Przejdź do treści

Dorota Wróblewska – kostiumografka. Córka kostiumografki Krystyny Bartosik i pirotechnika Tadeusza Bartosika. Zawodowo związana z Wytwórnią Filmów Fabularnych, gdzie w latach 1983-1991 współpracowała przy realizacji takich filmów, jak „Przemytnicy” (1984) w reżyserii Włodzimierza Olszewskiego, „Zaproszenie” (1985) w reżyserii Wandy Jakubowskiej, „Ucieczka z miejsc ukochanych” (1987) w reżyserii Juliana Dziedziny, „Powrót Wabiszczura” (1989) w reżyserii Zbigniewa Rebzdy, „Diabły, diabły” (1991) w reżyserii Jadwigi Kędzierzawskiej. Następnie jako kostiumograf pracowała w Łódzkim Centrum Filmowym.

Nazywam się Dorota Wróblewska. W ostatnich latach pracuję w Łódzkim Centrum Filmowym. Kiedyś pracowałam w łódzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Zajmuję się kostiumami. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Kiedy zaczęła Pani pracę w Wytwórni Filmów Fabularnych?] Jak przyszłam do pracy w Wytwórni na Łąkową 29, był to rok 1983, to zaczęłam właśnie pracować jako asystent kostiumografa. No i tak przez 15 lat pracowałam w tych kostiumach. Po prostu zaczęłam od 1983 roku, jak przyszłam. To był film Romans z intruzem. Potem chyba był taki film Przemytnicy. Potem chyba Powrót Wabiszczura. Potem jakoś mi to gdzieś tam poumykało. Ostatni prom, Ucieczka z miejsc ukochanych z panem Julianem Dziedziną. No i tam gdzieś jeszcze pomiędzy jakieś były usługi pewnie, jakieś tam teledyski czy coś związane właśnie z kostiumami. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy Pani rodzina była związana z filmem?] Dzieciństwo to mam jakby za mgłą. Ale to, co rodzice mi opowiadali, jak się poznali, to było przy filmie Pamiątka z celulozy. Więc to był rok 1954, może wcześniej, bo to się przecież wcześniej jakby to realizowało, a potem się robiło kolaudację i film wchodził na ekrany. Więc przy tym filmie moi rodzice się poznali, ponieważ film powstawał we Włocławku. No i moja mama tam po prostu mieszkała, więc jak to było tak do końca, to już nie pamiętam jak to rodzice opowiadali, ale przy tym filmie się po prostu poznali. Moja mama zaczęła też pracować w Wytwórni Filmów Fabularnych na Łąkowej. Pracowała w garderobie jako garderobiana, a tata pracował jako kierowca. Pierwotnie… Znaczy tak w początkach, tych realizacjach filmowych, tata woził aktorów z Łodzi do Warszawy na spektakle. Takimi starymi warszawami, bo pamiętam zdjęcia, jak mi pokazywał. A potem jakoś się przekwalifikował i takim dużym ciężarowym autem jeździł i woził pirotechniczne te wszystkie pomoce do filmu – materiały pirotechniczne. No i tak to się właściwie jakoś zaczęło, że jak byłam takim dzieckiem, no to rodzice mnie ze sobą zabierali, ponieważ obydwoje pracowali w filmie, więc ja po tych planach tam biegałam. Aczkolwiek mało pamiętam z tego. Rodzice mi tam opowiadali właśnie o takim filmie, jeszcze z panem Henrykiem Klubą, gdzieś tam w Wiśle, Słońce wschodzi raz na dzień, to pamiętam, że biegałam tam po łące, bo to, po prostu… Z dzieciństwa nie ma tak dużo tych zarysów pamięci, to się po prostu… Dziecko nie przywiązuje wagi do pewnych rzeczy, tylko dla niego jest to zabawa i jakby szukanie otoczenia i nowych wrażeń, więc niewiele z tego dzieciństwa pamiętam.

Natomiast, jak już byłam w szkole chyba podstawowej, to ponieważ obydwoje z rodziców wyjeżdżali, nie było to dla rodziny dobre, więc moja mama przeniosła się z tych realizacji filmowych na stacjonarną pracę, czyli była w magazynie kostiumów filmowych na Łąkowej. Ona akurat pracowała w magazynie kostiumów wojskowych i ja pamiętam, że przychodziłam do mamy. No to nie było tak bardzo często, ale te wizyty mi sprawiały jakby taką frajdę, ponieważ tam dużo rzeczy było ciekawych, że się oglądało, pytało się mamy. No mama nie zawsze mogła mi odpowiedzieć, ponieważ była w pracy, a ja to sobie tam tylko myszkowałam. Jak nie mogła ze mną w tym magazynie przebywać, bo miała klienta, to mnie tam gdzieś do ciotek, tak zwanych, kostiumów już cywilnych czy historycznych, tam przeprowadziła i ja sobie myszkowałam właśnie w tych kostiumach. No były to ogromne magazyny, pierwotnie były na Łąkowej. A dopiero potem Piramowicza i Łozowa. Także to wszystko się jakoś przenosiło w jakimś tam czasie, bo było potrzebnych dużo pokoi na produkcje filmowe, więc te magazyny zostały zlikwidowane po to, żeby produkcję filmową wesprzeć w tych pokojach i na garderoby, i na charakteryzatornie, także tam wszystko jakoś tam musiało mieć swoje miejsce. No i to tak pokrótce jakoś. Tak wydaje mi się, że wtedy, jak przychodziłam do mamy, z zaciekawieniem oglądałam te różne, stare dla mnie, parasolki, buty, torebki. No oczywiście, to był taki inny świat. Jakby, nigdy nie miałam jakiegoś albumu, gdzie rodzice by mi zdjęcia aktorów z podpisami przynosili, bo jakoś nie wiem. Nigdy mnie to, jakby, nie interesowało, czy nie mówiłam: „Tato, przynieś mi tam”, czy „Mamo załatw”. Nie, jakoś to przeszło, nie mam żadnych albumów, mam tylko po prostu wspomnienia przychodząc do pracy do mamy. Oczywiście, z tatą też tam gdzieś wyjeżdżaliśmy, ponieważ on potem też stacjonarnie pracował w takim chyba dziale socjalnym, jakby to można nazwać. Woził pracowników łódzkich wytwórni filmowych do naszych ośrodków wczasowych na grzyby, więc też te wycieczki były wspólne. Oczywiście wiele osób mnie znało, ja tak po części no kojarzyłam, niektórych nie. Ale, no, było fajnie, bo zawsze wspominali, jak to biegałam, jak to rozrabiałam. No takim dzieckiem wytwórnianym byłam, tak. Ale wydaje mi się, że… Jak to powiedzieć…  Nie miałam też takiego parcia, żeby po prostu pracować w tej Wytwórni Filmów Fabularnych. Rodzice bronili się chyba z tego powodu, że to jest nienormowany czas pracy, że jakby… No praca fajna, tylko, no jakby, tej rodziny nie można założyć. Ale to jakoś po skończeniu szkoły poszłam do pracy w Herbapolu, pracowałam i tam po prostu jakoś podjęłam taką decyzję, że przechodzę do Wytwórni Filmów Fabularnych. No to był rok, tak jak wspomniałam wcześniej, 1983. No mama pierwotnie tak była trochę sceptycznie nastawiona, tata to w ogóle powiedział: „No ręka boska broni, żeby moja noga postała tam w tej wytwórni”. No pewnie zdawali sobie sprawę z całokształtu swojego życia, więc chcieli mnie ustrzec przed tymi trudnymi zadaniami i, jakby, całą tą pracą, bo to ciężka praca. Mój tata nazywał się Tadeusz Bartosik, mama nazywała się Krystyna Bartosik. Wytwórnia jeszcze istniała, jak moi rodzice skończyli pracę. Tata w 1981, bo to był ten stan wojenny. Zachorował i przeszedł na wcześniejszą emeryturę, ze względu na pracę z tymi pirotechnicznymi materiałami. A mama później skończyła pracę, ponieważ była młodsza od taty.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca w Wytwórni?] Na plany to w ogóle nie było chyba jakby czasu, bo jak się podjęło pracę w filmie to było tak, że byłam na etacie w Wytwórni Filmów Fabularnych, miałam tak zwaną „gotowość”, a od każdego filmu były podpisywane ze mną umowy między producentem. I to tak się toczyło. Za film miałam dodatkowe pieniądze, czyli za te nadgodziny czy tam coś. Bo to był wtedy taki nienormowany czas pracy. Praca była długa, po 16 czy po 15 godzin. Dopiero później, ludzie z naszego środowiska zaczęli… Nie to, że żądać, tylko wysuwać takie postulaty, żeby za te nadgodziny też była zapłata, bo to się zawsze wiązało z jakimiś tam pieniędzmi. Uważali, że te umowy są tak śmieszne i czas realizacji był zawsze wydłużony. No w garderobie to najdłużej się pracowało, dlatego że przygotowanie przed filmem trwało 3 miesiące, a nawet i pół roku przy serialach. Więc pani sobie wyobraża – jest pani na „gotowości” i nie pobiera pani z filmu nic do pierwszego klapsa. Dopiero po podpisaniu tej umowy ma pani tam 20%, potem za pierwszy klaps 30%, potem po połowie filmu 50%, i na zakończenie 70%, i po rozliczeniu 100%. Czyli tak to kiedyś było. No, teraz chyba się czasy zmieniły, nie ma już Wytwórni, nie ma tej „gotowości”, czyli każdy jest na własnym rozrachunku. No i chyba trzeba zakładać te firmy jednoosobowe, żeby po prostu podejmować tą pracę. [Biała plansza. Po środku czarny napis prostą czcionką: Czy pracownicy Wytwórni otrzymywali dodatki socjalne?] To rokrocznie była tak zwana „choinka” dla pracowników. Dzieci przychodziły, dostawaliśmy paczki. Był Mikołaj, siedział na tronie. Także, pamiętam tą zabawę, jak tam w kółku żeśmy, przy tej bardzo dużej choince na stołówce się bawili i było wszystko fajnie. Także, oprócz właśnie, tak jak pani wspomniała, wczasów były też kolonie w Inowłodzu, na które też bardzo często jeździłam. Nieraz nawet dwa sezony, że tak powiem, bo rodzice wtedy byli zajęci, więc udało im się załatwić. Ten czas, te dwa miesiące, miałam wypełniony po brzegi. No i tak to się, po prostu, to życie jakoś układało w tej Wytwórni. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Dlaczego zdecydowała się Pani na pracę w Wytwórni?] To był po prostu impuls w tej pracy. Pierwszej pracy, bo to była moja pierwsza praca po tym policealnym studium. No, po prostu, impuls taki, że stwierdziłam, że tutaj jakoś nie będę miała możliwości rozwoju, ponieważ to był taki… No, nie pracowałam w zakładzie produkcyjnym, ale prowadziłam kartotekę. Praca bardzo taka… te słupki, rozliczanie firmowych sklepów i tak dalej. No, też była to jakaś praca. Ale to był właśnie impuls, że można by gdzieś coś dalej zacząć robić. No i tak trułam mamie. No i mama też tak gdzieś porozmawiała ze swoimi najbliższymi tam koleżankami. „Weź, powiedz córce, niech przyjdzie, zobaczy, a jak nie spodoba jej się, to po prostu zrezygnuje”. No i tak to chyba, po prostu, było. [Biała plansza. Po środku czarny napis prostą czcionką: Czy przy filmach pracowała Pani ze swoją mamą?] Tak, pracowałyśmy razem i chyba to był błąd, ale nie dlatego, że… Bo wiele rzeczy się nauczyłam od mamy, aczkolwiek chciałam ją wyręczać też z pewnych jej obowiązków. No i wszyscy myśleli w pracy, że ja jestem garderobianą. Ja byłam asystentką, więc jakby, tu na polu rodzinnym, że tak powiem, się tak coś takiego wydarzyło, że… Mówię, pomocy udzielałam, ale… Rozwijałam się też, tak? Bo dobrze nam się pracowało. No, mama troszeczkę, jakby, miała inny zakres obowiązków niż ja. No, ale tak, jak mówię, w tej chwili ten zawód garderobianej – no nie ma w filmie. W filmie, bo może w teatrze jest. Tak, bo tam inna praca jest. No natomiast w filmie nie ma garderobianej. Są tylko asystenci, pomocnicy i kostiumografowie – pierwsi, drudzy, trzeci.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie obowiązki ma kostiumograf?] Kostiumograf sprawuje pieczę nad całym pionem, czyli pisze plan… Wyszło mi to z pamięci… planu generalnego, tak zwanego. Wypożyczenia, szycia, zakupy – rozpisane to było zawsze ponad 10 czy 20 tabelek. To było zawsze utrapienie. No to też asystentka jakby… Po rozmowie, po przeczytaniu scenariusza, czy scenopisu, po prostu omawiałyśmy pewne sprawy, jakie kostiumy kto powinien mieć… I wtedy się tam to wszystko naliczało i te rubryczki się musiały zgadzać – wszerz i wzdłuż i tak dalej. Garderobiana pobierała kostiumy, które ja z kostiumografem w magazynie kostiumów wybierałyśmy, przywoziła tutaj do garderoby. Oczywiście, część oddawało się do pralni. Część jak po przymiarkach były poprawki, to też wykonywała to właśnie garderobiana. A ja miałam za zadanie pilnowanie… Jak to powiedzieć? Były pracownie krawieckie u nas w Wytwórni i jeżeli coś było na miejscu szyte, to miałam za zadanie zadzwonić do aktora. Powiedzieć, że będzie poprawka. Uczestniczyłam w tych poprawkach. Nie zawsze kostiumograf mógł przyjść, więc ja tam byłam. Omawiałyśmy te kostiumy, oczywiście, na podstawie projektów, które kostiumograf zawsze rysował czy malował. Na przymiarkach też czasami byli reżyserzy z operatorami i pewne szczegóły dotyczące naszej pracy, czy koloru, czy samego kostiumu – reżyser też nam dawał jakieś wskazówki, czy mówił, że to ma być tak albo tak. Więc wtedy te decyzje były podejmowane. Oprócz tego asystent miał za zadanie przed filmem, oczywiście zrobić taką papierkową robotę, czyli iść do biblioteki, popatrzeć epokowo, jak te stroje wyglądają, tak? I to było takie grzebanie w tych pomocach naukowych. U nas w Wytwórni Filmów Fabularnych istniała biblioteka. No, ale było tak, że książki były po prostu zabierane i trzymane przez asystentki po to, żeby no mieć tą bazę i się tam podpierać, tak? W tej chwili – dzisiaj – to możemy sobie wszystko zakupić. I mamy to i w Internecie, i wszędzie. Natomiast kiedyś to, po prostu… No, była szalona praca, bo według tych projektów trzeba było jeszcze, mówię, sprawdzić, jak mundur wyglądał i dlaczego tak. Wszystkie dystynkcje, to wszystko. Mieliśmy też w filmach osoby, które pomagały nam te militaria ogarniać. No, to słynny pan Rutkiewicz. Jego córka właśnie jest też kostiumografką. No, to jakby było takie wsparcie, bo była podpora, jeździł na plan, podpowiadał, uczył, dużo notatek też tam się podczas filmu robiło.

Wracając jeszcze do pracy asystentki. To już tak szczegółowo – i zakupy te szczególnie pierwszej potrzeby, czyli rajstopy, podkoszulki, skarpety. No, to trzeba było kupować zawsze do filmu. No, ponieważ wiadomo, że to dla aktorów jakby ta odzież taka ochronna. Jeszcze inne zakupy, pod tytułem – jeżeli omawiany był projekt sukni czy garnituru, trzeba było jechać do fabryki, zamówić belę materiału. Jeżeli nie było w magazynie centralnym, bo najpierw się zawsze schodziło, czy tam jest, co, jak… No, a przed każdym filmem, wiadomo, było zapotrzebowanie na nici, igły, nożyczki, agrafki, tam różne takie pierdółki, które właśnie w tym magazynie centralnym były. Taśmy, koronki, no w tym magazynie było wszystko. Prawie. No, a jak nie, to się szło do takiego działu, który nazywał się „zaopatrzenie” i zgłaszało się takiej pani, która zapisywała, że musi sprowadzić to i to. Już teraz nie pamiętam, co to było tak dokładnie, ale bardzo często korzystałam z takich właśnie zakupów, dlatego że pani miała inne wejścia też, tak? Ona była tym tak zwanym zaopatrzeniowcem. Jakby, jak ona tam wchodziła czy coś, no to było inaczej. Ja, oczywiście, też tam zawsze żebrałam w tych fabrykach: „A nie mogę to wziąć? A to na wzorcownię niech mnie Pan tam zaprowadzi”, bo chciałam zawsze… Jak przywoziłam te próbki i ucinałam tam, to z kostiumografem to było potem omawiane, dopasowywane do projektu. I tak to jakoś się kręciło. I przymiarki tych kostiumów przed realizacją filmu. No, a podczas realizacji filmowej to też było dużo pracy, ponieważ ubieranie statystów też należało do asystentów i do garderobianych. Kostiumografowie, oczywiście, też uczestniczyli. Ale to tylko chyba, żeby tak też zerknąć i powiedzieć, że: „Tak, jest okej wszystko”. Ale zawsze pieczę wzrokową trzymali, tak? No, więc ubieranie statystów, potem oczywiście rozbieranie, pilnowanie kontynuacji filmowych aktorów, pisanie w scenopisie… Bo teraz to można zrobić zdjęcie, cofnąć kamerę, zobaczyć na podglądzie… A kiedyś tego nie było. Kiedyś były projekcje filmowe, które były też takie dla nas uczące, bo zawsze kostiumograf czy tam reżyser wytykał nam te nasze potknięcia. Więc było to przeżycie, jak się szło na tą projekcję i się oglądało tą swoją pracę.

To tak, jak mówię, w scenopisie się pisało, w czym był aktor… To też się przed rozpoczęciem filmu z kostiumografem na doby dzieliło ten scenopis i gdzie, w jakim tam będzie kostiumie występował. No, aczkolwiek trzeba było na samym planie tak – że tu rozpiął guzik, a tam miał szalik zawiązany, a tu już nie miał szalika. No, błędów takich pewnie było trochę tak. No, bo to wiadomo, a to nie widać, a to coś tam operator powiedział, a to butów nie widać. A potem my na tej projekcji patrzymy, a tam buty jak wyskoczyły, to po prostu nas w fotele wszystko wbijało. Także, tak nieraz było śmiesznie, nieraz było ostro. No, bo wiadomo, jak się tam nie spinało wszystko, to i reżyser tam pokrzyczał, żeby szybciej jakoś tam się do tych scen przygotowywać. Sceny na pewno trudne ze statystami, ponieważ przychodziło się o 4:00 rano do pracy. Całe miasto jeszcze spało, a my przychodziliśmy, ubieraliśmy 150 czy 200 osób. No, bo wiadomo, na dwie czy trzy osoby, a aktora, statystę się ubierało od stóp do głów. Nie to, że się tam płaszcz założyło, tylko buty, spódnice. No wszystko, tak? Także, potem z kolei 22:00 czy 23:00 to my dopiero żeśmy rozbierali tych statystów, bo jak był wyjazd na przykład poza Łódź, gdzieś tam do Zgierza czy tam gdzieś, to to się wszystko wydłużało. Inne piony już sobie złożyły wszystkie swoje sprzęty, a my niestety do tej Wytwórni żeśmy wracały i rozbierały tych statystów. Także, tutaj pracy naprawdę było dużo, dużo było takiej i fizycznej, i umysłowej. To tak, jakby to miało takie przełożenie, że jedno z drugim się zazębiało. W początkach tej mojej pracy były też kategorie, tak może jak jest i teraz, tylko że kiedyś, jak się robiło pierwszy film, to było się asystentką bez kategorii. Potem trzeba było zrobić pięć czy sześć filmów, żeby dostać tą najmniejszą kategorię. Potem drugą, trzecią i już było się bez kategorii, czyli było wiadomo, związane to było z pieniędzmi. Że ta z tą pierwszą kategorią miała więcej pieniędzy. I potem właściwie tak podczas realizacji filmowej, oprócz pilnowania tej kontynuacji, ubierania tych aktorów, patrzenia na to wszystko… To praca nie kończyła się tak, że rozbieramy, tylko jeszcze trzeba było przejrzeć te kostiumy. Scalić, bo wiadomo, jak aktor się spieszył, czy na spektakl, czy nie. Bo czasami się rozbierał na planie, to też mieliśmy taką wiadomość, że aktor zjeżdża z planu i trzeba było prywatne rzeczy wziąć aktora, żeby się rozebrał z kostiumu i pojechał na spektakl. A my wtedy miałyśmy jeszcze w garderobie właśnie prace typu pranie, patrzenie czy coś się nie zadziało z kostiumem, czy jest wszystko w porządku. Więc ta praca się bardzo, bardzo wydłużała. Ale myślę, że to było takie przyjemne, bo właściwie się lubiło tą pracę. I teraz, gdzie pracuję w tym Łódzkim Centrum Filmowym w magazynie kostiumów filmowych i rekwizytów, to też właściwie taka kontynuacja jest, tak? Bo przyjeżdżają też kostiumografki, które znam i ta współpraca się tak zazębia. Wiele kostiumów się już zna z jakichś tam innych produkcji, pamięta się. Nieraz się tam doczyta w tej Filmotece, coś tam zobaczy. Także, praca na pewno ciekawa.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Kiedy skończyła Pani pracę w Wytwórni?] Ja pracowałam do końca, kiedy nastąpiła restrukturyzacja i po urlopie macierzyńskim zostałam zwolniona. Dalej, miałam taki epizod, że krótko jakoś prowadziłam działalność gospodarczą, ale niestety, to jakby nie była moja bajka, bardzo się męczyłam, ponieważ w ogóle, kosmos to był dla mnie, rozliczenie podatkowe, niepodatkowe i tak dalej, to jakoś to jest dla mnie do dzisiaj, nie rozliczam żadnego PIT-u i poszłam pracować do szkoły. Przyszedł kierownik administracyjny i powiedział, że jest nabór do Łódzkiego Centrum Filmowego na Łąkową. Ja wzięłam nogi za pas, że tak powiem, ponieważ znał moją jakby przeszłość, że pracowałam tam, więc mi to zaproponował i ja skorzystałam z tego i zostałam przyjęta do tego magazynu na Łąkową. Panią Stanisławę Studzińską znałam jeszcze z pracy na Łąkowej. No, a tutaj była moim kierownikiem i przyjmowała mnie właśnie tutaj do pracy. W naszym dziale na Łąkowej, jak przyszłam do pracy, była pani Stanisława, była kierownikiem naszym. Pracowała jeszcze Marianna, Tadeusz, pani Jadzia i ja. Pięć osób było w naszym zespole. [Biała plansza. Po środku czarny napis prostą czcionką: Jak wygląda praca w Łódzkim Centrum Filmowym?] To znaczy, właściwie nic się nie zmieniło, bo na Łąkowej było to samo, tak? Obsługujemy produkcję filmową i właściwie, dla nas jakby ta produkcja filmowa jest najfajniejszą sprawą, dlatego że dużo kostiumografki biorą tych kostiumów i zawsze… No z tego czerpiemy jakieś zyski, tak? Ale oczywiście i eventy jakieś obsługujemy. Indywidualnych klientów mamy też sporo, którzy chcą się ubrać na różne imprezy. Począwszy od rodzinnych, sylwestrowych i balów karnawałowych. Także jest szeroki ten zasięg. Cały czas, oczywiście, powiększamy jakby swoje zbiory. Teraz mieliśmy też taką akcję zbierania rekwizytów i kostiumów z PRL-u. Także mówię, magazyn tak rozkwita. I zakupujemy tam czasami, jak się uda, z produkcji filmowych kostiumy. No, bo kiedyś było tak, że był robiony film i te kostiumy, które były uszyte czy zakupione, oddawane były do magazynu. W tej chwili tak nie ma. W tej chwili jest coś takiego, że jak takie są poważne, duże produkcje, czyli zespoły – Axon, na przykład, czy jakiś tam inny, to wszyscy trzymają te kostiumy. Wiedząc o tym, że kiedyś tam będą robić. No, nie zawsze to jest dobre, bo nieraz czy w garażu… No, bo do tego składowania kostiumów potrzebne są przestrzenie. Niestety duże. Dlatego, że no najlepiej by było, jakby każdy kostium wisiał nie tak mocno ściśnięty, tylko żeby miał tą przestrzeń. No wiadomo, tych kostiumów mamy dość sporo i trzeba troszkę ciaśniej tam je powiesić. No, ale na razie jest wszystko okej. Także powiększamy cały czas tam naszą kolekcję. Albo zakupujemy, albo zlecamy też, żeby ktoś nam uszył według naszej tej potrzeby, że tak powiem. Także cały czas się rozwijamy.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie kostiumy zapadły Pani w pamięć?] Jest sukienka z serialu Stawka większa niż życie. Iga Cembrzyńska występowała w tej sukience. Ona jest bardzo mała, chabrowa, bo to film był czarno-biały, więc… No pięknie wygląda. Pani Iga była bardzo filigranowa, więc ta sukieneczka jest bardzo tyci, tyci. Ale jest piękna, przetrwała. Nawet kostiumografka, pani Małgorzata Zacharska mówi: „A wiesz Dorota, my tu mamy w magazynie tą sukienkę, co Iga Cembrzyńska…”. No i tak pozyskuje się pewne wiadomości na temat, bo wiadomo, że jak się idzie do domu, to już tą pracą się człowiek nie zajmuje. Więc zawsze kostiumografki tam podrzucą temat. Myślę, że najstarszy film, Krzyżacy, no tam zostało niedużo już rzeczy, ale są takimi perełkami, bym powiedziała. No kostiumy chyba z Potopu, ale to już chyba nie za dużo zostało. No i tak właściwie, z Kingsajzu już też dość mało tych kostiumów jest i z Seksmisji też takie pojedyncze, bym powiedziała, tak? Z tych takich wielkich produkcji. Z Ziemi obiecanej też mamy, tak bo to takie starsze filmy, przy których nie pracowałam. Także i te współczesne kostiumy, cały czas jest rotacja, ponieważ teraz właśnie jest jakiś pęd na te lata siedemdziesiąte czy osiemdziesiąte cały czas. Więc ruch tutaj w magazynie jest. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czym różni się praca kostiumografa na planie filmowym od Pani pracy obecnie?] Na planie filmowym – to nie było jedno miejsce, bo w przeciągu jednego dnia można było się przemieszczać w trzy lokacje, tak? Czyli, jakby zmiana była natychmiastowa. Koniec, jedno ujęcie, jakiś epizodzik, a tu już trzeba się przenosić z całym sprzętem. A tutaj też jest tak, że różnie jest. Bo tak – i rekwizyty wypożyczamy, i kostiumy. Indywidualnemu klientowi oczywiście doradzamy, bo przecież osoba przychodzi już nieraz z postacią, którą by chciała kreować, a nieraz: „Nie wiem, pani mnie ubierze, bo ja tam coś tam”. No, to wtedy człowiek chce też, żeby ta osoba wyglądała fajnie i, żeby była zadowolona. No to zabiera czas, ubieranie takiego klienta. Bo wiadomo, nie mamy wymiarowanych tych kostiumów i te kostiumy się rządzą innymi prawami. Bo one są dla oka ludzkiego może takie, jakby ktoś przyszedł i wchodzi do magazynu: „O Jezu, ale tu second hand jest”. No to ja się obrażam, bo mówię: „Nie, tu jest magazyn kostiumów filmowych”. I tak to właśnie jest, że no taki, nie wiem, jakby może praca w tym magazynie jest jakąś namiastką, częścią tej realizacji filmowej, aczkolwiek to zupełnie coś innego. Ale tak na lata, że tak powiem, starsze, to jest fajnie, bo jest stacjonarnie, jest od A do Z, czyli od 8:00 do 16:00 i jest zaplanowany taki tydzień, dzień, kiedy można właśnie coś jeszcze poza tą pracą zrobić.

Na planie filmowym było nas dużo osób i pionów tzw. pomocniczych. I charakteryzacja, i oświetlenie, i kamery, i garderoba, rekwizyty. To było pięć takich pionów, a w każdym pionie pracował sztab ludzi. Bo to nie była jedna osoba. Niestety na planie filmowym każdy był odpowiedzialny za swój odcinek pracy. Były też spotkania po filmach. Tak zwane bankiety, kiedy reżyser, operator dziękował ekipie za trud i za pracę. Także, to były te przyjemne sprawy. Istniały też wyjazdy poza nasz kraj. To też było jakąś taką cząstką, że człowiek wyjeżdżał. Mnie się zdarzyło właśnie z filmem Powrót Wabiszczura wyjechać do Taszkientu i tam takie okolice. Byłam też podczas kręcenia filmu Zaproszenie do tańca z panią Wandą Jakubowską w NRD. I na Węgrzech z Przemytnikami. Więc te, jakby kraje socjalistyczne  trochę się tam zaliczyło podczas tej pracy w filmie. Także były też takie, że ludzie wyjeżdżali bardziej na zachód, tak? Ale to już troszeczkę później. No i myślę, że ta praca naprawdę jest fajna, tylko stworzona dla człowieka samotnego. Chociaż dużo znam przecież małżeństw, ale to jakby… Ta praca nieograniczona – dzisiaj tu, jutro tam i tak ciągle w biegu. Bo w sumie, te filmy w tej chwili to kręcą się jeszcze krócej niż kiedyś, bez okresów przygotowawczych i jakby rozliczeniowych. A kiedyś to było tak, że jak kostiumograf zaczął pracować z asystentką i ta współpraca się układała to do każdego filmu ten kostiumograf prosił tą asystentkę, tak? Czyli, jakby chciał pracować, bo współpraca była super, także to było tak fajnie. A w tej chwili pewnie też tak jest, nie wiem jak to jest, ale ten okres przygotowawczy jest mniejszy. Nie ma czasu na nic. Tak się wydaje, że można by było zrobić to czy tamto, a nie ma czasu. No, bo uszycie kostiumu, niestety to są określone jakieś tygodnie. No można tam w tydzień, czy coś, uszyć. No, ale to będzie tak na okrętkę, na pytel, tak? No wiadomo, kiedyś się z różnymi firmami też współpracowało. Robut to była taka firma, która robiła buty i skórzane, i takie różne. Modus, czyli te wszystkie wojskowe rzeczy. Do Krakowa się też wyjeżdżało, zapomniałam tej firmy. Nestor chyba się nazywał, albo to Łódź [Dom Mody] „Nestor” – jakieś płaszcze czy coś, nie wiem. Tak jakoś mi to powylatywało z pamięci. Ale wiadomo, że tych instytucji, które wspomagały ten film, było sporo. COPIA, tak, w Warszawie była. Tak, to bardzo dużo właśnie kostiumów z Królowej Bony przez Panią Barbarę Ptak zostało uszyte w tej COPII. I dlatego te kostiumy były szyte ręcznie. Każdy kamień był przyszyty. Natomiast teraz, ze względu na to, że to ma być szybko, pistoletem i to odpada. Niestety nie ma trwałości, nie ma dbałości o ten kostium, tak jak było kiedyś. Teraz chyba jest, poprzez szybkość życia, to jakby wyparte. Ta dbałość o ten kostium, tak mi się wydaje. Chociaż, zależy też chyba od kostiumografek, jak przywiązują wagę. Pani Małgorzata Zacharska bardzo przywiązuje wagę do kostiumu i bardzo dobrze się pracuje z panią Małgosią. Jest konkretna. Współpracowałam tam kiedyś, także miło wspominam tę współpracę. Dorota Roqueplo, oczywiście. Bardzo szanowany kostiumograf, to Ostatni prom, pracowałyśmy razem. I zrobiłyśmy jeszcze taką usługę z panem producentem Michałem Szczerbicem, pięć odcinków dla Francuzów o Napoleonie i Domenę władzy. Była chyba kiedyś puszczana nawet w naszej telewizji, z Donaldem Sutherlandem, z Ann Archer. Także można było faktycznie zachłysnąć tym filmem po prostu, i aktorami. Ale ja nie miałam nigdy czegoś takiego. Dla mnie aktor jakby był taką osobą, z którą ja współpracuję i jakby lepię go, czyli ubieram i poprawiam i namaszczam. I koniec. I już odpuszczam. Nigdy „nie zakochiwałam” się w żadnym aktorze, ani w żadnej aktorce. Oczywiście, podziwiałam czy urodę, czy talent, czy coś i fajnie, ale dla mnie to był materiał do pracy.

[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca z innymi kostiumografami?] Kiedy podjęłam pracę, pracowałam z panią Renatą Kochańską. Tam zrobiłam chyba trzy albo cztery filmy. Potem poznałam panią Martę Kobierską, z którą też zrobiłam serial i Pogrzeb lwa z panem Janem Rutkiewiczem, a potem już przyszły te młodsze. Oczywiście, w Wytwórni, w tak zwanym naszym „Tramwaju”, spotykałam kostiumografki – panią Barbarę Śrutkę, i panią Tesławską, i panią Zofię Próbnicką. No już nie pamiętam do końca, ale zawsze w tym „Tramwaju” żeśmy się spotykali i wymieniali jakieś swoje uwagi albo coś żeśmy tam uzgadniali. A uzgadnialiśmy to, że, na przykład, ktoś pojechał pierwszy, wybrał, zarezerwował, to się dopytywaliśmy, kiedy odda do magazynu, bo to się zazębiało. A prawo serii jest takie, że jak film się kręci, to dwa, trzy filmy tą samą tematyką się zajmują. I to jest do dzisiaj. To jest do dzisiaj. Także, wyrywanie z magazynu to fajna też zabawa była. No, ale tak jak mówię, fajnie było z tymi osobami właśnie starszymi ode mnie i jak przyszłam do pracy, to zupełnie inny warsztat pracy był. Bo w tej chwili też zupełnie inaczej dziewczyny pracują. Ale myślę, że po prostu te starsze kostiumografki miały taką pasję, były takie oddane… Czego nie można nie powiedzieć też o tych młodszych, przecież nie będę dyskryminowała tego. Ale po prostu ten pęd życia sprawia coś takiego, że to szybko tak przebiega, tak? Kiedyś to naprawdę tak jakoś było to wolno, jakoś to życie się tak… przetaczało. I tak mi się wydaje, że było fajniej. A teraz jest szybkość i przechodzi się już do następnego projektu. Na to wiele czynników się składa przecież, to nie tylko kostiumy, czy rekwizyty, czy kamery. No to wszystko trzeba zliczyć, w tym kosztorysie – statystów, catering, wszystko, wszystko. Także, to wszystko podraża, jakby, koszty tego filmu. No, ale pracujemy, zawsze mamy jakieś fajne filmy. Także myślę, że praca fajna, można trochę pofantazjować w ubiorze. Nieraz oczywiście są takie sytuacje z indywidualnymi klientami, że przychodzi klient, no ja tak brzydko powiem kolokwialnie, że tak od góry mierzę do głowy i mówię tak: „Kurde, nie ubiorę tego faceta. Jakiś nieproporcjonalny”, coś tam. Ale idę w regał i pierwszy strzał, pierwszy. A przychodzi klient i ja mówię: „Łeee” – tak w myślach – „Nie, nie będzie z nim kłopotu”. Tak się namęczę. Tak się namęczę, że po prostu mówię, to już chyba wolę takiego, co stwierdzam, że będzie kłopot. Ale to mówię, jesteśmy różni i fajnie, bo wtedy można dopasowywać i tworzyć coś. Oczywiście nie jest to tak twórcze jak kostiumograf. Nigdy nie miałam takich zapędów. Raczej zawsze, może to wynikało też z domu, że jakoś moja mama wychowując mnie, nie wierzyła tak bardzo we mnie, że ja sobie dam radę, czy tam podołam. I tak jakoś to mnie zdołowało, że nie wierzyłam w siebie, że mogę tym kostiumografem zostać. I to tak jakoś wyniknęło, że wtedy, kiedy mogłam być tym kostiumografem i proponowano mi to, to ja jakoś tak wycofałam się. A potem przyszły dzieci i tak się to potoczyło wszystko. Także nie zostałam tym kostiumografem, ale pracę troszkę liznęłam, więc fajnie przeżyłam to życie.

Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

Logotypy i tekst: "Krajowy Plan Odbudowy" z czerwonym geometrycznym logo, flaga Polski z napisem "Rzeczpospolita Polska" oraz flaga UE z napisem: "Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU".