Anna Nehrebecka
Anna Nehrebecka – aktorka. Urodzona w Bytomiu w 1947 roku. W 1969 ukończyła studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Zadebiutowała w noweli filmowej „Duch z Canterville” (1967) w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich. Zagrała wiele wspaniałych ról teatralnych, filmowych i telewizyjnych. Publiczność kochała kreowane przez nią ekranowe bohaterki: Ankę Kurowską w „Ziemi obiecanej” (1974) w reżyserii Andrzeja Wajdy; Marynię w „Rodzinie Połanieckich” (1978) w reżyserii Jana Rybkowskiego; Celinę w „Nocach i dniach” (1977) w reżyserii Jerzego Antczaka. Występowała w produkcjach zrealizowanych we Francji i na Węgrzech. W albańskim filmie Kujtima Çashku „Pułkownik Bunkier” (1996) zagrała jedną z głównych ról – polską żonę albańskiego oficera. W latach 1997-2000 kreowała postać Barbary Złotopolskiej w serialu telewizyjnym „Złotopolscy”. W latach 2001-2007 przebywała w Brukseli wraz z mężem Iwo Byczewskim, Ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej przy Królestwie Belgii.
Szukając dziewczyny do roli Anki, zadzwoniono do mnie. Wtedy jeszcze nie było wspaniałych menadżerów, agentów i tak dalej. Po prostu zadzwoniono do mnie z produkcji z prośbą, zaproszeniem na spotkanie z Andrzejem Wajdą, przysłali mi tekst i że jest taka możliwość zagrania w filmie Ziemia obiecana. Słyszałam, że ma być kręcony ten film. Przyjechałam do Łodzi. Wajda poprosił, żeby mnie ubrali w jakiś kostium, zrobili mi kilka zdjęć i się dowiedziałam, że jestem w obsadzie. Andrzej zawsze uważał, że połową sukcesu filmu jest trafna obsada i jak popatrzymy na jego filmy, to rzeczywiście jest coś takiego, że aktorzy nie przeszkadzają. Wiadomo, że grają lepiej, gorzej, to już jest sprawa inna, ale że nawet jeżeli słabiej gra, to nie przeszkadza w tym, wkomponowuje się w całość. Rzeczywiście Andrzej przywiązywał olbrzymią wagę do warunków psychofizycznych, a ja byłam wtedy bardzo niepewna siebie, bardzo zakompleksiona, wydawało mi się, że każdy jest lepszy ode mnie i taka byłam, że strasznie chciałabym zagrać. Ja lubię tego typu postacie, bardzo je czułam i wydawało mi się, że gdzieś tkwią we mnie. Ciągle mi się wydawało, że to jest niepotrzebne i że bardzo fajnie pasuję, wyglądam nie inaczej i że lepiej niech już nic nie robi. To było moje odczucie, ale oczywiście wcale mi ono nie pomagało. Ot załamałam się kolejny raz. Taka jest scena z psami – ona goni te psy, i wszystko jest skundlone w tej Łodzi. Myślę: „Wszystko mi jedno, nikt mnie tu nie chce, wszystko jest źle” – aczkolwiek nikt mi nie mówił, że jest źle, wręcz odwrotnie. Zagrałam tą scenę, weszłam, a Andrzej mówi: „Jak nasza Ania to pięknie dzisiaj zagrała”. I ja się załamałam, to znaczy wszystko, co do tej pory robiłam, było niedobre, miałam rację, że nikt mnie nie chce. Każdy w jakiś sposób szuka, broni siebie, swoich emocji, ciągle się wydaje, że mogłoby być lepiej. Zresztą jakbym powiedziała, jako aktorka, że rewelacyjnie zagrałam tę postać, to byłoby przerażające, bo powiedzieć, że „wspaniale zagrałam tę rolę, byłam świetna”, to już można kończyć zawód i pracę w tym zawodzie. Także to było bardzo sympatyczne.
Były jeszcze przygody z końmi, bo sobie wymyślił Andrzej z Danielem, że będzie taka ładna scena, jak Anka z Danielem konno jeżdżą po łąkach, polach i lasach. I w trakcie zdjęć do filmu okazało się, że nigdy w życiu na koniu nie siedziałam. „No to nic, to się nauczysz” – powiedział Daniel. I rzeczywiście załatwili mi taką szkółkę. Ja codziennie rano wpół do siódmej jeździłam z całą grupą konno, przymierzałam się do tego konia i jakoś się utrzymywałam na tym koniu. Potem w Łodzi zdjęcia i ja się dowiaduję tuż przed zdjęciami, że będę jeździć w siodle damskim. Ja nie tylko że nie siedziałam w siodle damskim – nawet nie wiedziałam, jak ono wygląda. Wiedziałam tylko, że nie wszystkie konie chodzą pod damskim siodłem, bo to jest innego typu prowadzenie konia, a do tego na pewno nie byłam wyśmienitym jeźdźcem po miesiącu jazdy konnej. Mówię: „Może ja bym siadła, żeby zobaczyć, jak to wygląda”, „Tak, załatwię tutaj, Ania ma mieć konia, siodło, niech sobie pojeździ”. I dali mi mastalerza z takim koniem osiodłanym. Siadłam na tym koniu i czy ten koń już dzisiaj chodził. „Tak, on już jest wybiegany, dzisiaj spokojnie”, „Ale pod damskim siodłem?”, „Tak. W ogóle się nie martw”, powiedział do mnie mastalerz. Więc ja siadłam na tym koniu, tak się czułam niepewnie, bo pierwszy raz w życiu trzyma się bokiem, tu jeden hak, tu drugi, tu się siedzi tak, tu jest koń. I żeby zrobić jedno kółko i czuję, że ten koń jest cały niespokojny, więc stanęłam i: „Proszę pana, czy ten koń na pewno chodził pod damskim siodłem?”, „Nie, damskie siodło on ma pierwszy raz na sobie”. Ja się rzeczywiście dosyć wystraszyłam, spróbowałam jeszcze coś tam zrobić drugie kółko, ale koń nie chodzi. Zatrzymałam, i mówię, że czuję, że ten koń jest nieprzyzwyczajony, nie bardzo nad nim panuję, to może pan z nim siądzie i trochę pojeździ, żeby on się przyzwyczaił. „Ależ oczywiście, pewnie, ja go zaraz doprowadzę do porządku”. Siadł na tego konia i to był koń, mastalerz, ziemia. Mówię: „Dziękuję, ja nie wsiądę”. „No wie pani, to dlatego, że on jeszcze dzisiaj nie chodził w ogóle, nie wybiegany i damskiego siodła też na sobie nie miał”. To co ja zrobię? Powiedziałam do Daniela, że ten koń jest nieprzyzwyczajony. „A nie, to ci profesora przyprowadzimy”. Przyprowadzili konia, który się już niczemu nie dziwił, bo siadam i dobrze, niech sobie idzie, mogę go ponieść na sobie, tego konia, Daniel wsiadł na swojego i mówi: „Siedzisz?” – „Siedzę” – „To jedziemy”. I puścił swojego konia, a mój, przyzwyczajony, że idzie zawsze za drugim, bo jak się tam uczą, to jeden, drugi, trzeci, i one są przyzwyczajone – też poszedł. Ja mówię: „Chryste Panie, siedzę na koniu, koń leci”. Zobaczyłam drzewo, wielki dąb i gałęzie. Jakoś mi się udało schylić głową, a Daniel leci, zrobił piękne kółko i stanął przed Wajdą, pięknie mój koń też stanął i ja tylko się zorientowałam, że jestem w powietrzu, trzymam lejce i tak cudownie trzymając wodze osuwam się z wyciągniętymi do przodu nogami, opierając się o przednie nogi konia i siadam na ziemi. Usłyszałam tylko: „Jezu, kamery nie było, dlaczego?”. Nie było kamery. Mnie się na szczęście nic nie stało. „Siedzisz, jeździsz, to jedziemy w plener robić zdjęcia”. I potem powiedziałam: „Słuchajcie, to było strasznie niebezpieczne i ryzykowne, ja się mogłam połamać”, ale to była ostatnia scena w filmie, najwyżej by się nie ukazała, nie byłoby tej sekwencji po prostu. Więc takie są przygody w filmie, co nie znaczy, że wspominam to źle.
Wtedy pracowało się rzeczywiście trochę inaczej. Nie było takich wygód, kamperów, przerw długich obiadowych, na planie herbat, kaw, wody i tak dalej. Praca się zaczynała wcześnie, trzeba było być w garderobie między szóstą a siódmą rano, gotowość była w zależności od tego między siódmą a ósmą i zaczynała się normalna praca. Na planie zawsze były tylko trzy krzesełka: operator, „script” i reżyser. Musieliśmy sobie szukać jakiegoś miejsca, uważać, żeby nie poniszczyć sobie kostiumów. Myślę, że to należało do aktorów, żeby to poważnie traktować. Była przeważnie bardzo sympatyczna atmosfera, wszyscy się wspieraliśmy razem. Pracowało się do późnego wieczora. Była krótka przerwa, gdzie dowożono – jeżeli to było w plenerze – jedzenie i przyjeżdżała ciężarówka z dwoma kotłami zupy, przeważnie była to grochówka albo jakaś fasolowa z tak zwaną wkładką mięsną, czyli boczkiem albo kiełbasą. Na talerzach nam rozlewano, ustawialiśmy się w kolejce do tego kotła, rozlewana była zupa i uważając, żeby nie poplamić kostiumu, gdzieś na stojąco się tą zupę z wkładką mięsną jadło i ona bardzo była smaczna. To są oczywiście zabawne przygody, ale to nie było ważne. Zwłaszcza u Wajdy było ważne to, że on uważał, że jaka jest atmosfera na planie, to tak samo ona będzie odczuwalna na zdjęciach w filmie. Nie było mowy, że jak oświetleniowcy zrobili swoją robotę, ustawione były kamery, że oni są obojętni, nie interesuje ich, co się dzieje na planie. Myśmy wszyscy musieli być wciągnięci i zaangażowani emocjonalnie w to, co się teraz dzieje, więc nie było żadnej prywatności typu „Zrobiłam swoje, to mnie reszta nie obchodzi, siedzę sobie i palę papierosa, czy myślę o zupełnie innych rzeczach”, bo Andrzej zawsze mówił, że to się odczuwa, że ktoś jest obojętny. Czy to widać, czy nie – to się czuje, że dla wszystkich to była ważna sprawa.
Strasznie szkoda, że nie ma tego ze słynnym łabądkiem przed Wytwórnią, to był taki symbol. W ogóle to było takie miejsce magiczne, mówiło się o tym, że to fabryka snów. I było to miejsce magiczne. Mam takie fotografie – długi korytarz, taki jak hala, tam były pokoje do garderób, do charakteryzacji. Po prawej stronie był bufet. To wszystko było dosyć ciemne, przaśne trochę, schody prowadzące na górę, tam były często też garderoby, pracownie krawieckie. Rzeczywiście się wchodziło w zupełnie inny świat i mnie tego brakuje. Myślę, że nie tylko mnie, wszystkim ludziom, którzy się przewinęli przez tą wytwórnię, którzy pracowali tam, to jest żal takiego świata, który się nie powtórzy, którego nie ma, bo w tej chwili to naprawdę wygląda inaczej. Niezależnie od tego, jeśli się miało zdjęcia plenerowe, wyjeżdżało się w plener. Potem powrót do wytwórni, to było trochę wracanie do domu, bo przecież rzadko kiedy się wyjeżdżało w plener i się zostawało tam, bo przeważnie plener był gdzieś blisko wytwórni, czyli się codziennie wracało, baza wyjazdowa była też w wytwórni. Kiedy kręciło się zdjęcia plenerowe – przecież to było zawsze w pobliżu wytwórni, czyli wracało się jak do domu. Charakteryzacja też była w wytwórni i stamtąd się ruszało na zdjęcia. To była nasza baza i coś takiego, jak takie poczucie, że się wraca w stałe miejsce jak do domu. Stamtąd dopiero – jeżeli zostawaliśmy w tym wypadku w Łodzi – jechało się do hotelu na noc i rano znowu się przyjeżdżało do wytwórni. Myśmy przeważnie nocowali, tak to był chyba hotel Mazowiecki – taki nieduży dwupiętrowy czy trzypiętrowy hotel, taki typowy hotelik z bloku zrobiony. W Grandzie sporadycznie. Tylko reżyser czasem mieszkał w Grandzie, a my, ten plebs, w Mazowieckim żeśmy się dalej szwendali po korytarzach hotelu. To jeszcze tak się kręciło, jeżeli zdjęcia były w Łodzi, a myśmy grali w teatrze, bo teatr był naszym pierwszym miejscem pracy i trzeba było mieć zawsze zgodę od dyrekcji. Jeżeli wypadały zdjęcia w dniu przedstawienia – spektaklu w Warszawie – to produkcja się zobowiązywała, że dowiezie aktora na spektakl. Przeważnie się grało kilka razy w tygodniu. To było trochę męczące, bo o czwartej w samochód, dowozili nas prosto na spektakl, graliśmy i samochód czekał. Wracaliśmy do Łodzi, tam się było o pierwszej-drugiej. O szóstej najpóźniej trzeba było być na nogach i do wytwórni, do charakteryzacji. Ja miałam taki cykl, że co tydzień codziennie jeździłam, bo codziennie miałam spektakl i nie ukrywam, że byłam dosyć zmęczona. Potem tak się złożyło, że przez dwa dni nie miałam spektaklu i byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, bo wiedziałam, że nareszcie się wyśpię, pójdę wcześnie, wstanę wypoczęta, będę piękna i śliczna i rzeczywiście poszłam wcześnie spać. Wyspałam się, idę szczęśliwa na plan, że nareszcie jakoś po ludzku wyglądam, a Andrzej mówi: „Aniu, czy ty się źle czujesz dzisiaj?”. Ja się po prostu załamałam, powiedziałam: „Nie odpoczywam już nigdy”. Ale to świadczy o tym, jak myśmy byli zaangażowani w tę pracę, jak to było emocjonalne i że zmęczenie się nie liczyło po prostu, tego się nie czuło, to potem przychodziło.
Większość kostiumów miałam – mimo że część była szytych – miałam kostiumy dobierane z magazynu, dlatego że jakoś nie wszystkie kostiumy spodobały się Andrzejowi. Nie wiem, to już sprawa między nimi. W każdym bądź razie to znowu świadczy o wielkim wyczuciu Andrzeja i wyobraźni tej postaci – Anka nie była osobą, która wkładałaby dużo koronek, falbanek, bufek i on nie chciał tego i słusznie. I suknia pierwsza, w której Anka się pokazuje, niebieska w kratkę, gdzie przeskakuję przez płotek, co było w ogóle niedopuszczalne w tamtych czasach, bo mi widać nogę gołą. Nie było halki, to było niedopuszczalne, to był okres gorsetów i tak dalej. Ale już nie było wyboru, bo ten kostium pasował Andrzejowi do charakteru. Kostium słynny pod tytułem „Przyjazd Anki do Łodzi” był też tył rozpięty, na agrafkę był na siłę podwiązany, bo tu było za ciasno, tu za luźno. Potem człowiek się ratuje, wspólnie razem się ratujemy, żeby kostium był dobrany. Tu agrafka, tu się nie można podwiązać. Nie widać – nie biegam, nie ruszam się. Oczywiście oni to wspólnie wybierali. Daniel do mnie niedawno powiedział, jak jechaliśmy, to było po śmierci Andrzeja Wajdy, była słynna prapremiera Powidoków. Cały pociąg był wynajęty, takie pożegnanie z Andrzejem Wajdą. Wracamy i Daniel mówi: „Jak ja mogłem ci taką krzywdę zrobić? Jak ten Borowiecki mógł się tak zachować? Taką krzywdę ci zrobiłem”. Oczywiście zawsze musimy się wspólnie wspierać, musi być między nami kontakt. Czasem to jest szybciej, później, trudniej, łatwiej. Ale się nie myśli: „Tego lubię, tego nie lubię”, tylko patrzy się poprzez pryzmat postaci. Szybciej się nawiązuje kontakt, jak myśmy się znali przecież wcześniej. Nie ukrywam, oni wszyscy dla mnie byli aktorzy wielcy, wspaniali aktorzy, a ja tutaj się plączę. Były trudniejsze momenty, były łatwiejsze momenty. Z jednymi było od razu ciepło, serdecznie i bezpośrednio, a z innymi trochę „To ja teraz…”, ale to jest normalne, to są wszystko same indywidualności. Tylko kwestia, na ile się wspólnie dogadamy. Gramy na siebie.
Jest taka opinia, pod którą się absolutnie podpisuję, że Ziemia obiecana jest w jakimś sensie też filmem dokumentalnym, ponieważ poza dworkiem Anki to wszystko było kręcone w autentycznych wnętrzach. Wszystkie ulice, fabryki, pałace – to wszystko były wnętrza autentyczne. Sprawa była tylko kostiumów i pilnowania, żeby nie wszedł jakiś autobus, przechodzień czy maszt na dachu. To też miało swoją wagę i swoją cenę, że dokumentuje się i utrwala coś, co przechodzi do nieistnienia, bo na przykład część podróży Anki i wjazd do Łodzi była na ulicy – tam gdzie teraz jest tak zwany Manhattan – Głównej. Na ulicy Głównej. To wszystko były autentyczne domy. To były ostatnie chwile istnienia tej ulicy. Tego już w ogóle nie ma. Fabryka, w której chodzi Zbyszek Zapasiewicz z Danielem, to są autentyczne maszyny, dziewczyny tylko były poprzebierane w kostiumy. To jeszcze funkcjonowało. To też dodawało takiej prawdy w filmie, że to nie była zrobiona dekoracja, tylko tak było. Jak dzisiaj weszłam do Muzeum Kinematografii, która była w filmie jednym z pałaców, to z kolei dla mnie było szokujące, że niemożliwe, że to jest to samo wnętrze. Na przykład ta klatka schodowa, która na ekranie wygląda na duże, piękne schody, one wcale nie są takie duże, a piękne są dalej. Ale kamera, światło też powiększa i nadaje większego uroku, świetności. Dla mnie Ziemia obiecana to ta stara Łódź, której już nie ma. Z kolei dworek Anki – co się z nim teraz dzieje, nie wiem – ale też pamiętam, to były Kurowice pod Łodzią – nie wiem co się z nim dzieje – ale taki był smutek, jak już kończyliśmy zdjęcia w ostatni dzień, też się nadawało życia w czymś, co już umierało. Jak się kończyły zdjęcia, to taki smutek, żal, że nie wiadomo, co będzie. Zabiera się te kwiatki, zabiera się mebel – co będzie dalej, czy to dalej będzie żyło, czy nie. Nie wiem, co się dzieje z tym miejscem. Takie wspomnienia.
Ziemia obiecana to bez wątpienia wielki przełom w moim zawodowym życiu, otworzył mi jakieś istnienie w tym zawodzie. Sam fakt, że Ziemia obiecana dostała nominację do Oscara i myślę, że gdyby nie było jakichś niedobrych zawirowań w Stanach, to Ziemia… dostałaby Oscara na pewno. Niemniej przygoda hollywoodzka była cudowna i wtedy też miałam przygodę, bo zostałam zaproszona na spotkanie z agentem, bardzo poważnym agentem, ku zdumieniu wszystkich i otrzymałam propozycję, że zostaję w Stanach, oni podpisują ze mną roczny kontrakt, trzy miesiące szkoła, język i zagram w dwóch filmach – jedna nieduża rola i jedna duża. I teraz decyzja. Pamiętam wróciłam do hotelu, Andrzej i koledzy wiedzieli, że byłam zaproszona na to spotkanie. Pokazałam, że mam w ręku projekt umowy, kontraktu. Tak myślę, że niepoważnie to potraktowali, niemniej z dużym zaskoczeniem. Wiadomo było, że ja tej decyzji nie mogę podjąć. To nie były czasy, że człowiek zostawał bezkarnie za granicą. Ja tutaj miałam brata, matkę, ojca i nie miałam odwagi z dnia na dzień zostać sama, obciążając jeszcze wtedy najbliższych. Ale też się w to wdał Film Polski, że oni się tym zajmą, absolutnie dopilnują, żeby się mną zająć, żeby to wszystko doprowadzić dobrze, że oni pomogą legalnie wyjechać i wszystko zrobią. No i tak to właśnie robią do dziś. Potem jeszcze dostałam, jakieś pół roku po tym dostaję telefon w nocy z RFN, że Bergman kręci film w Niemczech i szuka właśnie mnie, bo potrzeba mu jest cudzoziemka o tym typie urody, charakterze i żebym natychmiast przyjeżdżała do RFN. Spytałam się tylko, jak ja mogę z Polski Ludowej przyjechać w ciągu 24 godzin do RFN. Było to niemożliwe i nierealne, więc tak się skończyły moje przygody. Ale później dostałam rzeczywiście propozycję zagrania w węgierskim filmie zupełnie coś innego, bo zagrałam cyniczną, zimną Amerykankę z lat trzydziestych, która uwielbiała uwodzić różnych młodych chłopców, boyów hotelowych. Nazywała się pani Kekiné. To była urocza współpraca. Pracowało się zupełnie inaczej niż w Polsce, bo sama charakteryzacja to wpierw był masaż twarzy, potem makijaże. Czułam się, jak w krainie baśni. Mieszkałam w Hotelu Gellerta, zresztą Károly Esztergályos, przeuroczy reżyser i operator, w ogóle cała ekipa i partner. Film się nazywał Pokusa, ale spotkałam się z takimi opiniami – jak ja mogłam zagrać taką zimną, współczesną kobietę, nie uchodzi. Ale filmu nie widziałam. Wiem tylko, że nie grałam po węgiersku, ale składnia języka polskiego w moich kwestiach była tak ułożona, żeby ruch warg pasował do języka węgierskiego. W związku z tym, na przykład nie mówiłam: „A gdzie będziesz dziś wieczorem?”, tylko „A tudzież, gdzieżbyś i poszedłbyś”.
Kolonel Bunker – a trafiłam do tego filmu też właściwie dzięki Ziemi obiecanej, bo byłam zaskoczona, że skąd reżyser się do mnie zgłosił – Kujtim Çashku – a on, okazuje się, widział mnie w Ziemi obiecanej jak był studentem, studiował w Bułgarii. Obiecał sobie, że jak będzie robił film, to zrobi wszystko, żebym ja zagrała w tym filmie. Rodzina Połanieckich była na pewno następstwem po Ziemi obiecanej. Wiem, że Rybkowski wpierw miał inne propozycje i miała grać Sławka Łozińska, ale chyba wtedy zaszła w ciążę i to nie wypaliło. Wtedy już bezpośrednio zwrócił się do mnie Rybkowski i produkcja, że mają propozycję, żebym zagrała Marynię w Rodzinie Połanieckich. Tak już do tego trafiłam bez żadnych poprzedzających rozmów, próbnych zdjęć. Mieliśmy tylko jedną scenę, żeby się z Andrzejem Mayem wcześniej poznać. Można to nazwać próbnymi zdjęciami, żeby dopasować dwie osobowości, dwie postaci do siebie. Czyli tam trafiłam od razu, bez żadnych zachodów i starań specjalnych. Wspominam Marynię bardzo ciepło, bardzo serdecznie. Tak samo wspominam Rybkowskiego, który był przesympatycznym panem i całą tą pracę. Przede wszystkim miałam dużo sentymentu i sympatii do Marty Kobierskiej, która robiła kostiumy. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie spotkałam się z takim oddaniem i z takim poważnym potraktowaniem całej pracy nad kostiumem, nad każdym szczegółem. Marta gdzieś powyciągała stare wykroje kostiumów, pilnowała, jak one były uszyte. To były najwygodniejsze kostiumy, jakie miałam kiedykolwiek na sobie. Przecież myśmy były w gorsetach, Marta nikogo nie wypuściła bez gorsetu. Ale też ten kostium inaczej wygląda. Miałam takie szczęście, bo to był jeszcze ten czas, kiedy dużo materiałów i detali, ozdób, było z tak zwanych skupów, czyli to były oryginalne fragmenty ubrań. No i między innymi miałam gorset do tego filmu ze skupu. Wiadomo – gorset jest szalenie indywidualną sprawą, bo to musi być świetnie dopasowany do proporcji ciała. Ja się w tym gorsecie czułam rewelacyjnie. Widocznie moja poprzedniczka miała identyczne proporcje w figurze, że to było tak jakby na mnie szyte, a nawet i lepiej, ponieważ Marta chciała się zabezpieczyć, że uszyjemy gorset w Warszawie, bo nie wiadomo było, ile czasu ten gorset ze skupu wytrzyma. Rzeczywiście miałam ileś przymiarek i ten gorset był uszyty. Miałam go na sobie tylko raz, był nie do noszenia. Jednak już coś, co przemija, nie ma już sztuki szycia gorsetów. Marta zresztą bardzo dbała o każdy szczegół, cudownie się z nią pracowało.
Kiedy wyjechaliśmy na zdjęcia do Wenecji – to była wariacka wyprawa do Wenecji – jechaliśmy autokarem wszyscy razem. Marta była kostiumologiem, garderobianą, bo ekipa musiała być malutka, więc aktorzy musieli być tylko w odpowiedniej ilości, a tak Marta pracowała za cały pion scenograficzny, kostiumologiczny, operator – dwóch ich tylko było – za cały pion operatorski, i tak dalej. To było dosyć zabawne. Nie było pieniędzy na przykład wstrzymanie ruchu w Wenecji, żeby zrobić zdjęcia. Wszystko było na wariackich papierach, przez to może tak urocze. Zdjęcia mieliśmy przeważnie wcześnie rano, żeby ludzi jeszcze nie było, ale trudno było kręcić wymarłą Wenecję, więc ktoś się musiał na tych ulicach czasem przewijać. W związku z tym było dwóch kierowców i ci kierowcy byli w zależności od kręconej sceny przebierani w kostiumy i albo to byli jacyś przechodnie chodzący po Wenecji, albo ktoś był księdzem dającym ślub, a drugi był jakimś tam gościem. Ratowała nas czasem Krysia Janda, która była prywatnie jako żona Andrzeja Seweryna, ale korzystając, że jest taka możliwość, przyjechała z nami, więc czasem się udawało. Marta namawiała Krysię, żeby wrzuciła na siebie jakiś kostium i przebiegła ulicami jako Wenecjanka. Tak ta trójka ratowała ten tłum. Zresztą spotkałam się kiedyś z takim: „A ta Wenecja taka wymarła, to takie wymarłe miasto”. Ale miałam np. cudowne przeżycie – pływałam gondolą z gondolierem, z Andrzejem Mayem, w stylowym kostiumie, on był przebrany też. Po prostu cofnęłam się o ładnych parę lat, bo nie każdy miał taką frajdę, żeby pływać gondolą na przełomie XIX-XX wieku, więc to miało swoje uroki. Gondolier też się bardzo wczuł w rolę, było bardzo sympatycznie i miło. Ale jak była scena nocy poślubnej i trzeba było kręcić to w Wenecji, bo przecież oni wyjechali w podróż poślubną do Wenecji, więc był wynajęty jakiś pokój z oknami wychodzącymi oczywiście na gondole. Scena wyglądała w ten sposób, że nas tam było widać, że w tej sukni chodzę, potem idę się przebrać w jakieś peniuary, więc wchodziłam do szafy, a reszta sceny była już kręcona w Łodzi, bo przecież czas był ograniczony. Poza tym był tylko jeden pokój, nie można było całego wielkiego apartamentu sfilmować, bo nie mieliśmy na to pieniędzy. Ale dzięki temu byłam w Wenecji.
Tak, wszystkie też wnętrza były kręcone w autentycznych wnętrzach. Mój dworek też był przecież kręcony w autentycznym dworku, bardzo ślicznym, potem chyba go przejęła stadnina koni w Walewicach. To były jeszcze te czasy, gdzie naprawdę można było wykorzystywać autentyczne fragmenty miasta, autentyczne obiekty, parki, pałace. Marynia towarzyszy mi do tej pory i nie rozpaczam z tego powodu. To jest bardzo miłe, bo nie ukrywam, że do tej pory miewam bardzo miłe słowa, ciepłe słowa, serdeczne, autentyczne od ludzi, a to jest zupełnie inne pokolenie. To jest bardzo miłe. Lubiłam Marynię i lubię, natomiast nie wiem, jak mój mąż, bo on jest po prostu panem Połanieckim. Kiedy byliśmy w Belgii, mąż był ambasadorem, to się zdarzało, że: „Boże, pan ambasador Połaniecki”. Mieliśmy dużo zabawnych momentów. Kiedyś była taka oficjalna wizyta, musieliśmy towarzyszyć parze królewskiej i naszemu prezydentowi – wtedy to był prezydent Kwaśniewski z żoną, panią Jolą – a my jako ambasadorowie musieliśmy być cały czas z nimi. Ja z panią Jolą, mąż z ambasadorem, z panią Jolą też królowa była obok i król, obok prezydent i mój mąż. Dostali zaproszenie, odwiedzili polski cmentarz w Belgii. Tam oczywiście był tłum ludzi, Polaków. Król pierwszy raz się pokazał na tym polskim cmentarzu. Ja gdzieś tam byłam z tyłu, ale trzech panów szło – król, prezydent i za nimi musiał iść mój mąż. Wszyscy chcieli wpierw z królem, żeby dotknąć rękę, ale nie każdy zdążył dotknąć prezydenta i wtedy ci, co nie zdążyli, łapali się mojego męża i wtedy: „Ambasador Połaniecki!”. Więc mieliśmy z mężem dużą zabawę. Ale ta Marynia zostanie u nas, jesteśmy z Marynią związani. Mąż się pogodził, że czasami był ambasadorem, czy ministrem Połanieckim, a czasami panem Połanieckim.
