z tego nie będzie. Znów ta gwiazda, ona do dzisiejszego dnia jest osobą niesamowicie energiczną. Ciągle coś mi chce robić. Ja mówię: ,,Elżbieta, ja cię już zwalniam, ty już dla mnie bardzo dużo zrobiłaś, już nie… Nie ma’’. Pamiętam, że jak byłam tam ten mój Festiwal Muzyki Filmowej. Pomogłem tu, trzeba było przygotować nuty. To co innego nuty są do nagrań, a co innego, jak trzeba zrobić je samemu, na ogół tych nut nie ma. Ja miałem jakieś brudnopisy, to tak zdało się odtworzyć, trzeba napisać nuty porządne, bo orkiestra nie będzie z byle czego grała. No i udało się ten koncert zrobić. Mało tego została też wydana płytka, po prostu z tego także. Było też: ,,A kto ci robi ten koncert?’’. Ja mówię: ,,Muzeum Kinemantografii’’. ,,Ale dlaczego Muzeum Kinematografii?’’ Ja mówię: ,,Bo w tym wieku człowiekiem tylko muzeum może zająć’’. Co potwierdza nawet dzisiejszy wywiad. No i tak było, ale tam spotykaliśmy się na innych imprezach. Również z Kuźmickim, zapraszał mnie. Z dyrygentem i profesorem ze szkoły, Zdzisio Szotak. Uciekają niestety w pamięci imiona czy nazwiska, ale wspaniale to było zresztą i do dzisiejszego dnia taką zachowałem właśnie jakąś taką więź z Muzeum Kinematografii, no a im starszy to tym bardziej mi pasuje muzeum.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Co sprawiło, że chciał Pan pracować w filmie?]
Od dziecka byłem zauroczony filmem. Tak, nie no, film powiedziałbym to taka magia była dla mnie i imponowało mi, że jak widziałem, że tam Marek Rustik robił opracowania. Marka znałem jeszcze wcześniej z SSu jak bo tam trochę grałem też w tym SSie jako muzyk, nie jako aktor, nie. No to film był. Wie pani, jak to było. Dlatego chciałem, że film mnie interesował i powiem szczerze, że no właściwie moją pasją jest film, nawet nie muzyka. Mam warsztat, mam wykształcenie solidne. Potwierdzone przez księdza Feichta. Natomiast jak powiedziałem, myślę kategoriami filmowymi przede wszystkim. Jako dowód mogę pani poznać taki jak robiliśmy Vabank. No to tam, Julek przyszedł, bo to mój student przecież i Barański mój student. I ten Vabank, ale profesjonalnie, bo nagraliśmy playbacki. Dla słuchaczy powiem, że playback to jest taka część filmu, gdzie najpierw pozostaje muzyka, a potem się dokręca do tego filmu i tam ta scena z trąbką, kiedy Kwinto przychodzi, dostaje trąbkę i zaczyna grać. To najpierw została nagrana, a potem zostało to nakręcone – obraz, czyli to jest jedyny przypadek, gdzie kompozytor jest przed wszystkimi, bo jest przed zdjęciami. A wszystkie inne są po zdjęciach i po montażu, ale tu chcę powiedzieć o tym, bo… Ta scena taka przekonywująca była i wtedy to z Vabankiem to też było dziwnie, bo my Vabank robiśmy, wie pani… kiedy w Gdańsku strajki, atmosfera ponura. Zdecydowanie, a my jedziemy, przygotowujemy się do komedii. Do komedii, w której zresztą parę trupów było. Pytam się Julka: ,,Słuchaj, a co stary robi?’’. Czyli Jasio Machulski. ,,Nic’’. ,Bo myśmy tak chcieli jakoś zrobić te playbacki, bo to jak na playbacki to niedużo czasu. Ciężko zamówić studio.  Mówię: ,,Słuchaj, wiesz co, może mi się uda załatwić w Katowicach? W Katowicach może mi się uda załatwić, że tam zagramy, no może będzie łatwiej niż w Warszawie. A co stary robi?”.  ,,No to pojedzie’’. Pojechaliśmy do Katowic, bo Jurek Maksymiuk miał jakieś nagranie. Ja pytam: ,,Jurek, słuchaj. Czy nagrali byliśmy po twoim nagraniu takie playbacky do Vabanku?’’. ,,Tak, my nagramy’’. To jedziemy do niego. Nagranie się skończyło i ja gram tą trąbkę, a Machulski siedzi i tylko patrzy jak on gra. Wymyślił, popatrzył. Ja mówię do niego: ,,Bo wie pan, daje panu nuty muszą być napisane, ale mówię, niech pan nie gra tak, żeby się czuło, że to jest… Nie, że metrum, że puls, nie. Jakby pan myślał, że i dlatego on wziął, mógł… Ja mówię, zagra pan dwa dźwięki zrobi se pan tak, jakby pan myślał o przyjacielu, to jest rozmowa. Żeby nie było utworu’’.  On, to ten muzyk zrobił. Nuty mając, co ma grać, no bo jak nie dałbym nut, a ten tylko leci i patrzył. Potem… Jesteśmy z tym ,już wracam do tego, jak jeszcze w Czechosłowacji nie było jeszcze Słowacji. Na przeglądzie tam ktoś ogląda, przychodzą, przychodzi do mnie jakiś facet mówi: ,,No wie pan, to pan miał szczęscie’’. ,,Jakie?’’. ,,Miał pan muzyka’’. ,,Jakiego muzyka?’’. ,,No, Kwinto…’’. ,,Kwinto to jest aktor’’. ,,Panie, ja jestem krytyk muzyczny, to ja wiem’’. Tak, a druga scena taka że… Jak ja przyszedłem. Jak coś my podłożyli… Nie, jak oglądam film. Po montażu z playbackami, które są włożone, czyli ta trąbka to co gra jest w restauracji. I widzę na początku, bo jak pani pamięta. Tam czołówka się zaczyna dopiero po pewnym czasie, nie od początku. Kwinto wychodzi, idzie i upada mu miska. Słyszysz, no świetny dźwięk. No to jest efekt. Już wiem, że ja na początku zacznę muzykę, ale na miskę przerwę, żeby on zagrał. Kompozytor, który pisze muzykę, to jego to nie obchodzi. To muzykę, to miska. No, i ja tak zrobiłem. Ja słucham przed zgraniem tego co się dzieje, to chodzi, muzyka, pada dźwięk inny. Bo tamta była autentyczna z planu, brudny, brudny dźwięk. A ten dźwięk, ja mówię: ,,No to gdzie tamta miska jest?’’ ,,A bo to brudny dźwięk’’. ,,Nie brudny, tamten macie dać!’’. Powiedziałem im co na ten temat myślę. Dzięki mnie ten dźwięk tam został. Nigdy nikt by się nie upomniał o miskę. Ja się upomniałem, dlaczego? Dlatego, że moje zainteresowanie były filmowe, że ten dźwięk… Ja nie wiem, czy to nie był przypadek, że ta miska mu upadła, czy to było wyreżyserowane, ale to był świetny i ta miska do dzisiejszego dnia… Pamięta pani? Dlatego to dałem. Przykład na to, że myślę kategoriami filmowymi, a nie muzycznymi.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak dostał się Pan do filmu fabularnego?]
Zrobiłem 3-minutowy film. Potem zrobiłem dla Bogdana Kosińskiego, 3- czy 4-, 5-, 7-minutowe. Potem zrobiłem jeszcze dla Kwiatkowskiej. Jak pracowałem w dokumencie same dokumenty, ale pierwszy film do którego zrobiłem, bo ja oprócz tego, że byłem, to byłem też konsultantem w filmie fabularnym. I jak ktoś przychodził, na przykład. Przychodził Maksymiuk do wytwórni. Tam poznaliśmy się na początku per pan oczywiście. Maksymiuk taki też artysta. W sali synchronizacyjnej myśmy nagrywali tą muzykę, szkoda gadać. I Jurek: ,,Pianissimo possibile!’’. Ja mówię: ,,Wie pan, tutaj, to nie będzie tego słychać’’. ,,Jak to, jak tu słychać, to i tam musi być!’’. Potem przychodzimy. On przyszedł na podkładanie, to był jakiś krótki film. Ja mu puszczam i szum taśmy jest wyższy, nie słychać dźwięków, „a mówiłem, że nie będzie”. Jurek, myśmy się zaprzyjaźnili i jak on, jak on miał jakieś nagrania to mnie brał mnie jako muzyka niezależnego. Był taki, że kiedyś on napisał muzykę do Petelskiego do Kopernik, nie. Kopernika, tak, a Petelski był ciężkim i trudnym reżyserem. ,,Jurek nie, to nie to niedobra muzyka jest, a tu orkiestra siedzi’’. Na co on się odwraca: ,,Heniu to jak to ma być?’’.  Mówię: ,,Jurek zrób przerwę, zrób przerwę i pogadamy’’. On: ,,Heniu co mam zrobić?’. Podobnie, myśmy kupę grali w film. Tutaj, może jeszcze taką anegdotę powiem, znaczy to nie jest anegdota. To jest prawda, że kiedyś dzwoni do mnie kierownik produkcji. I mówi, tak: ,,Proszę pana, panie Kuźniak, my współpracujemy z kinematografią radziecką i będziemy robić film’’. Mówię: ,,No dobrze’’. ,,I muzykę będzie pisał pan Maksymiuk’’. ,,No bardzo dobrze’’. ,,Ale pan Maksymiuk powiedział, że z panem będzie pisał’’. Ja mówię: ,,No jak pan Maksymiuk, tak jak powiedział, to tak będzie’’. Z resztą z Jurkiem do dzisiejszego dnia mamy bardzo dobre relacje jak na starszych panów. No i minęło 2 tygodnie czy coś dzwoni ten kierownik produkcji: ,,Panie Kuźniak, no musicie jechać do Moskwy obejrzeć film’’. No to ja mówię: ,,No dobrze’’. Powiedziałem: ,,Jurek…’’. Ja dzwonię do niego: ,,…musimy to Moskwie, żeby ją…’’. ,,Heniu, ja mam koncerty w Nowym Jorku, z Polską Orkiestrą Kameralną, ja nie mogę’’. No ja mówię: ,,Dobra’’. On do Nowego Jorku, ja do…  Ale teraz przyjeżdżamy do Moskwy, w Mosfilmie gruby dyrektor siedzą takie i ten od razu od tego zaczyna: „Как это получается?” [czyli „Jak to się udaje?] to jest na 2 kompozytorów, 2 reżyserów, operatorów. 2 kompozytorów?’’. Obok mnie siedział kierownik produkcji radzieckiej. Ja mówię: ,,Jak on chce, żeby mu powiedzieć jak, to ja mu powiem’’. On też na pewno by [niezrozum.] 

[00:58:04]. ,,A co ty mu powiesz?’’ Tej muzyki nie pisze ani ja tylko moja żona, my tylko filmujemy’’.[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Który projekt był dla Pana największym wyzwaniem?]
Ja zawsze nie robiłem nic na ostatni moment. Ja jak robiłem to solidnie z notatkami. Przykładem było to że pisałem muzykę dla Rysia Zatorskiego. Zapomniałem tego tytułu. I miałem wypadek z Machulskim, tutaj jadąc z Łodzi i po prostu wyleciałem przez szybę. No i oczywiście jak leżałem w szpitalu w Łodzi, to pierwszy telefon jest od kogo? No od kierownika produkcji, bo mówi: ,,No leżymy’’. Ten wypadek był 1 grudnia. A ja już miałem muzykę, a nagranie miało być gdzieś tam pod koniec grudnia, bo Maksymiuk już wtedy pracował w Szkocji, jak on na święta przyjedzie, że robimy to nagranie. Dzwoni do mnie Drewnon[nie zrozum.]: ,,Jak tam?’’. Bo ja leżę tam wstrząśnięcie mózgu czy stłuczenie mózgu. ,,No, a co robimy?’’ Ja mówię: ,,Nic, no robimy nagranie po pierwszym dniu po świętach’’. Ręka w gipsie. No to ucieszył się, że nie trzeba szukać nowego kompozytora. No i ja poszedłem na to nagranie i zrobiliśmy to nagranie, bo ja miałem już prawie, że wszystko napisane. Tylko kopiści dostali nuty, bo ja piszę w ołówku, potem oddaję nuty, on przepisują tak żeby było ładnie, albo kiedyś też tuszem albo od razu na komputerze. Nagranie się odbyło i wszystko zagrało. Ja nigdy nie miałem problemu z tym… A! Jeszcze była jedna taka a propos nut, graliśmy coś w Katowicach z Jurkiem. Razem pisaliśmy tą muzykę, to znaczy ja brałem te wszystkie filmowe rzeczy i co, gdzie, jaki, kto ma grać, a on już dyrygował. W Katowicach z NOSPRem gramy. Przyjechaliśmy dzień wcześniej rano o 10:00 orkiestra siada. Nie ma nut, kopista jechał z Warszawy i miał wypadek, no nie groźny. No to Jurek znowu: ,,Heniu, co robimy?’’. Ja mówię: ,,Gramy a co?’’ No to ja patrzę, które fragmenty 15 sekund, 30 sekund, 25 sekund. Mówię: ,,15 sekund, klaster 4 puzony i…’’. On dyktuje im dźwięki i gramy. Myśmy ugrali chyba ze 20 minut, przyjeżdża kopista z nutami, rozkładają nuty, a oni: ,,Nie gramy tak jak…’’. Bo muzycy są skoncentrowani i świetnie nam to wyszło. Z resztą jak Jurek mnie angażował, nieraz do jakichś nagrań, to też wtedy, kiedy albo nut nie było, albo trzeba było na organach coś atonalnego to on mi tylko… ja już wiedziałem co. I tak, tak żeśmy mieli. Zresztą mieliśmy takie skróty do pisania, mi się świetnie pracowało znakomicie i mieliśmy dużo dobrych rzeczy, ale to to jest też ten z przykładów. Takich to nie anegdota. To jest prawdziwe zdarzenie.

Wie pani, no to ucieka gdzieś tam gdzieś kiedyś po tym musiałem mówić tak jak o tym, że powiedziałem, że jestem popularny, ale nieznany. A skąd się to wzięło? Szkoła postanowiła jakiś taki film o mnie nakręcić. No i studenci wyszli na Piotrkowską. Pan Kuźniak oczami przewracali, nic. Vabank! O, to tak. Dlatego ja kiedyś powiedziałem, że jestem popularny, ale nieznany. Ktoś mówi:,, No jak to, przecież to zaprzeczenie’’. No, a mówię: ,,Nie’’. Kiedyś jak jeszcze na nartach jeździliśmy, byliśmy Zakopanem i tam z taką dziennikarką z żoną znanego dziennikarza. Nie będę wymieniał. Tak jak to się czeka na wyciągu, żeby się dostać na wyciąg rozmawiamy o muzyce, o tym o tamtym. Rozmawiamy z nią, a ona w pewnym… ,,Ale wie pan w Vabanku, to jest muzyka’’. Mówiła: ,,Kto to napisał’’. ,,Ja’’. ,,Pan? Niemożliwe” to autentyczne, ,,niemożliwe’’.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała Pana przyjaźń z Andrzejem Barańskim?]

Ja w szkole filmowej pracowałem 50 lat, miałem 2 przerwy. Jedna to była, kiedy dostałem stypendium rządu francuskiego, do Francji i to był ‘68 rok i tam zacząłem w szkole pracować. Wrzesień, październik, listopad i wyjechałem do Francji na to stypendium. Wtedy Andrzej Barański… Zresztą wtedy świetny rok był taki, który był Barański, Falk, Domaradzki. No jeszcze nawet był ten, reżyser, który potem poszedł do teatru, jest taki słynny – Lupa, który siedział po lewej stronie w ławce tu. Bo ja potem miałem takie zajęcia na pierwszym roku w sali muzycznej, w tym budynku, gdzie jest aktorski wydział, który dla mnie to zrobili, a potem na przemian. I tam jak gdyby poznaliśmy się z Barańskim. Widziałem sensowny jest. No, ale 3 miesiące i wyjechałem na to stypendium i na tym stypendium to muszę, skoro już powiedziałem o tym. To było u Pierre Schaeffer’a to był inżynier, muzyk. I odkrywca jak gdyby, bo on zapoczątkował nową muzykę la musique concrète, muzyka konkretna. Co to znaczy? Bo muzyka jest organizacją dźwięków, ale dźwięków sztucznie wymyślonych. To nie są dźwięki, które istnieją w przyrodzie. Może się zdarzyć, że jakiś. Natomiast on korzystał z dźwięków naturalnych z efektów, które poddawane i napisał Symfonię dla samotnego człowieka. No i to ktoś, kto dał początek rozwojowi w pewną… Potem w Niemczech, kiedy elektronika dały możliwości techniczne. Muzyka elektroniczna potem się już nie mówi o muzykach konkretnych, tylko muzyka elektroakustyczna to no na dzisiaj. Ja tam po powrocie z tego stypendium. Bardzo z tego korzystałem, dlatego, że w moich filmach ja często nagrywałem jakieś instrumenty, ale zmieniałem ich brzmienie i tak było przede wszystkim, to jest do dobry przykład. Tak było przede wszystkim u Królikiewicza, Nie płacz. Nie płacz to był taki eksperyment przeze mnie robiony. I Na wylot. Otóż Królikiewicz miał taką teorię, czy albo mu przypisywali tą teorię. Przestrzeni poza kadrowej, ale to, że poza kadrem coś jest, że nie widać w kadrze no to bywały… Na wylot jest scena, że najpierw się dzieje coś za drzwiami, a potem widzimy, ale ja Królikiewicza pojąłem głębiej. Bo ja wiedziałem, że on chce, żeby widz raz odbierał film tak, a raz tak jakby od strony bohatera. Ja jak on zrobił Nie płacz to tak zrobiłem, że idą dźwięki, słychać dźwięki i ja przechodzę z dźwięków naturalnych, na ścieżce dźwiękowych nie ma tylko inne dźwięki są, przechodzę poprzez elektroakustyczną obróbką i wtedy widz, jak gdyby słyszy uszami widza, a potem wchodzi dźwięk zewnętrzny i on patrzy… Królikiewicz. To ta przestrzeń nie chodziło, tylko… chodziło o to, żeby widz miał… Ja tak to odbierałem i ja to zrobiłem jako próbkę, a potem Na wylot jest cała. Chcę powiedzieć, że Alicja Helmann napisała najdłuższy tak taki artykuł na temat w ogóle filmu dźwiękowego i wprowadziła nowe pojęcie sonorystyki filmowej na podstawie Na wylot. No i tamten Na wylot, ale ja bardzo często nagrywałem i to wynikało też jak jeszcze pracowałem szczególnie na tych małych filmach. To wie, pani tam nigdy nie było pieniędzy na te filmy, to albo nawet fabularnym. No to: ,,Panie Kuźniak, to nie jest na 8 osób, to na 4 osoby, tylko mamy pieniądze’’. Ja robiłem dla Kosińskiego, że nagrywałem na fortepianie jeden utwór i coś jeden instrument z tego robiłem, że to brzmiało, jakby to był jakiś zespół. Ale ja miałem to doświadczenie właśnie. No z tej muzyki elektroakustycznej i to mnie fascynowało. Bardzo często posuwałem się do tego… Właśnie, a w filmie fabularnym z kolei. Mój pierwszy film fabularny to był tylko dlatego, że ja pracowałem jako konsultant to był Dzięcioł. I tam był zaangażowany do Dzięcioła Julek Loranc, który pisał te przeboje. Ale tam jak pani wie w tym filmie jest tak, że pewne rzeczy są, a nie są, nie ma wyróżnika wizualnego, że to jest jego wyobraźnia. Ja powiedziałem Gruzie: ,,Wiesz tutaj, by trzeba coś zrobić te sceny. Niektóre widz mógł pojąć, że to jest jego fantazja’’. To był film trudny, jak na ten czasy jeszcze dla widzów i on mówił. ,,No ale kto to zrobi?’’. ,,No nie, no jak chcesz, to ja mogę spróbować’’. Te wszystkie partie takie troszkę udziwnione takie, które to są przeze mnie robione i to było właśnie. Jak wiesz, bo wyszła dzisiaj ta muzyka z Dzięcioła i Maciejewski napisał, że sukces połowiczny, bo jeszcze był z drugiej kompozytor. No, ale to był mój pierwszy film.

A potem, a jeżeli chodzi o Andrzeja Barańskiego, zresztą to jak mówię świetny, świetny rok, znakomity rok, Barański. Wydana została też płyta z jego muzyką przez God’s Records. I z Andrzejem. No to my jakoś może dlatego, że on pochodzi z Pińczowa, a ja mam te związki z Buskiem, ze Stopnicą. Jakoś rozumieliśmy się, poza tym jak Andrzej niekiedy coś robił. A ja to poszerzałem, on był zawsze zachwycony. Do dzisiejszego dnia mamy duży kontakt i po prostu to nawet żeśmy nie często nie musieli gadać. Wie pani i jakoś tak zrobiliśmy.

Jak wróciłem z Paryża, to tak się złożyło. Że ja nie miałem jeszcze etatu w szkole i nie zaangażowali mnie do szkoły. Stanowisko moje zajął Jan Szmajda, z którym byliśmy w Paryżu, partyjny był bardzo silnie wtedy, bo i wojewódzki, i tam jakiś… No to, ale ja tak to nie. Rok później w ‘70 roku dzwoni do mnie Mierzejewski mówi: ,,Słuchaj, chodź tu przyjedziesz do szkoły, bo…’’. Wtedy ja mówię: ,,Nie chcieliście mnie w zeszłym roku’’. ,,Ty idioto! To ja cię nie chciałem?’’. Mierzejewski był, bezpośredni. No to przyjechałem do szkoły. No i oczywiście: ,,Witam, nasz najmłodszy profesorek’’. W ‘70 roku wróciłem już na etat, miałem pełen etat.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czym był POLTEL i jak był zorganizowany?]  

Telewizja miała najpierw Zakład Produkcji Filmów, potem postanowiono zorganizować Wytwórnie i to był jeszcze Komitet. I tam no tak zorganizowali, bo Poltel już kręcił nie tylko filmy dokumentalne, ale seriale i wchodził w inne filmy, także to Poltel to potężna wytwórnia była. To świetni ludzie, byli świetni, znakomici. a potem był Henryk Zieliński, też już nieżyjący poprzedni, tam przez pewien czas. Ja go poznałem znacznie wcześniej, jak on był dyrektorem festiwalu w Gdańsku. Także ja tam pracowałem do emerytury sporo czasu potem. Już Komitet się podzielił na telewizję i Polskie Radio. Poltel był w ramach telewizji. Ale też znam tych wszystkich ludzi. No byłem tam jak powiedziałem, pisałem jakieś instrukcje dla kierowników produkcji, jak ktoś przychodzi, czy z kierowników produkcji, jak to płacić, czy jak tam. Oni angażowali oczywiście konsultanta do spraw realizacyjnych, ale ja byłem tym takim, który tam… Przyszedłem do Komitetu najpierw do dyrekcji muzycznej Cegiełła prowadził. Ja się w to nie obławiam. Zaproponowali mi to. Tak było, ale byłem urzędnikiem z pełną swobodą, no i do tej szkoły mogłem jeździć bez problemu. Mało tego ja miałem też studentów na studiach zaocznych z telewizji takie tuzy tam jak. No w tym najbardziej znani reżyserzy z dużymi nazwiskami. Potem przychodzili byli moimi uczniami.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Został Pan nagrodzony za „Vabank”?]

Przyjeżdżałem albo jak Jurek miał, ale sam jedną muzykę też w Łodzi nagrywałem do Kobiety z prowincji Andrzeja. Zresztą dostałem za nią nagrodę, ale z tą z tą nagrodą było tak, że jak Vabank był w Gdańsku to jury było tak ambitne, że postanowiło nagrodę za muzykę, nie dać żadnemu filmowi, za Vabank ja nie mam nagrody. Natomiast 2 lata później, kiedy byliśmy po Seksmisji i był Vabank 2 i szefem, jak gdyby jury w Gdańsku był Kawalerowicz, to na otarcie łez przyznali mi za 2 film za Vabank 2 i Za kobietę z prowincji, z czego nie byłem zadowolony, bo mówię… Widocznie ani jeden ani drugi nie zasłużył i dlatego mi za dwa przyznali.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak pamięta Pan Wytwórnię Filmów Oświatowych tamtego okresu?]

Ja… najlepiej pamiętam Oświatówkę, bo w Oświatówce z Andrzejem Barańskim zrobiliśmy ze 20. i jak jeżeli nie więcej tych krótkich metrażowych filmów. Także tam było tak, że ja przyjeżdżałem do szkoły na wykład w środę. I w środę, albo w czwartek rano oglądałem film, a za tydzień przywoziłem muzykę i poskładaliśmy, bo te muzyki, które dla Andrzeja robiłem to najczęściej one były właśnie w studiu eksperymentalnym robione, bo coś nagrywałem albo i nie tylko. Jak pani będzie oglądała kiedyś to pani może, ale to niezła był robota, bardzo dobra. Ale tak se przypominam, że tam jakieś filmy jeszcze robiłem holender, a nie to Andrzeja to jest chyba co myśmy tam robili. Andrzeja Barańskiego. Filmy mówię, a ten za granicą, jak zresztą się nazywał fabularny film, bo przypominam sobie, że też przeszliśmy do studia na taką próbę, a tam ptaszki grają. Ja mówię: ,,No to jest pożegnanie faceta, który wyjeżdża, trzeba dać muzykę’’. Kawalerskie życie tak to też robiliśmy tam tak, ale nagrywałem muzykę chyba w Warszawie do tego. No sporo z Andrzejem zrobiłem. Nie wiem. Już 6-7 filmów fabularnych no i 20 parę kilka filmów krótkometrażowych.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Przy czym Pan pracował z Juliuszem Machulskim?]
Machulskim zrobiłem 4 filmy i jego debiut telewizyjny. Wajda go strasznie zjechał, ja go pocieszałem, potem Vabank, potem zrobiliśmy Seksmisję i potem zrobiliśmy Vabank 2 i potem jechaliśmy na taką premierę. Rozpoczęcie zdjęć na Kingsajz’a i wypadek miałem. Tak to się i od tego czasu nie współpracowaliśmy.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jaka jest relacja między kompozytorem a reżyserem?]  
To nie kompozytor wybiera sobie reżysera, tylko reżyser wybiera i reżyser z producentem. Także ja nikomu nie proponowałem, nikogo nie prosiłem. Natomiast do mnie przyszedł i Machulski. Królikiewicz… w szkole zaimponował mi tą jego innością i on był bardzo konsekwentny. Królikiewicz się nie bał, bo ja nie raz robiłem jakieś filmy i którzy chcieli tak, żeby to nowocześnie. Potem się wycofywali, a Królikiewicz nie. Te moje próby Nie płacz i potem Na wylot spowodowały, że to on wymyślił ten dźwięk czesania to nie ja, to on, który doprowadził do prawie… On też się rozwinął pod wpływem tego co ja tam zacząłem robić. Z Królikiewiczem nie miałem takich, że ja przynoszę jakąś muzykę. On inaczej chce, nie. I jak przyszedł do mnie z tym Nie płacz, ja mówię, przyjechał do Warszawy mi to przywiózł. Pan, bo to jeszcze był student. ,,Co pan chce?’’. ,,No co, co ja chcę. Ja chcę, żeby pan tak zrobił, żebym ja dostał nagrodę w Krakowie’’. I dostał! I dostał nagrodę, bo to było Złotego Lajkonika takiego za ten film. Zresztą ten film Nie płacz, będę chciał wydać na płycie, bo mamy w planie Królikiewicza muzykę na tej pierwszej płycie, bo to co God’s Rekords robi to nadaje tak zwaną muzykę kultową. Moja muzyka filmowa nie była za PRLu nigdzie wydana, ani jeden utwór. Teraz mam, wie pani 30 czy 40 płyt? Jako ciekawostkę pani powiem, że ja napisałem muzykę do Bednarskiego Na kłopoty... [Na kłopoty…Bednarski] To nie był taki wysokich lotów. Ale dzisiaj ten film cały czas chodzi, gdzie pani zobaczy to film. Mało tego tango z tego filmu, które ja nazwałem Tango D’amore jest na amerykańskiej płycie, ale ja go nie nagrałem. To jest cały czas ta muzyka z serialu.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Bez kogo Pan nie obyłby się pracując w filmie?]  
Kopista ja piszę nuty to i mnie pisała nuty kopistka, a potem jeszcze jakiś kopista, no ten co się rozwalił jak do Katowic. Kopista przede wszystkim. Ja musiałem na tego, a ona już ładnie te nuty i rozpisane głosy. Nie miałem nikogo, kto by był moim menadżerem, czy coś tego. Ja zresztą też nigdzie się tam mówię, nie upominałem wie pani, byłem w tej dobrej sytuacji, że więcej filmów odrzuciłem niż zrobiłem. Nie ze wszystkimi pisałem, ale albo mi się film nie podoba, albo mi się reżyser nie podoba. Nie było tak, żebym ja zabiegał, to fakt.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak by Pan podsumował swoje życie w świecie filmu?]  

Moja pasja, to moja pasja. Ja zresztą wie pani, no zawsze też podchodzę do tego, że… Krąży takie błędne powiedzenie, że dobra muzyka to się nie słyszy. Ja słyszę każdą muzykę i nie każda jest dobra. Jeżeli muzyka ma tylko to wspólnego, że leci film muzyka to za mało. Ja zawsze dążyłem do tego, żeby muzyce nadać rangę tworzywa. Tworzywa rzeczy, co coś od niej zależy, że i dlatego no może wygrałem. Też nie myślałem, że a może to nagrodę czy czy będzie utwór to nie wchodziło w rachubę, łącznie z pieniędzmi. Natomiast chciałem, żeby muzyka była tworzywem, bo wiedziałem, że ja pracując na rzecz filmu wygrywam, to jest mój sukces i jeżeli dzisiaj moja muzyka jest grana jako koncerty, no to jest dla mnie sukces, no że koncerty są grane z moim pełnym i mogę 2 czy 3 koncerty są zrobić z moją muzyką tylko.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak Pana praca wpływała na życie rodzinne?]
2 etaty, nawet jeżeli. Nawet, bo nieraz nawet syn, którzy też pracuje w filmie i 2 w telewizji też poszli w ślady moje – ojca, to mówi: ,,Jak to było, że ty o 2 byłeś na obiedzie’’.Syn mówi. Bo ja w telewizji powiem, przyszedłem o którejś, przyjechałem na obiad, mogło mnie tam nie być, miałem zupełny luz. Dlaczego to wpływało? Bo wie pan film to nie było priorytet. Ja chcę zorganizować nagranie, to ja mam kłopoty. Bo studia w ciągu dnia są zajęte przez rok. Większość nagrań, to robiłem po nocy. Do Vabanku pamiętam, że przyjechałem z Łodzi po wykładach, na 9 do studia na Malczewskiego gramy w do 5 rano czy do 4 także. Przychodzę, no dzień wie pani, jaki jest rozwalony, to niewątpliwie. To miało wpływ, no ale byłem wtedy młodszy, także. Pamiętam to jak właśnie z Łodzi przyjechałam i wie pani, a to muzyk. Ja często angażowałem takich samych muzyków, których znałem: na fortepianie Perliński, na ksylofonię Gawrych i na bębnach Malina, ale do Vabanku gram, dzwonię do Perlińskiego on nie ma czasu, bo jest na innym nagraniu. Też w nocy. Ale o 2 w nocy przyszedł i zagrał 1 numer, znaczy 2 numery, ten który jak otwiera się kasę taki rag timing, zresztą rozstrojony fortepian, bo to filmowe. Drugi taki numer w Vabanku jest jeszcze też filmowy. Pamięta pani jak oni się tam zbierają, żeby włamać się do tej kasy siedzą strażnicy. Grają w szachy i co tam słychać? Nie ma nic. Muzykę? Huczenie i ten jeden mówi: ,,Słuchaj, gdzie ty?’’. ,,A co tu może być to w knajpie grają’’ Ale to nie przypomina muzyki, ale ja musiałem nagrać Pawła i tak go zniekształcić. Ale potem wydaje płytę, ja tego nie mogę puścić na płytę, no to co na płycie leci coś, co jest. Jak pani będzie miała płytkę? Posłucha pani, że tam jest jak Paweł gra tego bluesa na fortepianie? Tak no i Gawrych był też wspaniały jak on. Jeszcze chodzi o. Piosenki, napisałem parę piosenek, ale tylko wtedy, kiedy do filmu one szły i nie miałem nic przeciwko temu, że ktoś napisał piosenkę, ale jak ja piszę piosenkę, to ja mogę z tego materiału skorzystać jako muzykę ilustracyjną. Po Vabanku Julek mówi tutaj po rozmowie z Osiecką, bo ona powiedziała: ,,Daj spokój. Dzisiaj musi być piosenka’’. Myśmy nie mieli piosenki przy pierwszym, no to do drugiej części napisaliśmy piosenkę. Ja połowę tej ilustracji to idzie jako muzyka ilustracyjna z Gawrychem. Daje mi to większe możliwości materiału motywicznego do rozpracowania, ale to trzeba o tym po prostu myśleć.