Przejdź do treści

Elżbieta Ratajczyk – księgowa w kinie Cytryna. Absolwentka VI Liceum Ogólnokształcącego im. Joachima Lelewela w Łodzi. Ukończyła pomaturalne studium ekonomiczne. W 2001 rozpoczęła pracę jako księgowa w kinie Cytryna w Łodzi. Następnie pracowała w Muzeum Kinematografii w Łodzi.

Dzień dobry, nazywam się Ela Ratajczyk, pracowałam kiedyś w kinie Cytryna, później w Muzeum Kinematografii. Pewnie tak, jak większość młodych ludzi z tamtych roczników – odległa przeszłość – chodziłam do kina wtedy, kiedy rodzice mnie zabierali, później na jakieś seanse szkolne. W kinie Cytryna właściwie znalazłam się przypadkowo i zaczęłam tam pracę od 2001 roku. I była to dla mnie absolutna nowość. Specyfika księgowości w kinach jest zdecydowanie inna, niż w każdej innej branży. O tyle miałam łatwiej, że mam znajomą, która też pracowała w kinie i właściwie to dzięki jej pomocy jakoś udało mi się to ogarnąć. Kino – rok 2001-2015 to jest w ogóle całkiem inne, niż w tej chwili. Wszystkie filmy, przynajmniej na początku, były na szpulach. Wszystkie były zamawiane u dystrybutorów. Rozliczenia z wpływów kinowych – to było tak, że wysyłało się raporty dwa razy w tygodniu. Jeden raport to był taki weekendowy, po weekendzie wysyłany w poniedziałek, a drugi to był taki od poniedziałku do piątku i na podstawie wpływów z biletów naliczane były opłaty za kopie. Chyba że był to jakiś film naprawdę i wtedy była ustalana stawka wcześniej. Nie było Internetu takiego, żeby można było, nie wiem, sprzedaż biletów internetowo i dystrybutor miał wgląd w to. Nie było czegoś takiego. Kino Cytryna też było takim innym kinem trochę. Rodzinnym chyba. Tam się wszyscy znali. Tam się wszyscy chyba nawet dobrze czuli. To było takie fajne miejsce. Miejsce dla młodych ludzi. Ale ja z racji… Już wtedy taka młoda nie byłam, ale też się tam dobrze czułam. Ci młodzi ludzie jakoś mnie przyjęli i było fajnie. Później niestety kino musiało się zamknąć. Przeniosło się z Zachodniej na Pomorską. Chyba kwestie finansowe były główną taką przyczyną. Jeszcze jakieś tam wymagania ze straży, różne takie rzeczy i musiało się kino zamknąć. I ja pracowałam przez jakiś czas w biurze rachunkowym. Typowa księgowość, całkiem inna niż kinowa.

W tamtych czasach te kina upadały i jedną z przyczyn to było to, że zaczęły powstawać chyba multipleksy. I tutaj żeśmy się zachłysnęli tym trochę. Trochę inne filmy, na pewno inny wystrój kina jako kina. I to wszystko tak poszło trochę w taką stronę Zachodu, bym powiedziała. Natomiast jeżeli chodzi o takie kino jak Cytryna czy jak Tatry, to tutaj głównym takim to był jednak czynsz. Ja uważam, że te czynsze za wynajem tych pomieszczeń rzeczywiście były olbrzymie. Przy tym te kina stare zazwyczaj nie były podłączone też do sieci cieplnej. I nawet jak w tej chwili kogoś spotykam i zaczyna się temat Cytryny, to każdy mówi: „I było tak zimno, że siedzieliśmy w czapkach i w rękawiczkach”. No bo tak było. Duża sala, wysoka i żeby to ogrzać… Więc takie, wydawałyby się, przyziemne sprawy, jeżeli chodzi o kulturę, zabijały te kina. Zabijały te kina, bo ludzie woleli iść do multipleksu kupić popcorn i colę. Nawet promocje cytrynowe, że herbata z cytryną, żółty element stroju to zniżka, na początku może się sprzedawały, ale później już też coraz słabiej z tym było. Para z cytryną płaciła chyba, ja już teraz nie pamiętam, 15 zł czy ileś, to taka jakaś w ogóle śmieszna stawka jak na tamto i do każdego biletu była serwowana herbata z cytryną. Tych cytryn było zawsze dużo, bo kto przyniósł cytrynę, to też miał zniżkę do biletu. Więc jeżeli to była jesień-zima, to na sali było zimno i każdy siedział z kubkiem czy z filiżanką gorącej herbaty. Fajnie. W ogóle jak się rozmawia z kimś, kto bywał w kinie, to bardzo miło wspominają tamte czasy, pomimo takich różnych… Robiliśmy różne rzeczy. Były robione może nie festyny, ale ja pamiętam, że jak ukazał się nowy film Wesele, to właściciel kina wpadł na genialny pomysł. To był taki cały wieczór – pokazane stare Wesele i nowe Wesele. Ale urozmaiceniem było to, że był wodzirej, para młodych, oczywiście ot tak sobie i naprawdę fajne. Były pokazy… Była jeszcze taka akcja z Indianami z Uniejowa, też był taki fajny program. Naprawdę działo się sporo rzeczy, bo te wszystkie kina takie ranne, projekcje dla dzieci, gdzie przychodziły szkoły i przed projekcją każdą były jakieś, może nie wykład, ale taka krótka prelekcja. To też było coś. Natomiast mimo wszystko było to za mało, żeby przebrnąć, żeby to się mogło dalej utrzymać. Ekonomia. Ja nie wiem, jak było w tych innych kinach, ja nie wiem, czy była możliwość wystąpienia i osiągnięcia jakichkolwiek dotacji. Nie pamiętam tego, więc nie chcę. Wydaje mi się, że pewnie było mniej niż w tej chwili, że w tej chwili można napisać jakiś fajny projekt i można otrzymać te pieniądze. To też bierze i jak gdyby wspomaga taką działalność. A tutaj trzeba było się liczyć tylko… Natomiast mogę to powiedzieć, że właściciel kina to był człowiek, który może z ekonomią to tak niekoniecznie, natomiast to był człowiek, który kochał filmy i kochał kino, więc dla niego nie liczyły się tam wielkie zyski – liczyło się, że ludzie przyszli i że puszczał to, co chciał, a było grane – to takie kino niszowe – filmy niektóre ciężkie, niektóre stare, więc mówię – to dla takich specjalnych widzów. Ktoś to lubił. Brał, przychodził, oglądał.

Wtedy było, tak jak wspominałam, kopie filmowe przyjeżdżały na szpulach, w dużych pudłach, ciężkich jak nie wiem. Często było tak, że któreś tam kino gdzieś w Polsce brało i kończyło swoją projekcję i tego dnia albo następnego dnia musiało nadać paczkę. Praktykowany był taki przewóz paczek PKSM, niekoniecznie jakąś firmą taką przewozową, tylko tak. Pamiętam taką sytuację, że z któregoś kina film miał przyjechać do nas, do Łodzi, miał być odebrany na Fabrycznym, tym starym wtedy przecież. I ktoś, kto był odpowiedzialny za to, kto miał jechać i odebrać, po prostu nie pojechał. Zapomniał. Zdarza się. Więc autobus pojechał dalej i rano było szukanie filmu, gdzie on w Polsce wylądował. Udało się. Ludzie byli też fajni, bo ludzie byli tacy życzliwi bardziej. Coś ktoś zepsuł, ale my to możemy jeszcze wziąć i odkręcić. Były takie sytuacje, operatorzy swoją drogą. Filmy, które, tak jak mówiłam, szpule. Każda szpula, która się kończy i zaczyna nowa, taki charakterystyczny na tamte czasy, bo też stare kopie, więc też inaczej pracują, taki lekki, nie wiem, trzask. Wszyscy wiedzieli. Zdarzyło się kiedyś tak, że zamiast – teraz strzelam, bo nie pamiętam, który numer – zamiast na przykład szpuli drugiej poszła szpula trzecia. Część widzów się wzięła i zorientowała, a część niekoniecznie. Tak jak wszędzie, każdemu się zdarzają błędy.

Zazwyczaj to było tak, że z raportowanych tych wpływów 50% to był zysk kina, a 50% to była stawka, którą odprowadzaliśmy do dystrybutora. Czyli właściwie dzieliło się kino tak pół na pół. Z tym, że mówię – bywały takie filmy, które były trochę nowsze, coś było takiego, że np. dystrybutor życzył sobie, że pomimo ile osób przyjdzie, to on za dany film np. chce 500 zł. Bo to były tego typu stawki, to nie były jakieś tam miliony, ale to 500 zł miało też wartość. Też ciężko było na to 500 zł wziąć i zapracować z wpływów samych. A oprócz tego jeszcze jak kina się wspomagały? Organizowaniem właśnie takich imprez. Imieniny, osiemnastki, takich różnych. Z takich ciekawostek to przyszła do mnie kiedyś młoda para i stwierdzili, że chcieliby zorganizować wesele. I rzeczywiście dopięliśmy wszystko. O tyle dobrze, że Cytryna miała jeszcze to zaplecze na podwórku, więc tam były grille. Oni to wszystko sobie tam załatwiali. Wszystko było fajnie. Udało się. I po kilku, jak nie kilkunastu latach, moja dorosła córka pracuje w korporacji i rozmawiają przy kawie z jakąś tam dziewczyną, i coś się zgadały. I córka mówi tak: „A wiesz, że moja mama to kiedyś pracowała w Cytrynie” – „Tak? Ty, bo wiesz co, bo ja to tam miałam wesele”. Naprawdę zgadały się i ci młodzi wspominają – mówię, upłynęło kilka, jak nie kilkanaście lat – wspominają je bardzo miło. Dla starszych gości w Cytrynie oprócz takiej głównej sali, gdzie były stoliki, można było usiąść i wypić sobie kawę czy herbatę, było jeszcze takie małe tu pomieszczenie, więc dla tych starszych cioć, babć były tam ustawione stoliki. Natomiast młodzież świetnie sobie radziła, wchodząc, wychodząc, oglądali też filmy. Bo w małej sali, w Cytrynie na Pomorskiej była duża sala, ale jeszcze była ta mała sala, Limonka, i tam odbywały się tańce. Sylwestry były rezerwowane i pamiętam jak gdzieś ten wykaz sali, gdzie kto ma usiąść i zaznaczało się, spisywało się dane. Ja nie wiem, czy to było dużo, bo ja pamiętam, że koszt od pary to było 300 zł. Więc nie wiem, czy gdzie masz 3 filmy i jeszcze spędzasz fajnie tą noc, o północy jesteś wśród uśmiechniętych ludzi. Wszystkim jest wesoło. A i co jeszcze – bo jak idziesz do teatru, to tak trochę inaczej. No tak trochę trzeba się… Natomiast do kina, jeszcze do Cytryny to pewnie, że można się odstroić, ale można przyjść w dżinsach.

Nie miałam takich ustalonych godzin, że mam przyjeżdżać na 8:00 i pracuję do 16:00. Nie. Miałam być między 9:00 a 10:00 w pracy, chyba że były jakieś ranne projekcje. To wtedy oczywiście byłam wcześniej, bo tak. Do takich moich obowiązków, oprócz tych takich rozliczeń, to jeszcze jak gdyby należało to, że miałam też kontakt z nauczycielami w szkołach i jak gdyby namawiałam te panie na bardzo fajne filmy, żeby one właśnie do nas przyszły, a nie gdzie indziej, bo jeszcze były też te inne kina, tylko właśnie do nas. Mieliśmy takie swoje ulubione szkoły, zresztą współpracowaliśmy dosyć mocno z dwoma paniami z MAF-u. One też do nas brały i przychodziły. Więc jak była taka ranna projekcja, to trzeba było przyjść rano, bo trzeba było otworzyć kino, trochę może wziąć i przewietrzyć ten specyficzny zapach starych filmów. Natomiast nie miałam tak, że muszę być do tej 16:00. Nie. Ja miałam po prostu przyjść, zrobić swoje. Jeżeli byłam umówiona z kimś, bo coś tam ktoś chciał u nas zrobić i zorganizować, a nie pasowało mu przyjść w godzinach mojej pracy, tylko na przykład o 17:00 czy 18:00, to ja jechałam na tą 17:00 i na 18:00. I to było jak gdyby poza dyskusją żadną, że nie wiem, że jakieś nadgodziny czy jakieś coś. Nie, no po prostu trzeba było i byłam. Tak chyba większość z nas tam brała i pracowała. Trzeba zrobić i tyle. Wszystko było żółto-zielone, stoliki były okrągłe w tej sali. Wchodzisz do kina i po lewej stronie masz drzwi, gdzie jest operatorka, po schodkach do panów tam się wchodziło. Natomiast idziesz troszeczkę dalej i po prawej stronie jest ta główna sala, gdzie jest bar, kasa i są stoliki. Stoliki były wszystkie okrągłe i co ciekawe, stoliki były namalowane jak taka przekrojona na pół cytryna, więc ziarenka i były właśnie żółto-zielone. Krzesełka zresztą też były w takiej samej tu kolorystyce, drewniane, składane, niewygodne, ale nikt na to nie patrzył. Nikt tam brał i nie szukał foteli. Stała jeszcze, nie wiem czy od początku, bo nie pamiętam, ale od jakiegoś czasu stały takie sofy skórkowe chyba dwie, to takie dla VIP-ów właściwie. Kogo pamiętam? Pamiętam operatorów trochę. Pamiętam Dominika. Jego tatę, który właściwie go chyba wziął i nauczył tego, bo najpierw pan Maciej pracował, a potem jego syn. Potem był jeszcze taki młody Piotrek. Nie będę mówiła nazwisk, musiałabym gdzieś tam w telefonach wziąć i poszukać. Na pewno było dużo… A! Mój ulubieniec jeszcze. Bartek. Taki wysoki, szczupły. On był na studiach, jeszcze uczył się chińskiego, czy tam japońskiego. Pamiętasz. To był mój ulubieniec. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak. Dominik, który też udzielał się pewnie wtedy jeszcze jako student, więc po prostu bywał w tym kinie i pomagał. Dziewczyny, sporo dziewczyn się przewinęło przez to kino. Marta, która skończyła studia, pedagogikę i mieszka w Warszawie, też jakiś tam kontakt mamy taki sporadycznie. Julcia tak. Tak, to też taka dobra dusza kina. Taka, przecież bym o niej zapomniała, to przecież taka iskiereczka w tym kinie była.

Stara Cytryna to był pan Zbyszek. To tak, jak już mówiłam wcześniej – człowiek, który kochał kino, który właściwie za kino i za filmy oddałby wszystko. I prawie tak się stało. Z chwilą, kiedy rzeczywiście… Najgorsze rzeczy to były chyba właśnie ten czynsz, który wziął i dobijał te kina. I tak prawdę mówiąc, nawet nie wiem skąd, wzięli się chłopcy. To była firma Kaktus, później Plaster, bo to fundacja, nieważne. Wzięli się chłopcy i pamiętam swoje pierwsze wrażenia, bo przyjechali w dwóch. Jacek jeszcze wtedy nie dojechał, była jeszcze Sylwia z nimi, ale Sylwia była tylko przez moment, ona później jakoś nie… Ale tak właściwie to było trzech tych panów. I pamiętam – młodzi, ja byłam już taką starszą panią, a tutaj tacy, nie wiem, młodzi ludzie. I moje pierwsze wrażenie było takie, że z Wojtkiem to ja się dogadam. Ale z Alanem to nie pioruna. Nie nadajemy na tych samych falach i nie. A później się okazało, że było trochę inaczej. Z Wojtkiem tak, jak najbardziej, natomiast Alan do mnie, jak na mnie raz coś, to: „Dobrze, mamusiu, dobrze”. Więc można zobaczyć, jaka była różnica w wieku. Ja byłam w wieku jego rodziców i jak on gdzieś wychodził zimą, to mówiłam: „Alan, czapkę!” – „Dobrze, mamo, założę”. Więc oni jak gdyby przejęli nazwę. Na pewno uregulowali w części długi. Co prawda nie wiem na ile, ale na pewno tak. Natomiast znowuż się pojawił ten czynsz, który rósł i rósł. Znowuż przyszła zima, gdzie trzeba było to kino ogrzać. Nie ogrzewało się niczym innym, tylko był węgiel albo koks. I pamiętam, ciągle zamawiałam ten węgiel, bo już się kończy, bo zimno. Ja mówię: „Jezu, jedzą czy coś ten węgiel”. A i tak było zimno. Dogadali się z Uniwersytetem, że jest taka sala na Pomorskiej, że jak gdyby mogą wydzierżawić tą salę. Na początku też było fajnie, ale później się okazało, że już też nie jest tak fajnie, bo też się coś tam wzięło i porobiło, też ten czynsz wzrósł. A potem jeszcze przyszła kontrola ze straży pożarnej. I strażacy się zaczęli czepiać, że nie ma jeszcze jednego wyjścia, że coś tam, że właściwie trzeba przebudować klatkę schodową. Mnóstwo rzeczy. To trochę wzięło i przerosło. Natomiast chłopaki bardzo dużo wzięli i zainwestowali, bo były wymienione wszystkie fotele, przecież tam te wszystkie stare były wyrzucone, była zrobiona mała sala Limonka. Dużo, dużo. Już nie wspominam o sprzęcie, bo to jednak czasy się zmieniały i ten sprzęt, który był w starym kinie, to tak już się chyba niekoniecznie nadawał.

Zainwestowali, bo tak, jak mówię, oprócz tego, że było malowanie, to jeszcze były wymienione wszystkie fotele, były chyba wygłuszane te ściany, z tego co pamiętam. Na pewno była dosyć duża inwestycja właśnie, żeby zaadaptować tą małą salę, bo to miała być taka sala, tam nie było foteli, tam były kanapy. Siadało się na kanapach i oglądało się film. Taka salka, taka fajna. Tam mogło wejść, ja wiem, 20 osób, dwadzieścia parę. Tych kanap było chyba siedem. Takie trochę inne miejsce. Normalnie było w repertuarze ujęte. Była mała sala i duża sala. Ale było to wszystko. Co dało im jeszcze szansę, że to kino mogło jednak działać ileś lat? To kino letnie. Kino letnie, które na początku było w powijakach. Ja pamiętam, jak dzwoniłam do… Już mówię – Łódź jak Łódź, ale do tych mniejszych miasteczek, do Uniejowa, gdzieś tam Piotrków, gdzieś coś, żeby jakieś tu pokazy załatwić. A teraz proszę bardzo – Polówka. Wszyscy wiemy, co to jest Polówka. Ale to tak, jak mówię, zaczął się chyba ten okres, że można było właśnie takie kina letnie robić, bo były na to dotacje, bo gdyby nie to, to samorządy też by sobie nie dały rady, bo na początku, to jak gdzieś było takie wyjazdowe kino letnie, to trzeba było znaleźć sponsora. To był właśnie jakiś tam Urząd Miasta, Urząd Gminy, wszystko jedno co. A teraz to albo urzędy same biorą i występują, że chciałyby i że bardzo proszą, albo właściciele kina letniego. W ogóle chyba kina przeżyły już ten swój wzlot taki. Chyba, że coś wchodzi rzeczywiście takiego, że ludzie chcą to wziąć i obejrzeć. Tych filmów jest bardzo dużo i żeby to śledzić na bieżąco, jest ciężko, więc ludzie wybierają sobie to, na co mają ochotę i bardzo słusznie. Natomiast tak jak mówię, ja pamiętam jeszcze jedną rzecz. Pamiętam jak na Pomorskiej dostaliśmy możliwość zagrania jednorazowego pokazu filmu Sklep z zamkniętymi drzwiami [Wyjście przez sklep z pamiątkami], o Banksym. I ja pamiętam te tłumy. Ci ludzie nie weszli na ten jeden seans. I pamiętam jak Wojtek, jeden właśnie z właścicieli, troił się i dwoił, dzwonił, chodził, żebyśmy dostali jeszcze zgodę. To było już późno wieczorem. I to jest to, co mówiłam, że nie pracuję od 8:00 do godziny 15:00, tylko jak trzeba, to przechodzę na 19:00 i wychodzę 23:00-24:00, bo jest taka sytuacja. I pamiętam, że on bardzo chciał, bo tych ludzi było naprawdę dużo. Nie mogliśmy zrobić to, że zagramy sobie tak, bo mamy widzów. Dostał tą zgodę. Więc ja pamiętam radość tych osób. Ale takich filmów nie ma tak dużo, więc jak te kina mają się utrzymać? Chyba, że coś będą robiły jeszcze oprócz filmów, oprócz kina.

Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

Logotypy i tekst: "Krajowy Plan Odbudowy" z czerwonym geometrycznym logo, flaga Polski z napisem "Rzeczpospolita Polska" oraz flaga UE z napisem: "Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU".