Bożena Barańska
Bożena Barańska – pracownica techniczna, kontroler jakości kopii filmowych. Absolwentka Studium Filmowo-Telewizyjnego przy Technikum Mechanicznym w Łodzi. W latach 1980-1993 pracowała w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych na stanowisku Kontrolera jakości kopii filmowych. Następnie zatrudniona była m.in. w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi jako Kontroler jakości kopii filmowych oraz w Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi jako Specjalista do spraw konserwacji taśmy filmowej.
Po ukończeniu liceum szukałam swojej drogi w życiu i tak usłyszałam od znajomych, że otworzyło się Studium przy Technikum Mechanicznym na ulicy Franciszkańskiej. Studium tak zwane, Filmowo-Telewizyjne o specjalności realizacja i eksploatacja filmowo-telewizyjna.
Studium było bardzo ciekawe. Można dowiedzieć się dużo rzeczy o filmie o tym, jak się robi filmy, pokazywano nam kamery, sprzęt filmowy. No nikt z nas, bo wszyscy byliśmy absolwentami liceum przeważnie, nie miał orientacji jak to wygląda, natomiast wszyscy byliśmy pasjonatami filmu i chcieliśmy jak najwięcej się o tym dowiedzieć. Ze studium miałam właśnie praktyki w kopiach, Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych, w Zakładach Kinotechnicznych Prexer i w Telewizji Polskiej. Gdzie nakręcono o nas program, bo byliśmy jedyną i pierwszą i chyba ostatnią taką szkołą w Polsce. Z tego co wiem szkoła wykształciła tylko trzy roczniki absolwentów, a później prawdopodobnie, a później szkołę zamknięto. Już później wydaje mi się że już nasycony był, że tak powiem, rynek tymi absolwentami, którzy właśnie obsadzenie byli w tych zakładach filmowych wszystkich. Ponieważ miałam staż Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych, bardzo mi się tam spodobało. no złożyłam tam aplikację i dostałam się do pracy. Do pracy, pracę swą rozpoczęłam 1 września 1980 roku, a ukończyłam 31 grudnia 1993 roku, czyli 13 prawie lat, 13 lat pracowałam w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych. Zaczęłam oczywiście jako stażystka. We wszystkich działach, trzeba było właśnie całe Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych poznać, żeby móc pracować w kontroli jakości. Gdzie oglądaliśmy jako kontrolerzy kopie seryjne, a ja też oglądałam później już, jak już byłam specjalistką do spraw kontroli jakości, kopie robocze, a później już kopie wzorcowe z technologiem, który zajmował się właśnie opracowywaniem takich kopii wzorcowych, na podstawie których robiło się później tak zwaną serię, czyli wszystkie kopie, które później zostały na całą Polskę wysyłane, właściwie robiło się z tej jednej kopii wzorcowej.
No praktyki polegały na tym, że tak jak mówiła moja koleżanka, mieliśmy takie dzienniczki i trzeba było odbyć praktyki w każdym dziale. Także praktyka od parteru po drugie piętro, bo kontrola jakości się mieściła na drugim piętrze. Na parterze była wywoływalnia, później kopiarnia, przy kopiarni była montażownia, dział poprawek, dział regeneracji, jeszcze się też polerowało dubnegatywy i też była maszyna do polerowania, no a w ostatniej, na ostatnim piętrze właśnie mieściła się kontrola jakości. Przy kontroli jakości też mieścił się dział materiałów wyjściowych. No i właśnie jak już ten staż został zakończony, w dzienniczku została wypisana ocena, był egzamin. Dlatego jak już do pracy przystępowałam miałam ogólną wiedzę jak wygląda zakład, jak pracuje. Byłam pod opieką starszych kontrolerek, które bardzo się zajęły takim młodym człowiekiem, także czułam się tam właściwie bardzo dobrze, jak w rodzinie i te początki mojej pracy były bardzo miłe, ponieważ rzeczywiście taki każdy młody stażysta został zaraz otoczony opieką starszych, żeby dobrze się czuł, żeby się nauczył jak najwięcej i żeby później po trzech miesiącach mógł samodzielnie pracować. Każdy z nas kontrolerów, miał swoją salę, na której przeglądał kopie i swojego pana kinooperatora. Odbywało się to tak, że się przychodziło do pracy, każdy dostawał, wiadomo było że dany film był do obejrzenia, ileś tam kopii i każdy miał przydzielone – była specjalna montażownia i tam stały już skopiowane No tak jak mówiłam filmy do obejrzenia. I kinooperator brał tam gdzie pracował, role tak zwane filmowe i puszczał. Na sali znajdował się stół z lampką – mam tu zdjęcie, udostępnię je, jak taka sala wyglądała – z lampką, z interkomem, gdzie można było się porozumieć z kinooperatorem. No tak to wyglądało. I później jak były jakieś wady w kopii – techniczne, nabyte – to wtedy kinooperator dostawał ode mnie informację żeby zaznaczył to i później przywoził już taką kopie zaznaczoną, oglądało się to na stole, zaznaczało się i wtedy kopia szła do poprawy. Dział poprawek znajdował się piętro niżej no i tam panie zgłaszały poprawki. Po kopiowaniu też zostało to później oddane na nasze piętro i później jak przechodziłam za dwa dni, czy za trzy do pracy to właśnie była informacja, że dla mnie jest kopia do przeglądu, czyli dalej kontroler przeglądał swoje poprawki. Miał orientację, mieliśmy zeszyty, zapisaliśmy który akt, który która rola jest do poprawki, która scena. Także wszystko to było po kolei montowane i każdy wiedział jak, co ma robić po prostu, jaka jest jego rola tam.
Zakład mnie się wydawał duży. To znaczy mój dział, wyglądało to, pamiętam jak poszłam tam, to byłam zagubiona ponieważ to był „dział korytarzy”. Szło się takimi długimi korytarzami i na każdym właściwie końcu korytarza była sala. No różne działy też się znajdowały w głębi, czyli dział dźwięku, który też był na naszym piętrze. No był to taki zakład. Na dole była pamiętam portiernia. Ja pracowałam na dwie zmiany, pracowałam też w czasie kiedy nastał stan wojenny i pamiętam że miałam przepustkę, która dzięki której mogłam się poruszać po 22 ponieważ pracowałam na dwie zmiany. No i była portiernia, później na dole była wywoływalnia, później kopiarnia. Na drugim piętrze jak już mówiłam kontrola jakości i jeżeli sobie dobrze przypominam to jeszcze było jedno piętro gdzie były działy biurowe. Jak ja przyszłam do pracy dyrektorem, pamiętam był pan Duchalski. Później zmieniali się dyrektorzy, ale już nie pamiętam nazwisk. Później miałam przerwę, bo byłam trzy lata na urlopie wychowawczym, bo urodziłam dziecko. No a później jak przyszłam już do pracy, to zostałam skierowane do pracy i pracowałam na sali gdzie oglądałam taśmę 32. To wyglądało śmiesznie, bo z jednej i z drugiej strony było widać obraz, a właściwie z czterech stron, bo trzeba było mieć dużą orientację, żeby po prostu wyłapać błędy. Projektor puszczał dwa na raz. Tak to wyglądało. To były głównie filmy, nawet bajki były. Wiem że Bolek i Lolek był. Były też filmy przyrodnicze, nawet filmy operatorów Wytwórni Filmów Oświatowych, bo pamiętam różne takie filmy, z którymi później miałam do czynienia w Wytwórni, że tam oglądałam. No popularnonaukowe, jakieś takie dokumenty krótkie, głownie na tej sali takie filmy oglądałam. No a później nastała era filmów zagranicznych i właśnie do nas przychodziły już takie amerykańskie filmy, do których tłoczyliśmy napisy. I później te filmy właśnie, na przykład jak Wejście smoka pierwszy film i Dirty Dancing, to my pracownicy Łódzkich Zakładów Wytwórczych Kopii Filmowych te filmy oglądaliśmy pierwsi. Czyli pierwszy raz u nas właściwie te filmy były i później na całą Polskę wszystkie kopie my tłoczyliśmy i po raz pierwszy te filmy ujrzała Polska publiczność. Tak to wyglądało. Mieliśmy bilety do kina, które dostawaliśmy i nasze rodziny i znajomi, ten film oczywiście też mogli zobaczyć najszybciej jak się dało, że tak powiem. No także tak to wyglądało. Wiem że też organizowane były seanse dla dzieci, moje dziecko też sobie przychodziło i mieliśmy taką salę dużą po lewej stronie pamiętam, gdzie tam bardzo dużo osób, taka sala wzorcowa była, gdzie chyba było 50 miejsc i tam właśnie były projekcje robione. Nasze dzieci oglądały sobie Bolka i Lolka i tam jakieś różne inne filmy, które wtedy też u nas były.
Pozostałe salę to był ekran, pulpit, no fotele i stół montażowy, żeby w razie tam jeszcze można było podejrzeć, czy dobrą stroną jest, początkiem na przykład przewinięte, bo to wszystko przychodziło przecież z kopiarni, więc tam czasami jak kopista nie przekręcił do początku, więc no tam też można było sobie podejrzeć czy to jest prawidłowo wszystko. Żeby już na montażowni tego nie robić i przewijalni to mieliśmy też własny stół montażowy i przewijarkowy na sali projekcyjnej. Zresztą też to jest na zdjęciu że ja siedzę właśnie w takiej sali gdzie jest, zresztą w mojej sali, gdzie jest ten pulpit sterowniczy. No można było tam sobie głośniej zrobić, ciszej. Na tym pulpicie były różne przyciski, które można było używać – ściszyć głos, w ogóle wyłączyć głos. No nie było to jakieś strasznie trudne, ale niemniej trzeba było przed tym siedzieć i pilnować tego, żeby to wszystko funkcjonowało tak jak trzeba. Łącznie no zgłaszać ewentualnie jakieś wady, jak się tam wydarzyły, przestało coś działać, to wtedy się zgłaszało. No bo wszystko musiało funkcjonować tak jak trzeba. Nie, nie przypominam sobie żeby były jakieś normy. No niemniej było tak, że jak się obejrzało jedną kopię, to przecież kierownik był na zmianie, tak? Obejrzało się jedną kopię, zrobiło się, oddało się do poprawek i brało się drugą. Chyba jeżeli się nie mylę to trzy kopie dziennie się oglądało. No oczywiście w zależności od tego jaki był metraż filmu, bo czasami były filmy bardzo długie, gdzie tylko dwa się dało obejrzeć. A czasami były na przykład dwa tematy, gdzie oglądało się raz jeden raz drugi temat, żeby sobie tę pracę urozmaicić. Także tak też bywało. Filmy stały sobie na półkach i każdy brał sobie do pracy filmy, które były wówczas na tej sali takiej. Taka duża była sala, gdzie była właśnie montażownia i przewijarki były i tam stały na półkach kopie. No i się przychodziło i patrzyło się „Aha, no to ten film” i kinooperator zawoził takim specjalnym wózkiem. Takim wózkiem jak, wózki takie spotkałam właśnie w Oświatówce jak byłam, to takie u nas właśnie wózki były do wożenia. Tylko trochę inne, bo u nas były głównie takie duże role, a tutaj były takie aktówki małe. Także tam głównie, jeżeli chodzi o filmy 35 mm, to właśnie były łączone dwa akty, czyli u nas to nazywało się, że jedno pudełko to była jedna rola. Tak nazywaliśmy to, czyli dwa akty były połączone ze sobą. No głównie film się składał z maksymalnie sześciu ról, bo to był właśnie bardzo długich. A przeważnie to były filmy cztero… trzy role miały, także po sześć albo po osiem aktów.
Oglądaliśmy właśnie dokumenty o Solidarności, to właśnie u nas też były. Kroniki filmowe właśnie z tych czasów, to pamiętam. Zresztą ten nasz zakład był w bardzo takim miejscu usytuowany blisko Uniwersytetu przecież i właściwie też byliśmy świadkiem tego wszystkiego, co się działo. No dla mnie, dla młodej dziewczyny było to bardzo wstrząsające i pamiętam że jeździłam do domu „4” i w ostatnią „4” wsiadłam, a już później zamknęli wszystko przy placu Teatralnym. No i niestety tam były i strzały i różne rzeczy się działy wtedy. No przyszło mi też to widzieć, nie uczestniczyć, ale byłam też świadkiem takich, takich właśnie sytuacji. Dla mnie bardzo przykrych, wtedy w tym czasie bardzo to przeżywałam. Głównie oglądało się film pod względem nasycenia barw, kontrastu odpowiedniego, ostrości. Wad, które na przykład miał materiał filmowy, bądź po prostu wad, które w międzyczasie się stały, czyli z kopiarki na przykład. Często się zdarzało na przykład, że było pomylenie świateł i na przykład cały film był w kolorze fioletowym albo zielonym. No i wtedy po prostu wiadomo było, że taka kopia nie nadaje się do dalszej eksploatacji i cała szła do poprawki. Zdarzało się też, zdarzały się też takie rzeczy. No oczywiście zwracało się uwagę też na rysy, na zadeszczenia. No żeby po prostu rysa… jeżeli rysy były to jakieś płytkie. Natomiast jeżeli rysa się trafiła taka pośrodku kadru, to od razu się zaznaczało to do poprawek, bo stan kopii, nawet seryjnej, musiał być w bardzo dobrym stanie, żeby mogła być wysłana do dalszej eksploatacji, czyli do kina, żeby ten widz, który oglądał tą kopie, no wiedział nie zauważył takich rzeczy. A powiem, że widzowie bardzo na przykład bardzo bystrzy byli i na przykład u mojej koleżanki mówią: „Słuchaj, a tam w tej kopii to takie rysy były straszne”, ja mówię: „No nie możliwe”. Także widzowie zwracali uwagę na takie rzeczy, także trzeba było bardzo się starać, żeby ta kopia seryjna też była w bardzo dobrym stanie.
Po stwierdzeniu, że kopia nadaje się do poprawek, czyli w kopii stwierdzono wady. Kopię przekazywano, oczywiście po zaznaczeniu i opisaną, do działu poprawek. Tam dział poprawek zlecał dany fragment do poprawek, czyli do kopiowania i po tym jak ten fragment już został skopiowany prawidłowo, dział poprawek wklejał – po prostu wycinał ten zły fragment filmu i wklejał dobry. Po zmontowaniu poprawki kopia szła znowu do kontroli jakości, gdzie kontroler miał obowiązek obejrzeć – czy to jest poprawnie wmontowane, czy tej wady już nie ma i jak to wszystko wygląda. Czy to jest wszystko poprawnie, czy to pasuje. No i jeżeli to wszystko było prawidłowo zmontowane i tej wady już nie było, to wtedy kopia szła do wysyłki. Czyli to już było po korekcie w montażowni i po naszym obejrzeniu w kontroli jakości, kopia nadawała się do dalszej eksploatacji i szła do kin. Dział poprawek był bardzo ważnym działem, ponieważ tam rzeczywiście te panie zajmowały się i one na tyle się znały, że od razu wiedziały czy ten, ta scena jest prawidłowo skopiowana czy nieprawidłowo, czy odpowiednia, musiały odpowiednio to zmontować, żeby to po prostu na ekranie wyglądało naturalnie. A przecież to były z jednej i z drugiej strony sklejki. Tak żeby to wyglądało naturalnie, żeby nie było przeskoków żadnych, żeby to wszystko płynie szkło na ekranie. No doklejany był ten fragment – ten zły był wycinany i doklejany prawidłowy już po zleceniu przez poprawki. Wszystko i poprawki i wszystkie kopie seryjne były kopiowane na podstawie kopii wzorcowej z tej kopii, która była opracowywana z technologiem. Technolog miał obowiązek opracować kopie pod względem jakościowym, ostrości, nasycenia barw, szczegółów fotograficznych. Na wszystko musiał zwracać uwagę i później tą kopie oglądaliśmy razem no i oczywiście kontroler też miał tam swoje uwagi. I taką kopię już później, jak ona była w stanie zaakceptowanym przez kontrolera i technologa – ta kopia była jakby wzorcem dla wszystkich następnych kopii. Tak to wygląda no i oczywiście poprawki też kopiowało się na podstawie tej kopii. No myślę, że jeżeli chodzi o filmy dokumentalne i oświatowe i jakieś filmy dla dzieci, to nie była tak duża ilość. To było ja wiem może ze 30 filmów z jednego tytułu. Natomiast jeżeli chodzi o te filmy zagraniczne, już w późniejszym czasie, no to było bardzo dużo tych kopii, ponieważ wszystkie miasta i wszystkie kina w miastach chciały mieć tą kopie. Więc no ja myślę, że to było no z 80 kopii albo nawet niektórych tytułów to było nawet i więcej, tak żeby starczyło po prostu do rozpowszechniania na całą Polskę.
Byliśmy, że tak powiem, wszyscy starszymi już kontrolerami, także mieliśmy orientację. Nie wiem… ponieważ pracowaliśmy na dwie zmiany, to nie przypominam sobie, żeby ludzi brakowało. W każdym razie nikt nie został przyjęty. No może tam jakieś pojedyncze osoby pamiętam, jacyś młodzi ludzie byli u nas, na praktykach. To pamiętam, że no oni też oglądali te filmy, ale nie przypominam sobie, żeby nie starczało ludzi, że tak powiem. No na dwie zmiany pracowaliśmy, także tych kontrolerów było na jednej zmianie, nie wiem, musiałabym policzyć ile sal było. No to było chyba z pięciu albo z sześciu, no także duża ilość. W kontroli jakości pracowałam rzeczywiście najdłużej, natomiast jak już Kopie Filmowe zaczęły podupadać, zostałam skierowana do działu – otworzyliśmy na parterze taki punkt fotograficzny i tam przeszłam szkolenie na takim nowoczesnym sprzęcie, który się nazywał mini labem i tam z koleżankami wywoływałyśmy zdjęcia i robiłyśmy korektę. No i normalnie zajmowałyśmy się, przyjmowałyśmy filmy od ludzi. Czyli tak jak dzisiaj, no już dzisiaj to chyba właściwie nie ma takiej, bo dzisiaj wszystko cyfrowo jest zrobione, wywoływałyśmy zdjęcia, tak mówiąc kolokwialnie jednym terminem. No ale trwało to niestety nie za długo, chyba przez cztery miesiące ten punkt działał. Później jeszcze wiem, że była wypożyczalnia kaset wideo. Też się tym jakiś czas tam parały moje koleżanki. A ja zostałam skierowana do działu tłoczenia napisów i tam pracowałam przy korekcie napisów. Chyba niedługi czas i później skierowano mnie służbowo do Wytwórni Filmów Fabularnych, do Działu Archiwum na ulicy Wici. I tak się skończyła moja zawodowa kariera, że tak powiem, w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych. My pracowałyśmy przy korekcie, czyli był taki dział, gdzie przychodziły, no już gotowe, gotowe napisy i my uczestniczyłyśmy, my miałyśmy za zadanie sprawdzić czy one są prawidłowo przede wszystkim złożone, czy nie ma w nich błędów, czasami tam się zdarzały i ortograficzne błędy i później po sprawdzeniu też uczestniczyłyśmy przy już takich gotowych, gotowej wytłoczonej kopii z napisami z lektorem. I jeszcze później jak lektor obejrzał tą już gotową wytłoczoną kopię, to jeszcze później nanosiłyśmy poprawki do tego druku, który później szedł. Był taki dział, gdzie były maszyny, które tłoczyły te napisy. No i te napisy musiały być prawidłowo być wytłoczone, więc my zajmowałyśmy się korektą tych napisów. Tak to wyglądało. No właśnie mówię, że jakby doszedł mój kolega, który był kierownikiem działu napisów, to on by opowiedział dokładnie jak się to wszystko działo ponieważ on pracował do końca w tych Kopiach Filmowych, bo później na samym końcu, z tego co wiem, bo już nie miałam specjalnej styczności z tym zakładem. No niemniej, już tylko później Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych zajmowały się tłoczeniem napisów. Czyli przychodziły gotowe kopie, na których po prostu tłoczyło się napisy i tylko tym do końca się zajmowali. I chyba na tym skończyła działalność ta Wytwórnia, bo z tego co wiem to już nic więcej się tam nie robiło. Oczywiście później straciłam jakby, później już nie mam właściwie wiedzy o tym, co się tam działo dokładnie. Na niemniej tak sądzę, że już tam po prostu na tym ta wytwórnia zaprzestała działalność. Później była w upadłości i później ją zlikwidowano.
Ja pamiętam oczywiście, nawet mam tu zdjęcie. Pamiętam moich nauczycieli, że tak powiem, którzy mnie uczyli. Największe wrażenie na mnie zrobiła pani Halina Mikuła – to wszyscy są już państwo, którzy już nie żyją niestety. Pani Zyta Gałęcka, która mnie uczyła. Pamiętam panie z materiałów wyjściowych: panią Zosię Brodziak, panią Halinkę Kowalczyk. No i oczywiście moich współpracowników, z którymi pracowałam, którzy też dużo mnie nauczyli jako młodą dziewczynę – pani Bogusia Zawisza. No i wszyscy panowie kinooperatorzy, którzy też bardzo dobrze się z nim współpracowało, bo też musieli mieć ogólną wiedzę o tym co się dzieje na tym ekranie. I poprzez to, że pracowali z kontrolerami, to oni też mieli ogólną wiedzę o tym, co się tam dzieje na tym ekranie. Także bardzo dobrze współpracowało się właśnie z kinooperatorem. Trudno mi powiedzieć, ale być może tak. Wiem że niektórzy panowie, którzy przestali pracować w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych to wiem, że pracowali i nawet jeden pan to chyba nadal pracuje jeszcze w kinie, tylko nie wiem, w którym. Jeszcze kogoś spotkałam kto powiedział, że widział tego pana w kinie. Także być może jeszcze gdzieś tam jacyś ludzie pracują na takich… Myślę, nie wiem czy w kinie, w kinach jeszcze są takie projektory, na których taki kinooperator… chyba już nie ma, takie stare projektory, na których pracują. W Wytwórni Filmów Fabularnych właśnie zaczynałam w archiwum filmowym na Wici. I tam zajmowałyśmy się właśnie przeglądem filmów, przeglądem materiałów, robiłyśmy też inwentaryzację. Byłyśmy właśnie tam skierowane, najpierw do inwentaryzacji, a później przeglądałyśmy pod względem technicznym też kopie filmowe, nie kopie filmowe tylko materiały wyjściowe. Czyli negatywy, dubnegatywy, negatywy tonu. No i na tym polegała tamta praca. Praca w archiwum głównie polega na tym. Oczywiście zajmowałyśmy się tym przygotowaniem materiałów do wysyłki. Jeżeli ktoś zamówił na przykład jakieś kopie to wtedy. No zamówień trochę było, tak że zajmowałyśmy się też przygotowaniem kopii i negatywów, negatywów obrazu i dźwięku do wysyłki. Jeżeli było takowe zamówienie. A jeżeli nie było, to po prostu inwentaryzacją się zajmowałyśmy. Archiwum filmowe na Wici było bardzo dobrze rozlokowane, ponieważ był to ogromny teren, gdzie w głąb znajdowały się magazyny. Jeżeli się nie mylę co się zjeżdżało – już nie pamiętam dokładnie, ale chyba jedno albo dwa piętra w dół, gdzie były magazyny, właściwie pokoje takie magazynowe, gdzie wszystko było pięknie opisane. Było to dla mnie wzorem naprawdę jak wszystko tam jest poukładane i poszeregowane i opisane. To było ułożone w ten sposób, że… tytułami, tytułami, ale w każdym – z tego co sobie przypominam – każdy pokój był ponumerowany, więc każda… no jakby to opisać – to była taka, właściwie taki pokój bez okna, gdzie były poustawiane półki, no i na tych półkach wszystko było pięknie opisane. Były też karty filmowe, oczywiście każdy film miał kartę filmową gdzie było opisane wszystko – w jakim on jest w pokoju, jak jest zaszeregowany, na której półce stoi. Także ze znalezieniem filmu nie było właściwie żadnego problemu. Pracowałam tam niecały rok chyba, niecały rok. Kierowniczką tego archiwum była Lucyna Ogrodowczyk, przemiła zresztą osoba i pani o ogromnej wiedzy. A później przeniesiono mnie na Łąkową do kontroli jakości i tam pracowałam już do końca, dopóki Wytwórnia nie przestała istnieć.
W Wytwórni Filmów Fabularnych na Łąkowej pracowałam również w kontroli jakości. W kontroli jakości zajmowałyśmy się między innymi również tym, że współpracowaliśmy ze studentami, na przykład ze Szkoły Filmowej. Oni przynosili nam swoje prace filmowe i tam zajmowaliśmy się tym. Też oglądało się – tu się chyba inaczej, nie nazywał się technolog, tylko inaczej się nazywał ten ktoś kto po prostu oglądał z nami film – i tak samo jak w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych kontroler i technolog, nazwijmy go tak, też oglądał, też musiał współpracować z kontrolerem, no żeby ta kopia wzorcowa miała jak najlepszy kształt. Tu pracowaliśmy też z operatorami z Se-Ma-Fora. No i tutaj oczywiście też oglądaliśmy filmy fabularne. Pamiętam, że i Psy były Pasikowskiego przez nas robione i Szamanka Żuławskiego. No to takie chyba dwa filmy, które mi utkwiły w pamięci. No ale tu pracowałam niedługo, bo dwa lata. No i Wytwórnia Filmów Fabularnych została zlikwidowana. Jeszcze nadmienię, że Wytwórnia Filmów Fabularnych została w międzyczasie, jak ja przyszłam tam do pracy, przekształcona na Łódzkie Centrum Filmowe. To się tak później nazywało. W każdym bądź razie w Wytwórni nikt nie myślał o tym, że ta Wytwórnia zostanie zlikwidowana, ponieważ mieliśmy bardzo dobrych specjalistów. Właściwie chyba we wszystkich, bo w dziale obróbki też pracowałam – we wszystkich działach byli fantastycznie specjaliści i nikt nie myślał o tym, że ta Wytwórnia zostanie zlikwidowana. No i tak się właściwie skończyła, na ten czas moja praca w filmowych instytucjach. Później miałam przerwę bardzo długą, pracowałam w innym zawodzie. A później wróciłam znowu do zawodu i pracowałam niedługi czas w Wytwórni Filmów Oświatowych.
Ostatnią firmą, w której pracowałam – filmową – była Wytwórnia Filmów Oświatowych. Byłam tam przyjęta na stanowisko specjalisty do spraw konserwacji taśmy filmowej. Zajmowałam się między innymi też przygotowywaniem materiałów wyjściowych do digitalizacji. Wtedy jak ja zaczęłam pracować Wytwórnia wygrała różne projekty filmowe i mogliśmy filmy przekazywać do cyfryzacji. I ja w tym początkowym etapie brałam udział w tych projektach. Zajmowałam się również archiwum filmowym, archiwum teczek firmowych, dokumentacją – głównie porządkowaniem, inwentaryzowaniem, opisywaniem dokumentacji wszelakiej związanej z filmem, dokumentacji kadrowej również. To wszystko uporządkowałam, zinwentaryzowałam… No między innymi też się tym zajmowałam. Tak samo zrobiłam inwentaryzację całego sprzętu w firmie, na którym się absolutnie nie znałam. Proszę mi uwierzyć, ze to była mrówcza praca. Ja się musiałam dopytywać o wszystko – jak się ta kamera – przecież ja się na tym w ogóle nie znałam – jak się ta kamera nazywa, gdzie ona jest, gdzie ona stoi, ile tych kamer jest, a dlaczego tej kamery nie ma, gdzie ona jest. No po prostu tysiące pytań zadanych do osób, które nic nie wiedziały. Ja po prostu musiałam całą historię, całe dochodzenie wręcz przeprowadzić, żeby to wszystko po prostu zinwentaryzować. Udało się. Wszystko jest zinwentaryzowane. Także rzeczywiście mnóstwo pracy tam włożyłam, mnóstwo pracy, żeby to wszystko uporządkować, bo wszystko niestety było w stanie strasznym, po prostu strasznym. Jak ja tam przyszłam, bo z tego co ja wiem, to było wszystko do tego budynku – jeszcze się magazyn spalił – to wszystko było do tego budynku po prostu przeniesione. Trzeba było to po prostu… A nie było nikogo, kto by to zrobił, więc zostałam przyjęta tam, prawda w innym celu, ale żeby móc tam funkcjonować i żeby zajmować się – między innymi zajmowałam się też sprzedażą licencji, różnymi projektami innymi – żeby móc funkcjonować, to musiałam to uporządkować. Pamiętam, jak tam kiedyś poszłam i miałam coś zrobić i mój kolega szukał jednaj teczki cztery godziny, bo to wszystko leżało na jednej stercie. Po prostu dla mnie to był szok, bo ja nigdy nie pracowałam w takim miejscu, gdzie tak to wszystko funkcjonuje.
[Pokazuje zdjęcie] To jest zdjęcie z mojego miejsca pracy, z mojej sali, na której pracowałam. [Pokazuje zdjęcie] To jest zdjęcie całego praktycznie mojego działu kontroli jakości, no w większości powiedziałabym, na pożegnaniu naszej koleżanki, która odchodziła na emeryturę.
