Przejdź do treści

Bronisława Stolarska – filmoznawczyni. Urodzona w Łodzi w 1944 roku. Ukończyła studia polonistyczne ze specjalizacją filmoznawczą na Uniwersytecie Łódzkim. Pracowała jako wykładowca w Zakładzie Wiedzy o Filmie, później jako starszy wykładowca w Katedrze Mediów i Kultury Audiowizualnej UŁ. Specjalizuje się w historii filmu polskiego. Pisała o twórczości Tadeusza Konwickiego, Andrzeja Munka, Andrzeja Wajdy, Stanisława Różewicza, Krzysztofa Kieślowskiego i o polskim filmie dokumentalnym. Autorka tekstów poświęconych twórczości Roberta Bressona. Współpracowała z Centralnym Gabinetem Edukacji Dzieci i Młodzieży oraz Akademią Polskiego Filmu.

Bronisława Stolarska. Co ja robiłam w życiu? Poza tym, że żyłam. I że żyję. Odpukać w niemalowane. Jakby tu powiedzieć? Ponieważ urodziłam się w ostatnim roku Wojny, bo w styczniu 1944 roku, więc miałam życie bardzo bogate, prawda? Przeżyłam Powstanie Warszawskie, przeżyłam koniec Wojny. To wszystko przeżyłam, prawda? Biorąc pod uwagę, że brat mojego ojca był komendantem AK Miasta Łodzi w tym okresie, więc myślę, że szczególnie, nie wiedząc, szczególnie to przeżywałam. I w ogóle, prawda, dom to przeżywał. No, w każdym razie, tego nie pamiętam. Tego wszystkiego nie pamiętam. Może na szczęście, prawda? Wiem tylko, że w ostatnim pokoju mieszkania, tam w domu dziadków jeszcze, w takim małym pokoju leżałam. Nie, w tym małym pokoju właśnie czekali AK-owcy, bo mieli wyjść do Warszawy, na powstanie. Ale przyszedł rozkaz, że z Łodzi nie idą na powstanie. Jednak postanowili oszczędzić ludzi. Nie wiem, czy to o mnie, ale coś to mówi pewnie o tym, w jakim świecie wyrastałam. W gruncie rzeczy milczenia. Niemówienia przy dzieciach za dużo, nieopowiadania. Stryj był aresztowany dopiero w połowie lat pięćdziesiątych, nie był aresztowany zaraz po Wojnie. I dopiero po 1956 roku został no, uwolniony z więzienia. To wszystko gdzieś tam się… jakoś zapamiętywało czy docierało do nas, wiedzieliśmy o tym. No, nawet takie małe represje, jak ojciec po wojnie prowadził, bo ten i jeszcze taki przemysł, prawda, prywatny po wojnie funkcjonował, różne instytucje prywatne. I ojciec, to też był pomysł mojego stryja, ponieważ Polska musi się odbudowywać, no to trzeba stworzyć takie możliwości. I mój ojciec prowadził taki skład z drewnem, z cegłą, prawda, z materiałami budowlanymi. No, bardzo szybko mu to w 1953 roku chyba zamknięto. I pewnie nie wiecie, co to znaczy, ja też wtedy nie wiedziałam, ale teraz też tak dokładnie nie potrafiłabym tego przeliczyć, ale dostał domiar 200 tysięcy. A zamknięto mu, odcięto od źródła zarobkowania. No i w takiej sytuacji się rodzina znalazła i w takiej sytuacji dorastałam. Ale największym moim zmartwieniem było to, czy na pewno jednak pojedziemy w tym roku do tej Kuźnicy nad morze na wakacje. No chyba tak, tam jakaś taka puszka była. Bo meble nam wszystkie zabrali na poczet tego długu, ale jakąś taką puszkę na takich półkach znalazłam ze srebrnymi monetami przedwojennymi. Mówię: „No może to sprzedadzą i pojedziemy do Kuźnicy”. Mówię o tym, żeby powiedzieć, w jakich, w gruncie rzeczy, spokojnych warunkach, prawda? I dorastałam mimo tego wszystkiego, co rodzinę spotkało i co się działo naokoło. No, to tak tytułem jakby wstępu.

A potem, jak już tylko po 1956 roku zaczęło się zmieniać no to wpadłam w szpony harcerstwa. Ponieważ, skąd się wziął wujo Józek w AK i w ogóle? No, poprzez harcerstwo. On był tutaj jakąś, przed wojną, harcerską osobistością. No i stąd się to wzięło, że to AK potem. I ja potem też wpadłam w to harcerstwo, no i jestem taką harcerką przez całe życie. Obozy harcerskie. Drużyna harcerska w podstawowej szkole. No i jak byłam na obozie z tymi dziećmi z podstawowej szkoły, już wtedy byłam na studiach, pod Puckiem, nad Zatoką, w Rzucewie, to moja mama przyjechała z Kuźnicy mnie odwiedzić. Bo już do Kuźnicy nie mogłam jechać. A moje siostry z mamą były. No i natychmiast mnie zabrała, żebym odpoczęła przez dzień chociaż w tej Kuźnicy. No i wróciłam potem na ten obóz. To takie miałam wychowanie, że tak powiem. Które nie miało nic wspólnego z ambicjami naukowymi, których chyba nie miałam, bo poza doktorat nie wyszłam, prawda? No, ale jeślibym miała mówić o swojej biografii, no to chyba jest ta podstawa, prawda, gdzie, gdzie jakby się wychowywałam. I jak po zabraniu mebli z domu, jak wystarczały półki drewniane, zbite na to, żeby życie było normalne i radosne. Ja w ogóle nie przeżywałam tego jakby dramatu, czyli rodzice potrafili nas chronić jednak przed jakimiś takimi przeżyciami. No to tyle, a potem nie wiem, chyba wymyśliłam, że ja będę pisarką czy kimś takim. No poszłam na filologię polską. Skończyłam tę filologię, ale gdzieś to ten film nas wtedy… No, bo to, tak naprawdę, okazało się w tym czasie, prawda. I chyba tak jest i tak już pozostanie. Stała się to najważniejsza, najpopularniejsza, ale też najważniejsza forma komunikacji społecznej za pomocą fabuł, prawda? To, co robiła powieść, to przejęło zdecydowanie kino. W powieści zaczęto kombinować, jakie formy, a jakie eseistyczne może, a może jakieś inne jeszcze formy. To wróciło w końcu przez kryminał i wszyscy czytają jednak i powieść nie zginęła przy kinie. No tym niemniej, kino przez jakiś czas zawładnęło jakby tą formą kontaktu z fabułą. No, a ponieważ do kina, do Romy było niedaleko od miejsca, gdzie mieszkałam, no to tam się latało do kina, stało się w kolejkach. Bo były kolejki ogromne do kina, żeby kupić bilety. No i się oglądało wszystkie te filmy, które były do obejrzenia w wieku, kiedy zaczęłam jakoś do tego kina chodzić. Największe przeżycie kinowe oglądałam Ostatni etap, właśnie w Romie. I ta scena, kiedy ta bardzo taka sprytna, troszkę handlująca więźniarka Oświęcimia, od tej umierającej dziewczyny, dla której siostra zdobyła jakieś leki, prawda, i na chwilę odeszła, a ta od tej umierającej te leki wyłudza. Ja to tak przeżyłam, że mi nogi poszły, zamknęło się krzesełko, wpadłam w krzesełko. No, bo to był wyrok śmierci. To tyle zrozumiałam z tego filmu. A ponieważ te dziewczynki były jakby rówieśnicami, no to ja to przeżyłam jako taki dla mnie najbardziej dramatyczny obraz z tej całej historii oświęcimskiej.

Najpierw z mamą, a potem same chodziłyśmy. Ja miałam dwie siostry młodsze, ale tak rok po roku byłyśmy, więc chodziłyśmy same. Do Romy było niedaleko, bilety się kupowało i się chodziło do kina. Ile ja mogłam mieć wtedy lat? No osiem, jak widziałam ten film po raz pierwszy. Jakby się repertuar wznowień zobaczyło, kiedy oni tam grali, to bym wiedziała, ale no na tyle byłam duża, że mnie do kina wpuścili na ten film. Bo może by mnie nie wpuścili, gdybym była jakoś znacznie młodsza. No nie pamiętam. Nie potrafię zrekonstruować, który był to rok. Ale pamiętam to, jak przeżyłam ten moment. Przecież cały film jest tak wstrząsający i wiele rzeczy tam przeżyłam. Ale to tak, jak ja bym się tam znalazła. W tym Oświęcimiu. Widocznie była taka identyfikacja z bohaterką. No, ale to później. Nie wtedy, kiedy mogłam sama chodzić jeszcze w szkole podstawowej. No nie, ja nie mogę powiedzieć, że ja wybrałam kino, ponieważ byłam jakąś kinomanką. Nie. Chodziłam do kina, no bo nie było przecież telewizji. Nie było jakichś innych. Na pewno z mamą chodziłyśmy do teatru. Do teatrów tych dla dzieci, ale także do teatru. I rodzice chodzili do teatru. Natomiast kino… No, chodziłam, jak już mogłam sama chodzić, prawda? I tutaj też sama chodziłam. Ale tak, ja wiem, do jakich kin ja chodziłam? No, gdzie był jakiś film, który chciałam zobaczyć, obejrzeć, ale nie, jakoś nie mam takiej pamięci. Przede wszystkim, do Romy, no jednak do Romy. No, gdyby pani zdążyła zrobić wywiad z Gazdą, to on mieszkał obok kina, w tym domu. I on tam był stałym bywalcem, od dziecka, kina Roma. Bardziej niż ja, bo ja chodziłam ze szkoły. Wszystkie akademie tam były, zawsze jakiś film był. Natomiast Grzegorz opowiadał o tym, że on ciągle tam przesiadywał w kinie. Nie było telewizji. Profesor Gazda wychowany na Romie. Aj, tego nie wiem, właściwie, dlaczego. No może dlatego… No z Gazdą przecież chodziłam do szkoły, do liceum. Nie byliśmy w tych samych klasach, to prawda, no ale potem jakoś się bardzo kolegowaliśmy. Więc może to był taki impuls. Chociaż ja nie wiem, czy Gazda… Tak, ale on też filmoznawstwo skończył, oczywiście. Może to było takie grupowe pójście na filmoznawstwo. A może po prostu te inne nie bardzo… Nie wiem, może chciałam być bliżej współczesności. A to dawał film, prawda? Współczesna literatura, no jakoś nie wiem, jak ona była na studiach przerabiana, ale widocznie większy kontakt z tą współczesną literaturą był przez kino. No tak to podejrzewam, że tak to było. Że film był bliższy współczesności, prawda? Nie wiem. Gazda na pewno. Być może we mnie też były takie, takie potrzeby. Może ja myślałam, że będę pisała, ale nie naukowo, tylko książki. Gazda na pewno o tym marzył. No, więc może dlatego to kino, bo ono było tak bliżej z tą literaturą najwspółcześniejszą związane, prawda, poprzez adaptację. I, w ogóle, no jakby było bliżej rzeczywistości. Tak to jakoś, może dlatego wybrałam film.

Ja byłam na polonistyce i Gazda też był na polonistyce. To była specjalizacja, to dopiero przy magisterium się wybierało. Przed magisterium. Ale tak, no poszliśmy i Gazda i ja poniekąd z taką ideą, że może będziemy pisarzami. A, że nie będziemy kończyć filmoznawstwo. A no można powiedzieć, że na filmoznawstwie, przede wszystkim, z profesorem Lewickim. Ja myślę, że to był też taki impuls, bo on był taką osobą potrafiącą, abstrahując od jego biografii, prawda, ale był taką osobą, która potrafiła przyciągać do siebie studentów. Jak również to, że gdzieś tam zaczęło się oglądać filmy, inaczej oglądać je niż chodzić do kina, prawda, że to była historia filmu. I może stąd się wzięło to filmoznawstwo. Wydało się to ważniejsze. Być może też łatwiejsze, bo ja nie wykluczam takiego impulsu, ale bardziej budzące zainteresowanie, jakąś pasję. I stąd filmoznawstwo się wzięło. Bo ja szłam, jak mówię, profesor Gazda, szliśmy z tej samej szkoły, prawda – szóstki. Szliśmy, żeby studiować literaturę. Mieliśmy świetne polonistki, a się skończyło na filmoznawstwie. Ale Gazda potem został jednak profesorem literatury, prawda? [Bolesław Lewicki] Był człowiekiem, który budził od razu sympatię. Pełen energii taki. No i bardzo życzliwy dla studentów. No i w ogóle trudno powiedzieć, dlaczego tak przyciągał. Ale może też ta legenda, ten obóz koncentracyjny, prawda. Był aresztowany. To jest historia Lewickiego, ale jest film o Lewickim przecież zrobiony. We wrześniu aresztowany. I od września 1939 roku najpierw budował ten Oświęcim, potem siedział, potem w innych obozach, bo przecież nie do końca w Oświęcimiu. Czyli całą wojnę w obozach koncentracyjnych. A był przecież człowiekiem niezwykle pogodnym, niezwykle życzliwym. I, w ogóle, no trudno go opisać inaczej niż przez tę energię i tę teczkę, którą rzucał z każdym krokiem. To tyle o Lewickim, tak z grubsza. Jakim był? No, potrafił zainteresować kinem. Przede wszystkim kochał kino. Jego wykładów kompletnie nie pamiętam, nie potrafiłabym naśladować jego wykładów i w tym sensie na pewno nie jestem jego uczennicą. Ale na pewno uczynił z nas ludzi, którzy zainteresowali się kinem po prostu, jako przedmiotem badań, przedmiotem naukowym. No, nie wiem jak to. Naukowiec może ze mnie pośledni, ale kinem się zajęłam. Mimo, że chciałam się zająć literaturą, prawda? To samo Gazda. Nie, Gazda pozostał wierny literaturze, to prawda też. Awangardowej wprawdzie, ale to już jakby inna sprawa.

No, bo to najwygodniej było, być może. Trudno mi powiedzieć, dlaczego. Przede wszystkim, skończyłam studia doktoranckie. Więc już coś w tym było, prawda, że poszłam na studia doktoranckie, a to był pierwszy krok do tego, żeby podjąć pracę na uniwersytecie. Nie po to się robi doktorat, żeby “Dr” było przed nazwiskiem, prawda, tylko żeby… Dlatego były te studia doktoranckie, żeby dostarczyć uniwersytetowi pracowników. No, to jest taka kolej rzeczy. A już filmoznawstwo, trzeba powiedzieć, że miało ograniczoną ilość pracowników, prawda. U nas pracowała, oprócz Lewickiego, Ewa Nagórska, która przecież nie była doktorem, tylko pracowała w Szkole Filmowej. Miała tam zajęcia, a potem miała u nas zajęcia. Właśnie odeszła. Pożegnaliśmy ją i Diona była przecież. Niech pani zrobi wywiad z Kłysem. Ukochany wykładowca Kłysa. Nie trzeba mieć profesury, żeby być dobrym nauczycielem filmu, prawda. Ona niewątpliwie potrafiła tego filmu uczyć. I to ona kochała film. Właśnie ten film, który już za naszych czasów był historią, czyli kino francuskie powojenne. No Kłys jak, byliśmy na pogrzebie, no to tak mi naopowiadał o Ewie. On ją tak kochał, ona tak go ukształtowała jako przyszłego profesora. Bo on jest profesorem, prawda. Także, jak Pani widzi, wszystko zaczyna się w Dyskusyjnych Klubach Filmowych, ale jest to w tej chwili niedoceniane. Moja ostatnia praca… Jeszcze rok temu pracowałam w tej szkole takiej prywatnej filmowej. Obok Szkoły Filmowej jest. Tam miałam zajęcia z historii filmu. No to właśnie założyłam tam DKF, to znaczy zadzwoniłam do Warszawy. No mam tam znajomych przecież, w tych Dyskusyjnych Klubach Filmowych, bo ja założyłam w szkole DKF też. Założyłam, zaczęli płacić. Studenci tego nie kupili. Nie są potrzebne Dyskusyjne Kluby Filmowe w tej chwili. Tam, gdzie one są i mają tradycję, to funkcjonują. Ale w tej szkole był niepotrzebny, chociaż mogli dostawać filmy z Filmoteki. Oglądać stare filmy na kopiach, a nie w telewizji, prawda, czy z kasety. No, niby można wyświetlić to też, jak się ma. Ale nie chcieli. No, płacili jakiś czas, potem zlikwidowali i tyle. Czyli tradycja Dyskusyjnych Klubów Filmowych umarła, w gruncie rzeczy. Nie ma jej. W Łodzi mnie nie było, bo ja byłam w Gdańsku. I na tym problem polega. Oprócz Lewickiego, myślę, że Marysia Kornatowska też pracowała. Nie jestem pewna, ale tak mi się wydaje, że ona też pracowała. A, w każdym razie, może była zapraszana, na jakieś tam spotkania, no był Lewicki. Anka Habryn też zaczynała w Łodzi, potem wyjechała do Gdańska. Tam mnie ściągnęła i tam razem pracowałyśmy, ale ona chyba też była na początku tutaj, po zrobieniu doktoratu. No, a teraz jest w Australii. Nie ma jej też tutaj.

Bo ja dojeżdżałam do Łodzi. Ja miałam tu przyjaciół, ja, no, po prostu miałam tu dom. Tam byłam przez dziesięć dni, potem tu przyjeżdżałam, jechałam tam. Czyli ja tam w akademiku mieszkałam. To znaczy, w hotelu asystenckim, nie w akademiku, w hotelu asystenckim. Miałam swoje mieszkanie, swój pokój. Który zresztą, jak wyjeżdżałam, to udostępniałam Żyłkom. Czyli, no profesor Żyłko jest profesorem, już chyba jest na emeryturze też, nie wiem, Uniwersytetu Gdańskiego właśnie. I mieli mieszkanie z żoną obok mnie, no to jak ja wyjeżdżałam, to mieli luzik, nie? Mieli dwa pokoje. I w ten sposób zdobywa się przyjaciół, nie? A ja w tym pokoju swoim nic nie miałam, bo nic tam nie potrzebowałam. Przyjeżdżałam do pracy i wracałam potem do Łodzi. Długo. Ja wiem, w którym? Może w 2010 zrezygnowałam już tak ostatecznie. A może jeszcze później. Oni mnie tam namawiali, żebym jednak przyjeżdżała, bo przecież dorabiam sobie pieniądze, ale jak widać, pieniądze nigdy nie były u mnie takim argumentem. No, co też jest doświadczeniem z dzieciństwa. No wszystko nam zabrano, po co pieniądze, da się żyć, nie? Ale właśnie w którymś momencie przestałam jeździć, tylko tutaj. No, bo jak się tak dojeżdża, to też nie można tak wejść głębiej, prawda, w życie tej drugiej instytucji. Ani tu się nie jest tak na dobre, ani tam, no więc tak jakoś to się skończyło. No tak to już wyglądało. Nie potrafię powiedzieć. No nie pamiętam, bo ja nim wróciłam na stałe, to już przecież przyjeżdżałam tutaj. To znaczy, ja dojeżdżałam do Gdańska. Ja byłam tu na całym etacie, a do Gdańska dojeżdżałam. Warunki pracy niewątpliwie były gorsze, ale no tam duszą wszystkiego był pan Eugeniusz Łabieniec, którego Pani poznała, prawda? A którego tak no tego nie daruje nigdy. Jego zwolniono. No, na rok chyba przed śmiercią. On to tak strasznie przeżył. Dlatego, że on był duszą tego zakładu, tego instytutu. To on gromadził te filmy, to on je wyświetlał. Ja mówię o Sienkiewicza jeszcze. No, a potem tutaj były inne warunki, no były lepsze warunki, no niewątpliwie lepsze. No i pan Eugeniusz też pracował, ale w pewnym momencie stwierdzono, że jest niepotrzebny. On to tak strasznie przeżył. No właśnie, pan Eugeniusz już tu nie był? No właśnie, nie wiem skąd on został zwolniony tak ostatecznie. Bo w Biedermannie był jeszcze. Mniejsza z tym. Wiem, że to dla niego było takie straszne i że mnie się tak użalał. Zupełnie jakby to, bo ja pamiętam, że był DKF tam. Że ja ten DKF prowadziłam. Ale nie wiem, jakby nie kojarzę teraz, czy to było związane ze studentami, czy to był DKF jakiś dla ludzi, którzy po prostu przychodzili tam na DKF. A Ewa Kanownik to zorganizowała.

To, zdaje się, z Warszawy trzeba było sprowadzać, ale ja już też tego niestety nie pamiętam. I kto to sprowadzał? Czy to było sprowadzane? Trzeba było zamówić i oni to przysyłali. Ja już w tylu rzeczach organizacyjnych siedziałam, przede wszystkim w Gdańsku, gdzie zamawiałam filmy. O, i to należałoby powiedzieć naszym studentom. Zamawialiśmy filmy w Warszawie, w federacji. I te filmy oni nadawali na pociąg, a ja ze studentami jakimiś jechałam na dworzec, braliśmy taksówkę i przywoziliśmy to pudło na Uniwersytet. O, i to się ceniło. I to robiłam z Mirkiem Przylipiakiem, czy tam jeszcze z innymi studentami, którzy jakoś byli bardziej zaangażowani w to. No w takich warunkach to się ceni, to się potem profesorem zostaje. Była wielka, piękna sala. Był człowiek, który wyświetlał filmy. Była ściana, jak w kinie, odgrodzona i przez te takie okienka się wyświetlało filmy. I ogromna to była sala, bo to była taka sala na różne okazje największe przeznaczona, a jednocześnie przystosowana do oglądania filmów. I tam te filmy oglądaliśmy. No, wypożyczało się też filmy w Gdańsku, w tej wypożyczalni filmów dla kin. Też byliśmy zaprzyjaźnieni, bo przecież znaliśmy się z tych przeglądów festiwalowych, filmowych. Ale to już nie ma, nawet nie pamiętają o tym. Przecież tam się miało ludzi znajomych, do których się chodziło, zamawiało te filmy. Na telefon to nie tak prosto było, bo nie było dużo telefonów, a na pewno nie było komórek, prawda. Także, no właśnie. I te instytucje, na przykład, były bardzo w Gdańsku. Była bardzo zaangażowana w organizację tych festiwali filmowych. Na początku to był współorganizator przecież ten. Właśnie ta instytucja, która filmy w Gdańsku wynajmowała. To się tak zaczynało od małych instytucji, a teraz jak patrzę na to, co jest w Gdyni ten festiwal. Bo najpierw był w Gdańsku, potem w Gdyni. No to jest już to nie impreza ani gdyńska, ani gdańska, tylko warszawska. No i to jest właśnie to. To wyrywanie miastom tego, co stanowiło o ich charakterze, co stworzyli. Bo przecież to powstało dlatego, że tam był najsłynniejszy Dyskusyjny Klub Filmowy w Gdańsku. I tam ludzie z całej Polski przyjeżdżali na przeglądy filmowe. No i z tego powstał potem Festiwal Filmowy w Gdańsku. Dlatego w Gdańsku. A potem w Gdyni Warszawa przejęła i koniec. Powinno się napisać historię tego, w jaki sposób pewne inicjatywy z taką datą, powiedziałabym, ważną w historii Polski, bo związaną z 1956 rokiem i z tymi przemianami, które następowały, się wiązało. I to było wszystko zainicjowane przez Gdańsk, który był niczym innym, jak przesiedlonym Lwowem i przesiedlonym Wilnem.

Ja może nie chodziłam tak jak ci, którzy na stałe mieszkali w Łodzi, prawda? Ale, no, było to miejsce, do którego wszyscy chodzili. Jak ja byłam w Łodzi, bo przecież to tak trochę w Łodzi, trochę tam, to oczywiście, że się chodziło do Bujacza. To była firma. Bujacz i DKF Bujacza to była firma. Teraz takie firmy pozostały tylko jeszcze w Warszawie, bo pilnują ci, którzy zakładali te DKF-y, ale no jakby to łatwiej. I chyba we Wrocławiu też to ocalało. A w Łodzi zostało niestety zaprzepaszczone. Nie ma kina. No Bujacz odszedł stosunkowo wcześnie, prawda. Ewa Kanownik tego nie utrzymała. Ewa zresztą choruje, więc trudno. Przeszła do innej pracy. No i Łódź tak została pozbawiona ducha Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Fijałkowski coś próbuje robić, bo on jest też przecież uczniem tamtego okresu. No może mu się uda. Zobaczymy. Ale Dyskusyjne Kluby Filmowe w takiej formie już w Łodzi nie odżyją, w jakiej funkcjonowały. A przecież Łódź – tu powstały pierwsze DKF-y. A ja nie pamiętam, bo ja, jak mówię, z Łodzią przez wiele lat nie byłam związana. Więc pewnie jakoś załapywałam na kupowanie biletu i nie miałam takiego stałego karnetu, ale to była firma naprawdę, ten DKF Bujacza. A wcześniej jeszcze na Piotrkowskiej był. A Kornatowska, a Ewa Nagórska, to były postacie właśnie z tych DKF-ów, prawda? Lewicki. Utrzymywanie tego, że prelekcja, że dyskusje, że stała grupa właściwie, która zawsze przychodziła. No, można było mówić wtedy o kulturze filmowej. Jak mówię, no, robi, co może, teraz Fijałkowski, on trochę jest z tej szkoły. I ja byłam tam na spotkaniach kilku, no to rzeczywiście te spotkania mają taki charakter. Natomiast Dyskusyjny Klub Filmowy jako klub ludzi, stałych bywalców, prawda, którzy właśnie… Ja nie wiem, pewnie były wykupywane karnety. Którzy przychodzą na wszystkie filmy, ale którzy także decydują o programie, to nie wiem, czy to się odrodzi. Gdziekolwiek. No w jakichś tam domach kultury może, gdzie, prawda, to gdzie, gdzie to inaczej funkcjonuje. No, ale nie, nie należy żałować róż, prawda. Dobrze, że, jakoś to w jakichś formach funkcjonuje jednak, ta potrzeba spotkania z autorem, dyskusji. To jest ważne. Wydaje mi się, że ja w pewnym momencie jakby mniej chodziłam do kina. No ja chodzę tylko do Stylowego. Chyba, że jakiś film, którego się nie obejrzy. Do Stylowego, do Charlie’go. To wtedy idę, ale nie. Chodzę tam tylko. No, to prawda, że wynika to z bliskości. Wynika to z wieku, czyli jakiś brak potrzeby bycia w tłumie. Bo tutaj są jakby stali bywalcy, prawda? Jest też repertuar, który jest takim DKF-owskim trochę repertuarem. Natomiast, no, nowości. Starość, nie radość. Przestało mnie to interesować. Nie no, żartuję może, ale jakoś nie mam – jestem trochę też niewolnikiem domu. Wszystko razem.