Przejdź do treści

Andrzej Szenajch – aktor i kostiumograf. Urodzony w Warszawie w 1930 roku. Dzieciństwo spędził w I Pułku Strzelców Konnych w Garwolinie, gdzie nauczył się jeździć konno, a także zainteresował się wojskiem i militariami. Po zakończeniu II wojny światowej studiował aktorstwo w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Występował w Teatrze Ziemi Opolskiej w Opolu, Warszawskim Teatrze Objazdowym i Teatrze Współczesnym w Warszawie. Grał role drugoplanowe w filmach uznanych reżyserów, jak Andrzej Wajda, Jerzy Antczak, Wojciech Jerzy Has, Janusz Zaorski. Jako kostiumograf pracował przy wielu produkcjach polskich i zagranicznych, m.in. „Liście Schindlera” (1993) w reżyserii Stevena Spielberga, „Królu Olch” (1996) w reżyserii Volkera Schlöndorffa, „Panu Tadeuszu” (1999) w reżyserii Andrzeja Wajdy oraz „Jakubie kłamcy” (1999) w reżyserii Petera Kassovitza.

[W tle słychać cykający zegar] Zacznijmy od matury mojej, bo to, co było przed wojną, to było przed wojną – ja się wychowywałem w pułku kawalerii, bo mój ojciec był oficerem kawalerii. Ostatnie 5 lat przed wojną służył ojciec w Garwolinie. Ja tam chodziłem do szkoły, wszystko było pięknie. Nastała wojna, okropność. Mama zginęła, ja się uratowałem tylko dzięki dozorcy. Może ja to opowiem? Była taka sytuacja – myśmy już nie mogli mieszkać w koszarach, a innego mieszkania żeśmy nie mieli. Ojciec był na wojnie, dostał się do niewoli, był ranny, trafił najpierw do szpitala, potem do niewoli. Myśmy z mamą nie wiedzieli, co robić, jak wróciliśmy z tej tułaczki, to przyjechaliśmy do Garwolina, bo ostatnio mieszkaliśmy w Garwolinie. Usiłujemy tam wejść, a tam już Niemcy stoją, więc mama, która była francuskojęzyczna i niemieckojęzyczna, mówi tam – jakiś oficer się znalazł, zaczęli rozmawiać, i o dziwo zostaliśmy potraktowani bardzo – „Bo może Pani chce zajrzeć do swojego mieszkania”, itd., więc poszliśmy tam. Okazało się, że okoliczna ludność splądrowała dokładnie wszystko, co było – tylko to, czego nie można było wynieść, zostało w tym mieszkaniu. Niemcy już wstawili piętrowe łóżka, bo na terenie koszar był ten blok. Oficer się pyta: „Co Pani teraz zrobi?” – mówi: „Będę musiała pojechać” – „A czym Pani jedzie?” – bo myśmy przyjechali taką furą konną, takim wozem – „Nie wiem” – „To ja Pani dam samochód”. I Niemcy jako żonie oficera, bo to był Wehrmacht, więc oni wtedy zachowywali się zupełnie w porządku. Dali nam samochód, co jeszcze mama zebrała, co się dało i przyjechaliśmy do Warszawy. No ale wróćmy do tego Garwolina, może od tego zaczniemy. Ojciec mój był oficerem przed wojną w stopniu porucznika, był dowódcą szwadronu, to była kawaleria, ale przed samą wojną padło na ten pułk i on został zmotoryzowany. To była ta brygada Grota-Roweckiego. To wszystko było na wariackich papierach, bo przestawić z konia na samochód jest bardzo ciężko, jeszcze wtedy to były inne czasy zupełnie. Samochód był rzeczą unikalną, w Polsce było 10 000 ciężarówek, w ogóle w całej Polsce, a koni było dużo. Jako chłopak zawsze między końmi w stajni gdzieś się pętałem, i ojciec na to patrzył dosyć pobłażliwie z tym, że nie wolno mi było samemu wchodzić do stajni czy coś, i słusznie, bo koń jest zwierzęciem płochliwym, i cała jego ochrona to zad przecież, jak coś się mu ruszy z tyłu, to palnie zadem, a jak palnie, to jest bardzo mocne uderzenie. Pojechaliśmy do Warszawy, i przyjechaliśmy do mieszkania mojej ciotki, która miała wspaniałe mieszkanie – o ojcu jeszcze nic nie wiedzieliśmy – na Noakowskiego. Pięcio-pokojowe, jej mąż też był na wojnie, też był oficerem, potem znaleźliśmy go w spisach katyńskich, bo się dostał do niewoli do bolszewików – a poznaliśmy go, że porucznik, medyk i nic przy nim nie było, tylko miał na palcu obrączkę i na tej obrączce były ich inicjały i data ślubu, to już nie było wątpliwości.

Zamieszkaliśmy tam u ciotki, ogromne pięcio-pokojowe mieszkanie. Zresztą i mój dziadek był osobą zamożną, i drugi dziadek, którego nie poznałem już, bo umarł, a też był osobą zamożną, był aptekarzem z zawodu, przed wojną miał 3 apteki w Warszawie, dlatego wszystkie siostry były na farmacji. Z tym, że mama moja zobaczyła pięknego porucznika szwoleżerów i wolała go, niż farmację, i wyszła za ojca. Tam wszyscy mieszkaliśmy w tym domu na Noakowskiego. To tak trwało. Jak chodziłem do szkoły do Reja, ponieważ my jesteśmy ewangelicy, Szenajchowie są ewangelicy, wiele pokoleń. Jeden brat mojego dziadka był profesorem medycyny w Warszawie i był twórcą polskiego nowego spojrzenia na leczenie dzieci. W tej chwili na Uniwersytecie Medycznym jest sala im. prof. Szenajcha i moja żona w tej sali wykłada. Zamknęło się koło. Jak doszło do aresztowania – jedna z sióstr mojej mamy była kierownikiem takiego, co dzisiaj byśmy nazwali Centrala Zaopatrzenia Aptek. Stamtąd lekarstwa wychodziły na lewo i szły do lasu przez Szpital Ujazdowski w Warszawie na Pięknej. Nie ma go już dzisiaj, ale to był stary, wielki szpital wojskowy, zbudowany jeszcze przez Rosjan. W Warszawie przed uzyskaniem przez Polskę niepodległości Warszawa była tzw. „Priwislianskij Kraj”, i w Warszawie stało 30 000 wojska, więc musiał być szpital, i myśmy to odziedziczyli. W tym szpitalu do samego powstania pracowali polscy oficerowie medycy. Stamtąd przez ten szpital szły lekarstwa do lasu dla partyzantów. Niemcy jakoś na to wpadli i poszli za takim facetem, co te lekarstwa transportował, i trafili do nas. Jak się odbywało to przekazywanie tych lekarstw, to na tę noc ja chodziłem spać do dziadków. Po szkole wracam do domu. Wiedziałem, że coś się dzieje, o czymś się nie mówi, miałem wtedy 12 lat. Wracam, wchodzę do bramy, a dozorca mówi: „Jędrek, chodź no tutaj!” – „Dzień dobry, słucham Pana” – „Spieprzaj, bo u was jest w mieszkaniu pułapka” – „Tak, dobrze, dobrze, zaraz pójdę i przyniosę”, i z powrotem pojechałem do dziadków na Bema na Wolę. Okazało się, że oni tam przyszli za tym facetem, i tam zrobili pułapkę – kto wchodził, to go zamykali. Wszystkie trzy [siostry] wylądowały najpierw na Pawiaku, potem w Auschwitz i wszystkie trzy zginęły, i umierały w odwrotnej kolejności do wieku. Tak to było.

I ja już zostałem wtedy u dziadków, i dziadkowie mnie przechowali przez całą wojnę. Potem dziadek stwierdził, że on nie będzie pracował u Niemców, więc sprzedawał po kolei domy. Jak sprzedał ostatni dom, to kupił od Rómmla – Rómmel to nazwisko dość znane przed wojną w Polsce. Było trzech braci – generał Rómmel, który z ojcem siedział w jednym obozie, jego starszy brat pułkownik Rómmel, i był Karol Rómmel i on ten najmłodszy jeździł konno, była to sława polskiego jeździectwa, międzynarodowe konkursy, olimpiada w Berlinie. Tamten był też artylerzystą. Dziadek od niego kupił ten dom i myśmy się tam przenieśli, tylko mieszkanie zostało w Warszawie, a mieszkało się w Wesołej, i ten dom do dziś stoi. Moje cioteczne dwie siostry tam mieszkają z mężami i dziećmi, i tam oni sobie urzędują. Ja się tam przechowywałem u dziadków do końca. Ta wojna się toczyła. Wtedy też zobaczyłem taką rzecz, którą potem wykorzystałem w filmie. Otóż jak się zaczęły przygotowania do inwazji na Sowiety, to Alejami Jerozolimskimi bez przerwy szło wojsko niemieckie. Co pół godziny otwierali na 5 minut przejazd, ludzie się przemieszczali i potem znowu jechało – noc i dzień. Ja tam podpatrzyłem rzecz następującą, którą potem wykorzystałem w filmie – że oddziały kolarzy, czyli tych, co jadą na rowerach – były to niemieckie oddziały kolarzy nie jechali sami na rowerach, ale nie jechali oni sami na rowerach, tzn. jechali, ale nie pracowali nogami i z tego motocykla były wyrzucone dwie linki z takimi uchwytami, i 10 ludzi z każdej strony jechało za tym motocyklem ciągniętych. Chytrze, niezmęczony zsiadał i był gotów do akcji. Ja to zrobiłem w którymś z moich filmów, pamiętam – „Co ty robisz, co ty robisz?”. To było wykorzystane u Schlöndorffa w Królu olch. Zresztą ze Schlöndorffem się wspaniale pracowało, ale to może dojdziemy potem, jak będziemy mówili o filmach. Wojna się toczyła, myśmy mieszkali częściowo w Warszawie, a częściowo w Wesołej w tym budynku, który dziadek kupił – to jest willa, a nie budynek. Ja tam kiedyś idę – do Warszawy jeździło się kolejką elektryczną, tą samą, która dzisiaj chodzi, stacja w tym samym miejscy, nic się nie zmieniło – kupowałem w budce pieczywo, czy coś, i szedł listonosz, i mówi: „Jędrek, mam tu dla dziadka Twojego depeszę”. Wziąłem depeszę i ją zaniosłem. Dziadek zawołał babcię, babcia w szloch. Okazało się, że przyszła wiadomość do dziadka, bo mama pisała do dziadków stamtąd – [Mówi w języku niemieckim] – znaczy mama nie żyje. Babcia płakała chyba z tydzień, ale wszystko mija. Wojna się kończy już, nas wyrzucili z tej willi, mieszkaliśmy chwilę tam dalej, bo linia frontu przebiegała tuż koło naszego domu, Woli Grzybowskiej wszystkich Niemcy wyrzucili. Ale nagle Niemcy znikli, Ruskich nie ma, to my szybko z powrotem do domu, ale tu ktoś strzela, to szybko do piwnicy żeśmy się schowali. Nagle drzwi się otwierają – Rusków dwóch: „Vy szpiony”. Babcia i dziadek należeli do pokolenia, które rosyjski język miało w szkole. Mówi: „Co ty chcesz?”, mówi: „Vy szpiony” – „Dlaczego szpiony?” – „U was radiostatsya” – „Jaka? Tu nie ma żadnej radiostacji” – „Idite, pokazhem”. Idziemy tam, stoi na środku pokoju odkurzacz: „Vot radiostatsya”. Babcia go opieprza: „Pokaże ci” – „Nie, nie!”, ale wiedziała, że z Ruskimi trzeba: „Oficera przyprowadź”. Przychodzi oficer, taki młody, ale też nie był taki najpewniejszy, mówi: „Otwórz”. Ten to otwiera, a to był odkurzacz – nic nie ma w środku. To ten go opieprzył, że durak, poszli, i wróciliśmy do tego domu.

No i już była rosyjska, nazwijmy to – okupacja, bo inaczej tego nie można nazwać. Za chwilę do Wesołej zjechał wielki szpital z Petersburga, no i powyrzucali ludzi z domów. Akurat u nas nikogo nie wyrzucili, natomiast zakwaterowali u nas takie małżeństwo doktora rentgenologa i jego żonę, ona była pielęgniarką. Ten szpital u nas stał przeszło rok. Już zajęli Berlin, a rannych ciągle tutaj. Dzięki temu nauczyłem się rosyjskiego, także potem jak poszedłem na studia – bo ten rosyjski stale, a młody człowiek to się szybko uczy. Poszedłem do pani, która uczyła rosyjskiego, i mówię: „Ja to chyba nie muszę chodzić, bo znam rosyjski”. Zaczęliśmy rozmawiać po rosyjsku, „No rzeczywiście, niech Pan da indeks”, wpisała 5 – „Może Pan wychodzić”. Ale to było już w szkole aktorskiej. Jak już się to zaczęło normować, ojciec wrócił. Chciał w ogóle wracać na Zachód, bo powiada tak: „Co my tu będziemy robili?”. Ja mówię: „Tato, gdzie? Przecież nasza chata jest nad Wisłą”, i podobno to tak ojca ujęło, że został. Dostał potem za swoje przecież, i troszeczkę przesiedział, wyrzucali go, nigdzie się nie mógł dostać, jak to przedwojennych oficerów przecież. W końcu go wzięli na chwilę do tzw. Odrodzonego Wojska Polskiego, bo ojciec już był w stopniu majora wtedy i był zastępcą dowódcy pułku armat samobieżnych, które stoją w Legionowie, ale potem dostał jakiejś choroby. Był taki moment, że przysłał ojciec zdjęcie swoje z obozu z oflagu, bo oficerskie obozy się nazywały oflagi. Facet, który miał 182 cm wzrostu, i ważył 48 kg. Babcia jak zobaczyła to zdjęcie, jak zaczęła płakać, to ze 3 dni chyba płakała. Tata chciał uciekać na zachód. Ja powiedziałem: „Tato, nasza chata jest nad Wisłą, gdzie my będziemy jechali?”. Tak to ojca ujęło, że został. Potem go poniewierali, ale w końcu jakoś wybronił się w ten sposób – w końcu dostał, ponieważ był też wielojęzyczny, posadę w Orbisie, i wymyślił rzecz następującą – „Horseback riding” dla cudzoziemców, czyli konne jazdy dla cudzoziemców, i myślistwo dla cudzoziemców. To tak trafiło na podatny grunt, że komórka jego się rozrosła. Na szczęście się nie zapisywał do żadnej partii, nie przymuszali go, to były takie czasy. Jak już wybuchła Polska Ludowa, to chodziłem na Pragę – bo przedtem chodziłem na komplety – do Władysława IV, bo Warszawa nie istniała, to była Praga. Pamiętam moje pierwsze wejście do Warszawy zobaczyć, co tam zostało z tego, co mieliśmy. Przeszedłem po lodzie przy moście Kierbedzia, którego dwa przęsła były wysadzone, po lodzie się przechodziło, było takie przejście. Jeszcze nie było tego mostu, bo Rosjanie wybudowali. Oni mieli wybudowany calusieńki most, jak front stał i tylko go przywieźli i zmontowali na miejscu. To był ten mosty wysokowodny, który wychodził na Karową. Przeszedłem tędy i wszedłem na Nowy Świat, a Nowym Światem było przejście jak ten pokój, nie szersze, i wszystkie domy leżały tak. Taka była ta Warszawa w styczniu. Oczywiście wróciliśmy i się wegetowało w Wesołej.

Chodziłem do Władysława IV, zrobiłem maturę, i się zastanawiałem, co ze sobą zrobić. Z matematyki byłem noga. Wreszcie udało mi się zrobić maturę, komisja wyszła zza stołu, otworzyli papierośnicę, profesor matematyki: „Proszę” – „Nie, dziękuję, nie palę”, bo byłem w harcerstwie. Tak mnie objął za rękę i powiada: „Wszelako, co zamiarujesz teraz?” – „Nie wiem, panie profesorze. Może na Akademię Wychowania Fizycznego pójdę?” – „To dobrze, bo jakby Ci przyszło pójść na politechnikę, to nie mów, że Cię matematyki stary Bigalke uczył”. Dostosowałem się do tego. Patrzę jest afisz, bo jechałem na Bielany do Akademii, ale patrzę jest afisz: „Wyższa Szkoła Aktorska w Warszawie ogłasza zapisy”. To mnie zaintrygowało, bo lubiłem recytować jakieś wiersze na akademiach w szkole. Wszedłem tam, a tam pusto. Szkoła mieściła się wtedy obok Teatru Polskiego w Warszawie na Karasia – jest dom Centrala Związków Zawodowych. Tam w podziemiach mieściła się ta szkoła, to były 3 klasy raptem, 3 pomieszczenia. Dyrektorem był Aleksander Zelwerowicz i jak wszedłem, tylko siedział Zelwerowicz i sekretarka. Ja mówię: „Chciałem się dowiedzieć…”, a coś ona powiedziała: „Umie Pan coś?”. Powiedziałem, co umiałem. Ona: „Dobrze. Za trzy tygodnie są egzaminy wstępne, to niech Pan przyjdzie”. Przyszedłem i na moje nieszczęście się dostałem. Nie szło mi najlepiej w tej szkole, ale jakoś się tam przepychałem. W końcu po 3 latach pojechałem do Opola, ale nie dostałem absolutorium. Tam byłem inspicjentem, grałem, ożeniłem się, rozwiodłem się. Różne rzeczy się tam działy i z tego małżeństwa mam syna. Już się dochowałem wnuczki, która właśnie skończyła 18 lat – przy mojej 90, to nie jest tak dużo. Pojechałem do tego Opola, tam mi się przestało podobać. Wróciłem do Warszawy, tam był jakiś teatr objazdowy, tam się zaangażowałem, ale też oni zlikwidowali ten teatr. Jak telewizja się zaczęła, to początek lat sześćdziesiątych, telewizja była na Placu Powstańców, tam się wchodziło. Idę tam, bo mówi mój kolega: „Może będzie dla Ciebie jakaś posada”. Miałem przyjść jutro i wychodzę z tego, a w drugą stronę idzie po schodach dyrektor Erwin Axer, a on mnie znał jeszcze, bo wiedzieli, kto był w szkołach. Patrzy: „Pan Szenajch?” – „Tak” – „Co Pan robi dziś wieczorem?” – „Nic” – „To niech Pan przyjdzie do mnie wieczorem po 7 do Teatru Współczesnego” – „Dobrze, panie dyrektorze”.

Dostałem się do tego teatru, gdzie przeżyłem 35 lat. Przyszedłem wieczorem, a co się okazało – bo ja miałem duże zdolności organizacyjne. Pracowałem dużo jako inspicjent w teatrze. Tam w tym Opolu dyrektorem została Krysia Skuszanka, nasza koleżanka i chciała, żebym ja pojechał, bo ona dostała teatr w Nowej Hucie, ale przyjechał odbierać jej dyplom profesor ze szkoły, Aleksander Bardini. Ona na dyplom zrobiła wielką sztukę wieloobsadową, 50 osób przeszło było, Bill-Biełocerkowski autor, Sztorm, i przyjechał Bardini to odebrać. I na małej scenie w tym teatrze to wszystko chodziło jak w zegarku. Z tego powstało, że ja umiem zorganizować. Tu, w Teatrze Współczesnym, inspicjent miał wypadek na motocyklu. Rozwalił nogi tak, że nie nadawał się do pracy, a Axer przygotowywał sztukę Kariera Artura Ui, jedno z 10 najlepszych przedstawień w Polsce. Dzięki Bardiniemu szukali inspicjenta. Jak przyszedłem, to 35 lat w tym teatrze przepracowałem głównie jako inspicjent, ale też w bardzo wielu sztukach grałem różne epizody. Tak to szło. Aliści jeszcze będąc w szkole teatralnej zakolegowałem się z Jurkiem Antczakiem, bo był taki zwyczaj, że wszystkie szkoły teatralne przyjeżdżały do jednego miejsca, i spędzały miesiąc, czy półtora miesiąca razem, żebyśmy się poznali. Taki był pomysł, to Sokorskiego, on był Ministrem Kultury i Sztuki wtedy. Wtedy spotkaliśmy się w Jadwisinie pod Warszawą, tam był taki pałacyk, tam żeśmy mieszkali wszyscy, jedli – bardzo dobrze było. Jurek Antczak uczył Bogdana Korzeniewskiego jeździć samochodem, dostali wtedy trabanty, czy jakieś takie samochodziki – nawet nie trabanty, tylko Syrenka wtedy była, czy coś takiego. Z Jurkiem mieszkaliśmy razem, no i Jurek, jak już wróciłem do Warszawy, przypomniał sobie, że ja konno jeździłem, lepiej, gorzej, ale zawsze jeździłem, jeszcze wtedy nie jeździłem tu, na Legii. Jurek mówi: „Chcę, żebyś ty w Nocach i dniach zajął się końmi”. Już miałem pracę na wiele czasu. Tak się zrodziła moja druga profesja. To trwało całe lata, jak mogłem, to wyjeżdżałem. Doszło do tego, że kręciliśmy Panny z Wilka z Andrzejem Wajdą. Siedzimy – a ja się wojskiem zawsze interesowałem – i tam Wiesia Starska wtedy była, kostiumy robiła, i coś tam zrobiła, i był oficer. Ja mówię: „Ten oficer powinien mieć nie to, tylko to” i taka rozmowa, a Wajda siedział z boku i słyszał. W końcu woła mnie: „Panie Andrzeju, niech no Pan tu przyjdzie. Jak Pan ma takie wiadomości, to niech Pan zrobi z tego zawód. Nie mamy takiego kogoś w filmie, kto by nam tak tego” – „Dobrze, ale jak to zrobić?” – „Niech Pan się nie martwi, załatwimy to”. Rzeczywiście dostałem – Tejchma był wtedy ministrem kultury. Dostałem taki, że „Kostiumograf drugiej kategorii. Przyznajemy prawo wykonywania zawodu”, i pojechało już. Oczywiście tu i tam to są wszystko książki fachowe. W miarę możliwości, w miarę czasu, ale jak już zostałem, to trzeba robić porządnie. No to się dokształcałem, a że lubiłem to i sprawiało mi to przyjemność, to zawsze łatwiej uczyć się to, co się lubi, niż to, czego się nie lubi. Potem z panem Andrzejem, jak żeśmy policzyli, to ja zrobiłem 17 filmów. Znałem się na koniach, wojsku, więc brali mnie do wszystkich dużych filmów. Na koniach zna się Tomek Biernawski, i on robił z Hoffmanem dużo, ale już ostatnią Bitwę warszawską, to ja robiłem mundury, a on robił konie. To mógł być piękny film, ale już Jurek był, mówię o Hoffmanie, mówię tak, bo jesteśmy z nim na ty, to już był bardzo chory, a Sławek Idziak zrobił swój pierwszy film w 3D, więc już nieszczęście było wtedy, wszystko było nieważne. Film mógł być znacznie lepszy niż wyszedł.

Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łodzi to była dla mnie Mekka, ponieważ wytwórnia warszawska nie miała żadnego magazynu. Magazyn to było nic, a tam było bardzo dużo, więc jeździłem do tego magazynu bardzo dużo i bardzo często po kostiumy do filmów, które robiłem. Miałem nawet carte blanche, wpuszczali mnie do tego magazynu. Już nie pamiętam nazwisk tych pań, ale co chciałem, to mogłem, tylko spisywaliśmy to wszystko. Nigdy nie miałem lepkich rąk, bo są tacy, jak to widziałem po swoim magazynie, że mi wchodzili ludzie, potem nie mogłem znaleźć czegoś. Bardzo dobrze mi się z Wytwórnią współpracowało, bo też jakieś filmy żeśmy kręcili. To był chyba taki film Śmierć prezydenta i w tym filmie grał Mrożewski prezydenta, a Duszyński grał Marszałka. Była wtedy moda na gry w kości. Wchodzę do tzw. Tramwaju, bo to był Tramwaj taki długi i siedzi Marszałek z prezydentem i grają w kości, więc oczywiście zrobiło się śmiesznie. Poza tym, już nie pomnę nazwisk ludzi, z którymi wtedy współpracowałem. Miałem zawsze bardzo dobre stosunki, bo to, co pożyczałem, to oddawałem i nie było takich problemów. Główny problem był, że ktoś wchodził i trzeba było patrzeć na ręce, a to mu się guzik podobał, a to ten. Złapałem kiedyś, nomina sunt odiosa, wielkiego polskiego aktora, jak odgryzał guzik od kostiumu, bo mu się podobał, taki piękny guzik z orłem. Ta warszawska wytwórnia filmowa to właściwie było nic, a jakaś była wytwórnia we Wrocławiu. Większość filmów się kręciło przecież w Łodzi, lub w okolicach Łodzi, bo przede wszystkim było to centralnie w Polsce, podróż do Warszawy samochodem to było półtorej godziny, więc to nie był żaden problem. Można było wieczorem grać przedstawienie w Warszawie, a cały dzień kręcić w Łodzi. Zawsze lubiłem w rekwizytach grzebać, co było potrzebne do moich filmów, ale też i właściwie to było jedyne miejsce, gdzie było tyle kostiumów związanych z II wojną światową, bo w Warszawie był na Mokotowie magazyn duży, ale tam były wszystkie rzeczy, które robił Szeski, taki był scenograf, i tam były rzeczy do filmu… z Księstwa Warszawskiego o Napoleonie, jakiś taki był, o Samosierrze miał być film przecież, który nie poszedł, a wszystkie mundury do tego były. Ja z tego bardzo korzystałem. Ta pani, która była kierowniczką tego, potem w TVN-ie pracowała, ma magazyn w TVN-ie teraz, nie wiem czy jeszcze, ale miała do niedawna. Strasznie z tymi nazwiskami jest kiepścizna. Właśnie stamtąd braliśmy wiele, bo trochę niemieckich, ale gross niemieckich rzeczy było w Łodzi, no i polskich – ogromny z polskimi mundurami to było w Łodzi, było masę tego.

Jeśli chodzi o ludzi, z którymi współpracowałem. Współpracowałem bardzo dużo z Wajdą, właściwie ze wszystkimi reżyserami – z Łomnickim, zresztą Tadzia Łomnickiego douczałem jeździć konno, bo jak powstała idea, żeby nakręcić Trylogię, to Tadzio –  a już pracowałem wtedy w Teatrze Współczesnym, bo to był początek lat sześćdziesiątych – Tadzio miał grać Wołodyjowskiego i miał się nauczyć jeździć konno. Wynajęli mu jakiegoś konia, a ja już wtedy jeździłem sobie w klubie jeździeckim na Powązkach. Legia miała swoją stajnię, tam było 60 koni, to było dużo. Oni się zwrócili, żeby Tadzio się uczył konno. Przyszedł do nas, a wtedy któryś mu dawał tak konia, siadało się na taką kulbakę, i niech sobie jeździ. Ja tak patrzę, że jakoś mu idzie, ale nie jest to, że się garbi, itd. Byliśmy zaprzyjaźnieni z Łomnickim, więc mówię: „Tadziu, to tak, tak”. Potem trochę z nim jeździłem, jak on przychodził, to wsiadałem na drugiego konia i go korygowałem, ale ta jazda konna musi być jak chodzenie, normalna i obojętna. Nie podchodzisz i patrzysz, gdzie jest siodło, a gdzie strzemiono – rozmawiasz i bierzesz. Żeby tego szlifu nabrał zabrałem go, ponieważ jeździłem na wakacje zawsze do stad lub stadnin, bo byli oficerowie często byli dyrektorami czy zastępcami w tych stadach ogierów. Tam zawsze jeździłem na wakacje. Wziąłem go do Plękit, gdzie głównym koniuszym był podoficer, który służył u mojego ojca, jak ojciec był w Lesznie Wielkopolskim dowódcą szwadronu, to on był u ojca. Zbanyszek się nazywał. Mieliśmy bardzo fajnie z nim, bo dostawaliśmy dwa konie i można było od 9:00 rano do 12:00, czy przed 12:00 przyjechać. Brałem Tadzia i żeśmy sobie jeździli. Wtedy już mu dawałem polecenia, których się nabiera wskutek wieloletniej jazdy, że to wszystko jest taką normalnością, że nie patrzysz, co robisz, to się samo robi, i nie patrzysz, czy idziesz z dobrej nogi, czy ze złej, czy galopujesz z lewej, czy z prawej – to się czuje tyłkiem takie rzeczy. Siedzieliśmy cały miesiąc i potem się to Tadziowi opłaciło. Zawsze mówił, że właściwie to ja go nauczyłem tego, było mi bardzo przyjemnie. Potem odszedł z naszego teatru, bo ja przecież u Axera przepracowałem 35 lat. Jak mi puknęło 65, to Maciek Englert, który został następcą dyrektora Axera mówi: „Jędrek, zostań jeszcze” – „Nie, dajcie mi już święty spokój”. Miałem akurat dobrą pasję, bo tu film, tu film. Przecież żeśmy kręcili Noce i dnie z Antczakiem w Krakowie. To było tak, że cały dzień siedziałem w Krakowie. Na przedstawienie jechałem samochodem, bo to aktorzy jechali, do Warszawy. Po przedstawieniach zbierali nas. Nocą nas wieźli do Krakowa, przesypialiśmy się parę godzin i znowu cały dzień na planie. A z Jurkiem się świetnie pracowało, on taki pasjonat. Niesłusznie zrobił, że wyjechał z Polski.

Przy Nocach i dniach ja nie odpowiadałem – ja tam byłem jak to się mówi „menschen für alles”, czyli miałem w pokoju u siebie różne mundury, i jak trzeba było, to ubierałem się w ten mundur: „Tylko nie zagraj mi twarzą”. To było świetnie, bo tak – za dzień w filmie dostawało się tyle, co za tydzień w teatrze, no to „życie Romana!”. Ja tam miałem ponad 100 dni zdjęciowych w tym filmie. W ogóle wtedy na film były pieniądze. Pamiętam taką rozmowę – Kawalerowicz, który wtedy był dyrektorem zespołu, przyjechały tam na rodzaj kontroli. Ja siedziałem na koniu, a oni rozmawiali z Antczakiem. On mówi: „Ile ci potrzeba pieniędzy? 6 milionów, 8 milionów – ile potrzebujesz, pieniądze są”. To było bardzo fajne. Była taka grupa, bo Antczak tak pracował, że miał swoich – tam była masa ludzi potrzebna i wszystkich aktorów z teatrów krakowskich zaangażowano, a Renia Własow, która kostiumami rządziła, mówi: „To dla Pani, to dla Pani…”. Te aktorki krakowskie takie: „Niech Pani się ubiera…”. One były niedocenione potwornie. Myśmy się z tego nabijali, ale film szedł. Jurek bardzo zorganizowanym był, bardzo wiedział, co i jak robić, co chce. Może nie powinienem tego mówić, ale ten film byłby lepszy, gdyby się tak zawsze nie słuchał Jadzi, bo Jadzia miała swoją wizję, nie zawsze zgodną, a on zresztą do teraz ustępuje jej we wszystkim. W Kronice wypadków miłosnych było tak – siedzę sobie w domu i dzwoni Basia Ślesicka, która umarła teraz, mówi; „Jędrek, pan Andrzej chce z Tobą rozmawiać, czy możesz jutro przyjść?”. Przyszedłem i pan Andrzej mówi: „Niech Pan powie, pułk kawalerii to, ile będzie zajmował na odległość?” – „Prawie pod kilometr” – „Widzi Pan, ja tu będę robił taki film, Kronika wypadków miłosnych się nazywa. Ja bym chciał, żeby Pan się końmi zajął w tym filmie”. A on już wiedział wszystko, że ja się tym zajmuję, bo jak żeśmy kręcili Panny z Wilka, to zrobiłem z tego zawód, i teraz wykorzystał to. Więc jak to zrobić? Pomyśleliśmy. Pojechałem do Bogusławic, żeby to blisko było, do Andrzeja Sadzińskiego, z którym znaliśmy się bardzo dobrze. Mówi: „Andrzej, jest taka [sprawa]” – „No dobrze, to zorganizujemy”. Dobieraliśmy konie maściami i z różnych miejsc z Polski przyjeżdżali masztalerze z końmi. Zdecydowanie powiedziałem: „Żadnych aktorów. Nie ma mowy”. Aktor, jak jest na koniu, to jest pięknie, a potem puszcza konia. Koniem się trzeba zająć potem, to nie ma tak.

Przyjechali masztalerze ze swoimi końmi. Ten obóz zrobiliśmy na ponad 2 tygodnie, bo to trzeba zjeździć przecież – jeździć konno to jest jeździć, a jeździć w szeregu to jest inne, a jechać jedną ręką, a w drugiej trzymać lancę, szablę, itd. Teraz te konie muszą się ze sobą schodzić, te konie nie były uczone chodzić takimi kolumnami. Więc podzieliłem na oddziały, wyznaczyłem – bo tam i niektórzy wicedyrektorzy poprzyjeżdżali, bo to była przygoda z filmem – w Bogusławicach zrobiliśmy wielką stajnię, podzielili to wszystko. Pierwsze dwa tygodnie żeśmy zjeżdżali to wszystko, żeby te konie się nauczyły koło siebie. Poza tym dobieraliśmy maściami. Tak było dawniej w czasie przedwojennym, że w zasadzie w każdym szwadronie były konie jednej maści – nie zawsze, ale przeważnie. Na to tak żeśmy to zrobili. Tak to wymyśliłem, potem skonsultowałem to z panem Andrzejem, że jak chce, to orkiestra na siwych, itd. Jeszcze potem nagle pan Andrzej mówi: „Mnie jeszcze jest potrzebna taka scena na polu” – to bardzo trudna dla operatora scena była, że tu jedzie pociąg, w pociągu jedzie biskup, biskup odbija się w szybie, przez odbicie w szybie widać, jak się odbywają ćwiczenia kawalerii. To wtedy były problemy z operatorami w tym filmie. Żeby to wszystko zgrać, musi być zaprzęg artyleryjski, żeby ta scena mogła powstać, bo ja mu powiedziałem: „Panie Andrzeju, zrobimy tak, że tu będzie jechał zaprzęg artyleryjski, który…”, a zawsze zaprzęg artyleryjski składa się tak: 6 koni, które ciągną armatę, przy nich na lewych koniach siedzi działonowy, potem za armatą jedzie 8 ludzi, później jedzie kolejny 6-konny zaprzęg, który ciągnie jaszcz, i za nim jedzie jeszcze 3 ludzi, i to wszystko musi jechać tak, jak Pan Bóg przykazał, zagalopowali i pojechali galopem, to nie jest problem. Żeby to wszystko zjeździć, bo te konie nieuczone były chodzić obok siebie, a ja właśnie piszę o tym, jak w wojsku uczono konie – był szwadron zapasowy, w którym dzień po dniu dobrzy jeźdźcy robili różne figury z tymi końmi – czy w szydło zaprzężone, czy w pary, czy w trójki, bo na przykład taczanki w trzy konie były zaprzężone. Tak żeśmy to zjeżdżali tam, aż nagle wyjeżdżam – na początku nie miałem armaty, nie miałem jaszcza – więc tam wóz załadowany, armata waży prawie półtorej tony, a jeszcze do tego przodek, to prawie 2 tony, te 6 koni musi to pociągnąć. Więc żeśmy zjeżdżali na początku te konie w breku. Brek to jest taki duży pojazd na 12 osób, to na polowania się tym jeździło. No i wyjeżdżamy tym brekiem na ćwiczenia, a tam jeszcze, żeby te konie się nauczyły ciągnąć, to po piasku robili. To nie było tak, że taki spacerek. A przyjechali jacyś Holendrzy do Andrzeja Osadzińskiego. Mówi: „Jędrek, wziąłbyś ich gdzieś na przejażdżkę”. Wsiadają na ten brek i w las żeśmy pojechali, i taką szóstką galopa przez las, pod górę, po piasku. Zawsze robiłem tak, że jak oni wiedzieli, co wsiadałem na konia swojego, pod wierzch brałem, i na tym koniu jechałem i z konia komenderowałem. Tak żeśmy tych Holendrów przewieźli. Już po obiedzie przychodzi, bo zawsze rano były ćwiczenia i po obiedzie, także myśmy mieli potąd roboty, a mundurami w tym filmie zajmował się Jasiu Rutkiewicz, z którym żeśmy się bardzo zaprzyjaźnili. Było z kim porozmawiać, bo też się na tym znał trochę, lubił to. Jego córka jest też kostiumografem wiele lat. Ci Holendrzy mówią: „To my zapraszamy Pana”. Na następny dzień kiepsko było, ale kawaleryjska szkoła – dwie konewki wody na łeb rano, gimnastyka 15 ciężkich minut na rękach i już na konia, trzeba było jechać dalej. To były wspaniałe czasy, bo cieszyliśmy się trochę tą wolnością, która zaczynała się pokazywać, ta komuna się trochę cofnęła, było przyjemniej wtedy.

Ja w Liście Schindlera miałem mało roboty, bo tam byłem odpowiedzialny za mundury, a tam tych mundurów było niewiele, więc zrobiło się to, co trzeba i tylko patrzyłem, czy jest. Sam grałem jakiś epizodzik zawsze, ale byłem na planie i tak. Wiele tam nie miałem do roboty, siedziałem tam cały czas w tej Liście Schindlera. Zresztą nieprawdopodobny ten Spielberg był. On miał tak to wszystko w głowie poukładane. Potem żeśmy tak mówili, że się powinno jego filmować i to puszczać w Szkole Filmowej. Jak on przychodził, nie szukał, on wiedział dokładnie, co będzie chciał, jak to będzie chciał pokazać, co mu do czego potrzeba – to nie było problemów. Przecież Allan Starski, który był tam scenografem, to wiedział wszystko dokładnie, wszystko było powiedziane i nie, że: „A wiecie, ja myślałem w nocy i można zamienić to”. Nie. Tak, jak było powiedziane, tak było zrobione. Nieprawdopodobna precyzja i świadomość tego, czego się oczekuje, co ja chcę pokazać, co ja chcę zrobić. Zawsze było dużo masowych scen, były sceny z pociągiem – wszystko było do ostatniego. Zresztą ja tam pojechałem bezpośrednio po zawale swoim. Miałem zawał i przeleżałem w Konstancinie dobry miesiąc, i prosto stamtąd pojechałem na zdjęcia. Żona umierała ze strachu, co tam będzie. Człowiek był młody, było zdrowie, to się funkcjonowało. Spielberg był nieprawdopodobnie precyzyjny. Bardzo dobrze to pamiętam, co on chciał, to ma i pokazał – widać stąd dotąd. Jest taka końcowa scena, gdzie jedzie ruski żołnierz na koniu, i to mu przyszło do głowy dosyć późno, i nie znałem angielskiego w ogóle, zresztą do dziś nie znam, ale ktoś to tłumaczył, może Allan, bo Allan już był biegły wtedy – że on chce takiego żołnierza. To ja mu powiedziałem tak: „To ja to przyszykuję”. Jeszcze na koniec przytrąciliśmy mu do tego konia czajnik. I on był zachwycony. Bardzo mu się to wtedy spodobało, bo reszta tych policjantów, to lewą ręką się to robiło, ale tu była wymyślona taka kwintesencja rosyjskiego zdobywcy – jechał na tym koniu, siedział na nim jak małpa na płocie, a tu mu wisiały te wszystkie „trofeie”, zdobycze wojenne. Mnie się bardzo dobrze pracowało z nim. To był demon pracowitości – w nocy montował to, co zrobił w dzień, potem to wysyłał tam do Ameryki, to były codziennie materiały. Pracowitości, precyzji. Facet niesłychany. Tam Ewa Braun też pracowała przy tym filmie. Pamiętam, że prosto ze szpitala pojechałem tam, bo przed szpitalem już coś tam. Wiem, że płaszcze żeśmy szyli. Kostiumami się zajmowała Sheppardzica, czyli Anka Sheppard. Ona jest Biedrzycka de domo, ale potem wyszła za Shepparda w Anglii.

Mój ukochany wielki film Pianista. To Rywin wtedy był – to jest jeszcze za czasów Rywina. Nie wiem, dlaczego się wycofał z tego, jego tam strasznie podgryzali, on już nie musiał na szczęście. To był facet, który zobaczył w Stanach, jak wygląda porządne kino i usiłował to tutaj zrobić, i niestety koledzy – Polacy podgryźli mu kostki, on powiedział: „Już nie muszę” i się wycofał. Może zbyt szczerze to powiedziałem ,ale tak mi się wydaje, że tak to było. Rywin mnie cenił, bo widział, że ja nie oszukuję, nie mówię, że będzie tak, a było tak, że można, że nie można – jak mi potrzeba 30 ludzi, to rzeczywiście 30. Dostałem scenariusz. Kierownikiem produkcji był Rywin, ale to szło też przez MS Film, czyli Szczerbica. Wtedy byłem w komitywie z produkcją Szczerbica wiele lat, potem się to niestety rozeszło. Wracając do Pianisty. Zdjęcia w Berlinie były – dobrze, znam niemiecki, proszę bardzo. Pojechaliśmy do Berlina i tam to wszystko szło jak w zegarku, bo Polański wiedział, czego chce. Dekoracje robił Allan świetnie. To wszystko wybudowane łącznie z linią tramwajową, po której jeździł tramwaj. To wszystko było zrobione na terenie Wytwórni UFA – nie DEF-a, kiedyś UFA, potem DEF-a. Świetne magazyny a propos, co było potrzebne, to się szło, wszystko było. Mnie się wydaje, że w pracy nie jestem konfliktowy, i co było potrzeba, to mówiłem: „To mi potrzeba, to” – „No to jedź”. Jechałem, brałem to wszystko, oddawałem, też pilnowałem. Niestety w Polsce jest to, że wchodzisz i patrzysz, a w magazynie stoi znamienity polski aktor, który odgryza odznaczenie z munduru przypięte. Ze wszystkimi zagranicznymi produkcjami mi się dobrze pracowało. Tam kaskaderzy byli i niemieccy i nasi, i tam była taka scena, że kogoś wyrzucają z wózkiem przez balkon, facet ze sparaliżowanymi nogami, jak to nakręcali. A z Polańskim jeszcze było tak. Jak to w filmie jest, że przerwa jakaś, trzeba przestawić kamery. A Polański miał oczywiście swój kamper i mówi do mnie: „Jędrek, chodź, porozmawiamy”, bo on wiedział, że ja w czasie wojny codziennie przejeżdżałem przez getto do szkoły i ze szkoły. Bo w Warszawie było tak, że było getto małe i getto duże, i między nimi ulicą Chłodną jeździł tramwaj, który łączył Wolę ze Śródmieściem. Mieszkałem na Woli, a jeździłem do Reja, czyli na plac Małachowskiego codziennie. Ja mu opowiadam, jak to wyglądało w tym getcie, długie rozmowy, bo on nie pamiętał tego, był młodszy znacznie, bo się urodził już na początku wojny, albo tuż przed samą wojną, także on wojny w ogóle nie pamięta, getta też nie pamiętał, a ja, jako chłopak do 14 lat, to się pamięta różne rzeczy. Ja mu opowiadałem, jak to było, jak wsiadał niemiecki żandarm na stopień tramwaju, jak się przejeżdżało, jak okna musiały być zamknięte. Na pomoście ci ludzie byli odcięci. Lubiłem te rozmowy z nim, bo on bardzo uważnie słuchał i to wykorzystywał potem. Właściwie nie mam takiego reżysera, z którym nie mogłem znaleźć wspólnego języka. Jak czuję, że coś inaczej kombinuje, to się nie pcham ze swoim, ale jak widzę, że jest otwarty, to proszę bardzo.

Volker ukochany. Przyjechaliśmy do Malborka. Najpierw pierwsza rzecz była, że taki film przeczytałem, to chyba Szczerbiec produkował, czy też Rywin. Przyjechałem, a jestem niemieckojęzyczny też, więc nie miałem żadnych problemów z porozumieniem się. Z Niemiec, chyba z DEF-y sprowadziłem te mundury, a część z Łodzi, tych Hitlerjugend. Pracowało się doskonale, ponieważ Volker był bardzo precyzyjny, bardzo wiedział, czego chce i jeżeli ja miałem, że może tak zrobić, to szedłem do niego: „Bo może byśmy zrobili tak, albo tak” – „Nie, nie, to nie, ale z tego to wezmę to”. Bardzo mi się dobrze pracowało. Potem żeśmy się spotkali na ulicy w Berlinie, oczywiście poszliśmy zaraz coś zjeść i wypić. O tym Malborku – było tak, że potem jest ostatnia scena – wkraczają już Rosjanie i kręciliśmy to poza twierdzą, i czołg rosyjski, tam rzebiegali jacyś ludzie, uciekali, kryli się, dzieci w mundurkach Hitlerjugend, a jechał czołg i się nie wyrobił na zakręcie, i wjechał wprost na kamerę, i kamerzysta w ostatniej chwili złapał kamerę, uskoczył, a po tym przejechał ten czołg. To zresztą jest złapane, że czołg wjeżdża na kamerę. Wracając do Schlöndorffa – bardzo mi się z nim dobrze pracowało. Głównym kostiumografem była właśnie Sheppardzica, czyli Anka Biedrzycka, ale mało jej było widać, bo właściwie wszystko tam było moje. Ona się pokazywała od czasu do czasu. Przyjeżdżała, zapraszała nas do knajpy na kolację, po czym wyjeżdżała. Muszę powiedzieć, że jeszcze miałem coś takiego, że lubiłem pracować zawsze z tymi ludźmi, z którymi już pracowałem, i miałem dwoje takich ludzi, tj. Adaś Kocemba, garderobiany i druga była Eleonora Owsianka. Eleonora to jest osoba, do której mam absolutne zaufanie. Ona potrafi w ciągu jednej nocy z dwóch mundurów zrobić jeden i z jednego dwa. Krawcowa z pomysłem, znakomita osoba. Nie mam słów uznania. Ona już nie pracuje też, bo 80 lat skończyła w zeszłym tygodniu. A z Adasiem żeśmy się rozstali – były powody.

Schlöndorff też wiedział dokładnie, co chce i jak chce. Bardzo słuchał, i pamiętam nagle wyszło, że do którejś sceny była potrzebna orkiestra Hitlerjugend. Nie ma w Polsce takiej orkiestry. Okazało się, że jest taka orkiestra w Berlinie, młodzieżowa, demokratyczna oczywiście. Przyjechali, przebraliśmy ich w mundurki Hitlerjugend. Latali jeden do drugiego: „Jak ty wyglądasz?”. Jak u nas było ZMP, to u nich się to nazywało Freie Deutsche Jugend – FDJ to się nazywało, dobrze mówię. Oni przyjechali, a to były tylko fanfary i werble, nic innego. [Odgłosy instrumentów] Tam ich było 400, uczyliśmy ich maszerować, ale to się w końcu udało. Jak się wie, czego chce, to podzielić na małe grupki, poćwiczyć, ale się zrobi. Oczywiście nie tak, jak dzisiaj, że wszystko jest na zasadzie, że „Antek trzymaj mury, ja lecę po premię”. Tak się dzisiaj już zaczęło pracować i niestety jest to, co jest. Wracając jeszcze do Schlöndorffa. Spotkaliśmy się na ulicy w Berlinie, bo kręciłem wtedy w Berlinie u Polańskiego. Wpadliśmy sobie w ramiona, poszliśmy na bardzo dobrą kolację. To jest bardzo fajny facet, wiedział dokładnie, co chce, jak chce. Lubię z takimi ludźmi pracować, a nie, że twórca przychodzi, szuka natchnienia, a tu 80 ludzi siedzi i czeka. Ale to jest trochę nasza cecha narodowa, że jesteśmy bałaganiarze, ale wśród naszych rodaków też znajdują się ludzie, którzy wiedzą, co, jak, którędy. Były wieszaki, każdy miał swój numerek, zorganizować taką garderobę to też jest. To była jakaś szkoła, te sale żeśmy dostali – ta grupa jest tu, ta tam, itd., dzisiaj pracujemy z tą, jutro ta i ta, pojutrze wszystkie trzy. Każdy miał swój numerek, rozbierał się na swój wieszak, nie było problemów żadnych. Tylko trzeba wymyślić i dopilnować, żeby to zastartowało. Jak to zastartuje, to już jedzie, tylko trzeba sobie zadać ten trud, żeby to zrobić. Schlöndorff to jest moja jasna chwila. Jak przyjechała jeszcze ta orkiestra niemiecka, to jak oni się przebrali, jak oni na siebie patrzyli, że te opaski, to strasznie się dziwili, bo Niemcy byli wtedy bardziej komuniści niż leninowski Komsomoł, a tu nagle za Hitlera. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem kobietę-kierowcę autobusu, bo przyjechali autobusem – zresztą świetnie zagrali, co było potrzeba, bo to prosty marszyk, na tych fanfarach i werble. Bardzo dobrze.

To była epoka, kiedy Rywin miał coś do powiedzenia, i to Rywin ich sprowadzał do Polski, tych ludzi zza granicy. Pierwsze dni zdjęciowe były tutaj w Piotrkowie Trybunalskim, a potem żeśmy się przenieśli do Budapesztu. Cudo. Taka ekipa, że zaczynamy o 8, niemożliwe, żeby nie było gotowe. Nie ma takiej możliwości. Kończymy, jest przerwa, od wpół do 1 do wpół do 2 jest obiad, kończymy o 5. Nie ma, że jeszcze tu, nie ma. Wszystko chodziło jak w zegarku. Oczywiście były problemy, ale żeśmy do rozwiązywali. Największym problemem i co wymyśliłem, i jestem z tego bardzo dumny, to jest końcowa scena filmu – wkroczenie Rosjan. Tam się pracowało z zegarkiem – 12 koniec, ta koniec. Nie że coś jeszcze, to się zrobi drugiego dnia. Najpierw o pieniądzach. Podpisaliśmy kontrakty. W piątek w czasie obiadu przychodziła panienka: „To jest dla Ciebie, to dla Ciebie, tu się podpisz”. Ostatniego dnia okazało się, że jeszcze są dodatkowe pieniądze, które żeśmy dostali. Ale żeby było jeszcze śmieszniej – w trzy miesiące po filmie telefon z Ameryki: „Słuchaj, myśmy tu zrobili rozliczenie filmowe. Okazuje się, że Tobie się należy jeszcze 1000 dolarów. Gdzie je mamy posłać?”. W Polsce jest to nie do pomyślenia. Z nimi było fantastycznie. Tam wymyśliłem taką rzecz – plan, gdzie miała być kręcona ostatnia scena był 60 km od Budapesztu, a wojska miało być 100 osób, cywilnych 200. No i co my robimy – wynajęliśmy pociąg osobowy. Najpierw żeśmy wszystkich przymierzyli, każdy numerek, potem w każdym wagonie jest 8 przedziałów po 8 osób. Do każdego numer wagonu, numer przedziału, numer miejsca. Podstawili nam ten pociąg, myśmy to wszystko przyszykowali. Podjechaliśmy na dworzec, pozawieszali wszystko wieczorem idealnie. Rano przyszli statyści, wkładali każdy do swojego. Każdy po drodze, myśmy kursowali tylko, pomagali, jak coś trzeba, a pociąg już jechał. Dojechaliśmy na miejsce i wysiedli ubrani ludzie. Tak zostało wymyślone z wielką radością dla producentów, bo nie wiedzieli, jak to – to 3 dni, tam trzeba pojechać z tymi, skąd wziąć tamtych, a tam pustynia przecież jest, te Węgry to jest pustynia w połowie przecież, a na tej pustyni żeśmy kręcili, ta scena z czołgiem. Robin Williams – wspaniały facet, mam z nim zdjęcie świetne. On mówił biegle po niemiecku. To była produkcja, która nie miała żadnych problemów.

Kto jest ubrany w mundur, to jest mój, co jest cywilne, to jest jej, najprościej. Z Wiesią idealnie. Właściwie z nikim nie miałem problemów, jeśli chodzi o współpracę z tzw. cywilną garderobą. Nie mam takiej osoby, która by mi robiła wbrew albo na złość, nie. I z Wiesią Starską, i z Biedrzycką Magdą, i z Anką. Anka się na mnie strasznie obraziła za jedną rzecz. Zaczynaliśmy Pianistę. Scena – sami statyści, ich ktoś ubierał, bo Anki nie było, i wojsko, które wkracza do Warszawy. Romek powiada tak: „Będzie ktoś grać? Nie, nic. Będą śpiewali? Nie. Będą gwizdali?” – bo Niemcy gwizdali, mieli taki zwyczaj, że wojsko szło i gwizdało, śpiewali i gwizdali – „Nie, nic”. Ja mówię: „Rozumiem, czyli ma być to w ciszy?” – „Dobrze mówisz, w ciszy. Jeszcze potrzebuję podkute buty”. Mówię: „Chyba będziemy podkładali, bo nie ma już podkutych butów w wojsku, a to wszystko w saperkach. Nie ma podkutych saperek. Podłożymy to”. Wąż ten taki użyłem do pułku łączności ze Zgierza. Pojechałem tam, porozmawiałem z różnymi dowódcami, wszystko zgoda. Przyjeżdżam na kontrolę, a tam nic. Dostałem szału oczywiście. Mówię: „To będziemy musieli porozmawiać w Ministerstwie Obrony Narodowej”, puściłem. Już od tej pory przyjeżdżałem codziennie, i codziennie pilnowałem, o to miało być w ciszy, tylko trójkami, a tego było 280 ludzi. Ustawiłem to tak, jak chodzili Niemcy. Na początku z pistoletami automatycznymi dowódcy plutonów, potem ręczne karabiny maszynowe niesione przez dwóch, potem reszta plutonu, potem następny, następny, następny. Koniec, następna kompania. Tak ich tam tłukłem na lotnisku, bo było lotnisko w Modlinie, ale w końcu żeśmy to wytłukli i już się kręci. Polański zadowolony, bo mu się spodobało wszystko. Nagle przychodzi jakiś, że chcą porozmawiać, mówię: „Proszę bardzo” i udzieliłem wywiadu, powiedziałem wszystko, i to się ukazało. A o Biedrzyckiej nic nie mówiłem, bo nie było o czym mówić, bo oni pytali o wojsko. Bardzo jej się to nie podobało, ale jakoś żeśmy sobie to przepuścili. Nie rzucamy się sobie na szyję, jak się widzimy, ale już pewnie nigdy się nie rzucimy na szyję, bo z Wiesią Starską bardzo mi się dobrze pracowało. Tak samo z Magdą Rutkiewicz, czy z Biedrzycką Magdą. Wiele filmów żeśmy zrobili razem.

To był największy film, jaki robiłem w życiu Pan Tadeusz. Z panem Andrzejem było jak z panem Andrzejem, dzwoni: „Będziemy robili taki film Pan Tadeusz”. Przejechałem przez wszystkie magazyny filmowe, jakie mamy tutaj. Okazało się, że nie ma tylko rosyjskiej piechoty. Wszystkie, jakie były wojskowe kostiumy z tej epoki zebrałem. Zorientowałem się, ile tego jest, wyliczyłem i to się zebrało wtedy 780 kostiumów. Ta pierwsza scena, przekroczenie tej przeprawy i było tak – podzielone wszystko na grupki, wszystko zwiezione, przymierzone przedtem i potem 6 samochodów było chyba tego. To kręciliśmy tutaj w Łomiankach pod wałem powodziowym, a na wale stał Napoleon na koniu siwym i patrzył na to. Podzieliłem to na grupki – ja wtedy miałem dużo osób, bo to cywilna cała garderoba była wzięta do tego, a ten rosyjski regiment majora Płuta, było wszystko uszyte od zera. Wybrałem któryś z mundurów, które wtedy chodziły, mogły być do tego i uszył mi to facet, z którym nigdy przedtem nie pracowałem, komputerowo. To była pierwsza taka robota wielka, bo mundur składał się z kurtki, kamizelki i spodni. Były zrobione trzy wymiary chyba – mały, średni i duży, i wszystko wyrysowane, próbki wybrane i wyobraźcie sobie Państwo, że oni to uszyli w 3 dni wszystko. A to było 240 kostiumów. Nie wiem, jakim cudem. Ja do niego dzwonię i mówi, że już jest gotowe. Oczywiście guziki się kupiło, wszystko. To jest organizacja. Poza całym artyzmem, pomysłami, jeszcze jest potrzebna umiejętność zorganizowania tego. Ja też byłem zdziwiony, bo czapki dałem do szycia do Bydgoszczy. Buty, ponieważ to było wojsko, dałem im buty wojskowe, tylko na to napuszczałem spodnie. Tam był rosyjski oddział piechoty, to musztrował ich Jurek Celiński, czyli tzw. Cygan. On ich wziął, a to też taka żelazna rączka troszkę. Myśmy się bardzo lubili, znali, to kaskader taki był od koni, myśmy wiele razem filmów nakręcili z nim. To wszystko zostało ubrane, a potem próba generalna to był pierwszy dzień zdjęciowy, kiedy trzeba było ubrać do 10, bo pan Andrzej mówił: „Potem już słońce będzie nie takie, to ja nie mogę kręcić, jak przecież na zachód, nie mogą iść na wschód, jak będzie zachód”.

Z panem Andrzejem nie ma dyskusji. Więc o godzinie 5 rano wszystko już było, ileś tych samochodów ciężarowych, i potem tylko chodziłem od jednego do drugiego, tu mówiłem to, tu to, i myśmy na 10:00 byli gotowi ze wszystkim. Potem tylko ustawił pan Andrzej to, dwa ujęcia czy trzy i koniec. To ta największa scena, że ci wchodzą do tego, ci do tego. To chyba Edelman to fotografował, i oni się nie mogli nadziwić: „Jak ty żeś to zrobił?”. Ja mówię: „Najpierw to wymyśliłem, a potem trzeba było wypróbować, jak to się zrobi, czy można tak, czy tak”. Oczywiście zwiozłem wszystkie kostiumy militarne z całej Polski, a było tego, jak się okazało, bo były i takie, i takie, to ci będą bliżej, a ci dalej, a najważniejsi to tu. Przecież szwoleżerów żeśmy zrobili, a były jeszcze te kostiumy szwoleżerów na Dominikańskiej, wtedy był ten magazyn jeszcze. Miałem już obgadanych ludzi, którzy jeżdżą konno, to przyjechała cała legia, jeszcze skądś, poubierane już, gotowe, konie, czapraki. Kawalerii daliśmy wcześniej, także wszystko już przyjechało ubrane, nie było problemu, się siadało i jechało. Przecież myśmy to skończyli po południu. Nie było obiadu, tylko obiad był po zdjęciach, a pan Andrzej mówił: „Tu się dobrze udało, dobrze. Jeszcze tak, jeszcze tu zbliżenie”, a tu tych saperów zrobiłem przecież w fartuchach, bo to francuskie wojsko miało zawsze, na czele wielu oddziałów szli tzw. saperzy w długich skórzanych fartuchach. Do dziś jak jest 14 lipca, w dzień moich urodzin, to dla mnie oni robią tą defiladę w Paryżu co roku – w tym roku nie było, ale pandemia – oni idą w tej defiladzie, ci saperzy właśnie. Niosą młot albo siekierę. Udało się. To była największa scena, którą robiłem w życiu, i chwalić Pana Boga się udało. Też i kawaleria wjeżdżała, tak kolumna szła. Edelman to fotografował. Bardzo żeśmy to ugadali, bo jest ich tylko tyle, więc jak ich pokażesz początek, to można ciąć i coś innego pokazywać, bo już tam dalej ich nie ma. Ich jest 30 tylko i jak ci wyjdą. Ale to wszystko żeśmy porobili. Ale to jak się pracuje z zawodowcami, to tak jest. Trzeba się porozumieć. Nie mówię, że koniecznie się trzeba lubić, ale trzeba się szanować. To jest moja robota, wiem, że potrzebujesz tyle do tego. Ugadać się, zrobić i wtedy jest, a jak każdy chce być jeden od drugiego ważniejszy, to zawsze wyjdzie knot gdzieś. Nie używajmy dużych słów, ale nie ma u nas, albo jest w bardzo małej części, kultu dla zawodowstwa – a na świecie jest, bo przychodzi i to się tak robi [Pstryka palcami]. Umieją, wiedzą i jeszcze chcą. Oczywiście człowiek był młody, miał power, chciało mi się. Nie powiem, że nie byłem zadowolony czy coś, ale w Jakubie Kłamcy to świetnie było zorganizowane, Kassovitz był reżyserem. To było wszystko zorganizowane. Nie ma, że „A to już czas” – wpół do drugiej przerwa na obiad. „A to jeszcze…” – „Nie, to po obiedzie”. Myśmy mieli tak, że pracowaliśmy 5 dni w tygodniu w Budapeszcie. Sobota i niedziela były wolne. Co sobota kolację urządzał inny pion. Też na to dostawaliśmy pieniądze, urządzaliśmy. Była przemiła produkcja.