Przejdź do treści

Astrid Wojtaszek – jedna z pierwszych w Polsce kinooperatorek. Absolwentka Zasadniczej Szkoły Kinooperatorów w Markach. Pod koniec lat 50. XX wieku została zatrudniona w łódzkim kinie „Polonia”, gdzie przez kilka lat zajmowała stanowisko pierwszego kinooperatora. Pracowała także w Dziale Kontroli Łódzkich Zakładów Kinotechnicznych Prexer.

Zaraz po wojnie jak przyjechałam do Łodzi – miasto Łódź było piękne. Piękne, okazałe kamienice, które zresztą do dzisiaj są odnawiane, wtedy były piękne jeszcze, tak zadbane. Czysto było, rano zmywali jezdnię i chodniki, żeby było czyściutko. Moją uwagę jeszcze zwróciły księgarnie, bo były piękne księgarnie, dzisiaj nie ma po nich śladu, i tych księgarni było dosyć dużo. W każdym razie ogólnie tworzyło to piękne miasto. No i ciekawostka – chociaż wtedy od początku to jeszcze nie docierało do mnie to wszystko, ale nasz słynny deptak łódzki. Więc tutaj zawsze wieczorami spacerowali w tę i w drugą, w jedną stronę i w drugą, i tam się wszyscy spotykali. I tak sobie spacerowali i witali, żegnali, w każdym razie tak jakby wszyscy się już znali. Przy Narutowicza niedaleko Piotrkowskiej cukiernię miała pani Granowska, gdzie były wspaniałe lody, gdzie zawsze były ogromne kolejki. Więc wstępowało się właśnie kupić loda. Lody, były pyszne. Piękne kina były. Było kino Bałtyk, kino Polonia, Wisła, Gdynia, Młoda Gwardia i to wszystko było w Śródmieściu, więc zawsze był wybór, do którego kina chce się pójść, jaki film chce się zobaczyć. No więc uważam, że było coś pięknego. Z przyjemnością się wychodziło na ulice. Zresztą bywało również tak, że nawet w dzień chodziliśmy się przejść wtedy, żeby chociaż popatrzeć albo obejrzeć coś w sklepie, kupić, także taki był też obyczaj. Miasto ruchliwe dużo się działo. Inaczej jeździły tramwaje niż dzisiaj, znaczy inne trasy miały. Wtedy jeszcze jeździły Piotrkowską tramwaje. Autobusy potem też jeździły. Także to Śródmieście było piękne i najbardziej właśnie pamiętam to Śródmieście. Do szkoły podstawowej chodziłam na ulicy Sterlinga do „Jedynki”, a ja mieszkałam na Wschodniej przy Narutowicza. W moim przedpokoju słychać było jak ludzie wychodzili z kina, z Bałtyku – ten gwar. To też było miłe. Poza tym obok Bałtyku była Filharmonia, więc jak ćwiczyli, jak były koncerty też było słychać, także w fajnym punkcie mieszkałam. Do szkoły chodziłam na Sterlinga – uważam, że bardzo przyzwoita [szkoła], jakiś dobry poziom chyba był, w każdym razie bardzo miło wspominam. Mało tego tę szkołę skończyła również moja wnuczka przed laty także mam sentyment.

Chodziłam do kina. Chociaż byłyśmy nastolatki, pieniążków nie miałyśmy – koleżanki ciotka pracowała właśnie w Polonii, była kasjerką. No i dzięki temu my chodziłyśmy często do kina. To znaczy jak był fajny film – zapraszała nas pani, no i koleżanka nie chodziła sama, więc zawsze jakąś koleżankę zabierała. Często uczestniczyłam w takich seansach, oglądałam film. No Polonia była przepiękna. Wtedy robiła wrażenie, kiedy jeszcze nie poznałam kina jako kina, ale robiła wrażenie, poza tym tam zawsze były kolejki po bilety. Tam było pięknie. No i Polonia sama w sobie było to stare kino z tradycjami, piękna widownia. Tam były loże – nie wiem może w Wiśle jeszcze były – w każdym razie w Polonii były loże. No to było wysokiej klasy i tak jak już wspomniałam pierwszy rząd na balkonie był „zerowy” stamtąd był najlepszy ogląd i stąd właśnie pamiętam, że ciocia koleżanki dbała i właśnie gdzieś tam nas zawsze posadziła. A jeżeli chodzi do kina sama – na pewno byłam w Młodej Gwardii. To było kino młodzieżowe, ale no już się wtedy zabierałyśmy w tym kręgu i też chodziłyśmy. Zresztą wtedy było kino w ogóle bardzo dużo, wymieniłam tutaj kina przy samym Śródmieściu. Dalej na Piotrkowskiej też było kino, to było w bramie, z tym że to kino było krótko no i skręcając w Główną – to wtedy była Główna – też było kino albo przestawiłam coś. W każdym razie Piotrkowska się kończy przy placu Niepodległości, jesteśmy na ulicy Rzgowskiej i od razu na ulicy Rzgowskiej było kino Rekord. Dalej na tej samej ulicy, przy kościele chyba dwa przystanki albo przystanek było kino Roma, a jeszcze wrócę do Śródmieścia, bo tutaj gdzie kino Wisła było kino Gdynia, też bym powiedziała takie bardziej młodzieżowe – Wisła była dosyć elitarna, podobnie jak Polonia, natomiast Gdynia była taka no popularna bym powiedziała, szczególnie dla młodych i dla dzieci. I tak jak wspomniałam – kino Wisła to było kino elitarne, ewidentnie, tym bardziej, że tam się wchodziło po schodach dosyć wysoko i ten wystrój był jeszcze dawny. Podobnie zresztą w Polonii, te kotary to… no to wszystko było piękne. Poza tym w Wiśle chyba przed tym to był bufet, bo kiedyś były bufety w kinach, gdzie sprzedawano napoje, słodycze i w Wiśle też było i to wszystko było takie bym powiedziała no eleganckie. Dzięki cioci koleżanki, to ciocia nas tak wpuszczała – jakkolwiek byłyśmy nastolatki, ale nie na jakieś filmy takie bardzo poważne powiem, ale jakie filmy? Cesarski piekarz na przykład. Nie wiem, panowie może wcale nie pamiętają, to znaczy nie pamiętają, ale był taki film bardzo ładny. No więc jak się udawało… właśnie nie pamiętam tytułów w tej chwili, to mi się nasunęło, ale innych tytułów chyba nie przytoczę.

Ukończyłam szkołę, byłam przekonana, że pójdę do liceum, bo byłam raczej humanistką, nie byłam techniczna. Nie pociągało mnie to wcale zresztą, nawet nie miałam możliwości próbować. Natomiast w liceum się widziałam. No niestety nie udało się i w związku z tym, ponieważ nie poszłam od września i było ogłoszenie, że właśnie szkoła w Markach przyjmuje chętnych, w gazecie. No i na to się zgłosiłam i zostałam przyjęta. Rok szkolny zaczął się dopiero w październiku, któregoś października. Ja byłam jedną z ostatnich, ponieważ nawet na egzaminy wstępne nie zdążyłam, więc byłam jedną z ostatnich. W szkole w Markach byliśmy z całej Polski. Nas dziewcząt było – nie wiem około 20 może, 18? Natomiast chłopców było – myślę, że ponad 80, bo dużo nas było. Nasz pierwszy rok to byliśmy pierwszym rocznikiem, więc były nas z dwie klasy. Była klasa gdzie byłyśmy dziewczyny i młodsi chłopcy z nami byli – właśnie między innymi Druś był w mojej klasie. W drugiej klasie, znaczy w B klasie, byli sami chłopcy to już byli, nie wszyscy, niektórzy byli starsi od nas, niektórzy znali pracę w kabinie trochę, gdzieś tam liznęli, w każdym razie wiedzieli więcej niż my. My się uczyłyśmy tego od początku i nie powiem, bo te początki nie były łatwe, tak by powiedziała – przynajmniej dla dziewcząt. Na przykład pracownia mechaniczna gdzie trzeba było młotek wypiłować, były takowe. Nie było to łatwo, ale trzeba było zrobić. Pierwsze takie niemiłe spotkało mnie jakoś… miałam problemy od początku z elektrotechniką, ale nie miałam wyjścia – ponieważ chciałam wrócić do Łodzi, ale słyszałam, że nie mam po co wracać do Łodzi, mam się uczyć. Więc zostałam, jakoś szczęśliwie opanowałam to i jakoś sobie potem radziłam. Zresztą szkołę skończyłam dobrze. Może jeżeli chodzi o praktykę, może miałam za mało praktyki, może za mało zainteresowań, ale to wszystko uzupełniłam jak przyjechałam do Łodzi już po szkole. Pracownia kinotechniczna. Ta pracownia kinotechniczna była w oranżerium. Takie pomieszczenie tam było i myśmy to wykorzystywali właśnie, tam były nasze projektory. Szkoła była dwuletnia. My byliśmy 2 lata, następne roczniki już były trzyletnie. Chcę powiedzieć, że jakkolwiek kabiny projekcyjne były budowane – już jak drugi, kolejny rocznik się przyjął, ale w tym pierwszym roku już też były wyświetlane filmy. Prowizorycznie, projektor na sali i tak się wyświetlało i myśmy sobie oglądali różnego rodzaju filmy. No dla nas to było ciekawe, bo inżynier Taler miał – zresztą wszyscy nasi wykładowcy byli z Warszawy z Centralnego Urzędu Kinematografii, więc kontakty z Warszawą było i dostęp również. Także wypożyczali nam ciekawe filmy i mogliśmy sobie oglądać. To znaczy nie codziennie, bo filmy mogliśmy oglądać w soboty, na przykład w niedzielę, bo tak to przecież do południa mieliśmy naukę, a po obiedzie często były warsztaty. Poza tym w drugiej klasie już jeździliśmy na praktyki, już umieliśmy, to znaczy poznaliśmy projektory, zakładanie taśmy i jeździliśmy na praktyki do Warszawy. Byłam w kinie Moskwa, w kinie Praha, w Polonii, w Palladium. Do Marek jeździło się ciuchcią z Dworca Wileńskiego. Był to wspaniały pojazd, bo jeździł długo, bo jechało się długo, ale dużo radochy było. No my karnie jeździłyśmy i wysiadałyśmy na przystanku w Markach. Natomiast nasi koledzy ułatwiali sobie i potrafili – ciuchcia ruszała, nasza szkoła była troszkę dalej i oni po prostu wyskakiwali przed szkołą. No oberwało im się za to, ale w każdym razie mamy wspaniałe wspomnienia przejazdów ciuchcią. No dzisiaj można sobie tylko pomarzyć.

Tak jak wspomniałam przyjeżdżali inżynierowie z Centralnego Urzędu Kinematografii z Warszawy i mieli wykłady. Na przykład pan inżynier Stanek wykładał nam kinotechnikę. Pan inżynier Łubek urządzenia dźwiękowe. Pan Plewiński, pan inżynier Plewiński materiałoznawstwo miał. Pan inżynier Taler uczył nas elektrotechniki, prowadził z nami pracownię mechaniczną, tak jak już wspomniałam – gdzie piłowałyśmy młotki i różne tego typu [rzeczy]. Nasze – mówię o dziewczętach – to było pierwsze takie zetknięcie się z czymś takim i okazało się, że no piłuje się, ale mało tego trzeba było co chwilę sprawdzać suwmiarką czy aby nie za dużo czy jeszcze można, więc dla nas to było wszystko nowe, i nie powiem, że łatwe. Ale poznałyśmy to. Pan Jędrychowski prowadził pracownię elektryczną, więc też było ciekawie. Uczył nas jak podłączać, jak coś działa, czego nie wolno robić, bo to przecież z prądem. No było trochę tego, było trochę wpadek. W każdym razie jak tam którąś tupnęło, to wiedziałyśmy, bo głośno było i już się wydało, że to było nie tak, więc już był minusik. Ale wspominam to bardzo miło, bo jednak nauczyłyśmy się. Natomiast to było w pierwszej klasie, w drugiej klasie już przyszedł następny rocznik, więc już było nas w ogóle więcej i w pierwszej klasie to dziewczyny mieszkałyśmy sobie w dwóch pokojach, natomiast jak przyszedł drugi rocznik to niestety już mieszkałyśmy wszystkie razem, już pojawiły się łóżka piętrowe, więc ciasnawo bywało. Natomiast w szkole zmieniało się, bo… Tak jak mówię byli chłopcy przygotowani, dużo potrafili, więc zaczęło się. Wcześniej wyświetlaliśmy filmy, tak jak wspomniałam w klasie nawet i projektor stał na sali. I pobudowali dwie kabiny projekcyjne – jedną w jednej klasie, drugą w drugiej klasie i wtedy już systematycznie mieliśmy filmy z Warszawy, to nam inżynier Talar załatwiał, sprowadzaliśmy… znaczy to przede wszystkim chłopaki przewozili te filmy i wyświetlaliśmy sobie filmy właśnie już z kabin. Były dwie kabiny.

Jak się w Markach dowiedzieli, że my wyświetlamy filmy, to ludzie podglądali co my robimy i właśnie zainteresowali się, że tu filmy. I okazało się, że potem zapraszaliśmy ludność marecką, dzieci – znaczy w zależności jaki film był. Zapraszaliśmy i dzieci i dorosłych, i wcześniej za to pieniędzy nie braliśmy, natomiast jak już kabiny były gotowe to były bilety i normalnie ludzie przychodzili do kina. Mieszkańcy Marek byli bardzo zadowoleni, bo raz, że dobre filmy mieliśmy i mieli blisko do kina, więc chętnie przychodzili. Mieliśmy komplety najczęściej, najczęściej już nie szło gdzie upchnąć więc zawsze było pełno. No a my korzystaliśmy z tego – uczyliśmy się, właśnie wszystkiego. Przede wszystkim ustawić widownię, ustawić krzesła, bo to było w naszych klasach. Więc, żeby przysposobić to dla widza trzeba było te krzesła ustawić, żeby to były rzędy, żeby każdy mógł przejść, mógł siedzieć. I zawsze był odpowiedzialny, był kierownik, był byli bileterzy. Każdy miał swoją działkę i zawsze było napisane kto dzisiaj obsługuje, i kto wyświetla filmy. Więc ten smak takiego kina od podszewki to właśnie stamtąd. Zobaczyliśmy jak to jest, bo wiele z nas nie wiedziało. Tak jak mówię byli starsi chłopcy, albo w ogóle chłopcy, którzy wcześniej tam gdzieś sobie w kabinach pracowali także troszeczkę liznęli, a my w ogóle nie wiedziałyśmy, także to była taka szkoła u podstaw. No i coraz ciekawsza dlatego, że powstały dwie kabiny. Poza tym przed szkołą zbudowaliśmy fontannę w kształcie krzyża maltańskiego. Mało tego latem na przykład, nie wiem jak to zrobili, w każdym razie to była – kolorowe taśmy i to było oświetlone wieczorem, także wyglądało pięknie. No i jeszcze jedna atrakcja. Więc tam w ogrodzie rosły na pewno orzechy, nie pamiętam co jeszcze, i to było we wrześniu, w październiku. Te orzechy miały być dla nas wszystkich oczywiście, to były nasze. Ale kto miał gdzieś dyżur – czy na stołówce, czy w klasie, czy tak jak mówię przy wyświetlaniu filmu. I potem jak były orzechy, to pamiętam też były tam dyżury, ale nie dawało się ukryć – oczywiście myśmy zbierały orzechy jak się dało, bo jadłyśmy sobie, ale szybko sprawa wychodziła, bo miałyśmy brązowe ręce, więc nie dało się tego ukryć. Także było miło. Poza tym mieliśmy na przykład w sobotę, w niedzielę jak nie było filmów, to mieliśmy potańcówki. Uczyliśmy się, niektórzy uczyli się tańczyć, bo to młodzi, ale jeszcze nie wszyscy umieli. Także było bardzo miło, bardzo fajnie. Uważam, że dobra szkoła życia, bo tak jak ja jedynaczka z domu weszłam w to – wielkie oczy – ale podobało mi się no i dzięki temu chyba dużo się nauczyłam i życia i zawodu.

Na zakończenie szkoły zdawaliśmy egzaminy. Z przedmiotami humanistycznymi nie miałam żadnych problemów, lubiłam to zresztą. Natomiast z praktyką było mi trudniej. Nie wiem, pewnie za mało miałam tej praktyki, za mało próbowałam. W każdym razie egzamin zdawałam w kabinie właśnie z kolegą Drusiem, on przy jednym projektorze, ja przy drugim projektorze. I traf chciał – tylko teraz nie pamiętam – to znaczy on mój projektor włączył kiedy ja jeszcze nie byłam przygotowana. Jak ja zobaczyłam, że mój projektor jest włączony, ja nic nie zrobiłam, ja się po prostu wystraszyłam i za to, że po prostu nie zareagowałam odpowiednio, to niestety oblałam. I uprawnienia od razu nie dostałam. Więc jak wróciłam do Łodzi poszłam do pracy do Polonii jako pomocnik, ale za trzy miesiące ta komisja przyjechała do Łodzi, bo oni tak kinooperatorów przyjmowali i właśnie był egzamin i na tym egzaminie zdałam i już dostałam uprawnienie. Także trzy miesiące pracowałam jako pomocnik. Nie narzekam. Trafiłam do wspaniałego kina. Myślę, że do najlepszego kina w Łodzi. Była tam był tam wspaniały szef kabiny, człowiek no z dużą praktyką, kulturą. Wszystkiego można się było nauczyć i jeżeli nawet powiedziałam, że czegoś nie wiem, to mi chętnie tłumaczył, chętnie mi mówił, byłam zaskoczona i nie bałam się zapytać. W ogóle, to znaczy pomocnicy z innych kin to się bali szefa, bo rzeczywiście był wymagający. Tak jak mówię – były Ernemanny, czarne, po każdym przejściu dotykało się palcami, więc śladów nie mogło być – Ernemanny musiały zawsze błyszczeć. I przychodziliśmy rano wcześnie, przychodziliśmy na 8:00 do pracy i godzina właśnie była na to, żeby doprowadzić do porządku, czy to wszystko działa. No i przede wszystkim czystość. Więc bardzo ważne to było, ale uważam, że to była wspaniała szkoła, bo każdy przyzwyczaił się, żeby pracować kiedy jest czysto, kiedy jest porządek i tego właśnie szef wymagał. Nie było to nic trudnego. Natomiast taka fama poszła, że tutaj to jest trudno. Wbrew pozorom mieliśmy bardzo fajnie. Uważam, że wspaniała, wspaniała załoga, wspaniałe. Jeszcze kobieta pracowała, już wcześniej bez szkoły, a ja tutaj byłam pierwsza. Jeszcze druga koleżanka też z Marek tutaj, ze mną przyjechała, też Łodzianka. Ona pracowała na Przybyszewskiego. Tam było kino Wolność i tam koleżanka pracowała. No z tego, co wiem to tam były troszkę inne zwyczaje. W każdym razie tutaj był porządek, ład, było wszystko w porządku, było bardzo miło, sympatycznie. Mało tego w Polonii poza wyświetlaniem filmów, były na przykład przed seansem wieczornym były pokazy mody. Zakłady Odzieżowe jak wypuszczały nową serię ubrań, to tutaj były na pokazach. Były modelki, chodziły po scenie, i do tego była muzyka na przykład, my puszczaliśmy i to była atrakcja. Poza tym w Polonii często jak premiera była, to byli artyści, aktorzy którzy grali w tym filmie, między innymi był tu Wajda, była Beata Tyszkiewicz, Olbrychski, Elżbieta Czyżewska. W każdym razie ta oprawa dużo znaczyła. Myślę, że dlatego też zawsze były komplety, było dużo osób. Dużo osób odchodziło od okienka, bo już nie starczyło biletów. A wtedy jeszcze było coś takiego jak koniki. W Polonii chcę powiedzieć, że była kolejka od kasy przez całe podwórze, do bramy, a często zakręcało w Piotrkowską, więc proszę sobie wyobrazić ile ludzi było. Bardzo dużo. No i koniki były. I zarabiali, nikomu to nie przeszkadzało, bo jak ktoś przyszedł później, a jeszcze mógł bilety dostać, to zadowolony także… Uważam, że wtedy kina żyły, nasze kino żyło, myślę, że inne też. Tak było zupełnie inaczej, atmosfera zupełnie inna. Więc bardzo miło to wspominam. Potem przybyło kobiet. Z tym, że nie ze szkoły tylko przychodziły też jako pomocnik. Także już było raźniej, już nie byłam sama, było nas więcej. Ale jak dostałam uprawnienie – tutaj nie było miejsca dla kinooperatora, z drugą kategorią, więc zaczęłam pracę w Młodej Gwardii na Zielonej.

Tam w Polonii było obszernie. Kabina duża i w ogóle to wszystko na pewno było luźniej, na pewno wszystko miało jakieś tam swoje miejsce, było jakieś zaplecze. Natomiast w Młodej Gwardii warunki były trudne, bo kabina mała, niska, dwa projektory i wąskie przejście. Malutki pokój wypoczynkowy, malutki – tam się chyba 2-3 osoby mieściły. Także inne warunki, ale też nie narzekałam, też mi się dobrze pracowało. No ponieważ znałam podstawy takie dobre, więc nie miałam trudności, radziłam sobie. Pracowałam też w Halce – to było zupełnie nowe kino na Bałutach, na Krawieckiej – nie ma tego kina już dzisiaj. No to było nowe kino i właśnie z takim zapleczem, z pokojem wypoczynkowym też, toaleta tam była, kabina duża, rozległa –  także zmieniało się na lepsze. Potem przeszłam na macierzyński, urodziłam córkę i po czterech latach wróciłam do pracy w kinie i właśnie pracowałam chwilę w kinie Świt na bałuckim rynku. To było małe kino i publiczność była przede wszystkim z rynku najwięcej, jakąś mieli chwilę czasu to przychodzili. Albo na przykład poranki dla dzieci. Urocze były te poranki dla dzieci dlatego, że nie było telewizji i dzieci przychodziły, oglądały bajki, reagowały głośno – to było piękne. Ja uważałam, że to było piękne i dzieciaki oczywiście też nieraz nie mieściły się wszystkie, to nieraz dwa seanse wyświetlaliśmy. Także jak mówię te kina wtedy żyły, bo nie było telewizji jeszcze. Albo zaczynała już chyba być, już początki może jakieś były., ale kino jeszcze miało swoje dobre miejsce. A później znowuż wróciłam do Polonii, też po macierzyńskim. Najpierw w Świcie, a później wróciłam znowu do Polonii i jakiś czas w Polonii pracowałam. Załoga już się częściowo zmieniła, już nie było tego pana, który szefował, ale wszystko było w porządku. Później znowuż wróciłam do Młodej Gwardii i w Młodej Gwardii długo pracowałam. Z Młodej Gwardii się zwolniłam w ogóle z kina. Ponieważ miałam rodzinę, doskwierały mi pracujące niedzielę i popołudniowe zmiany. Więc zrezygnowałam i już potem nigdy do kina nie wróciłam. W każdym razie bardzo miło wspominam pracę w kinie i uważam, że to był chyba bardzo dobry czas dla mnie.

Moje wspomnienia kobiety – koleżanka jeszcze w Wolności pracowała, a ja tutaj sama jedna, ale jako kobieta nie narzekam. Ja uważam, że mężczyźni byli bardzo w porządku, nie czułam, żebym była gorsza, a jeżeli coś zapytałam to na pewno mi wytłumaczyli. I poza tym bym powiedziała takie koleżeńskie stosunki panowały, więc nie mogę powiedzieć, że mnie jakieś przykrości, że strony kolegów spotykały. Mało tego był taki czas, że w Polonii pracowało nas trzy kobiety. To znaczy ja byłam kinooperatorem, był pomocnik-kobieta i potem jeszcze jednego pomocnika przyjęli też kobietę. Także trzy – to znaczy na mojej zmianie byłyśmy dwie kobiety i jeszcze jeden kinooperator. Na tamtej zmianie była jedna kobieta-pomocnik. Ale nie mogę powiedzieć, nie wspominam przykro, nie miałam przykrości ani czegoś takiego, że chcę być lepsza, czy chcę być taka – nic z tych rzeczy. Ja uważam, że wyrozumienia… i nie było nic. Przeszłam do Młodej Gwardii, tam był szef, miał kobietę już w kabinie. No jak ja przyszłam druga – nie był szczęśliwy i wcale tego nie ukrywał, że: „Dlaczego on ma jeszcze jedną kobietę”. Takie było na „dzień dobry”. Patrzyłam na to spokojnie i chcę powiedzieć – nie wiem, koleżanka odeszła chyba z Młodej Gwardii, ja zostałam – i chcę powiedzieć, że mało tego, że cieszyłam się nie to, że dobrą opinią, ale szef miał do mnie zaufanie. Jak na przykład szedł na urlop, to ja go zastępowałam, więc dobrze nam się współpracowało. Pomocnicy to były chłopaki. No pewnie, że trzeba było, raz że uczyliśmy ich, bo w końcu zakładali, przewijali. Zresztą chętni, chcieli się dowiedzieć jak najwięcej, znaczy zależy kto. Więc też było sympatycznie. Także tak jak mówię tylko na „dzień dobry” tutaj było takie… a potem szef powiedział, jak już tam coś uzgadniali, a ja słuchałam: „Pani Wojtaszek, teraz niech pani się wypowie”. No i oczywiście mówiłam, jak ja to widzę, co ja o tym myślę. No i powiedział: „Czy zawsze musi być tak jak pani powie?”. No ale ponieważ wysłuchałam, zastanowiłam się, także bez zgrzytów, bez jakiś tych, mało tego – zadowoleni, że się udało. Także dobre porozumienie było. Nie mam jakiś takich przykrości, nic z tych rzeczy. Nie wiem jak inne panie. Z jedną mam kontakt tutaj w Łodzi, pracowała w Polonii ze mną, później też zmieniała kina, a ostatnio, a na emeryturę przeszła tutaj z kabiny ze Szkoły Filmowej. Ja z nią pracowałam, pracowałyśmy obydwie w kabinie, byłyśmy czasami obydwie na zmianę i traf chciał, że pracowałyśmy w niedzielę i zastępca kierownika wiedział, że tu kobiety pracują. W każdym razie wszedł do kabiny: „Dzień dobry” – „Dzień dobry”, chciał z kinooperatorem. Ja mówię: „Proszę”. Zaskoczenie ogromne: „A mężczyzny nie ma?” – „No nie ma. Ja jestem kinooperatorem na zmianie”. Bardzo się pan kierownik zmieszał, a my patrzyłyśmy, śmiałyśmy się. Dopiero wychodząc wycierał buty na wycieraczce, bo już był już tak zaskoczony, tak się zmieszał. Także też miłe uważam.

Do pomocnika należało przede wszystkim sprzątnąć w kabinie. W kabinie i w przyległych pomieszczeniach. Rano wycieranie kurzu, takie generalne sprzątanie. Jak już pomocnik troszkę więcej wiedział to czasem czyścił też projektory, ale chcę powiedzieć, że to należało do nas do kinooperatorów, też żeby projektory były wyczyszczone. Pewnie, że trzeba było na przykład gdzieś wymienić żarówkę, trzeba było coś uzupełnić – to wszystko robiliśmy rano, przed seansem. Dlatego przychodziliśmy wcześniej. Natomiast później oczywiście musiało być dwóch… Czasem dwóch kinooperatorów było, czasem jeden, bo zawsze ktoś miał wolne. Więc to pracowało się równo – kinooperator przy jednym projektorze, pomocnik przy drugim. No pod warunkiem, że pomocnik już był wyszkolony, już wiedział, potrafił założyć taśmę, uruchomić projektor, zrobić przejście – bo kiedyś te przejścia się robiło mechanicznie. Jeżeli się nie udało, to już wiadomo było, kto zawinił, kto przy projektorze. Tutaj trzeba było się pilnować, bo na przykład w takiej Polonii – zresztą w każdym kinie – jeżeli nie daj Boże jakaś przerwa no to już biło w nas, także staraliśmy się, żeby czegoś takiego nie było. Jeszcze to, że przewijaliśmy ręcznie taśmę. Jak zeszła szpula, znaczy jak ze szpuli zszedł film to trzeba było przewinąć i my to przewijaliśmy, więc był czas, że właśnie pomocnicy też to robili. Do kinooperatorów należało przede wszystkim, na przykład w Polonii przychodziły filmy zeroekranowe, które jeszcze nigdzie nie były. Ale trzeba było przejrzeć, przyjąć, czy wszystko się zgadza i no to już należało do kinooperatorów. Poza tym jak film od nas schodził też znowuż trzeba było sprawdzić, że wszystko było w porządku, że nic tam na taśmie nie jest uszkodzone, że sklejka jest odpowiednia, żeby nie było, bo jeżeli – no to były konsekwencje. Ale to już do kinooperatorów należało, podobnie jak konserwacja jakaś taka – czy wewnątrz projektora, czy tam coś się działo, to należało do kinooperatorów zdecydowanie, bo pomocnicy ani o tym ani tego jeszcze nie potrafili, ani nie wiedzieli. Jeszcze wspomnę, że w Polonii – nie wiem w innych kinach pewnie też, nie pamiętam w jakich, ale w Polonii jeszcze był gong przed filmem. I ściemniało się światło też ręcznie. Pierwszy gong – było światło pełne, potem drugi gong – troszkę przyciemnione, i na trzeci gong światło gasło. I był jeszcze diaskop gdzie wyświetlaliśmy przeźrocza. Wtedy były przeźrocza, dostawaliśmy takie szkiełka, można powiedzieć różnego rodzaju reklamy – na pewno nie tyle co dzisiaj, ale jakieś tam reklamy zawsze były i chcę powiedzieć, że za to mieliśmy zawsze jakieś dodatkowe pieniążki. Nieduże, ale jakieś pieniążki były, więc wyświetlaliśmy to przed filmem.

Przy całych przygotowaniach, jak opowiedziałam, to niestety zdarzało się, że taśma się zerwała na projektorze. No wiadomo, że wtedy trzeba było małe światło na widowni zapalić. I założyć – w zależności od tego, w którym miejscu się zerwała i trzeba było, tak jak powiedziałam, światło zapalić i założyć taśmę od nowa. Widownia reagowała różnie – nieraz tupali, nieraz… oczywiście to był moment. W zależności kto był na tej widowni. W każdym razie to się działo, bez tego… Zerwała się i nikt nie miał na to wpływu. A czasem była sklejka źle zrobiona. I to też zawadziło na przykład i też się zrywała. Także działo się. Mnie zdarzyło się raz, właśnie wtedy kiedy pracowałam z tą dziewczyną, że pomyliła – zdjęła taśmę i założyła z powrotem. Więc ja nie bardzo wiedziałam co zrobić, oczywiście nie zrobiłam jak powinnam, bo tak jak mówię pierwszy raz się zdarzyło i wtedy mnie kinooperatorzy uświadomili, że nie puszcza się drugi raz tego, tylko wyświetla się dalej film. Niektórzy widzowie się zorientują, a niektórzy nie zorientują się wcale. W każdym razie taka jest zasada, że nie powtarza się jeżeli wypadło, że któraś szpula nie weszła, to wyświetla się dalej jakby nic się nie działo. Ciekawostka jeszcze. Jak przyszłam do pracy do Polonii, i w Młodej Gwardii też, były lampy łukowe. Na elektrody. Wkładało się elektrody. I oczywiście trzeba było przewidzieć, że starczy tej elektrody na tę szpulę, a jeżeli się zdarzało, że na przykład nie przewidziało się, więc jak był… trzeba to wtedy zgrabnie bardzo zrobić, a nieraz się nie udawało, bo trzeba było tę elektrodę przesunąć, a nieraz to była końcówka i się nie dawało, więc wtedy też była przerwa. Trzeba było te elektrody należało dokręcać, bo jak się spalały to odległość była coraz większa. Mało tego obraz był kiepski na ekranie, więc trzeba było te elektrody dokręcać. Trzeba było być przy projektorze i tego pilnować po prostu. I właśnie rano, między innymi też, to była latarnia, gdzie te elektrody były, i rano tam się w środku też sprzątało, bo tam spadało. W każdym razie, trzeba było pamiętać o tym, żeby spojrzeć na te elektrody, żeby się nie rozjeżdżały za bardzo, żeby starczyły na akurat na tę szpulę na przykład. A na przykład jeszcze mogło być tak, że one się tak rozjechały, że zgasły. Nie było dużo takich przypadków, ale myślę, że coś tam się przewinęło na pewno, że tam raz kiedyś się zdarzyło. W każdym razie tutaj już musiała być uwaga skupiona i już trzeba było być przygotowanym. Szczególnie właśnie w Polonii.

To wszyscy, zresztą kierownik był też wymagający, bardzo wymagający. Wymagał schludności, wymagał czystości, Ale uważam, że to bardzo dobra cecha, bo tak jak mówię – no właśnie nauczyła nas takiej porządnej pracy. W zastępstwie pracowałam w kinie Roma, na Rzgowskiej vis-à-vis kościoła. No kino niezbyt duże. Chcę powiedzieć, że warunki w kabinie kiepskie. Tam to była naprawdę maleńka kabina. Latem bardzo gorąco. Aha! I trzeba było się wpasować w porządek jaki w danej kabinie był. Trzeba było się dopasować, znaczy robiliśmy to samo co w każdej kabinie – wyświetlaliśmy, przewijaliśmy no i to była nasza podstawa. No ale jeszcze wpasować się w grono kinooperatorów, którzy tam pracowali. Ale myślę, że to też była ciekawostka, poza tym jak ktoś przychodził na zastępstwo to ja bym powiedziała, że był na takich ulgowych zasadach trochę. To znaczy robił, pracował, ale jak coś tam poważnego się działo, to kinooperator [odpowiadał], który był na miejscu raczej, który stamtąd był, który tam pracował. W każdym razie no tutaj jeżeli chodzi o wyświetlenie filmu, o coś tam trzeba było zrobić, no to wiadomo – w każdej kabinie coś jest. Było w Łodzi dużo małych, starych kin. Warunki były na pewno trudne dla obsługi, dla kinooperatorów, dla pomocników. Przede wszystkim było ciasno, było bardzo duszno, jak były jeszcze lampy łukowe to szczególnie dawało się to we znaki, było duszno po prostu, było gorąco. Jednym z takich kin było kino Sojusz na Zdrowiu. Tam jeden jakiś tramwaj dojeżdżał, nie wiem może 17, nie pamiętam. W każdym razie seans musiał się kończyć o 21:00, bo było tak daleko, że nikt by z tego ostatniego seansu później nawet nie miał jak wrócić. Tam byłam jeden dzień na zastępstwie. Nie wiem jakoś mi specjalnie nie doskwierało to, jeden dzień tylko także… Mąż potem po mnie samochodem przyjechał, także nie doskwierało mi to. Ale właśnie było. I tak jak wspomniałam – kino Pionier, kino Tęcza, i tak jak powiedziałam Rekord tutaj na początku Rzgowskiej – to były małe kina, ale tam ruch był ogromny, bo był przecież rynek na placu Niepodległości, więc dużo osób tam się przewijało, a kabina też była mała, też nie było nie było – wyposażenie ubogie. Podobnie jak w Romie opowiadałam.

Stylowy na Kilińskiego miał obszerne, tam było obszernie, bo i kabina była obszerna i pozostałe pomieszczenia też, także tu były warunki bardzo dobre. Była Zachęta na Zgierskiej, gdzie też były dobre warunki, zresztą to było kino pierwszej kategorii. Tam też byłam na zastępstwie. I tak jak powiedziałam, jak się przychodziło na zastępstwo trzeba było się dostosować do – jakie tutaj są układy, jak to się układa, trzeba po prostu przystać na to jakie, jak to tutaj jest. Ale nie było… nikt tam nikomu nie robił ani przykrości. Pytało się tylko co, gdzie, jak i to wszystko. Podobnie Świt. Świt był też małym kinem, kabina była na górze też. No powiedziałabym, że kabina była w miarę przyzwoita, to znaczy była dosyć rozległa, był pokój wypoczynkowy, były tam jeszcze inne pomieszczenia. Tak, ale tych kin było niewiele, bo właśnie były kina bym powiedziała te małe, więc bardzo różniące się od kin zeroekranowych i kin pierwszej kategorii. Sojusz bodajże – nie wiem drugiej, nie chcę powiedzieć, że trzeciej kategorii był. Ale ponieważ tam w okolicy ludzie mieszkali też, więc… No kiedyś było, tak że właśnie, że żeby tych kin było jak najwięcej. Na Limanowskiego kiedy pracowałam w Młodej Gwardii, właśnie zbudowano nowe kino od podstaw. Nowy budynek. To było kino Iwanowo. Między innymi właśnie szef z Młodej Gwardii, który doskonale znał elektrykę, uruchamiał to kino. Mało tego właśnie tutaj przychodził pracować, przed uruchomieniem Iwanowa. No to kino było już naprawdę było super. Nowo zbudowane, warunki i w kabinie i w ogóle. Już przystosowane do tych nowych norm jakie obowiązywały, jak to powinno być. Więc szkoda, że tak szybko się skończyło. Takie piękne kino i uważam, że – na przykład ja mieszkam na Teofilowie, więc uważam, że dla nas to było dobrodziejstwo. Były również „Konfrontacje” oczywiście w kinach zeroekranowych. Tam były wyświetlane filmy, które przyszły do nas, między innymi Wielkie żarcie, nie pamiętam dużo takich filmów. Ale w każdym razie, to się wtedy działo! Wtedy były tłumy, wtedy było bardzo dużo ludzi, bardzo trudno było dostać, tam były karnety i niejednokrotnie te filmy nie były tłumaczone tylko lektor czytał. Także między innymi mogę wspomnieć jeszcze o kinie Włókniarz, które było na rogu Zachodniej i Próchnika. Tam też były dobre warunki, to było kino takie… powiedziałabym warunki bardzo dobre i tam między innymi były „Konfrontacje”. W Polonii były „Konfrontacje”, w Bałtyku były „Konfrontacje”. To się rozszerzało. W każdym razie no to była, to było duże święto w Łodzi bym powiedziała. Bo naprawdę tłumy, trudno się dostać. Ale uważam, że no piękna sprawa, bo filmy których nigdzie nie widziano i właśnie tutaj można było zobaczyć. I wtedy szukało się znajomości gdzie się dało, jak się dało byleby dostać karnet, byleby sobie załatwić.

Praca kinooperatora miała jeszcze miała plusy – między innymi dostawaliśmy bilety. Dostawaliśmy 4 bilety dwuosobowe i dostawaliśmy jeszcze kuponiki. Bodajże po 70 groszy wtedy się za bilet płaciło, nie pamiętam ile wtedy bilet kosztował. W każdym razie no była to piękna sprawa. Jak jeszcze nie miałam rodziny to oczywiście chodziłam z koleżankami do kina – pomimo, że pracowałam – i wtedy koleżanki zapraszałam właśnie na te bilety. Bo tak pieniążków za bardzo jeszcze nie miałyśmy, więc zapraszałam koleżanki, na te bilety. Chodziłyśmy sobie do kina. Później mogę powiedzieć, że nieraz załatwiało się coś za te bilety albo przez grzeczność chciało się komuś dać. Poza tym z tym biletem chyba nie stało się w kolejce tylko wystarczyło podejść do kasy, także była to jakaś atrakcja, jeżeli się komuś dało, bo nie stał w kolejce, podchodził i sobie dostawał miejsce. Ale to wszyscy pracownicy kin dostawali to. Ale to się upłynniało, poza tym miało się różnych znajomych, więc się czy zapraszało czy… W każdym razie było to coś. Ogromną atrakcją było dla mnie, dla kinooperatorów, że wyświetlając film oglądaliśmy film. Taki był obyczaj, że jeżeli się uruchamiało projektor, to należało siedzieć przy tym projektorze, aż szpula zejdzie, i pilnować, patrzeć na ekran czy wszystko w porządku. Mało tego – dokręcać te węgle. I za to był odpowiedzialny kinooperator, więc siedziało się przy okienku i się film oglądało. Oczywiście czasem się zamieniliśmy, bo ja widziałam tę szpulę, ty widziałeś tę. W każdym razie były filmy, przy których które się oglądało wiele razy i nie nudziły się. Z Gérardem Philipem, Giną Lollobrigidą, z Sophią Loren. No potem zaczęła się Brigitte Bardot. Także te filmy były coraz piękniejsze i takie… no nie wiem. W każdym razie jeżeli mogę o sobie powiedzieć to wolę te wcześniejsze filmy, piękne. Też były różne, różniste tematy, były przyjaźnie, były uczucia, ale uważam, że to było pięknie pokazane, w odróżnieniu jak na przykład później się zaczęło. Także bardzo miło wspominam i rzeczywiście te filmy oglądałam. Mało tego na tych filmach widziało się, jak gdzie indziej są kobiety, jak się ubierają, jak wyglądają. Myśmy się tego uczyli, więc dla nas to była nowość, i było się nad czym zastanowić. Oczywiście zawsze oglądaliśmy i tak jak mówię – niektóre filmy do znudzenia, czy to słuchać melodii, czy myśmy niektóre rozmowy to my już znaliśmy na pamięć, już wiedzieliśmy co za chwilę [aktor] powie, ale nam to nie przeszkadzało, my tym żyliśmy. Jak się wchodziło do kabiny to się wiedziało, że jest się na filmie również, ogląda się, a nieraz się zdarzało, że kolejny raz oglądaliśmy, ale tego nie widziałam, więc na pewno było to bardzo korzystne. To było dla nas wtedy takie okno na świat, bo widzieliśmy zupełnie co innego jak było u nas, u nas było wtedy trochę inaczej jeszcze, a na filmach można było obejrzeć jak ładnie świat może wyglądać na przykład. I pięknych aktorów, piękne aktorki. To była nobilitacja. Uważam, że pierwsi to widzieliśmy i uważam, że to nas też ustawiało potem – nasze oczekiwania rosły, wiedzieliśmy czego chcemy, do czego dążymy. Byliśmy przecież biedni, ale można było sobie ulepszać. Także to mówię tak od siebie, o sobie. Ściągało się niektóre – ściągało w sensie, że widziało się na przykład jakąś kreację, jakąś bluzkę, jakąś spódniczkę, sukienkę, jakieś uczesanie i już było wiadomo czego się chce, że tak można, że to ładnie wygląda. Także uważam, że dużo to dawało. Szkoła taka porządna, ciekawa.

Jak miałam rodzinę, doskwierały mi prace w niedzielę w kinie i popołudniowe zmiany, bo wracałam bardzo późno do domu, dziecka nie widziałam. Więc jak się nadarzyła okazja, że dostałam pracę w Prexerze – skorzystałam z tego i przeszłam do Prexeru. W Prexerze pracowałam w kontroli ostatecznej. To znaczy, to co nam mistrzowie przynosili do sprawdzenia to były różne detale, śrubki, nakrętki. No trzeba było to wszystko sprawdzić, były różne elementy i projektora. Nowością były te kserografy, jakkolwiek nie odbierałam kserografów, ale byłam przy składaniu już, jak składali mistrzowie. Pracowałam w kontroli ostatecznej, więc tak jak mówię, wszystkie detale i jeżeli coś tam nie było odpowiednich wymiarów, zwracało się i poprawiali, bo nie mogło przejść. Była też taka produkcja nietypowa – mam na myśli „Eski”, u nas się to nazywało „Eska”. To było do Związku Radzieckiego, to było na szczególnych warunkach i mogę powiedzieć, że tutaj nie mogło być nic, nie mogło być najmniejszej ryski, najmniejszej skazy. Nic. To było po kilka razy piaskowane, bo tam się okazało, że jednak coś jest. Więc to było na zupełnie innych zasadach, były osoby wybrane, które w tym pracowały i które się tym zajmowały. Także przypadkowo trafiłam tam kiedyś, nie było kogoś chyba, w każdym razie wtedy tam byłam bardzo krótko, zastępowałam kogoś. Więc wiem, jak to było dopieszczone bym powiedziała. Tam już nic się nie mogło zadziać, tam musiało być wszystko perfect i pięknie zrobione. To było na zupełnie innych zasadach niż tu. Nasze detale można było poprawić, można było coś zrobić, natomiast tam trudno – niejednokrotnie robiło się od początku. Pracowałam w kontroli ostatecznej, gdzie byłam odpowiedzialna za detale. Różne, różniste – nakrętki, śrubki, to mi przychodzi teraz do głowy. Nie pamiętam tam części do projektora. Tego sobie nie przypominam. W każdym razie widziałam, jak projektor sprawdzano. Więc projektory, które już były złożone musiały dłuższy czas pracować, żeby – jeżeli coś wyniknęło jeszcze, to żeby można było poprawić, więc taką kontrolę tylko widziałam. Bo to były i projektory duże i projektory mniejsze, 16 mm na przykład. 35 mm, 16 mm – to były tego rodzaju, więc. Ale to widziałam tylko, nie pracowałam w tym, nie miałam z tym bezpośrednio, z częściami nie miałam do czynienia. Włączali projektory, puszczali na ekran – nie zawsze od razu puszczali, włączali na ekran, tylko słuchali jak ten projektor pracuje, czy tam coś hamowało, czy się ślizgało, to odpowiednio już wiedzieli co trzeba zrobić – czy trzeba zakręcić, czy trzeba zmienić to. Także, w każdym razie ludzie siedzieli przez całe 8 godzin i właśnie to sprawdzali. A później sprawdzali też obraz na ekranie. Mieli swoje małe ekrany, był duży ekran także. No żeby to weszło już do zbytu, to musiało być skontrolowane porządnie. Zresztą myślę, że nasze projektory były dobre, cieszyły się chyba dosyć dobrą sławą później. Nie mogę powiedzieć jak to było dalej, ale przynajmniej tutaj to te projektory cieszyły się dobrą sławą. Podobnie jak kserografy. Jakkolwiek to były dosłownie początki. Bardzo mi miło, że jestem zaproszona. Dziękuję ślicznie. I chciałam powiedzieć, że wróciłam do lat bardzo wczesnej młodości i teraz się zastanawiam, jak to się stopniowo zmieniało, w jakich warunkach ja zaczęłam pracować, jak to się później zmieniało, bo później po tych lampach łukowych przecież były lampy ksenonowe, więc już nie było obawy, że zgaśnie. Także to można było sprawdzić wcześniej. Więc uważam, że bardzo dużo się zmieniło. I cieszę się, że miałam taki udział, że mogłam w tym pracować, że tak jak mówię dużo, dużo radości mi dawało, dużo się nauczyłam, dużo poznałam. Więc uważam, że jakkolwiek nie chciałam do tej szkoły chodzić, ale wspominam bardzo miło i jestem zadowolona, że skończyłam i że taką fajną pracę miałam.