Przejdź do treści

Agata Gąsieniec – student

13 filmów „ŚWIAT”:

  1. Om Shanti Om (Om Shanti Om, reż. Farah Khan, 2007)
  2. Bulwar Zachodzącego Słońca (Sunset Boulevard, reż. Billy Wilder, 1950)
  3. Mechaniczna Pomarańcza (A Clockwork Orange, reż. Stanley Kubrick, 1971)
  4. Podziemny krąg (Fight Club, reż. David Fincher, 1999)
  5. Taksówkarz (Taxi Driver, reż. Martin Scorsese, 1976)
  6. Asterix i Obelix: Misja Kleopatra (Astérix & Obélix: Mission Cléopâtre, reż. Alain Chabat, 2002)
  7. Kabaret (Cabaret, reż. Bob Fosse, 1972)
  8. Cud w Mediolanie (Miracolo a Milano, reż. Vittorio De Sica, 1951)
  9. Wschód słońca (Sunrise: A Song of Two Humans, reż. F. W. Murnau, 1927)
  10. On wrócił (Er ist wieder da, reż. David Wnendt, 2015)
  11. Zawieście czerwone latarnie (Da hong deng long gao gao gua, reż. Zhang Yimou, 1991)
  12. Funny Games (Funny Games, reż. Michael Haneke, 1997)
  13. Wymiar dialogu (Možnosti dialogu, reż. Jan Švankmajer, 1982)

KOMENTARZ:

Om Shanti Om – chyba nigdy nie byłam tak zaangażowana w seans. Podczas oglądania filmu tańczyłam, śmiałam się i płakałam razem z bohaterami. Niezwykle doceniam autotematyczność filmu oraz „tandetne” acz świadome zabiegi formalne, takie jak ruchy kamery. Om Shanti Om jest opowieścią emanującą niezwykłym optymizmem, ponadto posiada wiele uniwersalnych motywów i mądrości życiowych.

Bulwar Zachodzącego Słońca – od samego początku film urzeka fantastycznymi zdjęciami
i ogólną atmosferą charakterystyczną dla kina noir. Narracja nie pozwala oderwać oczu od ekranu, zaś bohaterowie są tak nieoczywistymi osobami, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.

Mechaniczna pomarańcza – ponad dwie godziny ciągłego oscylowania na granicy lęku
i poczucia perfekcji płynącego z niezwykłej dbałości o kompozycję kadru, a także o ścieżkę dźwiękową. Zaangażowanie się w postać Alexa DeLarge’a jest kwestią skomplikowaną – postać jest niesamowicie charyzmatyczna i do szpiku kości zła. Podczas seansu przyłapałam się na czerpaniu satysfakcji podczas brutalnych scen oraz współczuciu głównemu bohaterowi. Niektóre sceny wręcz fizycznie bolą – nie można na nie patrzeć i nie można oderwać oczu! Zupełnie jak Alex w najsłynniejszej scenie przymuszania do oglądania brutalnych filmów.

Podziemny krąg – obejrzałam go po raz pierwszy w wieku 17 lat i nie jestem w stanie patrzeć na niego z innej perspektywy. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam styl Finchera – ten brudny, cuchnący, pełny przemocy neo-noir. Ponadto jako fan trip-hopu chętnie słucham ścieżki dźwiękowej stworzonej przez The Dust Brothers oraz „hymnu” Podziemnego kręgu, czyli utwór Where is my mind? zespołu Pixies, który do dzisiaj jest moim ulubionym utworem wszech czasów.

Taksówkarz – doceniłam ten film po latach, dostrzegając w nim coś więcej niż tylko fabułę
o młodym mężczyźnie z bezsennością. Taksówkarza postrzegam nie tylko jako dzieło kina, ale także malarstwa. Paleta kolorów użyta w tym filmie do złudzenia przypomina obraz Nocne marki Edwarda Hoppera i rozkoszuję się każdym kadrem. Barwy podstawowe zostały wymieszane z brudem neo-noir, a całość dopełnia piękna jazzowa ścieżka dźwiękowa.

Asterix i Obelix: Misja Kleopatra – Choć film ten może się kojarzyć z kinem dla dzieci, jest to absolutne dzieło postmodernizmu i fantastyczna komedia. Doskonały casting, wielowątkowa fabuła i zabawa właściwie każdym gatunkiem filmowym zaowocowały niemalże dwugodzinnym i nieustającym uśmiechem na mojej twarzy.

Kabaret – Film, przez który pokochałam musicale. Muszę przyznać, że początkowo niechętnie zasiadałam do tej pozycji, gdyż nie przepadam za filmami osadzonymi w czasie wojny.
Pomimo tego, wspaniale się bawiłam. Numery muzyczne są tak wciągające, że można oglądać tylko je, natomiast my – jako widzowie – zostaliśmy obdarowani całą fabułą.
Z ust charyzmatycznych bohaterów padają zabawne kwestie, a cała historia jest pełna zwrotów akcji.

Cud w Mediolanie – Nie spotkałam się wcześniej z baśnią dla dorosłych, zaś Cud w Mediolanie jest po prostu… cudowny! Oczarował mnie swoim optymizmem, urokiem i słodką dziecięcą naiwnością. Film jest tak bardzo niepasujący do szeregu posępnego włoskiego neorealizmu oraz po prostu wielu innych filmów fabularnych dla dorosłego widza, że od razu zdobył moje serce. Jest ucieczką od rzeczywistości i pokazuje, że można czerpać radość nawet
w najtrudniejszych momentach.

Wschód słońca – Nie sądziłam, że można płakać podczas oglądania kina niemego, jednak historia małżeństwa zupełnie mnie złamała. Opowiada o odrodzeniu się miłości, wierności oraz przebaczeniu. Murnau połączył cechy kina amerykańskiego z niemieckim ekspresjonizmem tworząc unikalny pejzaż wsi jak i miasta. Wschód słońca porusza do łez, grzeje serce i bawi bez użycia słów.

On wrócił – Zrobienie komedii o Adolfie Hitlerze, która jest rzeczywiście zabawna i nie budzi politowania, jest zadaniem trudnym. David Wnendt podjął się tego wyzwania i spisał się znakomicie! Sukces tkwi w absurdalności filmu – oglądanie zbrodniarza wojennego
w supermarkecie albo grającego w kręgle wywołało u mnie atak niepohamowanego śmiechu. Podoba mi się także komentarz odnośnie niemieckich mediów, a także samego kręcenia w stylu dokumentalnym, które sprawia iluzję prawdziwych wydarzeń.

Zawieście czerwone latarnie – Dla mnie jako Europejki spotkanie z kinem dalekowschodnim było czymś niezwykłym, ale jednocześnie nie miałam problemu, żeby zrozumieć dramat głównej bohaterki. Film jest jednocześnie egzotyczny – w kontekście estetyki, kostiumów;
jak i uniwersalny – pod względem motywów. Produkcja ta, poprzez prowadzenie akcji właściwie w jednej lokalizacji, sprawia wrażenie klaustrofobicznej, co pozwala na większe zaangażowanie w losy młodej kobiety.

Funny Games – Oglądanie tej pozycji jest doświadczeniem o zabarwieniu masochistycznym. Seans jest wyjątkowo nieprzyjemny od pierwszej do ostatniej minuty, jednak nie można oderwać od niego oczu. Pomimo całej przemocy, film jest tytułowymi „zabawnymi gierkami” – łamie się tu przyjęte konwencje nie tylko thrillera, ale także ogólnych zasad prowadzenia narracji.

Wymiar dialogu – Nie policzę, ile razy podczas rozmowy z kimś mam przed oczami kadry
z tego filmu. Seans sam w sobie szokuje swoją abstrakcją i zarazem przystępnością metafor. Bywa zabawny, wstrząsający i poruszający, a to wszystko w zaledwie 12 minut!
Twórca wykorzystuje do animacji rozmaite przedmioty, co dodatkowo uatrakcyjnia oglądanie.

13 filmów „POLSKA”:

  1. Dzień świra (reż. Marek Koterski, 2002)
  2. Drżące trąby (reż. Natalia Brożyńska, 2010)
  3. Vabank (reż. Juliusz Machulski, 1981)
  4. Chłopaki nie płaczą (reż. Olaf Lubaszenko, 2000)
  5. Ewa chce spać (reż. Tadeusz Chmielewski, 1957)
  6. Kingsajz (reż. Juliusz Machulski, 1987)
  7. Zaklęte rewiry (reż. Janusz Majewski, 1975)
  8. Akademia pana Kleksa (reż. Krzysztof Gradowski, 1983)
  9. Krótki film o miłości (reż. Krzysztof Kieślowski, 1988)
  10. Ajlawju (reż. Marek Koterski, 1999)
  11. Nic śmiesznego (reż. Marek Koterski, 1995)
  12. Tato (reż. Maciej Ślesicki, 1995)
  13. Superprodukcja (reż. Juliusz Machulski, 2002)

KOMENTARZ:

Dzień świra – Zasiadając ponownie do tego filmu nigdy nie wiem, czy tym razem będę płakać ze śmiechu czy smutku. Charakterystyczny styl mówienia głównego bohatera buduje aurę przedziwności, zaś ukazanie prostych czynności oraz sytuacji jako te, które wyprowadzają człowieka z równowagi pozwalają odkryć „świra” w każdym z nas.

Drżące trąby – Trzy minuty niedbałego popisu lektorskiego do przeżyć dwóch włochatych stworków, to jedna z moich ulubionych polskich produkcji. Animacji nie można odmówić absurdalności, ale to właśnie w nim tkwi doskonałość filmu – sama fabuła mówi o tym,
że piękno tkwi właśnie w prostych rzeczach.

Vabank – Cenię filmy, w którym kibicuje się głównym bohaterom aż do napisów końcowych. Pomimo, że Kwinto jest małomównym złodziejem, nie sposób go nie polubić.
Podczas pierwszego seansu byłam zachwycona szczegółami całej intrygi i przewidzeniem każdego ruchu wstrętnego Kramera. Dodatkowo osadzenie akcji w dwudziestoleciu międzywojennym buduje nostalgiczny nastrój i niejaką nonszalancję filmu.

Chłopaki nie płaczą – Triumf polskiego postmodernizmu, „polskiego kina amerykańskiego”, polskiego kina gangsterskiego przełomu wieków. Jest do cna śmieszny i wiele cytatów z niego weszło do mowy potocznej. Powiedziałabym nawet, że jest to nasz narodowy odpowiednik Pulp Fiction, ma w naszym kraju status kultowego.

Ewa chce spać – Gdybym miała wybrać jedno słowo opisujące tę pozycję, wybrałabym „uroczy”. Tytułowa bohaterka przeżywa różne przygody, na końcu których czeka szczęśliwe zakończenie. Noc w mieście nie jest przedstawiana w filmie jako coś niebezpiecznego
i błyszczy optymizmem. Narracyjnie perfekcyjny, sytuacje z siebie wynikają.
Seans przypomina zabawę w labiryncie w figloraju – tak samo uroczy, tak samo ciekawy,
tak samo beztroski.

Kingsajz – Im dłużej myśli się o tym, o czym jest film, tym bardziej wydaje się on absurdalny. W końcu to nadszyszkownik Kilkujadek pragnie przejąć władzę nad wszystkimi krasnoludkami mieszkającymi w Szuflandii i mieć magiczną miksturę Kingsajz tylko dla siebie. Co ciekawe, jest to ważny komentarz polityczny pokazujący, jak działa władza, propaganda i czym jest wolność. Produkcja urzeka pomysłowością przede wszystkim w kontekście scenografii.

Zaklęte rewiry – Pomimo upływu pięćdziesięciu lat od premiery (oraz stu od czasów, w jakim rozgrywa się akcja), historia młodego kelnera jest jak najbardziej aktualna. Jako młoda osoba mogę powiedzieć, że rozumiem presję z jaką mierzy się główny bohater. Trzeba pracować nawet w niekomfortowych warunkach – nie mamy jeszcze doświadczenia, więc pracujemy byle gdzie i byle za co; mamy zbyt wiele do stracenia, żeby dyskutować z przełożonymi w sprawie ich nagannych zachowań. Być może dlatego Zaklęte rewiry są dla mnie tak ważnym filmem.

Akademia pana Kleksa – W obliczu nowej odsłony Akademii…, doceniam starszą wersję jeszcze bardziej. Film jest fenomenem, gdyż w historii kina polskiego nie ma zbyt wiele musicali – ten jednak jest bez wątpienia przedstawicielem tego gatunku. Fantastyczna rola Piotra Fronczewskiego, wpadające w ucho piosenki i moc wyobraźni z jaką tworzono kostiumy, odległe krainy i efekty specjalne tworzą niespotykaną i wręcz magiczną atmosferę, do której chce się wracać.

Krótki film o miłości – Przenikająca samotność i okrucieństwo tego świata wywołało u mnie łzy współczucia dla głównego bohatera, który – podobnie jak my wszyscy – nie jest idealny
i wpada w irracjonalne sytuacje. Kieślowski pokazał w tym filmie zawiłości emocjonalne, które siedzą w każdym z nas i z którymi nie potrafimy sobie poradzić, choć z racjonalnego punktu widzenia są to błahostki.

Ajlawju – Symbolem miłości jest róża – piękna, lecz ma kolce. Ajlawju oddaje słodki stan zakochania, irracjonalnych zachowań pod wpływem wulkanu oksytocyny, a w końcu ból
i rozpacz, gdy w miłości nic nie idzie po naszej myśli. Film jest frustrujący jak nieudane romanse i złamane serce, które pochłaniają wszystkie myśli i nie sposób od nich uciec nawet
w takich prostych sprawach jak wykonanie telefonu. Odnajduję kawałek siebie w rozedrganym Adasiu Miauczyńskim.

Nic śmiesznego – Usiadłam do obejrzenia niniejszego tytułu jako „fajnej komedii”, którą ktoś kiedyś mi polecał – jednak tytuł nie kłamał. Ukazany jest tu dramat bycia nijakim, „wiecznie drugim”. Film uświadamia widza, że nie jest nikim wyjątkowym, co rzeczywiście może wywołać pogrążenie się w nastroju depresyjnym. Nie znaczy to jednak, że nie jest to film wybitny, obnażający nieposkromione pragnienie „bycia kimś”, zrobienia czegoś ważnego. Wydaje mi się, że tylko Koterski potrafi sprawić, że autentycznie łkam nad śmiercią bohatera zabitego kaloszem.

Tato – Za serce chwyciła mnie relacja ojca z córką i walka o nią w obliczu niesprawiedliwości. Rzecz jasna, główny bohater nie jest postacią kryształową, ale uważam, że dzięki temu jest ona bliższa widzowi, a niewyidealizowaną figurą fantastycznego ojca. Na szczególną uwagę zasługuje aktorski majstersztyk w wykonaniu Doroty Segdy, która dodaje atmosfery niepokoju do całości wydarzeń.

Superprodukcja – ku mojemu zdumieniu jest to film wyjątkowo niedoceniony. Widać w nim ewidentną zabawę Machulskiego jak i całej reszty ekipy filmowej żartującą z samych siebie. Jeśli jakiś zabieg formalny istnieje, to prawdopodobnie pojawił się on w Superprodukcji.
Fabuła jest tu dodatkiem do serii kolejnych dziwacznych ujęć i efektów specjalnych oraz do wyśmiewania poszczególnych zawodów filmowych – od krytyków, poprzez kostiumografów
i oświetleniowców aż do kierownika produkcji i reżysera.

Skip to content