Elżbieta Drecka-Wojtyczka
Elżbieta Drecka-Wojtyczka – redaktorka w Wytwórni Filmów Oświatowych. Urodzona w Warszawie w 1942 roku. Absolwentka polonistyki na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Uzyskała dyplom magisterski w Zakładzie Wiedzy o Filmie. Prawie całe życie zawodowe (ponad 30 lat) związana była z Wytwórnią Filmów Oświatowych w Łodzi. Zatrudniona w Dziale Redakcji WFO. Współautorka książki „Oświatówka: 55 lat przygód z filmem krótkim”. Wieloletnia członkini Rady Programowej Międzynarodowego Festiwalu Filmów Przyrodniczych w Łodzi. Odznaczona Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis”.
Kiedy ja byłam dzieckiem to telewizji nie było. Jeszcze długie lata w moim domu też nie było telewizora, także w telewizji specjalnie nie mogłam nic oglądać. Ale już jako nastolatka rzeczywiście byłam bardzo zainteresowana kinem i chodziłam bardzo dużo do kina, często sama, w ogóle nie zależało mi na jakimś towarzystwie, tylko żeby po prostu zobaczyć jakiś nowy wartościowy film. I rzeczywiście wtedy widziałam dużo naprawdę wartościowych rzeczy. Ale potem przyszedł ten moment, kiedy trzeba było zdecydować się na wybór studiów i tutaj jest mała niespodzianka, mianowicie ja postanowiłam być nauczycielką języka polskiego. No i moja Pani profesor, polonistka, cudów dokonywała, żebym ja nie poszła na polonistykę, ponieważ ona nie lubiła tego zawodu. To była bardzo kulturalna osoba i taka naprawdę inteligentna. I ona do mojej mamy, że: „Niech Pani coś zrobi. Szkoda jej” i tak dalej. W każdym razie poszłam na tę polonistykę i właśnie po trzecim roku, to były początki tego zakładu filmoznawstwa. To dopiero wtedy się zaczynało, tak się złożyło, prawdę mówiąc, że ja, kiedy myślałam o tym, że może będę uczyć w szkole, to wszyscy mówili: „Coś ty! Ty do szkoły? Ze swoimi ocenami?”. A rzeczywiście miałam bardzo dobre oceny. Indeks prawie z samymi piątkami. Tak że mówią: „To nowa, ciekawa gałąź”. No i poszłam na to filmoznawstwo. Poszłam na to filmoznawstwo, zrobiłam dyplom u profesora Lewickiego. No i teraz szukałam po zakończeniu studiów jakiejś pracy, żeby to z filmem było związane. Mój tata miał jakieś drobne znajomości. I wylądowałam w Szkole Filmowej. W Szkole Filmowej profesor Mierzejewski zakładał dziekanaty, których właściwie nie było. I był reżyserski i operatorski. Przyjmował osoby do tej pracy. No i ja dostałam się i prowadziłam przez jakiś czas dziekanat operatorski. Powiem szczerze, że to były bardzo, bardzo ciekawe momenty mojego życia, ponieważ wspaniali ludzie byli w tej Filmówce. Profesorowie, którzy mieli świetny stosunek i do studentów i do swoich pracowników. Tak jak w rodzinie się czuliśmy. A jeszcze była taka sytuacja, że dawni absolwenci właściwie musieli robić dyplomy. No to dyplomy to była okazja, dyplom dyplomem, ale trzeba to było jakoś uczcić. Rzeczywiście było świetnie. Wspominam tych profesorów bardzo dobrze, ale przyszedł taki moment, kiedy przez przypadek moja znajoma spotkała mnie i powiedziała, że jest wolny etat w Wytwórni, czy ja bym nie chciała. A ja mówię, że tak, ale mi tak szkoły żal, takie fajne miejsce, tacy fajni ludzie. No ale mówię, poszłam do dziekana, poszłam do profesorów, a oni mówią: „Co się będziesz marnować w tej Szkole”. Mówią: „Jaka tu dla ciebie przyszłość? No idź do tej Wytwórni, zawsze coś tam będziesz mogła”, no bo to rzeczywiście w dziekanacie to dużo pracy jest, jest przyjemnie, ale to jest praca papierkowa taka. No i w ten oto sposób zaczęłam pracę w Wytwórni Filmów Oświatowych.
Przyjęto mnie do redakcji i przepracowałam tam półtora roku, bo wyszłam za mąż i wyjechałam do Katowic. No ale ponieważ tu byli moi rodzice, no różne były układy, które spowodowały, że po czterech latach postanowiłam wrócić do Łodzi. I wtedy się zwróciłam do kolegów z Wytwórni czy coś by się tam nie znalazło dla mnie. Wówczas to był taki moment, kiedy redaktorem naczelnym został Maciej Łukowski. To wspaniały człowiek, mądry, inteligentny, błyskotliwy, który wprowadził dużo nowego do Oświatówki. On mnie przyjął na taką rozmowę i powiedział, że wkrótce dadzą mi znać. W 1975 roku wróciłam do Łodzi. Wróciłam do Oświatówki i zostałam w Wytwórni do 2004 roku. Czyli w sumie, Wytwórnia kończy 75 lat w tym roku, a ja ponad trzydzieści spędziłam w wytwórni. Praktycznie całe moje życie zawodowe, bo te po drodze tam jakieś odstępstwa, no to Wytwórnia była najważniejsza. Była również dla mnie ważna, bo mnie też doceniła Wytwórnia, jako że 5 lat temu dostałam odznaczenie Gloria Artis, srebrny medal, więc poczułam się, że mnie cenią za to, co zrobiłam. Ja pracowałam w redakcji informacji filmowej. Ja się zajmowałam wszystkim, co było związane z opracowywaniem katalogów, ze zgłaszaniem filmów na festiwale, z jakimiś informacjami dla prasy, spotkania. W każdym razie to była ta podstawa tej informacji. Zresztą ta informacja skończyła się książką, którą razem z moją przyjaciółką, redaktor Teresą Oziemską, w 2000 roku ta książka się ukazała. To było Oświatówka – 55 lat przygód z filmem krótkim. Także to na marginesie, ale to też była jakaś taka praca, która dawała dużo satysfakcji. Więc tak, niezależnie od tego, że zajmowałam się tym wszystkim, co należy do takiej redakcji, to oczywiście byłam członkiem tego zespołu, w którym trzeba było uczestniczyć normalnie w pracach redakcji, czyli uczestniczyć w kolaudacjach filmów, wyjeżdżać na jakieś spotkania takie dyskusyjne, programowe. Trzeba było być obecnym, oglądać filmy po drodze jeszcze przed kolaudacją, żeby coś wnosić od siebie istotnego.
Wracając do tej pracy, od której ja zaczęłam, która była główną dla mnie, to były festiwale, w których się uczestniczyło. To był bardzo dobry okres, bo najważniejszym festiwalem w ogóle wówczas dla filmu krótkometrażowego, ja mówię o polskich oczywiście, był festiwal krakowski. Sukcesy w Krakowie to było coś bardzo ważnego. Nasze filmy na początku dostawały nagrody w takich kategoriach filmu oświatowego, filmu przyrodniczego, filmu o sztuce. I to nigdy nie był ten główny złoty na przykład Lajkonik, Grand Prix, ale to się wszystko właśnie zaczęło zmieniać. To znaczy w tym czasie, kiedy ja już drugi raz zaczęłam pracować w Wytwórni, no to dyrektor Łukowski, który był doktorem filmoznawcą, który miał 26 lat, zaczął wprowadzać różne nowe zwyczaje. No i tymi nowymi zwyczajami było, bo on wykładał również w Szkole Filmowej, znał tam tych młodych ludzi, tych bliskich absolwentów i on postanowił wpuścić do wytwórni młodych właśnie twórców po Szkole Filmowej. Takich, którzy mieli jakiś pomysł na siebie i na film oczywiście. Także to była bardzo ważna inicjatywa, która dla Wytwórni bardzo dużo dobrego przyniosła. Przede wszystkim wówczas się mówiło o tej grupie, bo oni przez parę lat przychodzili. W sumie około 20 absolwentów Szkoły Filmowej zadebiutowało Wytwórni, a potem jeszcze przychodzili również ci, którzy już byli po debiutach, ale chcieli pracować w Wytwórni. To był ewenement, dlatego że Wytwórnia do tej pory to byli reżyserzy, też często po studiach w Szkole Filmowej, ale tacy, którzy mieszkali w Łodzi przeważnie i pracowali w Łodzi i znaleźli sobie takie swoje tematy. Poświęcali się pewnym gatunkom. Także na przykład film przyrodniczy, film naukowy, film o sztuce, film etnograficzny. I oni już w tym kierunku szli głównie. To były oczywiście bardzo dobre filmy, które na świecie, na festiwalach też zdobywały dużo nagród. Ale ci młodzi, oni z czymś nowym przyszli. Oni zaczęli robić swoje filmy, swoje wizje i wiedzieli, że w tej Wytwórni mają otwarte drzwi, że mogą to robić, że jak przyszli, porozmawiali z Łukowskim, co by chcieli zrobić, to jeżeli uważał, że to jest warte, no to oczywiście pozwalał im robić. I w ten sposób bardzo wielu przyszłych reżyserów rozpoczęło pracę w Wytwórni. Między innymi Andrzej Barański, Marek Koterski, Jakub Kolski.
W każdym razie tacy ludzie, którzy potem pamiętali o Wytwórni. To znaczy na przykład Andrzej Barański, który już robił ciągle filmy fabularne, co jakiś czas przyjeżdżał do wytwórni z jakimś pomysłem. On lubił animację bardzo, taką w tych krótkich filmach i przyjeżdżał do Wytwórni i zrobił jakiś film animowany i zawsze mówił, że kocha Wytwórnię i związany się czuł z Wytwórnią. No taki Kolski, który umordował kiedyś naczelnego redaktora, żeby mu pozwolił robić zdjęcia w jaskini. No to był problem, bo po pierwsze to była jaskinia niedźwiedzia w Kletnie. Tam jeszcze były takie niezbyt otwarte miejsca, więc zgodził się Łukowski i oni pojechali z kamerą i zrobili film naprawdę zdumiewający dla nas, bo wnętrza były przepiękne – te stalaktyty, stalagmity, te jaskinie, które się otwierały, ale jak oni to robili, jak oni się przepychali z tą kamerą przez te wąskie korytarze, to było rzeczywiście bardzo ciekawe i pasjonujące. Kolski od tego zaczął potem film. Zaczął już powoli, powoli, reżyserować i też zawsze bardzo dobrze wspominał Wytwórnię. Tak samo Marek Koterski, który też zaczął od takich filmów trochę społecznych, bym powiedziała, takie robił. Ale szybko on też chciał wystartować. No oni, trzeba uczciwie powiedzieć, że ci młodzi po prostu to była taka trampolina. Wystartować i potem pójść dalej. Ale naprawdę uczciwie. Czuli się właśnie, wielu z nich związanych z tą Wytwórnią, że ta Wytwórnia im dużo dała, że pozwoliła na ten start. No i właśnie ci pierwsi, którzy przyszli, te pierwsze roczniki, gdzie to ponad 20 osób, to było nazwane potem i w prasie i wszędzie „pokoleniem WFO”. Czyli to było nowe pokolenie, ponieważ był też taki problem, że ci starzy, starzy mówię, no znaczy już tacy, którzy w Wytwórni lata całe pracowali, dorobili się nazwisk i oni różnie patrzyli na tę młodzież, która przyszła z zupełnie inną formą, z inną tematyką. Ale ci, którzy po prostu byli prawdziwymi ludźmi filmu, to oni widzieli to, że to nie jest nic złego, oni ich nie wyrzucą z Wytwórni, że mogą swobodnie istnieć jedni obok drugich, że ci starzy mają swoje miejsce, robią swoje filmy, tak jak robili przez lata, a ci młodzi inaczej. No i trzeba to nowe wpuścić do Wytwórni. Na przykład wyjeżdżaliśmy też na takie spotkania kilkudniowe, programowe. Bardzo to było dobre, bo się wszyscy musieli zebrać. Cała redakcja i większość realizatorów. Dwa razy wyjechaliśmy, raz do Uniejowa, raz do Sulejowa i trzeba było oglądać filmy. Także redaktorzy znali filmy, ale reżyserzy poza swoimi to niewiele wiedzieli, co się w tej Wytwórni robi.
Do południa oglądało się filmy non stop, w różnych warunkach. Zresztą to było prześmieszne. W Uniejowie była taka mała salka obok zamku i był piec kaflowy. To było akurat w takim okresie późnej jesieni. I codziennie palił w piecu ten operator, a my wszyscy przychodziliśmy i siedzieliśmy. A jeszcze wtedy Uniejów to był takim miejscem nieodkrytym w ogóle. Także tam nie było zupełnie co robić. To miasteczko takie, gdzie było trochę sklepów i nic nie było. Ale potem, jak już się te projekcje skończyły, to się przychodziło do sali, gdzie już mieliśmy te obrady. No i trzeba przyznać, że tam się tak to odbywało różnie. Jedni na drugich czasem trochę tam potrafili im się sprzeciwiać, to im się nie podobało, tamto im się nie podobało, no ale to wszystko było… no nikt nikomu krzywdy nie zrobił w każdym razie. Ale to było bardzo ciekawe. Bardzo ciekawe, że właśnie można było się razem spotkać. No oczywiście wieczorem zintegrować, no to już normalne. Tak się zastanawiam, co bym mogła powiedzieć takiego. No na przykład, jak jeszcze wspominałam o tych festiwalach, o Krakowie, no to jak my wyjeżdżaliśmy dużą grupą na taki festiwal i trzeba przyznać, że głównie oglądaliśmy filmy rzeczywiście, bo to było koło hotelu, było kino Kijów i w tym kinie te filmy się oglądało i się dyskutowało, ale wtedy rządziła Wytwórnia Filmów Dokumentalnych. Oni byli tymi głównymi, a Oświatówka była tak trochę na boku. I właśnie przyszedł taki moment, kiedy w tym okresie właśnie tej pracy w redakcji Macieja Łukowskiego, kiedy nasze filmy zaczęły zdobywać poważne nagrody w tym Krakowie. Najpierw na przykład była w 1975 chyba nagroda Stowarzyszenia Filmowców za zestaw – nawet nie, to była Nagroda Krytyków Filmowych. To była Nagroda Krytyków Filmowych, Warszawska Syrenka. Wytwórnia dostała nagrodę za zestaw. No a potem już bardzo prędko zaczęliśmy dostawać Grand Prix, nawet główne nagrody. I naprawdę to była wielka radość, ponieważ my byliśmy w takiej grupie… uważam, że byliśmy zżyci. Wszyscy. I z tymi młodymi i z tymi starymi. I dla nas ta Wytwórnia była ważna. To znaczy nagrody, jakie zdobywała, to wszyscyśmy się cieszyli. Spotykaliśmy się wieczorem w jakimś jednym pokoju, tłum ludzi. I wielka, wielka radość. Także to dużo takich momentów z mojego takiego życia, bym powiedziała, no poza takiego ściśle zawodowego pamiętam bardzo dobrze.
Oczywiście festiwale były nie tylko w Krakowie. Był Festiwal Filmów o Sztuce w Zakopanem też bardzo dobrze obsadzany, a poza tym w bardzo dobrym okresie, tak wczesną wiosną, także wszyscy chętnie wyjeżdżali na ten festiwal do Zakopanego. Pamiętam nawet taką sytuację, kiedy właśnie z moją przyjaciółką redaktor Oziemską, pojechałyśmy na Gubałówkę i na leżaczkach się opalałyśmy, a za parę dni się dowiedziałyśmy, że tego dnia właśnie był największy ten podmuch z Czarnobyla. Tak żeśmy mówiły: „No nieźle nam się trafiło. Akurat wlazłyśmy w nieodpowiednie miejsce”, ale to tak na marginesie, taka anegdota. No cóż, trzeba jeszcze może wspomnieć o pracy redaktorów, tych, którzy po prostu opiekowali się reżyserem i filmem, bo to tak polegało na tym. I to wszystko zależało od tego, czy to byli tacy twórcy, którzy dobrze wiedzieli, czego chcą i trzeba było znaleźć na przykład konsultanta, znaleźć kogoś potem, jeśli on sam nie chciał, bo niektórzy na przykład komentarze też sami pisali. Jeśli nie chciał, jeśli uważał, że może to zrobić ktoś lepiej, no to trzeba było znaleźć tego konsultanta i doglądać jakby tego okresu realizacji. Aż właśnie do momentu, kiedy była kolaudacja i wtedy był przedstawiciel Naczelnego Zarządu Kinematografii. No i film był przyjmowany na pierwszej kolaudacji, albo nie był przyjmowany, tylko były jeszcze jakieś uwagi, które trzeba było tam wnieść, poprawić, skrócić. No więc to tak było przy takich filmach, takich reżyserów właśnie, jak na przykład Arkusz, jak Marczak, jak Puchalski, jak Grabowski, Papuziński, takich, którzy dobrze wiedzieli, jak ma ten ich film wyglądać. Oczywiście słuchali rad też kolegów.
Przychodziliśmy na godzinę normalnie i siedzieliśmy te swoje 7 czy, już nie pamiętam, czy 8 godzin chyba trzeba było odsiedzieć i pracować uczciwie przy biurku właśnie. Poszczególne redakcje miały – bo redakcje się dzieliły jeszcze na takie popularnonaukowe, na filmy szkolne i na tą informacyjną. Także ci, którzy pracowali przy takich filmach, które były z Funduszu Naczelnego Zarządu Kinematografii, to oni mieli duży pokój i kilka biurek tam było i pracowali razem. Potem niektórzy mieli mniejsze pokoje, po dwa biurka. Ja z kolegą pracowałam, też już dawno nieżyjącym. Siedziało i się robiło, co trzeba było zrobić. Każdy miał swoje zadania, także się pracowało uczciwie. Trzeba przyznać uczciwie, jak to w kulturze, za mały pieniądz, niestety. Redaktorzy, którzy prowadzili filmy, to znaczy oni mieli tę szansę, a szczególnie przy takich filmach zleconych, edukacyjnych, gdzie uczciwie trzeba przyznać, że nie zawsze to byli tacy realizatorzy, którzy sobie dobrze dawali radę na przykład z napisaniem komentarza czy nawet z dopracowaniem scenariusza. I wtedy redaktorzy pomagali w tym, pomagali w tym. Pisali na przykład komentarz, współpracowali przy scenariuszu i to już było płacone normalnie na umowę zlecenie. Ale stawki rzeczywiście w kinematografii były marne i zawsze mi mówiono, że: „Tak mało zarabiałaś w tej Wytwórni”. Ja mówię: „Ale miałam ile przyjemności. Ilu ludzi poznałam, takich, których nigdzie indziej bym nie poznała”. Mało tego, ile się dowiedziałam, bo przecież ja się uczyłam. I oglądając te filmy, uczyłam się różnych rzeczy z dziedziny sztuki, z przyrody, z etnografii, no po prostu to było naprawdę bardzo, bardzo wartościowe. Również ten element był wartościowy dla nas wszystkich. Spotkania na przykład redaktorów z tymi konsultantami. To byli profesorowie, to byli znani ludzie, którzy pomagali i było to atrakcją spotkać się, zaprosić ich. No także ta praca taka była. Często też była wyjazdowa, to znaczy redaktorzy też w czasie zdjęć wyjeżdżali czasem, żeby tam posiedzieć, popatrzeć, jak to wszystko idzie, czy wszystko gra, czy wszystko jest tak, jak sobie założyli. Także to też była jakaś dodatkowa atrakcja, że się wyjeżdżało na jakieś delegacje właśnie, a szczególnie w tych filmach zleconych, to już redaktorzy musieli pilnować tego bardzo, bo tam już niewiele zależało od realizatora, tylko musiał zrobić to, co zleceniodawca sobie zażyczył. Także nie mógł za bardzo wymyślać. Także tak to mniej więcej wyglądało na co dzień. I właśnie w trakcie mieliśmy bufet. Bufet był bardzo takim miejscem, ponieważ reżyserzy nie mieli swoich pokoi. Oni przychodzili albo do redakcji albo do montażowni na takim etapie, na jakim w danym momencie był film. No i tam na przykład siedział z montażystką w jej pokoju albo siedział w dziale dźwięku przy nagraniu. Ale jak nie miał akurat w danym momencie roboty, no to siedzieli na dole w bufecie. I tam się dopiero te wszystkie… no młodzi się spotykali, starsi się spotykali. A bufet był bardzo ciekawy. Różne osoby tam pracowały i nawet było… śmieję się dlatego, bo w bardzo złych czasach to nawet nam przywozili na przykład gotowy majonez, który był obrzydliwy, bo to z takiego gara się go nam ładowało do jakichś pojemników, tylko on był niedoprawiony, no więc nie było to atrakcyjne. Albo sprzedawali nam te karpie z wody. I była kolejka od rana, jak było przed Świętami. No to takie drobiazgi oczywiście, to wyrzucicie na pewno z tego nagrania, bo to się różne rzeczy przypominają i co jakiś czas coś nowego.
Powiem uczciwie, że jeśli chodzi o takie spotkania, to my robiliśmy takie spotkania, ale to były raczej poza Wytwórnią. I głównie redakcja organizowała, to znaczy poszczególnie oczywiście redaktorzy. Czasem wyjeżdżaliśmy poza Łódź, bo koleżanki dwie miały działkę w Grotnikach, nawet nie w Grotnikach tylko w tych drugich, w Sokolnikach. No i tam się odbywały, nie da się ukryć, prawdziwe bankiety z niektórymi reżyserami, z którymi byliśmy tak bardziej zaprzyjaźnieni. Trudno powiedzieć, ale tacy, którzy byli chętni, żeby się pobawić, żeby jakoś wspólnie czas spędzać. Imieniny to były w gronie też właśnie redakcji i już w tych pokojach redakcyjnych, także jak ktoś miał jakąś właśnie taką imieninową, to wszyscy przychodzili, no i reżyserzy przychodzili, składali życzenia. No i normalnie to się odpływało, ale jakichś takich dużych imprez, takich, że przypuśćmy Święta przychodziły czy coś, żeby to tak robiło się wspólną jakąś taką imprezę, to raczej nie. Raczej to były mniejsze. Oczywiście zdarzało nam się też po pracy pójść do knajpy. Bo była właśnie jakaś okazja, akurat raz pamiętam jak był Sylwester. No i jakoś tak było, że duża nasza grupa nigdzie nie szła. A no to pójdziemy, gdzieś jeszcze posiedzimy. No i poszliśmy, posiedzieliśmy. Wesolutko było, wróciłam do domu, przebrałam się już tak, bo mąż czekał, wiedział, że ja przyjdę później. No ale przebrałam się, coś zrobiłam do jedzenia, no i się tak lekko ułożyłam na kanapie. No i się obudziłam już po północy. Niestety on mnie nie obudził, miałam wielkie pretensje. No także takie różne imprezki też bywały i też się je wspomina. No i tak jak Pani wspomniała, bo tam w tej naszej Wytwórni pracowali też, na przykład pracowała, tak jak wspomniałam, Jadwiga Żukowska, Witold Żukowski i potem ich syn Jacek Żukowski. Także ponieważ Jacek i Witold byli operatorami, ale potem Witold też zaczął reżyserować głównie filmy etnograficzne, więc to taka była, no niestety i Jacek bardzo wcześnie zmarł, Witek też dosyć wcześnie zmarł, także została taka samotna ta Jadwiga. Ale tak to bywa. Często właśnie tak jest, że ktoś przychodzi, na przykład Romek Dębski. Przyszedł jego syn do Wytwórni i najpierw wspólnie pracowali przy wielu filmach, jeszcze tych właśnie już w tej nowej Wytwórni.
O Wytwórni można powiedzieć, że miała jakby trzy etapy. Ten pierwszy długi, kiedy to się tworzyło, kiedy przychodzili realizatorzy i kiedy tam było kilkadziesiąt osób na etacie, jeśli chodzi o realizatorów, bo w ogóle było więcej. Przecież Wytwórnia była fabryką. Wszystko się tam robiło. Kopie, robiło się montaż, dźwięk, absolutnie wszystko. No i potem był ten okres tych młodych, który też się właśnie jakby wyróżnił w tej wytwórnianej historii. No i potem był ten okres, kiedy można powiedzieć, że taki najsmutniejszy. To były te czasy restrukturyzacji, kiedy cała kinematografia łódzka musiała się pozmieniać, ale to w taki sposób, że na przykład Wytwórni zabrano dwie trzecie terenu, zabrano działy niektóre. Zostały filmy, dział biologiczny i biurowiec. Już tego wszystkiego poza tym nie było. A z kolei fabuła dostała znacznie więcej tego naszego terenu i tego wszystkiego. No trzeba się było przekwalifikować zupełnie, bo wtedy był konkurs na dyrektora. Dyrektorem został Andrzej Traczykowski i on zaczął kombinować, jak tu w ogóle zarabiać, co robić, żeby ta Wytwórnia mogła funkcjonować. I właśnie poszliśmy w stronę programów telewizyjnych. Udało się nawiązać takie kontakty z telewizją i takie pomysły były, że można to było i znowu zaczęło powstawać około stu rocznie takich programów, które były bardzo dobre, bo to one były do młodego widza skierowane. Był taki film, nie mogę sobie przypomnieć tytułu, ale Pan Ryś to był głównym – zresztą Ryszard Wyrzykowski, nasz reżyser, który był towarzyszem Puchalskiego w ostatniej wyprawie i tam zmarł Puchalski, a Wyrzykowski jakby dokończył część tych zdjęć. No i on świetny był. Pięć lat trwały te spotkania Pana Rysia z tymi młodymi ludźmi, którym on opowiadał różne ciekawostki. Przebierał się, bo był dobrym aktorem. Potem był też taki program, długo trwał Wehikuł czasu, kiedy z kolei się cofaliśmy, maszyna tam, taki wehikuł był i z przeszłości różne historyczne, z historii Polski różne i przebierania oczywiście, to trzeba było. To nie było takie, że tam stał sobie i opowiadał, tylko wszyscy się odpowiednio tam przygotowywali. No i tak to był ten ostatni… i w zasadzie ten ostatni okres nadal trwa, tylko już właśnie znowu z jakimiś filmami. Te czasy, kiedy telewizja robiła swoje filmy, takie właśnie, że przypuśćmy dla młodych ludzi i wiele odcinków. Telewizja później już albo kupowała co im się bardziej opłacało albo inaczej już działała. Także teraz to już… chociaż starania są, żeby to jednak wszystko trwało, żeby to trwało. I remontują i rozbudowują i co tylko można, żeby jeszcze utrzymać tę Wytwórnię. Żeby te filmy powstawały. Także jeszcze powstają.
