Przejdź do treści

Bogna Janiec – producentka, kierowniczka produkcji. Urodzona w Łodzi w 1972 roku. Córka reżysera Grzegorza Królikiewicza. Pracę w kinematografii zaczęła od współpracy z ojcem, najpierw jako asystent kierownika produkcji przy filmach dokumentalnych, m.in. „…Jak najmniej światła” (1998) i Teatrze Telewizji „Próby” wg Michela Montaigne’a. Następnie pracowała przy realizacji widowisk telewizyjnych, „Zadania i uwagi” (1998), „Anhelli” (1999), „Anatomia sumień” (2000). Jako kierownik produkcji współpracowała przy takich filmach, jak „Po całym ciele” (1999), „A potem nazwali go bandytą” (2002), „Kern” (2009). Producentka filmów i teatrów tv w reżyserii swojego brata Jacka Raginisa, m.in. „Inspekcja” (2018), „Dzień gniewu” (2019), „Król Edyp” (2022), „Precedens” (2021), „Czas na pogodę” (2022). Od 2015 roku kieruje Instytutem Grzegorza Królikiewicza.

Mam na imię Bogna. Z domu Królikiewicz, po mężu Janiec. Dzisiaj funkcjonuję jako Bogna Janiec, producentka, kierowniczka produkcji, szefowa firmy Instytutu Grzegorza Królikiewicza. Urodziłam się w Łodzi. Przez nasz dom, który był otwarty, i mnóstwo się działo i mnóstwo osób się przewijało, były narady twórcze głównie, ale też produkcyjne. Od dzieciństwa pamiętam krąg przyjaciół taty, z którymi on pracował, robił filmy. Chociaż ja tego nie kojarzyłam, prawda. Pamiętam pewnego grubego pana, który po prostu jadł taki gar bigosu, który tata szykował razem z nimi i cały czas rozmawiali, była dyskusja. Nie pamiętam o czym. Ja nigdy nie dałam się tak łatwo wyganiać do łóżka, żeby już iść spać, bo bardzo lubiłam się przysłuchiwać tym rozmowom. Natomiast z dzieciństwa też pamiętam, wtedy mi tak utkwiło w wyobraźni, że jedziemy koło Łódzkiego Centrum Filmowego. Dzisiaj to tak jest nazywane. Kiedyś to była Wytwórnia. Pamiętam tam kiedyś raz może byłam na tej Gwiazdce. I pamiętam, że w sali kinowej dzieci były tam obdarowane jakimiś paczuszkami z cukierkami, z jakimiś rzeczami, których nie było w ogóle w sklepach. I oczywiście był jakiś film Bolek i Lolek czy Kot Filemon jako bonus. I to było bardzo miłe. Zawsze mówiłam: „A tu mój tata pracuje, tu mój tata pracuje”. Chociaż teraz wiem, że to oczywiście były umowy o dzieło i tak dalej, no ale tam tworzone były filmy. Ta „fabryka snów”, która niestety, no już jej nie ma. A innym elementem takiej przynależności do klanu filmowego było to, że były takie karneciki co miesiąc na wejście do kina za złotówkę. No i to był dla nas szał po prostu, bo tata nam dawał te karnety i mogliśmy korzystać, więc do kina się chodziło. I to dość często. Kino Tatry, Cytryna, też kino Włókniarz. No i Bałtyk oczywiście, Przedwiośnie. No zawsze jak była jakaś premiera, no to się szło. Więc jakoś byliśmy na bieżąco. Poza tym ja skończyłam XXVI Liceum. Przy kinie. Więc jak tylko była możliwość, to szliśmy tam na różnego rodzaju projekcje, bo takie kino było naprzeciwko szkoły. Ale też… może to nie jest związane z kinem, ale miałam niezwykle mądrą polonistkę, panią profesor Płaszewską, właśnie w XXVI, która miała taki system, że mówiła: „Słuchajcie, jesteście w klasie humanistycznej. To o czymś świadczy. Proszę, oglądacie co tydzień teatr telewizji”. No i we wtorek rano, 8:00 rano, drzwi się zamykają: „Proszę wyjąć karteczki, piszemy recenzję”. I tak było, znaczy mogło być tak co tydzień. Czasami tak było. To jakby wyrobiło w nas nawyk, przynajmniej we mnie, żeby na bieżąco być z tym repertuarem. Ja na przykład z ojcem bardzo często oglądałam też różne na przykład Przegląd Piosenki Aktorskiej. Zachwycaliśmy się różnymi nagle objawieniami, typu Robert Rozmus, Kinga Preis. Jakieś takie czasami nieoczywiste zupełnie osoby. Natomiast jak otworzyły buzię, jak zagrały, to myślę, że tata mnie w tym też jakoś umacniał.

Mój ojciec w związku z tym, że kiedyś tam byli na przedstawieniu naszego teatru razem z moim bratem, który był porażony, bo ja miałam siedemnaście lat i w ogóle no miałam bardzo takie pojęcie o relacjach męsko-damskich, takie bardzo idealistyczne. A tutaj coś tam się na tej scenie działo rzeczywiście metaforycznie. No a mój brat jako strażnik moralności mówi: „W ogóle, co to jest?”. Do rodziców: „Dlaczego ty pozwalasz jej chodzić na imprezy z nimi?”. Chociaż ja zawsze miałam określone: „Wracasz, jesteś o 23:00 w domu”, czy tam: „Masz powiedzieć, o której będziesz, tak?”. Nie to, że „masz szlaban” czy coś tylko, zresztą ja nie piłam alkoholu do dwudziestego roku życia, więc jakby miałam luz i nie wchodziłam w pewne rzeczy. I już z założenia. Ale on na wszelki wypadek już, żebym tylko nie poszła na aktorski. A ja miałam takie marzenie, żeby pójść może właśnie, żeby pracować z dziećmi, to żeby pójść do szkoły lalkarskiej. No to też zrobił wszystko, żebym tam nie poszła. Zaprosił mnie do takiej pani aktorki w Lublinie, bo wtedy studiował na KUL-u. I taka już emerytowana aktorka mówiła: „Dziecko, czy ty masz zdrowy kręgosłup?”. Ja mówię, że no jako tako. „No dobrze. Lubisz śpiewać?” – „Uwielbiam” – „No dobrze. Teraz sobie wyobraź taką sytuację, że jesteś na przedstawieniu, nie widać cię, widać tylko twoje ręce. I ty przez dwie godziny masz ręce uniesione do góry, musisz machać tymi rączkami, z pacynkami i wesolutko śpiewać”. No i trochę tak ten realizm mnie troszeczkę tak zastopował. W ogóle już nie wróciłam do tego tematu. Tata chciał, żebym poszła na historię sztuki. No nie wiem, znaczy to też bardzo fajne, podsuwał mi tyle albumów, bo jeszcze nie było możliwości podróży, zobaczyć na żywo. Na pewno to we mnie jest, że lubię obrazy oglądać i teraz z córką moją, żeśmy odbyły podróż do Krakowa i kolejne przed nami. No, ale wracając jeszcze do tych pasji teatralnych, to tata kiedyś mówi: „Chodź, pojedziemy, bo we Wrocławiu jest Teatr Otwarty, taki festiwal”. No i wtedy poszliśmy na przedstawienia na przykład takiego teatru Bread and Puppet z takimi ogromnymi lalkami. Ja nie wiem, trzy metry miały te lalki. To było coś niesamowitego. Mówi: „Zobacz. Chcę ci pokazać, że jest trochę inny świat niż ten twój teatr amatorski. I naprawdę można robić rzeczy piękne i wielkie”. I tylko tyle. Więcej za bardzo mi nie wkładał do głowy. Więc myślę, że to mi dało takie poczucie, że… no właśnie, ale że zawsze też mówił, cokolwiek miało to znaczyć, mówi: „Słuchaj, bądź jak najdłużej dzieckiem i twórz wokół siebie bajkę”. Potem to w pracy oczywiście różnie wychodzi, czy w relacjach, ale ja to samo powtarzam swojej córce, żeby się tak nie spieszyła do tej dorosłości, też, żeby nie była takim za długo dzieckiem, wiadomo, ale no każdy ma swój czas po prostu. Mamy różne okresy w życiu i trzeba je przeżyć po prostu, a nie tak jakoś za szybko, myślę.

Ja od dzieciństwa generalnie może bardziej byłam związana z takimi bardziej formami teatralnymi, bo to mnie ciągnęło, coś żywego. Już tak jako dzieciak tam po prostu lubiłam rządzić. I reżyserować troszeczkę, tak. Znaczy, wiedziałam, że to umiem. Za co byłam bardzo nielubiana przez moich braci, bo to się odkładało niestety na naszych relacjach. Natomiast do filmu, do produkcji filmowej trafiłam w zasadzie z przypadku, bo po prostu skończyłam studia na teatrologii tutaj w Łodzi. No i mój brat mówi: „Słuchaj, no chociaż na trochę, tak na okres próbny, bo tutaj kończymy teatr w telewizji, to tak jako asystentka moja, nie ojca”. Zawsze jakiś tam spór był. Na pewno taki, bo ja się tacie dość mocno stawiałam i myślę, że zawsze stawiałam granice też. Chociaż no byłam też dzieciakiem takim jeszcze, prawda. Natomiast no, to był 1997 rok i dzisiaj jest 2024, no i jestem w tym studio, chociaż nie tylko tu pracowałam. Ale muszę powiedzieć, że przez ten czas tata też nie chciał mnie spod swoich skrzydeł wypuścić za bardzo. Znaczy, ja się wiele rzeczy uczyłam, ale też jestem człowiekiem po prostu w ruchu, który ciągle coś… znaczy, nie jestem w stanie nie działać. Jak mam tylko być z papierami, to umieram po prostu. A jak mogę być między ludźmi, no to żyję, tak. A najlepiej być wśród ludzi, których się lubi, z którymi się szanujemy nawzajem i tak możemy pracować. To jest w ogóle… teraz wiem po tylu latach doświadczeń, że to jest ogromny przywilej, że się szanujemy w pracy. I że, jak to było takie normalne, takie codzienne. Ale dzisiaj widzę, jak to jest ważne.

Najpierw pracowałam jako sekretarka grupy zdjęciowej. I nie było mnie na planie, tylko tak widziałam to z zewnątrz. Widziałam też ten ruch u nas w domu. Plan filmowy, na którym byłam w sposób niezawiniony, to były plany filmowe w naszym domu. I przy Zabiciu ciotki, to był 1981 rok bodajże, no to coś tajemniczego działo się w piwnicy, w pracowni ojca. Jakiś narkoman tam przyjeżdżał w długim trenczu i coś tam grał. Ale nie wolno było tam wchodzić w ogóle, absolutnie. W ogóle mieliśmy jako dzieci i nawet już młodzi ludzie zakaz zapraszania kogokolwiek do pracowni też, bo to było takie miejsce osobne, gdzie to są ojca – nie mówię, że zabawki – tylko takie właśnie poważne rzeczy. Dzisiaj mamy tam archiwum. No i trochę też już takie nasze domowe archiwum. Natomiast drugą taką sytuacją, gdzie ja się zbuntowałam i po prostu uciekłam z domu, to były drzewa. Bo cały dom był obiektem zdjęciowym. Ja akurat miałam sesję na studiach i akurat miałam przedmioty, które po prostu chłonęły mnie, na to czekałam, może nie całe życie, ale miałam takie przedmioty, których bardzo chciałam się uczyć i zdać, a tutaj po prostu profesor nie rozumie mnie. Mówię: „Tato, no przecież…” – „A tam sesja, sesja. Zdjęcia są, zdjęcia!”. Bo dla ojca, w związku z tym, że on długo czekał na każdą produkcję, znaczy już w pewnym momencie, bo ja tych lat siedemdziesiątych tak nie pamiętam, że się wiele działo. No to każda realizacja była świętem. No i tak się wszyscy szykowali. Natomiast wtedy pamiętam, że miałam ogromny bunt na to, co się dzieje w domu, bo ekipa też – byliśmy członkami rodziny, a w zasadzie byliśmy ludźmi, którzy użyczają tego obiektu i do widzenia. Więc z tym środowiskiem nie chciałam mieć za bardzo nic wspólnego, bo to byli też ludzie techniczni i tak dalej. Wiadomo, byli w pracy. Ja nie do końca rozumiałam, bo tata nas… przynajmniej ja nie pamiętam rozmowy, żeby nas na to przygotował specjalnie. Zarządził. Dzisiaj jak patrzę na zdjęcia na przykład tego domu, który jest w takiej scenografii takiej katastrofy, z zewnątrz, to w ogóle trochę sobie nie wyobrażam, że ja mogłabym tak żyć z moją rodziną, że moja mama była osobą naprawdę świętą. I bardzo kochała ojca. Na wiele tutaj jakby artystycznie też pozwalała, żeby to spełnienie było. Bo też łatwo nie było po prostu tak w warunkach zewnętrznych, więc to tak. To były te pierwsze dwa plany. A potem pierwszy plan, na który pojechałam, to pojechaliśmy do sądu, do Piotrkowa i tam był taki film, mój debiut dokumentalny Po całym ciele o takich młodziutkich harcerzach, którzy byli bici przez ubeków. I Jacek w połowie tych zdjęć, mój brat starszy, mówi: „Słuchaj, już nie będziesz asystentem moim. Jesteś kierownikiem produkcji”. No i tak się zaczęły moje przygody. Potem był teatr. Jacek też jakby po prostu wyfrunął do Warszawy już totalnie i tam pracował. Nie miał czasu, żeby tu być. No i ja przez ojca byłam po prostu rzucana na głęboką wodę za każdym razem. Natomiast nigdy nie byłam z tym sama jednak, bo wbrew temu, co się o ojcu mówiło, że był takim reżyserem, wiesz, że naprawdę nie przepuści, to ja myślę, że po prostu tak mnie Pan Bóg obdarzył, że jestem organizatorem jakoś tak z urodzenia. Mam ten dar zupełnie niezasłużony, ale to jakoś się spinało. Natomiast były takie momenty, że na przykład nie można było czegoś załatwić. „Nie przejmuj się, ja wymyślę inny wariant”. I czasami to się działo po prostu tak na planie. Bez jakichś tam też ceregieli i nie było zupełnie sprawy w związku z tym. I jakiejś takiej szeroko rozumianej, jakiejś takiej sytuacji, że nie powiodło się. Może dlatego, że byłam córką, tak. To też jest inaczej.

Pamiętam taką rozmowę, do taty chyba zadzwonił pan Jerzy Kapuściński, który stał się wtedy szefem Studia „Kadr” i zaproponował tacie: „Panie Grzegorzu, mam możliwość teraz zaproponować panu film fabularny”. Co w ogóle dla taty po tylu latach posuchy było czymś niesamowitym. Zwłaszcza, że pan Jerzy mniej więcej tak co roku, co dwa lata tam otwierał okienko w Dwójce. Tam był taki teatr artystyczny, z budżetem w ogóle, nie wiem, chyba jedna dziesiąta tego, co w normalnym teatrze telewizji. Ale było. W każdym razie, no i ten telefon tatę uruchomił. On chyba się dość długo nie zastanawiał. Miał właśnie historię tego Adriana Markowskiego, Sąsiady książkę. No i tak to poszło, tak. Ja tatę też pamiętam wielokrotnie, jak on siedzi przy biurku, pisze kolejne wersje i tak dalej, poprawia. Historia, jak weszliśmy na plan, też była dość niesamowita, bo tata wtedy miał 74 lata chyba. I pracowaliśmy w tych słynnych famułach łódzkich. Tam praktycznie średnio było z tym ogrzewaniem, więc chcieliśmy zdążyć przed zimą. Ale to jest jedna rzecz. Druga rzecz to pokonywanie schodów na czwarte piętro czy nawet wyżej. I tata wszędzie tam wchodził, schodził, dokumentacje, próbne zdjęcia i tak dalej, wybory obiektów, wszystko to jakby się działo. A potem, jak już przyszedł ten okres zdjęciowy, to on codziennie umawiał się z aktorami o 5:00 rano na próbę. To w ogóle, ja takiego poświęcenia to nie widzę dzisiaj w ogóle w ludziach. No bo niby w imię czego, tak? Mamy dniówkę, mamy… i tak dalej, i tak dalej. Co prawda reżyser pracuje na umowę o dzieło, ale to wszystko było tak rozplanowane, i też tak dograne przez kierowniczkę produkcji razem z Bartkiem, myślę, i nie chcę umniejszać roli tam też innych osób z tych pionów, którzy się opiekowali tym projektem, bo też tak muszę powiedzieć, że poprzez to, że było bardzo dużo taty byłych studentów, to była taka swego rodzaju czułość w relacjach, myślę – „Panie profesorze” naprawdę taki szacunek i to było bardzo sympatyczne, ramię przy ramieniu. Ja też poznałam wtedy fantastycznych ludzi. I też jak tylko możemy, to do siebie wracamy. To jest, bo właśnie na tym polega chyba taka przygoda filmowa, że potem fajnie jest, jak można jeszcze do siebie powiedzieć „Dzień dobry”, a już współpracować i to przynosi dobre efekty, no to to jest wspaniałe.

Po dwóch latach pracy z tatą, mój brat mnie namówił właśnie na produkcję tu w Szkole, na takie podyplomowe studia. I poszłam na nie i stwierdziłam, że to w ogóle jest ten kierunek, na który powinnam od razu była pójść. Tylko wtedy chyba nie było magisterskich. No cóż, nie było tak, że ja wszystkich znałam. Nie, nie, nie. Poszłam na rozmowę i byłam taka w lekkim dygocie, ale to, że już pracowałam i miałam pojęcie jakieś, poza tym pisałam też, bo ja jeszcze jedne podyplomowe skończyłam w Instytucie Europejskim. No takie, że niby można potem być urzędnikiem w Unii Europejskiej, co w ogóle jest ode mnie bardzo dalekie. Ale tata stwierdził, że to jest fajne miejsce, tam Saryusz-Wolski to zakładał. I ja wtedy szukałam, no bo to był 1998 rok. Ja wtedy też brałam ślub w ogóle, w tym roku. W kwietniu braliśmy ślub, a od października zaczęłam naukę jeszcze w Filmówce. Więc o pozyskiwaniu środków z Unii Europejskiej chyba wtedy pisałam pracę, więc to wszystko było takie wow. No i się dostałam od razu, w ogóle nie ma problemu, ale potem też te zajęcia, one mi tak usystematyzowały jakoś tam wiedzę praktyczną, ale też nowe rzeczy. I ja do dzisiaj mam coś takiego, że bardzo lubię się tych nowych rzeczy uczyć. No bo to się cały czas zmienia. Znaczy nie mówię o technikaliach, bo mnie to męczy. Czytanie instrukcji w ogóle jest ode mnie bardzo dalekie. Od tego mam męża, inżyniera. Ale jakby takie no zajęcia na przykład z panią Hiwel. Kalendarzówka, plany pracy. Ja to bardzo lubię planować, a potem wprowadzać to w czyn. Ale ona właśnie to rozkminianie na części pierwsze, tak jak analiza dramatu na studiach tych pierwszych, no też była dla mnie czymś takim fascynującym. No to tutaj właśnie taka sytuacja praktyczna i to, że ci profesorowie byli w zasadzie tak na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy zdjęcia w maju. I to był nasz drugi rok. W maju mieliśmy zdjęcia do Anhellego w Bielsku-Białej. I ja poszłam do pana dziekana Drewno, który powiedział, że wystarczy jedna nieobecność na zajęciach i on nam nie zalicza roku. Bo jeszcze mamy egzamin u niego i jeszcze coś tam. No ale ja z takim ciężkim sercem podeszłam i mówię, że czy mogłabym jednak prosić o taryfę, może nie ulgową, ale że po prostu muszę pojechać z ojcem na zdjęcia. Na co Pan dziekan spojrzał, taki wysoki był. „Dziecko, ojciec sobie sam poradzi na planie”. Ja mówię: „No chyba nie. Właśnie prosił, żebym jednak jechała”. No i wszystko się udało.

Tata zmarł w 2017 roku jak zaczęliśmy robić z nim teatr Inspekcja. Pani dyrektor Teatru Telewizji, znając jakby dorobek Jacka, mojego brata starszego, powiedziała: „Słuchaj Jacek, to nie przerywajmy tego procesu. Ty wyreżyserujesz ten spektakl”. To było dość traumatyczne przeżycie. A zdjęcia trzeba było zrobić w jakichś terminach, że emisja wtedy, jakiś tam festiwal. Są wymagania, więc jak patrzę z perspektywy czasu, my mieliśmy przesunięcie zdjęć tylko o trzy tygodnie z zupełnie nowym zespołem ludzi. No i później udało się zrobić Inspekcję. Potem zrobiliśmy z Jackiem pod szyldem naszego studia Dzień gniewu według Brandstaettera. I trzeci spektakl. Jeszcze zrobiliśmy fabułę, jego wreszcie debiut fabularny Czas na pogodę. I zaczęliśmy przygodę niesamowitą, bo telewizja się zgodziła na taki nasz pomysł programu Ocaleni. I przez sześć lat to robiliśmy o ludziach, którzy spadli na dno, w różnych sytuacjach, nałogach i tak dalej. To były takie historie, naprawdę, czasami z samego dna ludzkiego życia, to w ogóle daje też inną perspektywę. I pewien taki spokój, że naprawdę można różne rzeczy przetrwać. Oczywiście nie tylko dzięki sobie, tylko dzięki Panu Bogu. No i to też takie więzi się porobiły, że ja, jak rozmawiam z jakąś realizatorką i ona coś tam mówi: „Ale wiesz, no bo ja to nie mam tak rodziny tutaj w Warszawie”. Ja mówię: „Magda, przecież jesteś moją rodziną, o co ci chodzi?”. I ona się zaczyna śmiać. A była u nas aktorką i researcherką i też ileś tam fuch robiła dodatkowo, ale po prostu jakieś takie niesamowite relacje, no bo też długotrwała praca. Znaczy, ja też musiałam się sprawdzić, jeżeli chodzi o koordynowanie tej całej pracy i żeby ludzie mi ufali. No bo też my wykonujemy swoją pracę, ale ktoś inny jest płatnikiem. I jak on się spóźnia, to ja też muszę świecić twarzą. Ale to wszystko się tak dobrze układało. I naprawdę wiem, że gdybym ja miała jakiś kłopot, to mogę zapukać do tych czy tamtych drzwi i mi otworzą. Więc w tym zawodzie to jest bardzo ważne, to kwestia zaufania też. Bo różne tam sytuacje mają po prostu krótkie nogi i to się nie obroni. Po prostu nikt nie chce pracować z taką osobą. Moja babcia zawsze powtarzała, że w naszej rodzinie mamy szczęście do ludzi. No i nie mówię, że hołduję temu powiedzeniu, ale staram się – czego mnie nauczyli moi rodzice, bo oni prowadzili firmę, to szacunek do drugiej osoby. Można się z kimś nie zgadzać, mieć inne poglądy, ale to nie o to chodzi. Więc to jest jakby mi dane i jakoś tak mnie to niesie przez życie. No i poszerzał się krąg naszych jakby kontaktów, robiłam jakieś inne rzeczy poza Jackiem. Tych programów nagle powstało tak dużo. Kilkaset. Więc doświadczenie ogromne. No i płyniemy tą łódką. Iw Łodzi i w Warszawie. No i też teraz realizujemy film o Tamarze Łępickiej. Pierwszy pełnometrażowy, więc w ogóle mamy za sobą zdjęcia zagraniczne. Już właśnie skończyliśmy cały okres zdjęciowy. No co mogę powiedzieć?

Moja pasja, znaczy jak zdawałam na studia teatrologiczne. W zasadzie to nie zdawałam tam, bo zdawałam na prawo, potem przeszłam szybciutko na teatrologię, bo do prawa to się absolutnie nie kwalifikuje. Chociaż w tym zawodzie, w którym jestem, przydałby się prawnik, bo mama była takim naszym aniołem stróżem. Ale w tamtym czasie właśnie moją pasją był teatr. To w zasadzie od liceum na pewno tak mocno. Byłam w jakiś tam Teatr Of Manhattan tutaj w Łodzi, w jakichś takich przykościelnych teatrach, tutaj Misteria Męki Pańskiej, Jasełka. Grałam Diabła, grałam przede wszystkim błazenki różne. Zresztą tata mnie nazywał „siostra błazencja”, bo ja bardzo lubię się śmiać, lubię się wygłupiać. Nie jestem osobą absolutnie poważną. I też w relacjach mam przyjaciółkę na przykład, z którą nadajemy na tej samej fali, bo mimo życia, które ma różne oblicza, no po prostu żart jak przykrywa wszystko, to jest lepiej i jest po prostu jakoś tak – łatwiej się żyje chyba. Nie można tak wszystkiego na poważnie brać. Więc całe studia teatrologiczne, no to przesiedziałam chyba w Teatrze Jaracza głównie. Na spektaklach Mariusza Grzegorzka. Ale nie tylko, bo Peszek, Grabowscy i tak dalej, to wszystko w krwioobieg jakoś mi weszło, bardzo to lubiłam. Ale chodziłam też na lekcje śpiewu przez trzy lata. I tak szukałam swojej drogi. No a film był zawsze jakoś. Telewizja nie miała za dużo do zaoferowania. I się oglądało to, co było. Aczkolwiek ja też na studiach humanistycznych miałam Nową Falę i tak dalej. Ale to mnie w ogóle nie ciągnęło. I ja też tacie na koniec życia mówię: „Tato przepraszam Cię. Nie jestem teoretykiem kina. W ogóle nie bierze mnie to totalnie. Ale wykonuję swoją pracę, jak umiem najlepiej. Tylko ja nie chcę klasyfikować tego, co robimy”. Kształciłam się na krytyka teatralnego, załóżmy, ale też nigdy nie chciałam pracować jako recenzent. Próbowałam tam swoich sił, ale po prostu mnie interesuje tworzywo od strony tworzenia, od strony procesu, warsztatu. Ja też prowadziłam zajęcia teatralne z dziećmi. I to też niepełnosprawnymi, zdrowymi. Same mnie wciągnęły w tą matnię. I tutaj jeszcze na studiach byłam i z wszystkich uczelni zgromadziłam studentów, znaczy chętnych oczywiście, którzy chcieli jakby dzieciom jakoś tak trochę swojego talentu dać. No i to były niesamowite takie lata. Te dzieci tak jaśniały po prostu, oczy im się śmiały. A my też mieliśmy, myślę, taką frajdę. Wtedy powstało osiem małżeństw. Na pewno siedem trwa. Więc jest plon. Ja też zawsze miałam takie poczucie, oprócz tego jakby tej pracy takiej zawodowej, ja bardzo długo czekałam na swoje dziecko. I zawsze miałam takie poczucie, w związku z tym, że mój brat ma dziesięcioro i byłam też czasami nianią, to już tak poza protokołem, to zawsze patrzyłam na talenty dzieci. Jako dziewczynka myślałam o tym, żeby pracować przy bajkach, a tu się okazało, że pracuję przy bardzo poważnych sprawach. Może jeszcze wrócę do bajek, zobaczymy. Może ktoś mi da taką możliwość. W każdym razie zawsze ten potencjał w dziecku, odkrywanie tego jest bardzo fajne i jakby chodzenie o jeden krok za nim, że nie ja myślę, że masz być tym czy tym. Tylko po prostu odkrywanie tej tajemnicy. To jest dla mnie coś takiego co mnie kręci do dzisiaj. I jakbym miała możliwość pracy z dziećmi dzisiaj, bo z dorosłymi – oni są już tak troszeczkę za bardzo uformowani dla mnie. Ja mam ich w pracy. I okej. Ale ten rewir jest jeszcze niezagospodarowany. A jest takim moim marzeniem, myślę.